Magdalena Różczka – takie fajne życie!

fot. Rafał Masłow

choć z wiekiem widzę też, że coraz mniej rzeczy mnie we mnie drażni. Może za jakieś 10 lat polubię siebie tak naprawdę? (śmiech) Na szczęście zaczynam być w stosunku do siebie coraz bardziej pobłażliwa.

– Która kobieta wydaje ci się kobieca?

– Pewnie taką kobietą totalną, ociekającą wprost seksapilem, jest Marilyn Monroe, choć osobiście kocham ją głównie za to, co kiedyś powiedziała – że choćby sto osób orzekło, iż nie jest zdolna, to ona i tak wie, że jest, chce być aktorką, i do widzenia. Ale ona jest takim typem kobiecości, do którego nigdy nie dążyłam. Bardziej już chyba Audrey Hepburn jest dla mnie wektorem, choć w jej oczach nie widać szczęścia absolutnego. I Danuta Stenka – zawsze robi na mnie wrażenie, bo ona jest chyba świadoma swojej kobiecości, choć… czy tak jest naprawdę? Nie wiem. Jest też dla mnie wzorem w kwastii aktorstwa i bardzo się cieszę, że niedługo znów będziemy razem pracować.

– Spodziewałaś się kiedykolwiek, że twoje życie będzie tak wyglądać?

– Wczoraj spytałam o to samo męża: „Czy myślałeś kiedyś, że będziesz miał takie fajne życie? Bo ja nie”. Od dzieciństwa chciałam grać – naśladowałam dzieci widziane w filmach i myślałam: „Kurczę, chyba też bym tak umiała”. Jednak byłam przekonana, że aktorem człowiek się rodzi. Słowo! (śmiech) Wiadomo, że był Gajos, bo Gajos to Gajos, a Janda to Janda, ale że ja mogę pójść do szkoły i nauczyć się tego zawodu? Niemożliwe.

– Jakim byłaś podlotkiem?

– Zawsze ubierałam się tak, żeby nikt na mnie nie zwracał uwagi. Właściwie jedyne, czego się nigdy nie czepiałam, to moje usta. Reszta to kompleksy. Uciekałam od tego, co wskazywało, że jestem kobietą. A w gorsze dni, kiedy byłam rozdrażniona, udawałam, że wcale tak nie jest. Nie

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »