Dominika Tworek - „Buddyzm to nie są imieniny u cioci ani weekend w spa”. Ekspert o tym, jak Zachód zamienił uważność w biznes wart 4 miliardy dolarów
00:00
13:50
Treningu uważności ani żadnej innej praktyki wywodzącej się z tradycji wschodniej nie należy traktować jako pigułki szczęścia. Jak podkreśla dr Dawid Kujawa – flirtujemy z ogromną siłą, której sposobu działania do końca nie znamy, a skutkiem niewłaściwie pojmowanej medytacji mogą być stany depresyjne, lęki czy nawet psychozy.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Sens” 08/2026.
Dominika Tworek: Zachodnie społeczeństwo zanurzone jest dziś w kulturze terapeutycznej. Niektórzy badacze twierdzą, że na wielu poziomach zastępuje ona obecnie religię.
Dawid Kujawa: Zgadzam się z tym. Zwróciłbym jednak uwagę, że tylko w ramach tej kultury mamy do czynienia z wymianą rynkową. Katolik idzie do spowiednika, wyznaje winy i otrzymuje odpuszczenie grzechów. Oczywiście instytucja Kościoła bywa skorumpowana, ale strukturalnie w konfesjonale nie ma kasy fiskalnej. Buddysta ma indywidualną sesję ze swoim mistrzem, od którego nieodpłatnie dostaje pewne wskazówki, na przykład koan do rozwiązania. U podstaw funkcjonowania tych trzech modeli – chrześcijańskiego, buddyjskiego i terapeutycznego – tylko ten ostatni jest oficjalnie nastawiony na transakcyjność, tylko tam wystawia się paragon.
Nasza intymność zostaje więc skapitalizowana?
W gruncie rzeczy chodzi o to, że nasza dusza, która kiedyś była wolna od pracy, bo kapitał się nią nie interesował, teraz została do niej zaprzęgnięta.
Nieustanne terapeutyzowanie otwiera furtkę do policzalności tego, co nosimy w naszym wnętrzu, a w ten sposób buduje indywidualistyczny – czy wręcz narcystyczny – model rzeczywistości.
W ramach kultury terapeutycznej do naszej zachodniej rzeczywistości implementuje się również praktyki wschodnich religii: różnorodne medytacje, odosobnienia, mindfulness. Sęk w tym, że trafiają one do nas właściwie już jako towar.
Początki tego procesu wiążą się z pokoleniem lat 60. XX wieku. Co prawda Daisetz Teitaro Suzuki – najważniejszy popularyzator zen na Zachodzie – podróżował do Europy już w latach 30., ale szczyt fascynacji wschodnią duchowością w naszej kulturze przypada na czasy kontrkulturowego buntu. Fascynują się nią bitnicy i hippisi. Olbrzymią popularność zyskują postaci takie jak brytyjski filozof Alan Watts czy amerykański nauczyciel buddyzmu zen Philip Kapleau. Za tą wczesną fazą popularyzacji buddyzmu – podobnie jak za kontrkulturą w ogóle – stały najczystsze intencje: poszukiwania duchowe, próba odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Istotniejsze dla nas jest jednak to, co stało się później.
Kiedy kapitalizm wchodził w swoją kolejną fazę, zwaną neoliberalizmem, potrzebował nowej nadbudowy. Okazało się, że idee kontrkulturowe – także te związane z odnową duchową – dają się łatwo zaprząc w procesy generowania zysku. To jednak wymagało znacznego spłycenia owych idei. Również praktyki zen zaczęły funkcjonować jak duchowy fast food.
Dziś mamy nawet pojęcie McMindfulness, które już w samej nazwie odnosi się do pewnej fastfoodowej wersji praktyki medytacyjnej.
To pojęcie ukuł Ronald Purser, profesor z San Francisco, który sam przyjął święcenia w koreańskiej tradycji Taego. W znakomitej książce, która nosi właśnie tytuł „McMindfulness”, pokazuje, co stało się z jednym z istotnych elementów buddyjskiej etyki, to znaczy praktyką uważności.
Według jego wyliczeń mindfulness to obecnie przemysł wart 4 miliardy dolarów, a na Amazonie znajdziemy ponad 100 tysięcy książek, które w tytule mają „uważność” – dotyczą uważnego jedzenia i uważnego rodzicielstwa, uważnego menedżeryzmu i uważnego wyprowadzania psa.
Mindfulness wkroczył dziś do korporacji jako narzędzie zwiększania wydajności. Co w oczywisty sposób wypacza pierwotne znaczenie tej praktyki.
Wątpliwe etycznie nie jest jednak tylko to, że komercjalizujemy, a więc profanujemy, dwuipółtysiącletnią tradycję. O ile bowiem korporatyzacja mindfulness jest dziś powszechnie dostrzegana, o tyle rzadko mówimy o negatywnych skutkach, jakie praktyki duchowe mogą wywoływać u samych praktykujących.
