fbpx

Monica Bellucci – Ludzie mylą mnie z moją twarzą

Jedna z najpiękniejszych kobiet świata. I jedna z najbardziej śmiałych aktorek. Jest w stanie sprostać najtrudniejszym wyzwaniom, jak choćby udział w kilkuminutowej scenie gwałtu w filmie „Nieodwracalne. Monica Bellucci. Antygwiazda z dystansem do siebie, świata, kina. Spełniona jako żona i matka.

– Początkowo myślała pani o karierze prawnika, co zadecydowało o wyborze aktorstwa?

– To Francis Ford Coppola ofiarował mi życiową szansę. Rola w „Draculi” (1992 rok) była niewielka, ale był to dla mnie ważny film. Dzięki niemu zdałam sobie sprawę z tego, że chcę być aktorką – wróciłam do Włoch i zapisałam się do szkoły aktorskiej. Ponieważ jednak wciąż nie udawało mi się robić tego, co chciałam, wyjechałam do Paryża. Francja ma tę przewagę nad Włochami, że kręci się w niej dużo więcej filmów.

– Dzisiaj pani międzynarodowa kariera rozwija się bardzo dynamicznie…

– Mam dużo szczęścia. Jestem Włoszką, a w przypadku włoskich aktorek zrobienie międzynarodowej kariery było dotąd bardzo trudne. Claudia Cardinale, Gina Lollobrigida czy Anna Magnani miały silną pozycję w Hollywood tylko dlatego, że włoskie filmy odnosiły po wojnie światowe sukcesy. Dzisiaj jednak, przynajmniej moim zdaniem, lepiej jest pracować w Europie niż w Hollywood: propozycje są tu bardziej interesujące, w ramach koprodukcji europejskie aktorki mogą pracować praktycznie w każdym kraju. Nie marzę więc jakoś specjalnie o Ameryce – pracuję tam tylko wtedy, kiedy dany projekt rzeczywiście mnie interesuje.

– Często gra pani role kobiet rozdartych, płacących za wierność sobie wysoką cenę. Myślę tu chociażby o tragicznej postaci włoskiej aktorki Luisy Feridy z „Dzikiej krwi” Marca Tullia Giordany czy jednej z bohaterek „Nie oglądaj się” Mariny de Van.

– Bliskie są mi postaci wielowymiarowe, być może dlatego, że z nimi mogę się łatwiej utożsamiać. W życiu nic nie jest przecież białe albo czarne, gdyby tak było, nie tracilibyśmy czasu na wieczne poszukiwanie prawdy. Moje bohaterki pozostają wierne sobie i swoim uczuciom, za co płacą ogromną cenę. Tak jak chociażby w przypadku autentycznej postaci Luisy Feridy, która dla ukochanego mężczyzny poświęciła wszystko: godność, macierzyństwo, własne życie. Oczywiście można sobie zadać pytanie: czy ślepa wierność nie graniczy z głupotą? Uważam jednak, że nie. Poświęcenie nigdy nie idzie na marne, ponieważ pozwala na odkupienie.

Luisa Ferida kierowała się w życiu pasją, była lojalna i kochała do końca. Z kolei Jeanne w filmie Mariny de Van to kobieta, która odkrywa, że jej całe dotychczasowe życie oparte było na kłamstwie. Zagrałyśmy tę rolę wspólnie z Sophie Marceau – starałyśmy się oddać dwa całkowicie różne oblicza tej samej bohaterki. Moja postać odkrywa radość życia, harmonię i świat zmysłów, jest szalenie śródziemnomorska. Bardzo mi to odpowiadało – jestem głęboko przekonana, że udane życie to takie, w którym potrafimy realizować wszystkie strony naszej osobowości, w którym możemy być jednocześnie matkami, kochankami, przyjaciółkami, córkami, artystkami i, zawodowo, partnerkami. Zawsze chciałam realizować się w pełni, nigdy nie zgadzałam się na kompromisy. Ale interesuje mnie również oddawanie na ekranie cierpienia, jak w „Malenie” Giuseppe Tornatorego – cierpienie to przecież nieodłączna część naszej egzystencji.

– W pani filmach przewija się regularnie motyw kłamstwa, w którym żyją pani bohaterki, narzucanego im przez społeczeństwo czy najbliższych. Z tym problemem stykamy się wszyscy.

– Tak, kłamstwo wkracza w nasze życie już w dzieciństwie. Rodzice usiłują chronić dzieci przed tym, co uważają za szkodliwe, często tworzą jednak stan niezdrowego uzależnienia. Rodzicielska miłość zbliża się wtedy do przemocy. Te dzieci, już jako dorosłe osoby, będą musiały walczyć o odzyskanie własnego ja, swojej prawdziwej osobowości. Nawet jeśli ktoś okłamywał je dla ich dobra.

– Trzeba więc koniecznie zabić ojca jak u Freuda?

