Ania Dąbrowska – Wolę pozostać za cienką szybą

Ania Dąbrowska - Wolę pozostać za cienką szybą
fot. Rafał Masłow

Czego nie nauczyło jej podwórko? Czego nie znalazła na psychologii? Czego szuka wciąż jako artystka? – Nie lubię się odsłaniać, nie zdradzam emocji – zastrzega Ania Dąbrowska. Ale opowiada Mai Jaszewskiej o zmiennych pasjach, sinusoidzie
dołów i euforii. I w kim zakochała się natychmiast.

– Namnożyło się nam kursów i szkoleń na temat, jak być szczęśliwym i spełnionym. Czy uważa pani, że rzeczywiście można się tego nauczyć?

– A dlaczego nie? Uważam, że takie oferty jak najbardziej mają sens. Są ludzie, którzy rodzą się z umiejętnością bycia w zgodzie ze sobą, ale są też tacy, którzy czują się zagubieni. Roznosi ich energia i nie wiedzą, jak ją ukierunkować, chcą jednak coś zrobić ze swoim życiem. Myślę, że wszystkie sposoby są dobre, żeby uświadomić człowiekowi jego zalety, talenty, uczucia i pragnienia. Można pójść po tę wiedzę do psychoterapeuty, ale to nadal nie jest u nas dobrze widziane. Za to kurs kreatywnego myślenia nie dość, że przynosi korzystne zmiany w nastawieniu do życia, to jeszcze nieźle wygląda w CV.

– A jak zapytam, czym jest szczęście dla pani?

– To powiem, że trudno mi na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie, ponieważ na moje poczucie szczęścia składa się masa rzeczy. To są pojedyncze chwile, kiedy czuję się szczęśliwa i na dodatek każda z nich jest inna. Szczęście nie jest stanem trwającym niezmiennie. Najfajniej jest gonić króliczka – jestem tego typowym przykładem. Codziennie wymyślam sobie nowe projekty, zakładam z kolegami nowe zespoły i robię wszystko, by być zajętą. Mam też słomiany zapał i szybko się nudzę, dlatego potrzebuję ciągłej stymulacji. Pielęgnuję w sobie poczucie niedosytu, bo to daje mi siłę do działania. Kiedy przez dłuższy czas nic się nie dzieje, to najczęściej łapię doła.

– Czyli harmonia na dzisiaj i apetyt na jutro?

– Potrzebuję mieć cel w życiu. Lubię się uczyć, zdobywać nowe informacje, ale wszystko robię falami. Raz interesują mnie inwestycje giełdowe, a kiedy indziej historia sztuki. Pasje równie szybko mijają, jak i przychodzą. Wystarczy spojrzeć na moją półkę z książkami. Idealnie obrazuje mój chaos w głowie i zmienność. Jeśli chodzi o nastrój, to też towarzyszy mi nieustanna sinusoida dołów i euforii. Być może to hormony, na które moje ciało nadmiernie reaguje, a może tak już jestem skonstruowana. Nie walczę z tym.

– Powiedziała pani o swoim macierzyństwie: „Moje życie zawodowe może pójść w odstawkę na dłużej”. To politycznie mało poprawne wyznanie. Zewsząd słychać apele do młodych mam: „Nie daj się zniewolić, realizuj się zawodowo!”.

– Tak samo jak zmieniają się czasy, tak samo zmienia się nasze podejście do macierzyństwa. Kiedyś bycie mamą kojarzyło się z idyllą i absolutnym spełnieniem. Kobiety po urodzeniu dziecka ogłaszały, że dopiero teraz są w pełni szczęśliwe i w pełni kobiece. Zawsze wydawało mi się to dość przerażające. Poczucie całkowitego spełnienia kojarzy mi się z końcem i starością, i osobiście mam nadzieję, że nigdy takiego stanu nie osiągnę.

