Marta Żmuda Trzebiatowska: Zrobiłam swoje!

Marta Żmuda Trzebiatowska (fot. iStock)

Nie tylko zagrała „rolę swojego życia” – jak określają jej kreację Jakubcowej w głośnej „Mowie ptaków” krytycy – ale też wykonała spora pracę nad sobą. Nic nikomu nie chce udowadniać, nie pyta o zdanie innych – słucha siebie. Aktorka Marta Żmuda Trzebiatowska opowiada o magii, jaka ostatnio wydarzyła się w jej życiu.

Już na miesiąc przed Festiwalem Filmów Fabularnych w Gdyni było jasne, że „Mowa ptaków” Xawerego Żuławskiego to najgłośniejsza premiera tego roku. Ty grasz w niej Jakubcową i mówi się, że jest przełomowa rola w twojej karierze. Od czego się to wszystko zaczęło?

Oczywiście od Andrzeja Żuławskiego. Pierwszy raz usłyszałam to nazwisko jako mała dziewczynka. Od zawsze uwielbiałam Sophie Marceau – jako aktorkę i kobietę, na drzwiach szafy w moim rodzinnnym domu nadal wiszą jej zdjęcia. Pamiętam, jak któregoś dnia moja mama powiedziała mi: „A wiesz, że mężem Sophie Marceau jest Polak, reżyser Andrzej Żuławski?”. Miałam wtedy chyba 10 lat i od tego momentu zaczęłam szukać o nim informacji… Oczywiście sięgnęłam też po filmy, ale wtedy kompletnie ich nie zrozumiałam. Odłożyłam je na bok, można powiedzieć, że nawet odrzuciłam.

Tuż po studiach aktorskich dostałam jednak telefon. Moja agencja przekazała mi, że pan Andrzej Żuławski zaprasza mnie na spotkanie. Zatkało mnie. Pomyślałam: „Wróciło do mnie coś, co krążyło w kosmosie od lat”. I faktycznie, spotkaliśmy się, przypuszczam, że to było koło 2009 roku.

Wiesz, skąd się o tobie dowiedział? O młodej aktorce, tuż po studiach?

Nie mam pojęcia. Wtedy w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Byłam tak szczęśliwa, że z nim rozmawiam, i tak zestresowana, że ciągle gestykulowałam i zbyt dużo mówiłam. Zwykle tak reaguję, by obniżyć napięcie. Jak dzisiaj o tym pomyślę, to mam wrażenie, że większość z tego, co mówiłam, nie miało za grosz sensu i logiki (śmiech). Na spotkaniu była obecna Marta Kownacka, reżyserka castingu, więc domyśliłam się, że chodzi o jakiś projekt. Pan Andrzej był tajemniczy, a cała rozmowa bardzo interesująca. Minęło kilka dni, tygodni i nic nie wydarzyło, nie dostałam kolejnego telefonu. Pomyślałam, że zwyczajnie się nie spodobałam. Za to od tego czasu po prostu zaczęłam żyć Andrzejem Żuławskim. Znów wróciłam do jego filmów, i do książek. Dokładnie wtedy ukazał się słynny „Nocnik” – kupiłam go w dniu premiery, krótko przed tym zanim zniknął z półek. Zakochałam się w jego twórczości i strasznie żałowałam, że nie przeszłam tego castingu. Chwilę potem wyjechał do Francji, gdzie zrobił „Kosmos”, po czym w 2016 roku zmarł. Rok później urodziłam dziecko i kiedy mój synek miał trzy miesiące, dostałam telefon z zaproszeniem do zagrania w filmie „Mowa ptaków” Xawerego Żuławskiego.

Jak dowiedziałam się od samej Marty Kownackiej, która była świadkiem naszego spotkania, wtedy szalenie się spodobałam panu Andrzejowi i miałam zagrać jedną z głównych ról w filmie „Gospodyni”, który nigdy nie powstał. Marta powiedziała mi, że na pewno życzeniem pana Andrzeja byłoby, żebym zagrała jakąś rolę we właśnie powstającym filmie, opartym na jego scenariuszu.

Czyli syn dał ci rolę, której nie zdążył dać ci ojciec? Xawery Żuławski wiedział o tamtym waszym spotkaniu?