– Jeśli dzieci nie będą z nami walczyć, nigdy nie dorosną. Bardzo doceniam każdą chwilę, którą spędzam z moją córką, bo wiem, że w wieku 13 lat zacznie mnie nienawidzić. To bardzo nieprzyjemna perspektywa, ale zdaję sobie sprawę, że to naturalny proces, którego nie mogę zmienić.

– Mówi się, że lubi pani artystyczne ryzyko…

– To prawda, lubię grać u młodych twórców, którzy dopiero budują swój świat. Niczego jednak z góry nie planuję – w życiu możliwości otwierają się przed nami wtedy, gdy podejmujemy odpowiednie decyzje. Zdecydowałam się na rolę w filmie „Nieodwracalne” Gaspara Noégo, który wywołał gigantyczny skandal w Cannes, i w „Pasji” Mela Gibsona nie dlatego, że uwielbiam filmy, w których leje się krew czy jestem zagorzałą katoliczką – po prostu zainteresowały mnie postaci moich bohaterek skonfrontowanych z tragicznymi sytuacjami. Lubię filmy, które pozwalają odkryć ciemną stronę ludzkiej natury, nie idealistyczne bajeczki dla dorosłych. „Malena” była na przykład opowieścią o tym, jak piękno może wyzwalać w ludziach najgorsze instynkty, jak zachwyt ustępuje miejsca nienawiści.

– A więc ma pani również swoje ciemne strony?

– Lubię czarne sukienki (śmiech), bo wygląda się w nich szczuplej! Ale mówiąc poważnie – są we mnie strefy cienia, jak w każdym z nas. Jestem kobietą i już to sprawia, że moje życie jest bardziej skomplikowane. Kobiety muszą dawać sobie radę z tyloma aspektami życia, odgrywać równocześnie tyle ról… Mężczyznom jest dużo łatwiej. To prawda, że znajduję się w uprzywilejowanej sytuacji i mogę łatwiej dokonywać życiowych wyborów, ale nie oznacza to, że są one proste.

– Żyje pani w błyskach fleszów. Trudno w warunkach ciągłego wystawiania się na widok publiczny zachować własną osobowość?

– Doskonale wiem, kim jestem. Problemy pojawiają się u tych aktorek, które tracą poczucie różnicy między tym, kim są rzeczywiście, a swoim wizerunkiem. Image zniszczył już niejedno życie. Kiedy w czasie promocji filmu pojawiamy się na okładkach kolorowych magazynów, nasz wizerunek się od nas oddala, zaczyna żyć własnym życiem. Dlatego tak ważne jest, żeby nie uważać się za ekranową ikonę. Co zabawne, myślałam o tym wczoraj – byłam zaproszona do studia telewizyjnego, żeby przedstawić swój kolejny film, i tuż przed emisją rozmawiałam w wydekoltowanej sukni z baby-sitter, która miała zająć się moją córką. Jestem przede wszystkim kobietą i dopiero w drugiej kolejności osobą, która wykonuje taki a nie inny zawód. Codzienne życie nie ma nic wspólnego z magią rządzącą aktorstwem. Wiem, że nie jestem pięknością, której głównym zajęciem jest paradowanie w wieczorowej sukni po czerwonym dywanie – takie chwile to tylko bajkowy moment. Budzę się rozczochrana, mam sińce pod oczyma i nie biegam na wysokich obcasach. Bardzo lubię wytworne przyjęcia i uwielbienie publiczności, ale gdybym codziennie myślała o sobie w kategoriach gwiazdy, szybko skończyłabym w zakładzie psychiatrycznym.

– Powiedziała pani kiedyś, że zawdzięcza swoją równowagę psychiczną szczęśliwemu dzieciństwu…

– Tak, miałam naprawdę fantastyczne dzieciństwo, byłam kochana i czułam się bezpiecznie. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że jak każde dziecko byłam całkowicie zależna od dorosłych, że wywierali na mnie stałą presję. Rodzice powinni sobie uświadomić, że czasem w codziennych sytuacjach, kiedy na przykład każą dziecku założyć to, a nie inne ubranie, stosują wobec niego formę przemocy. Dlatego rozumiem ludzi, którzy wynieśli z dzieciństwa traumę – niełatwo jest być małym człowiekiem, nawet wśród najbardziej kochających osób. Dlatego przysięgłam sobie, że już nigdy nie będę niczego narzucać mojej córce. Musimy szanować dzieci, choćby chodziło o pozornie nieistotne sprawy.

– Czy doświadczyła pani osobiście wrogich reakcji? Choćby z powodu pani urody, tak jak zdarzyło się to pani filmowej bohaterce Malenie?

– Oczywiście! Uroda nas przed niczym nie chroni, za to jest jak maska. Ludzie mylą mnie z moją twarzą. Jeśli ktoś jest piękny, musi być głupi i pusty jak wydmuszka. Piękno wyzwala ciekawość, lecz także agresję. W moim zawodzie uroda na pewno pomaga, ale nie można się tylko na niej opierać. Żeby naprawdę zaistnieć, trzeba mieć w sobie pewną głębię, nie wspominając już o talencie.