W rzeczywistości macierzyństwo to ciąg męczących czynności powtarzanych każdego dnia. Często towarzyszy mu poczucie bezsilności. Nic dziwnego, że niektóre kobiety popadają w drugą skrajność. Żadna z opcji nie jest dobra. Myślę, że każda z nas musi znaleźć złoty środek i słuchać intuicji a nie oglądać się na obowiązujące trendy. Nie ma tu uniwersalnych recept. Matka sama najlepiej czuje, kiedy dziecko nie potrzebuje już jej na każdym kroku. Niestety, tego nie da się zaplanować, przewidzieć. Dziś wiem jedno – moje dziecko jest dla mnie najważniejsze i nie chciałabym stracić nic cennego z bycia matką. Poza tym na wielu rzeczach przestało mi dzisiaj tak mocno zależeć, ale podejrzewam, że przyjdzie taki moment, że będę chciała wrócić w pełni do życia zawodowego.

– Co panią zaskoczyło w byciu mamą?

– Kiedy zaszłam w ciążę, byłam pochłonięta życiem zawodowym i jego rytm bardzo mi odpowiadał. Nie planowałam dziecka i nie byłam przygotowana na macierzyństwo. Dzieci kojarzyły mi się z ograniczeniami, zauważałam, że są hałaśliwe i rozbrykane.

Sama ciąża nie przyniosła mi szczególnie metafizycznych doznań. Byłam za to bardziej wyluzowana, może nawet trochę za bardzo. Ludzie z mojego otoczenia dostrzegali, że stałam się ugodowa. Przestałam kontrolować wagę i to, w jakie ubrania jeszcze się mieszczę. Nie widziałam siebie, tylko coraz większy ciążowy brzuszek, który napawał mnie dumą.

Po kilku miesiącach po porodzie zrozumiałam, jak ciężko będzie wrócić do formy. Nie czułam się bardziej kobieca, uważałam, że ciąża to poświęcenie mojej fizyczności, dziewczęcości. Zastanawiałam się też, czy będę w stanie tak od razu i bezwarunkowo pokochać tego małego człowieka. Na szczęście okazało się, że natura działa bardzo sprawnie i natychmiast zakochałam się w swoim synku.

– Jest pani realistką?

– Jestem realistką z tendencją do pesymizmu.

– Czyli realistka krytyczna?

– Przy pierwszym kontakcie ludzie odbierają mnie jako osobę, delikatnie mówiąc, lekko zdystansowaną do wszystkiego, żeby nie powiedzieć zblazowaną i arogancką. Nie pokazuję emocji, ciężko jest mnie wyprowadzić z równowagi. Może wynika to z faktu, że nie lubię się odsłaniać, wolę pozostać za cienką szybą. Mam świadomość tego dystansu i nie staram się z tym walczyć.

– Ale przysłowie mówi, że tylko głupcy mogą być szczęśliwi.

– To niesamowite, jaką zdolność ma ludzki mózg do wprowadzania nas w różnego rodzaju iluzje. Sami siebie nieustannie karmimy złudzeniami. Mamy wielki talent do tłumaczenia wszystkiego z korzyścią dla siebie. To chyba jedno z większych osiągnięć ewolucyjnych. Uważam to za piękne, że pomimo tylu przeciwieństw i trudności człowiek potrafi być radosny. Ja mam naturę niedowiarka. Nie potrafię wierzyć w rzeczy nienamacalne, ale szczęśliwym głupcom zazdroszczę.

– Studiowała pani psychologię. Czy wiedza o ludzkiej psychice pomaga lepiej żyć?

– Raczej nie. Nie przygotowało mnie to do lepszego kontaktu ze światem i nie nauczyło w jakiś specjalny sposób budować relacji. Nawet próby rozkminiania swojej psychiki nie za bardzo mi wyszły. Jestem świadoma moich słabości i problemów, ale nie potrafię siebie samej naprawić. Poszłam na psychologię, bo interesowała mnie różnorodność ludzkich zachowań. Na tego typu studiach każdy próbuje przeprowadzić małą autopsychoanalizę. Ale nie udało mi się zdiagnozować samej siebie. Podświadomość mocno nas broni, byśmy nie dowiedzieli się o sobie czegoś trudnego, co zachwieje naszym poczuciem własnej wartości.

– Nadal interesuje panią psychologia?

