„Nigdy nie poznawaj swoich idoli” – mawiają. Ale co się dzieje, gdy nie posłuchamy rady? The Beatles byli rozczarowani spotkaniem z wielkim Elvisem. Moby nawet nie podszedł do Neila Younga, tak był przerażony, że ten zawiedzie jego oczekiwania.
Tekst pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 10/2024
Wywiady są jak pierwsze randki. Nieznajomi siadają naprzeciw, chcąc zaprezentować się z jak najlepszej strony. Gra nie toczy się jednak o wielką miłość (chociaż historia zna i takie przypadki), lecz o coś mniej romantycznego. Dziennikarz chce przywieźć jak najlepszy materiał, artysta skutecznie zareklamować swoje nowe dzieło. Każdy ma swój motyw, który przez wyznaczone przez menedżerów 20 minut łączy ich w drużynę grającą do jednej bramki. Golem jest dobra rozmowa, kawał, jak mawiamy, „mięsa”. Trzymając się piłkarskich metafor, niektórzy zasługują jednak na czerwone kartki.
Grzechy środowiska dziennikarskiego to temat na osobny felieton, dziś upomnijmy artystów. Wywiad to współpraca dwóch równie chętnych i zaangażowanych stron. I jeśli jedna z nich tej chęci nie przejawia, nic nie pomoże – ani najlepsze pytania, ani najszczersze intencje, nawet urok osobisty, najbardziej desperacki z ratunków.
W branży muzycznej przez lata urosły legendy wokół tych, którzy dziennikarzy nie znoszą. Najsłynniejszym postrachem mediów był prawdopodobnie Lou Reed, legenda amerykańskiej muzyki, lider kultowego The Velvet Underground. Reed, tak samo inteligentny, co charakterny, od swoich rozmówców oczekiwał intelektu, zaangażowania i jakości – kompletnego pakietu, który wydałby mu się wart jego cennego czasu. W jego mniemaniu dorównywali mu nieliczni. Swojego rozczarowania nie tylko nie krył, ba, wręcz rozkoszował się nim. Dziennikarz „Guardiana” wspominał, że podczas wywiadu z Lou „czuł się jak ameba” i „chciał płakać”. Nie był osamotniony. Reed regularnie zaznaczał, co myśli o „pismakach”, nazywając dziennikarzy „najniższą formą życia” (dzięki, Lou).
Innym artystą o wątpliwej reputacji przez długie lata był jeden z bohaterów [jednego z numerów – przyp. red.] „Zwierciadła”. W 1988 roku tygodnik „New Musical Express” anonsował go na swoich łamach słowami: „Nick Cave to koszmar każdego dziennikarza. Oczekuje szacunku, ale nie szanuje prawa dziennikarza do zadawania pytań”. Po czym magazyn zabrał nas w wielostronicową podróż przez mękę autora i porównywalną udrękę artysty. Po lekturze trudno ocenić, który z nich bardziej chciał drugiego fizycznie skrzywdzić, jest jednak pewne, że wokalista kilkakrotnie – szczęśliwie nieskutecznie – spróbował.
Pewnego lipcowego dnia, wiele lat później, miałam zasiąść przed nim, Nickiem Cave’em, legendarnym postrachem świata mediów.
Cave, promując nowy album „Wild God”, zdecydował się udzielić zaledwie 10 wywiadów dziennikarzom z całego świata, starannie wyselekcjonowanej grupie osób godnych jego czasu. W tej decyzji było coś niestandardowego. W show-biznesie nie ceni się dziś jakości, dobra niszowa rozmowa przegra z każdą 15-sekundową rolką na Tik-Toku. Ale nie w świecie Nicka Cave’a, który nie ma już niczego do udowodnienia i nie musi tracić czasu na standardową promocję. Dlatego nieszablonowo i on dał coś od siebie. To nie było „regulaminowe” 20 minut. Każdy z nas dostał godzinę. Właśnie po to, by nie zadawać pytań, lecz by porozmawiać.
(Fot. Brian Rasic/Getty Images)
„Nigdy nie poznawaj swoich idoli”, mamrotałam pod nosem, wchodząc – przerażona i przejęta – na jeden z najważniejszych i najbardziej prestiżowych wywiadów w moim życiu. Nie jestem jego fanką i Nick nie jest moim idolem. Taka skala zaangażowania w nieznanego człowieka jest mi obca. Ale nie znaczy to, że nie mam artystów, których cenię, których twórczość jest dla mnie ważna. Nick Cave jest w czołówce tej listy. Gdyby ten wywiad się nam nie udał, gdyby Nick był dla mnie niemiły, znudzony czy zawiedziony pytaniami, gdybym wyszła z pięciogwiazdkowego londyńskiego hotelu z poczuciem zawodowej porażki i ludzkiego rozczarowania, jak miałabym później słuchać jego płyt, jak bawić się na koncertach kogoś, kto dał mi odczuć „niskość” mojego życia?
Przygotowywałam się do tej rozmowy trzy miesiące. Kto mnie zna, wie, że pracuję obsesyjnie. Chcę być najlepsza, lubię to uczucie. Dziewczynka ze świadectwami z czerwonym paskiem została prymuską już na całe życie.
W przypadku Nicka częścią długiego procesu było oswajanie się z myślą, że zasiądzie przede mną z pewnymi oczekiwaniami. Jego menedżerowie wybrali mnie, przekonani, że nie zmarnuję jego czasu. Teraz musiałam to udowodnić. It’s show time!