Buddyzm to nie są imieniny u cioci ani weekend w spa – to duchowa aktywność, która wymaga poświęceń i całkowicie zmienia osobowość.
W naszej kulturze na pierwszy plan wychodzi medytacja – to też rodzaj przekłamania, bo w wielu kulturach buddyjskich medytacja nie jest świecką praktyką, uprawiają ją przede wszystkim mnisi. A jeszcze ważniejsze jest to, że medytację kojarzymy z wyciszeniem, poprawą koncentracji, spokojem i zdrowszym snem.
To fałszywe skojarzenie?
Od paru lat obserwuję działalność Willoughby Britton, amerykańskiej psycholożki klinicznej i neurobiolożki, która w latach młodości, zafascynowana buddyzmem, postanowiła wykazać, że medytacja pomaga na bezsenność i poprawia jakość snu. Dziś z zażenowaniem przyznaje, że do badań przystąpiła z gotową tezą. Wielkie było jej zaskoczenie, kiedy okazało się, że teza ta wcale się nie potwierdza – zarówno badania behawioralne, jak i neuroobrazowe wykazały dość wyraźnie, że tylko bardzo krótkie i doraźne sesje medytacyjne wzmagają senność. U zaawansowanych praktyków medytacja wzmacnia odczuwanie bodźców i wywołuje silne pobudzenie, często skrajne, niemal nie do zniesienia. Kiedy będąc na odosobnieniu, zapytała o tę kwestię zaprzyjaźnionego mnicha, odpowiedział jej tylko: „przebudzenie to nie metafora”.
Britton zmieniła swoje podejście?
Po tym eksperymencie zaczęła sięgać do starszych tekstów buddyjskich, przede wszystkim do kanonu palijskiego, w którym znalazła bardzo sugestywne opisy stanów pobudzenia, lęków, a nawet czegoś, co dziś nazwalibyśmy epizodami psychotycznymi. Od kilkunastu lat badaczka prowadzi ośrodek Cheetah House, w którym wraz z zespołem pomaga ofiarom świeckiego mindfulness w oswajaniu tego rodzaju stanów, w powrocie do równowagi psychicznej i normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Bada wszystkie te przypadki w ramach projektu Dark Night. Nazwa pochodzi od „nocy ciemnej” Jana od Krzyża – mistyka, który opisywał podobne stany duchowe w tradycji katolickiej.
Wysławianie wschodnich praktyk może więc powszechnie szkodzić?
Problem tkwi przede wszystkim w tym, jaką ramę poznawczą przyjęliśmy w naszej kulturze. Na coś, co było doświadczeniem religijnym (bo wbrew niektórym opiniom buddyzm wiąże się z wiarą – wiarą w oświecenie), próbujemy patrzeć przez soczewkę racjonalizmu i pożyteczności. Jeśli mindfulness ma wzmacniać naszą produktywność, poprawiać koncentrację, pozytywnie wpływać na samoocenę i pewność siebie, to na pewno możemy mówić o szkodliwości i negatywnym wpływie na równowagę psychiczną.
Rozmaici trenerzy uważności, którzy nie znają dobrze tradycji buddyjskiej, mogą wpędzić nas w stany zupełnie przeciwne do tych, które chcemy osiągnąć. Gdy przyjrzymy się temu, jak cały ten proces funkcjonował w swoim macierzystym kontekście, będziemy musieli zrezygnować z naszych zachodnich kategorii opisowych.
Czego się wtedy dowiemy?
W niektórych tradycjach, na przykład w japońskim zen, nieprzyjemne stany i wizualizacje nazywane są maky. Są one jednak tylko efektami ubocznymi – „zjawami”, które należy ignorować. Ale już w szkołach buddyzmu therawady te przerażające doświadczenia stają się koniecznym elementem drogi do oświecenia. Upraszczając, można powiedzieć, że jednostkowa świadomość broni się w ten sposób przed poznaniem swojej prawdziwej natury. Należy ten stan pokonać przy wsparciu nauczyciela. Nauczyciela, który wie, co nas czeka. Wie, że być może będziemy bardzo cierpieć, ale on będzie wiedział, jak nam w tym towarzyszyć.
Ale co jeśli takie stany wystąpią u kogoś, kto medytuje pod okiem świeckiego trenera personalnego, który obiecał poprawę wydajności teamu podczas korporacyjnego wyjazdu integracyjnego? Ten ktoś ląduje na oddziale z diagnozą ostrych zaburzeń psychotycznych, a wszyscy wokół są zaskoczeni. Dlaczego?! Cały ten proces został opisany krok po kroku w liczących tysiące lat świętych księgach.
