Jeśli masz ochotę na niespieszny dreszczowiec, który raz każe ci zachwycić się sennym krajobrazem, a za chwilę podsuwa myśl, od której ciężko jest się uwolnić, nie szukaj dalej. „Płomienie” Lee Chang-donga to hipnotyzująca opowieść o zazdrości, pożądaniu i tajemnicy, którą najlepiej ogląda się w markotne jesienne wieczory.
Nie dziwi nas, że Maciej Musiał zaprosił do reinterpretacji „Dekalogu” Krzysztofa Kieślowskiego irańskiego reżysera Asghara Farhadiego, laureata Oscara za „Klienta” i ulubieńca festiwalu w Cannes. Podobnie zrozumiałe było ściągnięcie na plan zdjęciowy Koreańczyka Lee Chang-donga. W przypadku „Możliwej miłości” współpraca nie układała się tak gładko jak przy „Historiach równoległych”. Mimo to jej efekty spotkały się z dużo lepszym przyjęciem krytyków, a zdobyte w Wenecji nagrody otworzyły filmowi drogę do sukcesów w oscarowym wyścigu.
Jak w wywiadach podkreślał Lee, początkowo zaproponowano mu realizację filmu inspirowanego jednym z przykazań, a on wybrał dziesiąte: „Nie będziesz pożądał rzeczy bliźniego swego”. – Pozostałe dziewięć przykazań dotyczy ludzkich czynów, a dziesiąte odnosi się do ludzkich pragnień. Pomyślałem więc, że we współczesnym kapitalistycznym świecie możemy zmierzyć się z pytaniem: czy naprawdę potrafimy żyć, nie pożądając życia innych? – wyjaśniał w rozmowie z „Deadline”. Ostatecznie, jak zdradził na łamach „Dazed”, po zaangażowaniu Netflixa jego drogi z projektem się rozeszły. Nie oznacza to jednak, że Maciej Musiał i Piasewicz zniknęli z przedsięwzięcia – obaj pozostali producentami wykonawczymi filmu. Wątki bliskie dziesiątemu przykazaniu przetrwały również w samej „Możliwej miłości”, a w napisach końcowych znalazło się podziękowanie dla twórcy „Dekalogu”.
Film zadebiutuje na Netflixie już 6 listopada. Zanim to się stanie, mamy wystarczająco dużo czasu, by odświeżyć sobie najgłośniejszy jak do tej pory tytuł z dorobku koreańskiego reżysera – „Płomienie”. Jaką historię Lee Chang-dong opowiedział publiczności w 2018 roku? I dlaczego na internetowych forach do tej pory trwają dyskusje dotyczące zagadkowego finału?
Kadr z filmu „Płomienie” (Fot. materiały prasowe)
Bohaterem „Płomieni” jest nieco stłamszony Lee Jong-so (w tej roli Yoo Ah-in), marzący o karierze pisarza, lecz zmuszony zadowolić się pracą dostawcy na pół etatu w Seulu i doglądaniem rodzinnego domu na prowincji, pod nieobecność przebywającego w areszcie ojca. Pewnie bez końca kursowałby z nietęgą miną między stolicą a wsią, do której zza północnej granicy docierają propagandowe nagrania Pjongjangu, gdyby pewnego dnia na swojej drodze nie spotkał Shin Hae-mi (Jeon Jong-seo). Choć nie potrafi sobie przypomnieć dziewczyny, ona utrzymuje, że pochodzą z tych samych stron. Szybko znajdują wspólny język i lądują razem w łóżku, ale rozwijającą się znajomość przerywa zaplanowany z wyprzedzeniem wyjazd Hae-mi do Afryki. Jong-so podejmuje się opieki nad jej kotem (którego nigdy nie widział na oczy) i wyczekuje powrotu dziewczyny. Ta niespodziewanie pojawia się jednak w kraju w towarzystwie zamożnego i pewnego siebie Bena (Steven Yeun).
Kadr z filmu „Płomienie” (Fot. materiały prasowe)
Miłosny trójkąt burzy mu krew, ale wtem… nieco bujająca w obłokach Hae-mi przepada jak kamień w wodę. Jong-so zaczyna przeczuwać, że za jej nagłym zniknięciem stoi nie kto inny jak nieodgadniony Ben.
Kadr z filmu „Płomienie” (Fot. materiały prasowe)
Powiedzieć, że żadna z postaci początkowo nie budzi szczególnej sympatii, to nic nie powiedzieć. Do połowy filmu Jong-so próbuje jedynie bez skutku wygrzebać z własnej głowy pomysł na powieść i idzie przez życie jakby bezwolnie. Dopiero zniknięcie Shin daje mu konkretne zadanie do wykonania: odtąd obserwuje z samochodu mieszkanie Bena, kręci się wokół jego znajomych, przeszukuje łazienkowe szafki i łączy ze sobą kropki, byle tylko znaleźć rozwiązanie coraz bardziej ponurej łamigłówki.
Kadr z filmu „Płomienie” (Fot. materiały prasowe)
Ani się nie obejrzysz, a ta kameralna opowieść, w której emocje płoną żywym ogniem pod powierzchnią, a z zewnątrz jedynie się tlą, wciągnie cię bez reszty i nie da o sobie zapomnieć długo po seansie. Reżyser podsuwa nam liczne tropy, by w finale pozwolić narastającemu napięciu wybuchnąć z pełną mocą – a jednocześnie pozostawia przestrzeń, by samodzielnie dopisać zakończenie tej historii. Nic dziwnego, że zarówno tuż po premierze, jak i po latach widzowie wymieniają się w internecie spostrzeżeniami na temat ukrytych motywacji bohaterów, zasadności ich poczynań i prawdziwego przebiegu wydarzeń.
Kadr z filmu „Płomienie” (Fot. materiały prasowe)
Film oparty jest na motywach opowiadania „Płonąca stodoła” Harukiego Murakamiego i trudno odmówić mu charakterystycznej dla prozy japońskiego pisarza oniryczności i zamiłowania do niedopowiedzeń. Jest to thriller psychologiczny bogaty w metafory, malownicze kadry i – rzecz jasna – pozostawione bez odpowiedzi palące pytania. Z każdą kolejną sceną podejrzenia przybierają paranoiczny obrót, narasta poczucie społecznej niesprawiedliwości, a pozornie zwyczajne zdarzenia stają się coraz bardziej złowrogie. „Płomienie” są więc filmem jednocześnie cichym i poetyckim, a zarazem podszytym silnym niepokojem.
„Płomienie” można obejrzeć w ramach subskrypcji na CDA lub wypożyczyć na platformie Nowe Horyzonty.
Źródła: Nick Chen, „Possible Love: Is this Korean anti-capitalist drama the film of the year?”, dazeddigital.com; Zac Ntim, „Lee Chang-dong On His Eight-Year Hiatus & Confident Return With Venice Competition Title ‘Possible Love’”, deadline.com [dostęp: 29.10.2026]