Przyszłam w jedwabnej sukience modowej marki jego żony, The Vampire’s Wife. Zauważył od razu i chyba docenił drobny gest. Odczułam ulgę, w końcu tyle się mówi o wadze pierwszego wrażenia. Rozpakowując nerwowo sprzęt do nagrywania, rzuciłam, że czuję się teraz jak on przed wejściem do studia z Johnnym Cashem. „Co masz na myśli?”, zapytał. Zrobiło mi się słabo, byłam pewna prawdziwości historii o nieprzespanej nocy stresu i fizycznych „sensacji” przed sesją z jego idolem. Zaczęłam wylewnie tłumaczyć, rzucił tylko: „Ach, tak, tak”. Pa, pierwsze wrażenie, musimy zaczynać od nowa.
A jednak się udało. Jest coś niezwykle przyjemnego, kiedy artysta daje czytelny sygnał, że podoba mu się rozmowa. To nagroda za cały trud researchu i pracy. Gdy powiedziałam Jackowi White’owi podczas naszego pierwszego wywiadu, że kończy się mój czas, krzyknął do swojego menedżera: „Nie przerywaj nam, chcę jeszcze rozmawiać z Polską!”. Był wtedy nową gwiazdą rocka, ja zaledwie początkującą 20-letnią dziennikarką. Poczułam się, jakbym weszła na szczyt świata. I miałam szczęście czuć się tak kilkakrotnie.
Nieliczni artyści są tak niechętni wywiadom jak Sade. Enigmatyczna wokalistka, w przeciwieństwie do Reeda, nie pastwi się nad dziennikarzami, zamiast tego wywiadów praktycznie nie udziela. Od czasu naszej rozmowy duma jest częścią mojego CV, bo jak czuć inaczej, gdy kobieta, która wywiadów legendarnie nie znosi, mówi ci: „Świetnie się nam rozmawia, nie przejmuj się czasem, pytaj”.
Nick Cave skrócił swoją przerwę na lunch o pół godziny, by licznik na moim dyktafonie pokazał 90 minut. Następnego dnia w skrzynce mailowej czekała na mnie wiadomość od pracownicy jego londyńskiej wytwórni: „Nick prosił, by przekazać, że bardzo podobała mu się rozmowa”. Wisi oprawiony w ramkę, obok maila od Marka Niedźwieckiego, w którym pisze, że zrobiłam świetną audycję. Jak robienie dobrego radia z moim niewyraźnym „r”, zadowolenie Nicka wydało mi się podobnym triumfem.
Oczywiście nie byłoby tego wszystkiego bez niego. Nie ma już „przerażającego Nicka”; artysta po tragicznej śmierci syna spokorniał, zszedł z cokołu, także arogancji i pychy, na który z ochotą kiedyś wskoczył. Gdy nieznajomi, poruszeni dramatem rodziny Cave’ów, zaczęli ofiarować drobne gesty ciepła, empatii czy troski, radykalnie zmienił stosunek do ludzi, także dziennikarzy. Dziś rozmawia chętnie, nie boi się najtrudniejszych i najbardziej osobistych wątków, zrozumiał, że w artyście może być wartość nawet większa niż jego twórczość – on sam, jego życie.
Nick w swojej nowej otwartości na płytach, koncertach, w filmach, książkach i wywiadach dodaje dziś otuchy ludziom, którzy przechodzą przez najgorsze, przez piekło. To piękne dziedzictwo, dorównujące jego najwspanialszym albumom.
Częścią tego piękna jest życzliwość dla mnie, udokumentowana na stronach tego magazynu. Gdy zorientował się, ile wiem, zdecydował się opowiedzieć mi historię, której znać nie mogłam. I w ten sposób dowiedzieliśmy się, jak Nick oświadczył się swojej Susie.
Więc tak, The Beatles byli rozczarowani spotkaniem z wielkim Elvisem. Moby nawet nie podszedł do uwielbianego przez niego Neila Younga, tak przerażony, że ten zawiedzie jego oczekiwania. Madonna po latach sama przyznała, że w latach swojej największej sławy była „nieznośna”. A jednak… „Nigdy nie poznawaj swoich idoli”? Ja już czekam na kolejne wyzwanie!
(Fot. Dave Tonge/Getty Images)
„Let Love In” (1994)
Pozycja obowiązkowa dla mrocznych romantyków. „Ból i przyjemność pod postacią rytmu, seksu i śmierci”, podsumował jeden z recenzentów. Oraz wielkie „Do You Love Me?”, dodajmy.
„Push the Sky Away” (2013)
Dyskretne piękno tej muzyki ostrożnie ujawnia się słuchaczowi, ale gdy zostanie dostrzeżone, uzależni dożywotnio. Niespieszne opowieści wciągają w świat niebezpieczny, fascynujący i niepokojąco magiczny.
„The Boatman's Call” (1997)
Album skromny w formie, wielki w treści. Głos, pianino i pieśni – być może najwspanialsze w imponującym dorobku artysty. Najbardziej przystępna z jego płyt i świetne wprowadzenie w jego twórczość.
Anna Gacek, dziennikarka, przez dwie dekady głos radiowej Trójki, autorka, podcasterka. Jej najnowszego podcastu „Blaski i cienie. Anna Gacek i biografie najsłynniejszych” można słuchać w Audiotece.