– Mężczyźni muszą się jednak czuć bardzo onieśmieleni pani kobiecością.

– Dlatego wolę przebywać z kobietami – kobiety nie są onieśmielone. Wyczuwają instynktownie, co kryje się za moim wizerunkiem. Mężczyźni są ślepi.

– Bo jest pani przecież jedną z najbardziej seksownych aktorek świata. Czy upływ czasu pani nie przeraża? Czy nie zadaje sobie pani pytania: co będzie potem?

– Mam nadzieję, że będę żyła długo i szczęśliwie (śmiech), że za dziesięć lat wciąż będę mogła obserwować, jak rośnie moje dziecko. Deva będzie wtedy 15-latką! Kiedy zostajemy rodzicami, musimy zaakceptować, że się zestarzejemy – dzieci są przyszłością, a my odchodzimy w przeszłość. Teraz jednak w moim życiu tyle się dzieje, że nie mogę przewidzieć tego, co wydarzy się jutro. Staram się więc żyć dniem dzisiejszym.

– Ale aktorka gra ciałem, to jej narzędzie pracy, a ciało się zmienia…

– Moje ciało już się zmieniło – urodziłam przecież dziecko. Ale jestem wdzięczna losowi, że pozwolił mi na to niezwykłe doświadczenie – macierzyństwo całkowicie zmieniło moją percepcję rzeczywistości, dla mnie to jak przejście przez most. Może dlatego, że przestałam być centrum świata, pozbyłam się egocentryzmu. Mogłabym oddać życie za moją córkę. Nie znaczy to, że aby być kobietą, trzeba koniecznie mieć dzieci. Mam wiele przyjaciółek, które dokonały innego wyboru i są bardzo szczęśliwe. Na pewno jednak macierzyństwo pozwoliło mi zrelatywizować upływ czasu: zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko przemija, również fizyczne piękno, ale zupełnie mnie to nie porusza. Mało tego, jestem naprawdę ciekawa, jak będzie wyglądała moja twarz za dziesięć czy 15 lat. Zmarszczki są przecież śladami naszego życia – radości i smutków, spotkań i rozstań.

– Czy istnieją granice, których nie przekroczyłaby pani jako aktorka?

– Jeśli chodzi pani o to, czy zagrałabym w filmie pornograficznym, odpowiedź brzmi „nie”. Zawód aktorki to gra, symulacja. Pod tym względem nie zakreślam sobie żadnych granic – wręcz przeciwnie, chciałabym osiągnąć tę doskonałą iluzję jeszcze w wielu ekranowych sytuacjach. Jednak we wszystkim, co robię, staram się zachować szacunek dla samej siebie. W życiu – nie tylko zawodowym – należy dokonywać wyborów, w które się wierzy.

– Mieszka pani na stałe w Londynie z córką, pani mąż Vincent Cassel żyje i pracuje w Paryżu. Mimo wszystko jesteście razem od ponad dziesięciu lat. Jaka jest pani recepta na trwały związek?

– Prowadzenie samodzielnego życia. Różnimy się pod każdym względem, mamy innych przyjaciół, lubimy inne miejsca. Ja nie mogłabym żyć bez moich ukochanych Włoch, Vincent uwielbia Brazylię. Na szczęście nasza córka jest jeszcze mała, nie chodzi do szkoły, może więc podróżować. Staramy się przebywać jak najczęściej razem, nie akceptować udziału w zdjęciach w tym samym czasie. Funkcjonujemy na zasadzie dwóch wolnych atomów, które spotykają się w przestrzeni, ale oczywiście w pewnej chwili może się to stać nierealne. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy pytać Vincenta, z kim był poprzedniego wieczoru. Jesteśmy ze sobą, bo tego pragniemy. Nasze spotkania są jak przerwy w życiu wojowników – na pewien czas zrzucamy zbroję i poświęcamy się przyjemności bycia razem. Nie mogę jednak zagwarantować, że za rok czy dwa wciąż będziemy razem, nikt zdroworozsądkowo myślący nie może tego powiedzieć o swoim małżeństwie.

– Vincent Cassel po wielkiej roli w filmie „Wschodnie obietnice” Davida Cronenberga i wspaniałej kreacji gangstera wszech czasów Jacques’a Mesrine’a we „Wrogu publicznym” Jeana-François Richeta został okrzyknięty filmowym geniuszem i obsypany nagrodami. Pani poznała go, kiedy był młodym debiutantem...

– Ogromnie szanuję Vincenta za jego życiowe i artystyczne wybory. Kiedy go poznałam, nie był jeszcze mężczyzną, stawał się nim na moich oczach. Ja też zresztą byłam wtedy dopiero zalążkiem kobiety, nie wiedziałam, czego naprawdę chcę, jaką drogę wybiorę. Kiedy dzisiaj patrzę na Vincenta – człowieka i aktora – jestem z niego dumna. To, co stworzył, udowadnia mi, że się nie pomyliłam. To wspaniałe, kiedy można szanować kogoś, z kim się żyje.

?>