Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale był czas kiedy Telewizja Polska funkcjonowała bez produkcji seriali. Widzowie oglądali głównie filmy, programy, spektakle i widowiska estradowe na dwóch kanałach telewizyjnych. Pierwszy polski serial pojawił się w ofercie TVP dopiero 5 stycznia 1965 roku. Nosił tytuł „Barbara i Jan”.
Serial „Barbara i Jan” (na podstawie scenariusza Janusza Jaxa, Stanisława Barei i reżyserów Jerzego Ziarnika oraz Hieronima Przybyła) składa się z siedmiu odcinków. Opowiada losy pracowników fikcyjnej redakcji gazety „Echo”. Barbara Raczyk (Janina Traczykówna) to dziennikarka, która stawia pierwsze kroki w zawodzie. Jej próbnym tekstem, zadanym przez redaktora naczelnego „Echa”, jest reportaż na temat kobiet pracujących.
Bohaterka rusza więc w teren, zatrudnia się jako pracownica produkcji lamp w Zakładach Wytwórczych Lamp Elektrycznych im. Róży Luksemburg i rozmawia z innymi kobietami, o tym jak wygląda ich codzienne życie. Jej współpracownice są jednak nieufne, ponieważ nie rozumieją, dlaczego nowozatrudniona zadaje im tak wiele pytań. W pracy towarzyszy jej fotograf Jan Buszewski (w tej roli Jan Kobuszewski). Gdyby nie on, Basia nie miałaby żadnych cytatów. A jak mówi naczelny, w każdym tekście muszą być ludzie, fakty i cyfry.
Siedmioodcinkowa produkcja sprzed sześćdziesięciu jeden lat, wciąż nie traci na atrakcyjności. W każdym odcinku bohaterowie zajmują się inną sprawą. Odwiedzają fabrykę lamp, zawożą do wiejskiej świetlicy wygrany w konkursie telewizor, albo jadą na ważne wydarzenie, które będą relacjonować. Poza sprawami stricte redakcyjnymi, poznajemy też życie Polaków w mieście i na prowincji. Oczywiście serial nieprzypadkowo opowiada, w duchu propagandy PRL-u, o tym że w kraju dzieje się dobrze, ludzie mają prace, a przestępcy nie mogą spać spokojnie. Nie jest to jednak w żaden sposób tak dalece natarczywe, żeby uniemożliwić oglądanie. Z perspektywy lat jest to swoista prawda czasu i prawda ekranu.
Scenarzysta Janusz Jaxa to w rzeczywistości Jan Pijanowski, krytyk filmowy oraz twórca prasowych łamigłówek i gier logicznych (publikował w „Życiu Warszawy” oraz „Życiu i Nowoczesności”). Znał dobrze realia pracy w mediach, więc pisząc scenariusz czerpał z własnego doświadczenia. Jego synem jest Wojciech Pijanowski, znany szerokiej widowni jako prowadzący „Koło Fortuny” od 1992 do 1995 roku. Po ojcu odziedziczył uwielbienie do szarad i łamigłówek. „Koło Fortuny” było naturalną konsekwencją tej pasji.
Serial eksperymentował z nową formą narracyjną. Dotychczas znane były seryjne produkcje radiowe, jak np. „Matysiakowie”, ale „Barbara i Jan” wytyczali kolejny kierunek rozwoju dla publicznego medium.
fot. materiały prasowe
Czytaj także: Niegrzeczna i niebezpieczna. Wszystkie miłości Kaliny Jędrusik
Gdyby porównać „Barbarę i Jana” do współczesnych produkcji, trzeba by powiedzieć, że to historia o młodych ludziach, którzy chcą ułożyć swoje życie w Warszawie. Ona mieszka w wynajmowanym pokoju, gdzie w ciągu dnia przechadzają się właściciele, a każdą rozmowę telefoniczną musi odnotować na liście, żeby na koniec miesiąca uiścić dodatkowy rachunek. Barbara jest ambitna i uparta. Pisze po godzinach i ciągle szuka tematów.