Czy znana jest skala szkodliwości medytacji w takim spłaszczonym, zachodnim wydaniu?
Tego rodzaju badania prowadziła przywołana wcześniej Britton wraz z zespołem. Pierwsze, z 2019 roku, dotyczyło uczestników terapii behawioralnej opartej na praktykach mindfulness, natomiast drugie, z 2021 roku, przeprowadzone na większej próbie, dotyczyło już rozmaitych form praktyk medytacyjnych. Po analizie tych badań możemy powiedzieć na pewno, że około 10 proc. osób praktykujących medytację doświadczyło negatywnych skutków, które utrzymywały się dłużej niż miesiąc. A tych, które szybko przeminęły, przynajmniej raz doświadczył znacznie większy odsetek (50 proc. na większej grupie badanych).
Najczęstszymi raportowanymi skutkami ubocznymi były: lęk, stany depresyjne, anhedonia, zaburzenia snu oraz ogólne wrażenie przestymulowania. W skrajnych przypadkach występowały ataki paniki, a nawet depersonalizacja.
Nie powinno też być dla nas zaskoczeniem, że osoby z historią leczenia psychiatrycznego okazały się znacznie bardziej podatne na tego rodzaju skutki uboczne medytacji.
W Polsce niewiele słyszymy o historiach w stylu „medytacja zniszczyła mi życie”.
Nawet gdyby skala zjawiska była niewielka – chociaż 10 proc. to wcale nie tak mało – to powinniśmy być informowani o tego rodzaju zagrożeniach. Tymczasem u nas od lat trąbi się w mediach tylko o pozytywnych skutkach mindfulness – oczywiście, one są realne, zostały zbadane i udokumentowane. Ale sam fakt, że tak niewiele wiemy o potencjalnym ryzyku, powinien nas skłonić do poważniejszego potraktowania problemu.
Ponad dekadę temu mieliśmy do czynienia z głośnym przypadkiem Aarona Alexisa, samotnego mężczyzny z historią schizofrenii paranoidalnej, który mieszkał niedaleko tajskiej diaspory w Teksasie i zaprzyjaźnił się jej członkami. Wraz z nimi zaczął uczęszczać do świątyni i podobno coraz poważniej myślał o wstąpieniu na ścieżkę monastyczną. Osoby z jego środowiska twierdzą, że to intensywna medytacja zaostrzyła jeden z jego epizodów psychotycznych. We wrześniu 2013 roku Alexis dokonał masakry w swoim miejscu pracy – zanim zginął, zastrzelił 12 osób i zranił osiem.
Medytacja i agresja to mogą być jednak dwie osobne kwestie.
Oczywiście mocnym nadużyciem byłoby zrównywanie praktyk medytacyjnych ze skłonnościami do przemocy. Jednak z badań neurologicznych wynika, że intensywna medytacja działa na te same receptory, co leki z grupy SSRI, skutkując ogólną aktywizacją i odrealnieniem, jeszcze zanim nastąpi poprawa samopoczucia.
Na taki rodzaj „odblokowania” często wskazywano również w przypadku amerykańskich sprawców strzelanin w szkołach, którzy stosowali farmakoterapię. Nie chcę, aby wyciągano z tego przykładu pochopne wnioski – Aaron Alexis był chorym człowiekiem i miał skłonności do agresji. Zmiana stanu świadomości była tu swego rodzaju katalizatorem. Chcę raczej zwrócić uwagę na fakt, że flirtujemy z ogromną siłą, której sposobu działania do końca nie znamy.
Z jednej strony mówimy o całym „biznesie uważności”, a z drugiej – mamy realną ludzką potrzebę „zatrzymywania się w pędzie życia”. Jak się w tym wszystkim odnaleźć?
Etyka i praktyka buddyjska są mi bardzo bliskie. Nikogo nie chcę zniechęcać do zgłębiania tej tradycji, wręcz przeciwnie. Ważne jest jednak to, aby nie traktować mindfulness jako kolejnej odsłony pigułki szczęścia. W połączeniu z konkretnym sposobem życia, stosunkiem do rzeczywistości i do drugiego człowieka, medytacja jest wspaniała. Jednak kluczowe jest zrozumienie tego, że nie powinna ona służyć małym i doraźnym celom.
I naprawdę nie trzeba płacić za „treningi uważności”. Dziś już w całej Polsce funkcjonują sangi buddyjskie najrozmaitszych tradycji, a pobieranie opłat za udział w sesjach zazen jest po prostu sprzeczne z buddyjską etyką.
Dawid Kujawa, dr nauk humanistycznych, eseista, krytyk literacki, redaktor i programista. Zajmuje się najnowszą polską poezją. Autor książki „W myśl praw geometrii. Jak lewica przestała się martwić i pokochała logikę towarową”