– Oczywiście. Przede wszystkim nadal interesuje mnie człowiek. Jestem obserwatorką. Ludzie w swojej największej dziwaczności wydają mi się piękni. Skupiam się jednak na muzyce, bo moje zawodowe osiągnięcia są dla mnie sposobem na potwierdzenie, że jestem cokolwiek warta. Muzyka to nie tylko moja pasja, to również sprawa bardzo ambicjonalna. Ciągle towarzyszy mi przekonanie, że jeszcze nie zrobiłam czegoś wyjątkowego, że mogę i pragnę zrobić coś lepiej.

fot. Rafał Masłow

– Co to znaczy, że muzyka rodzi się z podświadomości?

– Za pomocą muzyki wydobywam z siebie emocje i to nie zawsze te uświadomione. Dużo się wtedy dowiaduję o sobie.

Kiedy wydałam drugą płytę, przychodzili do mnie dziennikarze i pytali o teksty. To, w jaki sposób je interpretowali, uświadomiło mi wiele moich myśli i uczuć. Wydawało mi się, że pisząc piosenki, fantazjuję, tworzę jakąś fikcyjną postać, a tymczasem zrozumiałam, że to, co piszę, dotyczy przede wszystkim mnie samej. Tyle że nie zdaję albo może nie chcę zdawać sobie z tego sprawy.

– Co w muzyce jest najważniejsze?

– Jako wykonawca i jako słuchacz poszukuję prawdy. Perfekcyjny warsztat nie jest dla mnie aż tak istotny jak prawda. Szukam takich emocji i takiej wrażliwości, z którymi mogę korespondować. Na tej samej zasadzie staram się pisać piosenki. Im dłużej coś komponuję, tym gorszy efekt.

– Ale dziś dobrze sprzedaje się przede wszystkim mocne show.

– Dzisiejsza tendencja do zaskakiwania bogactwem form nie jest niczym nowym. Nie byłoby Lady Gagi, gdyby wcześniej nie było Grace Jones czy Davida Bowie. Poza tym dziś mamy taki natłok obrazów i błyskawiczne tempo ich przekazu, że coś musi naprawdę mocno uderzyć, by się przebiło. Kiedy tego cyrku robi się za dużo i zaczyna nas to nudzić, wówczas tęsknimy za tym, co jest esencją, czyli za charyzmą artysty. Brakuje nam szczerych emocji.

– W programach szukających talentów chodzi przede wszystkim o oglądalność, a jak kamery gasną, nikt już nie interesuje się odkrytymi geniuszami. Czy z „Voice of Poland” będzie podobnie?

– Warunkiem istnienia takich programów jest ich oglądalność, ale mam nadzieję, że cała akcja nie skończy się wraz z emisją ostatniego odcinka, bo to by było rzeczywiście słabe. Chcę żeby ten program był wiarygodny, a będzie, jeśli ktoś nagra po nim dobrą płytę, a nie kolejną papkę popowych piosenek. Jeśli tylko będę mogła komuś w tym pomóc, zrobię to z wielką chęcią.

– Powiedziała pani kiedyś: „Jeśli toniesz, to jest w tym twoja wina”. Brzmi bardzo surowo. Naprawdę tak pani uważa?

– Tak. Za kiepską sprzedaż swoich płyt należy obwiniać przede wszystkim siebie, a nie zewnętrzne okoliczności. Jestem zdania, że jeśli cię nie słuchają, to znaczy, że coś kombinujesz i nie jesteś szczera ani ze sobą, ani z tymi, dla których śpiewasz. Muzyka musi wynikać z wewnętrznej potrzeby wylania z siebie emocji, inaczej jest sztucznym i mało zajmującym tworem o krótkim życiu. Generalnie wyznaję zasadę, że przyczyn porażek należy szukać w sobie.

Założyłam, że jestem odpowiedzialna za wszystkie swoje błędy i niepowodzenia, a w związku z tym również za sukcesy. Uważam, że to zdrowe i uczciwe podejście. Biorę odpowiedzialność za wszystkie swoje decyzje. Jeśli chcę coś zmienić, pracuję nad tym, a nie: narzekam, szukam winnych i czekam aż sytuacja sama zmieni się na lepszą. Nie ma nic gorszego niż frustracja wynikająca z tego, że ktoś inny decyduje o naszym życiu. Trzeba wiedzieć, czego się chce i głośno o tym mówić.