Jan ma większe doświadczenie i jako fotograf zna swoje miejsce w redakcji „Echa”. Towarzyszy dziennikarzom w terenie, gdzie przygotowuje fotorelacje do artykułów. W jednym z odcinków wygrywa milion w totolotka, ale lokalny punkt totalizatora prowadzi oszust i marzenie Jana o bogactwie szybko zamienia się w koszmar. W międzyczasie kilka osób z redakcji prosi go o pożyczkę, co pokazuje, że scenarzysta miał oko do detali i trafnie, a przy tym często dowcipnie, charakteryzował bohaterów serialu.
fot. materiały prasowe
Czytaj także: Ten film Wajdy z 1960 roku wyprzedził swoje czasy. Z niezwykłą lekkością pokazuje flirt i miłosne gierki
Barbara z nosem do reportaży śledczych, nawet w banalnych sytuacjach dostrzega temat. Tak dzieje się w ostatnim odcinku, gdy poszukując w Gdańsku gabinetu dentystycznego dla cierpiącego na ból zęba kolegi, trafia na zdublowaną tabliczkę adresową. I tak po nitce do kłębka bohaterowie trafiają do mieszkania, gdzie dekonspirują punkt nielegalnego hazardu.
Formuła dwudziestopięciominutowego odcinka nie pozwoliła twórcom na rozwinięcie intryg kryminalnych, ale dawała przestrzeń na wątek, w którym wykazywali się dziennikarze i przedstawiciele milicji obywatelskiej. W międzyczasie dowiadywaliśmy się trochę więcej o głównych bohaterach, ich zwyczajach i stylu życia. Serial unikał pokazywania większych zażyłości, flirtów, nie mówiąc już o scenach intymnych.
fot. materiały prasowe
Czytaj także: „Piosenka jest dobra na wszystko” – wspomnienie Jeremiego Przybory
Oceniając produkcję sześć dekad później trzeba powiedzieć, że „Barbara i Jan” wciąż jest serialem wartym obejrzenia. Na drugim planie podziwiamy wybitnych aktorów, m.in. Wacława Kowalskiego, Wojciecha Pokorę, Zygmunta Kęstowicza, Zofię Merle, czy Krystynę Sienkiewicz. Wszyscy oni byli przed swoimi największymi rolami, z których kojarzymy ich obecnie.
Trzydzieści sześć lat później Janina Traczykówna zagrała matkę Adasia Miauczyńskiego w „Dniu świra”, w reżyserii Marka Koterskiego. Traczykówna swoje życie zawodowe poświęciła przede wszystkim scenie teatralnej. Z kolei Jan Kobuszewski miał w dorobku wiele znanych ról filmowych i serialowych, ale jego kluczową działalność stanowiły występy w Kabarecie Dudek i Kabarecie Olgi Lipińskiej oraz Kabarecie Starszych Panów.
Dzisiaj powiedzielibyśmy, że Barbara i Jan jako młodzi ludzie szukający swojego miejsca w życiu zawodowym i prywatnym, pokazują nam współczesną Warszawę. Gdyby powstało więcej odcinków, warto byłoby zanurzyć się w ich życie obyczajowe, kawiarniane, domowe, na co zabrakło czasu w formule krótkich siedmiu odcinków.
W serialu oglądamy auto służbowe Jana, czyli Syrenę 102, pojazd uchodzący wówczas za luksusowy i dostępny dla nielicznych. Jan Kobuszewski po latach przyznał, że produkcja „Barbara i Jan” stała się kroniką życia w Polsce w połowie XX wieku. Janina Traczykówna wspominała, że aktorzy występowali w swoich prywatnych ubraniach, ponieważ budżet był skromny. Nikt nie mówił wówczas o serialu, używano określenia film odcinkowy.
fot. materiały prasowe