Dowiedział się o wszystkim właśnie od Marty Kownackiej. Kiedy kompletowali obsadę do filmu, wyglądało to mniej więcej tak, że Xawery miał swoje typy, a Marta swoje. Kiedy więc doszli do roli Jakubcowej, zgłosił swoje pomysły, na co Marta: „Nie, nie, nie. Żmuda Trzebiatowska. Ojciec by tak chciał”. Poczułam dreszcze, kiedy po raz pierwszy się o tym dowiedziałam. Bardzo pomogła mi w pracy lektura książki „Żuławski. Wywiad rzeka”. Jest tam wiele tropów i wskazówek, jak rozumieć wymowę pewnych scen czy wątków. Są cytaty z książek, które go zbudowały, są tytułu filmów, którymi gardził i tych, które cenił. To wszystko jest też w tym filmie. Dlatego „Mowę ptaków” warto obejrzeć kilka razy. Nie wyłapie się tego wszystkiego podczas pierwszego seansu.

Ile razy już widziałaś „Mowę”?

Po raz pierwszy po zmontowaniu zobaczyłam ją na Festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu. I zastanawiałam się, jak ten film odbierze ktoś, kto nie zna twórczości Żuławskiego. A potem pomyślałam, że przecież nie musi go odbierać intelektualnie, ale na poziomie emocji. Tak jak robię to sama na spektaklach Krzysztofa Warlikowskigo, które uwielbiam ale po których zawsze sobie wyrzucam, że tak mało wiem i za mało czytam. Ale też zdaję sobie sprawę, że człowiek nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego. I pomyślałam, że może tak samo będzie z tym filmem. Dla mnie „Mowa ptaków” jest wzruszającym zapisem próby rozmowy ojca z synem.

Marta Kownacka mówiła mi, że kiedy pytała młodych aktorów, tuż po szkole teatralnej, co najbardziej utkwiło im w pamięci po seansie, jeden powiedział, że sceny z ciężarną Jakubcową. Ale dlaczego? „Bo zrozumiałem, że może to macierzyństwo to nie jest tylko takie szczęście”. Zupełnie mnie rozwalił ten komentarz (śmiech). Ale zaraz sobie pomyślałam: „ super, że tak odebrał tę postać”. Kiedy pracowałam nad rolą i rozmawiałam o niej z Xawerym, powiedział mi, że bardzo mu zależy, by przemycić w tej postaci to, co jego ojciec myślał o kobietach w ciąży.

A co myślał?

On się ich trochę bał, a trochę go fascynowały. Wydawało mu się, że w ich brzuchu żyje jakiś obcy, który chce się wydostać na świat, przez co one stają się z jednej strony tajemnicze i pociągające, a z drugiej zupełnie nieprzewidywalne, nieokiełznane i groźne.

Dokładnie taka jest Jakubcowa.

Cieszę się, bo taki był nasz cel. Chciałam też, by w tej roli udało mi się zawrzeć to, jak kobieta aktorka podchodzi do ciąży: że z jednej strony się bardzo cieszysz, kochasz tę małą istotę i głaszczesz brzuch, a z drugiej zastanawiasz się, czy to dziecko czegoś ci w przyszłości odbierze: urody, czasu, energi, ról. To wszystko próbowaliśmy zmieścić w tej postaci, która jest w końcu drugoplanowa, ale która dała mi tak ogromną frajdę i wolność. Do tego moment, w którym ją dostałam – sama byłam tuż po urodzeniu dziecka i doskonale pamiętałam, jakim fizycznym i psychicznym obciążeniem jest czas tuż przed porodem. Najbardziej jednak chciałam, by moja postać była jakby żywcem wyjęta z filmów Andrzeja Żuławskiego – dziś już nikt tak nie gra, jest w tym spora nadekspresja. Dlatego największy kompelment, jaki dostałam, był od Mateusza Żuławskiego, brata Andrzeja, który powiedział, że Andrzej byłby ze mnie dumny, bo to, co zrobiłam, było cholernie żuławskie. Czuję więc, że zrobiłam swoje.

Piękna opowieść o narodzinach postaci.

Wiesz, czuję w tym jakąś magię. Czuję, że na tę postać pracowało 10 lat, jakie nas dzieliło do pierwszego spotkania, a nawet może i 20, jeśli weźmiemy pod uwagę moją fascynację Sophie Marceau.

Marta Żmuda Trzebiatowska (fot. iStock)

Często zdarzają ci się takie sytuacje zawodowo i prywatnie?

