Małgorzata Rejmer: Dziennik rumuński (1) Powrót

Małgorzata Rejmer: Dziennik rumuński (1) Powrót
123rf.com

Czego możemy spodziewać się po piekle, dowiaduję się pierwszego dnia pobytu w Bukareszcie – zaraz po tym, gdy gubię się wśród bloków na tyłach Piata Iancului i przystaję obok krzyża nagrobnego z tabliczką – bo gdzieś tłucze mi się po głowie, że to może być osiedlowy punkt orientacyjny.
Kobieta stojąca w oknie, która pali papierosa i nie ma włosów, i jest chuda i wątła jak wyschnięty strumień, zaczyna wypytywać do kogo potrzeba mi pójść. Potem jest już łatwiej, chociaż gdy idę dalej, czuję miękkość kolan.

Ulica roztapia się w słońcu, a moje łydki raz po raz smagają uderzenia gorącego powietrza. I tylko ten żar się porusza, więc teoretycznie sobie idę, lecz zasadniczo siedzę w garnku z zupą, ustawionym na największym ogniu. Idę, siedząc, a wszystko dookoła jest ironiczną wariacją na temat fatamorgany, której widok nie przynosi ulgi.

Na dzień dobry robię tour po znajomych. Ci sprawiają wrażenie, jakby już podjęli decyzję, że trzeba się stąd wynieść, na przykład do Afryki, bo tam jest chłodniej, albo do Iranu, bo tam ludzie życzliwsi, albo do Afganistanu, bo tam jest bezpieczniej. Jest tyle bardziej urokliwych zakątków na świecie, dlaczego więc siedzimy właśnie tu?

Kiedy zadaję sobie to samo pytanie, przychodzi mi do głowy, że, idąc, nie siedzę w żadnym garnku z zupą, tylko ewidentnie w betonowym piecu. I kiedy wreszcie dojdę do celu, to może się okazać, że został ze mnie sam popiół, który rozdmuchuje ten leniwy, szczątkowy wiatr rumuński, co nie ma ani siły, ani pasji, żeby wiać.

W powietrzu czuć napięcie, bo Rumunia szykuje się na kolejne zmiany: lada moment ma się odbyć referendum w celu odklejenia od koryta prezydenta, ale nikt specjalnie nie ma ochoty się rozwodzić, czy to dobrze, czy niedobrze. Ten temat zdecydowanie przebiło inne medialne wydarzenie, mianowicie postrzelenie się byłego premiera podczas zatrzymania go przez policję, kiedy miał zostać odwieziony do więzienia po wyroku za dorobek korupcyjny. Czy taki zmyślny myśliwy jak premier Nastase, mógł się tak durnowato przestrzelić? Czy po prostu jest zmyślny i wiedział jak strzelać, czy po prostu jest tak durnowaty, że nic mu nie wychodzi – ciągle jeszcze zastanawiają się Rumuni i sprawa Basescu jedną nogą odchodzi w cień. Ale pod Piata Universitati ciągle stoi grupka ludzi, krzyczących: „Won Basescu” i recytujących patriotyczne wierszyki, którzy zdają się świetnie bawić na tym wesołym pikniku, sponsorowanym podobno przez obecny rząd. Mijam ich i idę prowizorycznym deptako-wybiegiem, który powstał na bulwarze Magheru – ktoś na wzór paryskich kawiarni ustawił wzdłuż chodnika składane krzesełka, na których przesiadują obibokowie rumuńscy i cygańscy, cmokając na przemykające panie, które podnoszą wysoko nogi, żeby nie wejść w kałuże na chodniku, powstałe z siąpania rozwalonych klimatyzatorów.

ZAMÓW

E-WYDANIE

A potem dzień zaczyna się kończyć i następuje widok zachodu słońca. Siedzę wraz z przyjaciółmi nad jeziorem w parku w Colentinie, na bladym końcu Bukaresztu, gdzie ostają się już tylko pojedyncze pasma bloków, a wszystko inne rozrzedza się i niknie wśród zielska i wypalonej trawy. Przede mną rozpościera się sinawa tafla jeziora, a na drugim brzegu, naprzeciwko mnie, kilkudziesięciu Chińczyków w kolorowych strojach tańczy rozciągając ciała niespiesznymi, łagodnymi ruchami. Przypominam sobie, ile radości miałam zimą z jedzenia humusu i tabbouleh w libańskiej knajpie, jak sobie język wystrzępiłam, zachwalając te wspaniałości, które przyprawiały mnie o wzruszenie, jacy uprzejmi są Wietnamczycy w tutejszych obskurnych, wyłożonych wykładziną spelunkach. I że tylko tu może się zdarzyć, że, wchodząc do restauracji, ujrzymy właściciela śpiącego na złączonych krzesłach, który na widok gości ocknie się natychmiast i w nagłej przytomności z największą elegancją przyjmie zamówienie.

Siedzę nad jeziorem, a obok uśmiecha się starsza pani z oczodołem wyścielonym różowym nabłonkiem – przypominają mi się kolorowe gałki oczne, dostępne w aptekach, które tak interesowały Hertę Muller – i to nie jest ani dziwne, ani smutne. To jest Bukareszt, za którym tęskniłam tak, jak masochista tęskni, gdy ktoś mu schowa ukochany biczyk. A teraz, gdy piszę, siedzi obok mnie drobna, czuła kotka, która nazywa się Mită, co po rumuńsku oznacza „łapówka”. Jest to koteczka tak gadatliwa i wyrazista, że może równać się tylko z moją kocicą Polską, bardziej jednak spasioną, bardziej kapryśną, więcej oczekującą od życia.

?>