fbpx

Małgorzata Rejmer: Muzeum niepamięci

Małgorzata Rejmer: Muzeum niepamięci
123rf.com

Wrażenie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, jest tak silne, że zatrzymuję rower, przystaję pod murem więzienia i niczym maliny do koszyczka zbieram wszystkie potrzebne informacje: ja, Timiszoara, wtorek, sierpień.

Szukam muzeum rewolucji rumuńskiej, trzymając w ręku mapę z nieaktualnym adresem tegoż obiektu i krzyżykiem zaznaczając kolejny adres, który to krzyżyk także nie ma nic wspólnego z realną lokalizacją muzeum. Pot leje mi się po grzbiecie i jest to ten rodzaj upalnego zmęczenia, kiedy faktycznie czujesz strugi spływające po plecach, jakbyś był, dajmy na to, górą, po której spływa wartki wiosenny potok. Timiszoara jest miastem niełatwo urokliwym, pięknym acz zaniedbanym. Mój rower, niczym nieudolny samobójca, rzuca się we wszystkie chodnikowe dziury i odbija od wysokich krawężników. Ludzie dookoła bardzo chcieliby mi pomóc, lecz nie potrafią.

– Faktycznie, jest jakieś muzeum – mówi starszy pan w okularach. Zamyśla się. Pewnie nawet niedaleko. Kiwa mi głową, żeby się nie poddawać, i odchodzi w swoją stronę.

Dziewczyny z przystanku nieopodal są dosyć sceptyczne. Naprawdę muzeum? Nic im nie wiadomo. Kiedyś, być może, było. Teraz nie wiadomo, czy jest. Powodzenia.

Pan z wąsem się wtrąca, że nie ma żadnego muzeum, to znaczy jakieś pewnie jest, ale nie rewolucji, i nie tutaj.

ZAMÓW

E-WYDANIE

I choć wiem, że muzeum istnieje, czuję się tak, jakby faktycznie był to obiekt za siedmioma górami, za siedmioma lasami, ukryty w dziupli pod wielkim drzewem, i żeby znaleźć do niego drogę, muszę wpaść do jamy, wypić miksturę z maleńkiej butelki i przejść przez bardzo małe drzwi.

Niedaleko jest więzienie ogrodzone długim murem, ze strażnicą i koleżkami w mundurach, którzy zanoszą się śmiechem. Tam przystaję. Zbieram myśli: ja, w Timiszoarze, w sierpniu. Przychodzi mi przez myśl, że wcale nie potrzebuję tego muzeum do szczęścia, ale instynkt podpowiada mi, że skoro jest więzienie, to muzeum rewolucji też jest i czuję, że jedno pasuje do drugiego. Strażnik potwierdza, że muzeum jest w pobliżu, ale nie potrafi powiedzieć gdzie.

Jadę wzdłuż muru, wjeżdżam na podwórko między blokami, krążę, niedaleko widzę budynek otoczony karuzelami i zjeżdżalniami, więc się wściekam, że na co mi przedszkole, i węszę dalej. Zagaduję kobiety, które palą papierosa pod blokiem i przypatrują mi się podejrzliwie. Kiedy pytam o muzeum, wybuchają śmiechem.

– Pani tak tu jeździ i jeździ, a było spytać, że przecież tu – I pokazuje budynek, który wzięłam za zrujnowane przedszkole. Faktycznie, gdybym podjechała od innej ulicy, zobaczyłam wysprejowany napis, udający graffiti: „Muzeum rewolucji rumuńskiej”. Niepewność co do istnienia muzeum przypomina mi wahania Rumunów, czy wydarzenia z grudnia 1989 roku rzeczywiście były rewolucją.

– Proszę tego nie nazywać rewolucją! – powiedziała mi raz starsza pani. – Do dziś nie wiadomo, kto pociągał za sznurki i jak manipulowano ludźmi. Zamach stanu – tak, przewrót pałacowy – owszem. Ludzie wyszli na ulicę, ale ilu było wśród nich radzieckich agentów? Amerykanie też się tam pałętali. Ceausescu musiał odejść i tyle, nadszedł jego czas, bo komunizm upadł już wszędzie. Wszyscy o tym wiedzieli, tylko nie on – dodała.

Jedno jest pewne, zamieszki zaczęły się w Timiszoarze. Miasto powinno być dumne, tymczasem lokalizacja muzeum rewolucji rumuńskiej to jedna z lepiej strzeżonych tajemnic, a sam budynek, w którym ciągle zdają się trwać prace remontowe, świeci pustkami. Plansze, zdjęcia i jeden film martyrologiczny, i już.

Zaraz dopada mnie niewysoki, łysy mężczyzna z laseczką, który prosi, by wspomóc instytucję darowizną w wysokości 10 lei. To bezceremonialne wystawienie rachunku za zwiedzanie darmowego muzeum wywołuje tyleż mój opór, co zaciekawienie. Pytam, jak ma się muzeum rewolucji w nowej rumuńskiej rzeczywistości, a dyrektor snuje przede mną opowieść o zapomnieniu.

Nikt nie interesuje się funkcjonowaniem muzeum. Prezydent – nie. Parlamentarzyści – też nie. Nikt nie widzi powodu, by wspomóc muzeum, skoro opinii publicznej nie obchodzi pielęgnowanie rewolucyjnej chwały. Dziennie przychodzi do muzeum parę osób, głównie obcokrajowcy. Nie mam sumienia, by powiedzieć mu, że nikt nie potrafił wskazać mi drogi.

Nie wspominam też o badaniach socjologicznych, z których wynika, że większość Rumunów tęskni za komunizmem. A skoro tęsknią za Ceausescu, to dlaczego mieliby gloryfikować rewolucjonistów, którzy zabili takiego dobrego i poczciwego dyktatora? Za komuny było jedzenie, wycieczki zagraniczne, mieszkania. O latach 80., czasie kolejek, głodu i zimna, nikt nie chce pamiętać.

Czasem pytam Rumunów, czy się nie cieszą, że odzyskali wolność. Jaką wolność, zżymają się. Wtedy też była wolność! Ceausescu nikogo nie trzymał w więzieniu. Dbał o kraj i martwił się o niego. Potrzebujemy nowego Ceausescu!

Stary dyrektor siedzi obok mnie w starym fotelu i zamyślony, stuka laską w podłogę. – Niech pani dotknie mojej nogi – mówi nagle. Nie rozumiem, to znaczy rozumiem, więc czekam na wyjaśnienia. A dyrektor bez słowa kładzie moją rękę tuż nad kolanem. Palcami wyczuwam duże wgłębienie. – Nie wiedziałem, że z bólu można stracić przytomność, mówi. Na szczęście można. Tak mnie bili pałkami w więzieniu, że połamali mi nogi -mówi.

Dyrektor prowadzi mnie do jednego z pustych pokoi, zastawionego starymi meblami, gdzie na podłodze walają się kawałki kartonów i gazet. Włącza przenośny grill i kładzie na nim bakłażany. W pustym muzeum o obdrapanych ścianach robimy sałatkę z bakłażanów.

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>