Zdarzają. Na przykład miejsce, gdzie teraz mieszkam. Kiedy lata temu byłam na planie jakiegoś filmu, bardzo zmęczona położyłam się na krótką drzemkę do przyczepy. Kierowca zgodził się, bym spała w takcie jazdy na kolejną miejscówkę. Kiedy dojechaliśmy, półprzytomna wysiadłam i zobaczyłam cudowne miejsce pośrodku zieleni, niedaleko wody. I kiedy kilka lat temu przyjechałam oglądać osiedle, na którym mieszkamy, okazało się, że wybudowano je dokładnie w tamtym miejscu. Inny przykład: ostatnio przez przypadek poznałam człowieka, który pochodzi z Czech i bardzo długo razem rozmawialiśmy, kilka dni potem gdzieś na południu Polski na poboczu mignął mi znak z napisem „Praga”, co mnie bardzo zdziwiło, aż wreszcie dostałam propozycję zagrania w czeskim filmie. To się chyba nazywa synchroniczność. Jestem pewna, że znaki są wszędzie, tylko my, wciąż pędząc, ich nie zauważamy.

Zawsze miałam silnie rozwiniętą intuicję i wewnętrzny głos, ale nie zawsze go słuchałam. Był czas, kiedy wokół mnie było zbyt dużo szumu i zbyt wielu ludzi, którzy mi doradzali – to zagłuszało mój wewnętrzny głos. Ale to już przeszłość. Świadomie odcinam się od show biznesu, nie pasuje mi ten cały świat blichtru, zbyt dużo w nim powierzchowności, której nie lubię. Wolę głębokie relacje i ciche rozmowy, domówki zamiast imprez. Może wychodzi tu moja małomiasteczkowość, ale lubię ją w sobie. Wychowałam się praktycznie na wsi, blisko natury. Zawsze byłam marzycielką i idealistką, która od życia chciała czegoś więcej. I zawsze źle wychodziłam na tym, gdy robiłam coś wbrew sobie czy dawałam się do czegoś na siłę przekonać. Niekiedy moje decyzje innym mogą wydać się dziwne i kuriozalne, ale ja wiem, że muszą być takie.

Sądzisz, że po urodzeniu dziecka kobiety stają się bardziej wyczulone na wewnętrzny głos?

We mnie dziecko coś odblokowało, sprawiło, że się totalnie wyluzowałam. Stwierdziłam, że niczego nie muszę udowadniać światu. Wiem, kim jestem, wiem, co jest moją siłą. Przestałam się ścigać sama ze sobą czy z opinią innych na mój temat. Przestałam się tym całym światem wokół mnie przejmować, a jeśli już to robię, to w granicach rozsądku. Dziś czuję się ze sobą tysiąc razy lepiej niż kiedyś. Jestem spokojniejsza i szczęśliwsza. Nie zabiegam już o to, czy inni mnie zaakceptują i pokochają. Bo zawsze znajdzie się ktoś, komu się nie spodobasz.

Albo będzie ci się wydawało, że się nie spodobałaś, że wrócę do twojego spotkania z Andrzejem Żuławskim.

Tak, wtedy byłam o tym wręcz przekonana. A trzeba było zaufać sobie. Tylko do tego trzeba dojrzeć i chyba trochę nad sobą popracować. Ja tę pracę już wykonałam. Był taki moment, kiedy w moim życiu trochę się posypało. Wtedy postanowiłam trochę siebie zbudować jako kobietę. Bardzo pomogła mi w tym pewna książka, która jest moją biblią i myślę, że jest biblią dla wielu innych kobiet. Poleciłabym ją każdej kobiecie, która jest na życiowym zakręcie. Ty pewnie ją znasz – to „Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes. Pomogła mi odnaleźć swoją pierwotną siłę, o której zapomniałam. Dzięki niej zrozumiałam, że to my decydujemy o tym, czy będziemy szczęśliwe czy nie. I że jesteśmy nieszczęśliwe dlatego, że uwierzyłyśmy w wiele mitów, którymi jesteśmy karmione od dziecka, a które uzależniają nas od mężczyzn – od ich siły, woli czy czasu. To dało mi wolność i pozwoliło stworzyć udaną relację z moim mężem – daj Boże, by przez 50 lat była tak udana. Dziś wiem, że dobrze jest, jak mamy swoje odrębne światy, które się czasem spotykają, ale mój dobry humor nie jest zależny od jego dobrego humoru czy od tego, czy chce spędzić dziś ze mną wieczór. I podobnie w drugą stronę. Nauczyłam się na przykład sama chodzić do kina. Lubię spędzać ze sobą czas, lubię spotykać się też z przyjaciółkami. Uwielbiam być z mężem, ale on nie musi być moją drugą połową i cieniem, który wiecznie mi towarzyszy.