– Osoby konkretne i stanowcze są często uważane za apodyktyczne. Lubiani są zgodni i mili.

– Odnoszę wrażenie, że jak ktoś wie, czego chce, i dąży do tego, to inni przyjmują to z ulgą. Ci, którzy mają wyraźną wizję celu, budzą respekt.

– Czy dzieciństwo determinuje późniejszą zdolność do bycia szczęśliwym?

– Jak najbardziej. I to w znaczący sposób. Ja musiałam się nauczyć być szczęśliwa, bo moje dzieciństwo nie było najłatwiejsze. Tata zmarł, kiedy miałam dwanaście lat, ale nawet gdy jeszcze żył, to rodzice pracowali tak dużo, że praktycznie nie było ich w domu. Z siostrą zostawałyśmy pod opieką dziadków. Po śmierci taty mama musiała skupić się na pracy, żeby móc nas utrzymać, więc wychowywałyśmy się właściwie na podwórku. Typowe dzieci z kluczami na szyi. Musiałyśmy też wziąć na siebie odpowiedzialność za szkołę. Mama nie karała nas za złe stopnie czy wagary. Uważała, że to są nasze sprawy i same musimy się pilnować. Kiedy dorosłam i stanęłam na własnych nogach, zaczęłam się łapać na tym, że brakuje mi luzu, cały czas jestem wewnętrznie spięta, chociaż nie mam pojęcia dlaczego. Myślę, że to spięcie wynikało właśnie z dzieciństwa.

– Szybko musiała pani wydorośleć…

– Musiałam sama ustalić sobie system wartości, bo jako dziecku nikt mi go nie wpoił. Do pewnego momentu trzymałam się zasad podwórkowych. Podwórko nauczyło mnie hardości, asertywności i odpowiedzialności. Ale z pewnością nie nauczyło mnie miłości. Umiejętność przyjmowania i oddawania miłości zawdzięczam samodzielnej edukacji.

Dziś wiem, jak ważna jest jakość spędzanego z dzieckiem czasu. Nie przeczę, że dzieci bywają męczące, ale jeśli ktoś decyduje się na potomstwo, powinien umieć poświęcać mu swój czas i uwagę. Tym bardziej, że dzieciństwo to naprawdę relatywnie krótki okres w życiu człowieka.

– Jakość nie zaistnieje tu jednak bez ilości. Nie da się na zawołanie spędzić razem dobrego, pełnego bliskości czasu, bo mama ma akurat – i to wyjątkowo wolne popołudnie…

– Tak samo nierealne są postanowienia typu: „teraz dziecko jest jeszcze małe, nic nie rozumie, no ale niech on tylko dorośnie, to sobie pójdziemy jak kumple na mecz i na piwo i wtedy dopiero pogadamy”. Kumplami jest się od początku albo w ogóle. Na to pracuje się całymi latami a nie pojedynczymi godzinami. A bliski kontakt z własnym dzieckiem to rzecz bezcenna i nic tego nie zastąpi.

– Trwa akcja „Wolni od stresu” w magazynie naszego wydawnictwa – „Zwierciadło”. Znane osoby dzielą się sposobami radzenia sobie ze stresem. A pani ma na to jakąś własną metodę?

– Odkąd pierwszy raz stanęłam na scenie przed publicznością, minęło 10 lat. Za każdym razem przeżywam tak samo duży stres, zwany przez wielu pobłażliwie tremą. Już wiem, że to nie jest kwestia czasu, doświadczenia, gorszego lub lepszego dnia. Nie znalazłam dotąd metody na opanowanie tego uczucia. Znajomi mówili mi, że po ciąży się wyluzuję, ale póki co tak się nie stało. Może gdyby nie ten stres, nie cieszyłabym się tak z tych najbardziej udanych koncertów? Może dzięki temu ciągle jestem blisko ziemi?