I jaka to ulga dla niego…

Myślę, że tak. Wcześniej wyobrażałam sobie to wszystko zupełnie inaczej. Bo tak byłam nauczona. Popatrz, jakie kiedyś były bajki dla dziewczynek, a jakie są dzisiaj. Wracając do „Biegnącej z wilkami”, ta książka pomogła mi też przygotować się do porodu. Dotarło do mnie, że to jest totalnie naturalna rzecz i każda kobieta doskonale wie, jak to zrobić. Nikt ci w szpitalu nie będzie mówił, czy masz się położyć tak czy tak. Twoje ciało doskonale wie, jak to zrobić, wystarczy mu zaufać. Mąż śmiał się, że mówię, jakbym była trochę nawiedzona, ale sądzę, że kobiety powinny pielęgnować w sobie tę szamańską naturę.

I w ogóle wracać do natury.

Tak, natura pomaga nam dojść do prawdy o sobie, a dziś się trochę w tej kwestii pogubiliśmy. Za dużo czasu spędzamy w rzeczywistości wirtualnej. Sama mam konto na Instagramie, ale długo się przed tym powstrzymywałam, ostatecznie przekonał mnie fakt, że powstawało dużo fejkowych kont, na których ludzie się pode mnie podszywali i podawali nieprawdziwe informacje. Zgodziłam się więc na profil oficjalny, który sama prowadzę i robię to bardzo intuicyjnie. Robię wpis, kiedy mam czas i pomysł. Lubię się pokazywać bez makijażu, naturalna, taka jak jestem – bo to, że pięknie wyglądam na jakiejś gali czy premierze to zasługa makijażystów, fryzjerów i projektów, na co dzień wszystkie jesteśmy normalnymi dziewczynami, które czasem mają pryszcze czy sińce pod oczami o szóstej rano, kiedy wstają do dziecka. Jestem przeciwniczką kreowania w mediach społecznościowych wyidealizowanego, sztucznego świata. Chcę, by była w tym prawda. W ogóle lubię prawdę. Pracuję w zawodzie, w którym cały czas trzeba coś udawać, ale jednocześnie trzeba najpierw dotrzeć do prawdy.

To jest chyba najtrudniejsze.

Zgadzam się, ale to też w nim najbardziej pociągające. Na przykład w roli Jakubcowej wyszedł ze mnie pierwiastek, o który, jak przypuszczam, wiele osób mnie nie podejrzewało. Myślę, że niektórzy będą zdziwieni. Jestem tu chropowata, dziwna, dzika, nieprzyjemna i brzydka. Mówię to dlatego, że mam przypisaną łatkę ładnej, miłej i grzecznej dziewczyny. A to buduje mur.

Już sama uroda buduje mur. Od ładnych aktorek nie oczekuje się świetnej gry, nie proponuje im się ról wyzwań.

Wiem, że byłam i jestem obsadzana „po warunkach“, że rzadko zdarza się ktoś, kto spojrzy na mnie inaczej, kto da mi zupełnie inne zadanie aktorskie. I taką szansę dał mi Xawery Żuławski, dał mi wyzwanie, ale i wolność w jego realizacji. Jego punkowa energia bardzo mnie zainspirowała. Na przykład w scenariuszu nie było skoku do basenu. Kiedy jednak byliśmy na planie, cały czas miałam poczucie, że pod koniec wątku Jakubcowej brakuje jakiejś bomby. Pomyślałam: „A jakby na koniec z tym swoim wielkim, wielorybim brzuchem wskoczyła do basenu?”. Xawery powiedział: „Świetne, robimy to”. A muszę dodać, że boję się wody i nigdy wcześniej nie wskakiwałam do basenu, nigdy. Kiedy przebierałam się do sceny, ogarnęły mnie na chwilę wątpliwości: „Co ja wymyśliłam?!”, ale zrobiłam to z marszu. I było to cholernie wyzwalające.