Stach Szabłowski - „Żąda pan 200 gwinei za dwa dni pracy?”. Odpowiedź malarza Jamesa McNeilla Whistlera przeszła do historii. I wciąż daje do myślenia
00:00
15:49
James McNeill Whistle lubił być w centrum uwagi. Był najciekawszym i najbardziej nowoczesnym malarzem, jaki żył i pracował w wiktoriańskim Londynie, i miał tego faktu pozbawioną fałszywej skromności świadomość.
Tekst pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 09/2026.
Pamiętacie film „Jaś Fasola: Nadciąga totalny kataklizm” i scenę, w której tytułowy bohater niechcący niszczy arcydzieło malarstwa? Tytułowy bohater podszywa się pod kuratora wystaw i kiedy stoi przed obrazem „Aranżacja w szarości i czerni nr 1”, znanym też jako „Matka Whistlera”, przypadkiem kicha na bezcenne płótno. Próbuje wytrzeć je chusteczką, która okazuje się ubrudzona tuszem z długopisu rozlanego w kieszeni. Nieszczęśnik usiłuje usunąć plamę i oczywiście pogarsza tyko sprawę.
Scena z Jasiem Fasolą i obrazem Whistlera weszła do klasyki współczesnej – choć niekoniecznie wyrafinowanej – komedii. Można przypuszczać, że w przeciwieństwie do spektakularnej wystawy w Tate Britain [zakończonej we wrześniu 2026 – przyp. red.], którą malarz na pewno byłby zachwycony, akurat film z Rowanem Atkinsonem nie przypadłby mu do gustu.
Whistler miał wyrafinowany smak i gardził popularnymi upodobaniami. Tymczasem to slapstickowe widowisko z Jasiem Fasolą przyniosło artyście masową rozpoznawalność, którą w naszej epoce się nie cieszył.
Wśród malarzy jego pokolenia nie brakuje twórców, których obrazy częściej trafiają na kubki i koszulki, są chętniej reprodukowane. Whistler to artysta wybitny, ale niełatwy. Owszem, pragnął uznania, ale chciał je zdobywać wyłącznie na własnych warunkach, nie fatygując się wychodzeniem naprzeciw publiczności.
„Aranżacja w szarości i czerni nr 1: Matka Whistlera” (1871), Musée d’Orsay, Paryż. (Fot. Wikimedia Commons)
Był najwybitniejszym amerykańskim malarzem drugiej połowy XIX wieku: w tej kwestii wśród historyków sztuki panuje konsensus. Tyle że do Stanów wracał niechętnie, a amerykańska scena artystyczna interesowała go jeszcze mniej. Spektakl, który się na niej rozgrywał, wydawał mu się po prostu zbyt skromny, nie na miarę jego ambicji. Pochodził z dobrej rodziny z Massachusetts, a dorastał w Petersburgu, gdzie jego ojciec, inżynier wojskowy George Washington Whistler, budował linię kolejową na zamówienie cara. Amerykański specjalista otrzymał w Rosji bajeczny kontrakt, a James i jego rodzeństwo wychowywali się w asyście zastępu służby i prywatnych nauczycieli.
Fascynacja chłopaka sztuką rodzi się właśnie w tym czasie: zainteresowanie malarstwem obudziły w nim wizyty w Ermitażu, a pobierane w Petersburgu lekcje rysunku ujawniły jego talent. Kres rosyjskiej przygodzie Whistlerów położyła epidemia cholery, która zabrała ojca rodziny. Anna Whistler, kobieta, która wiele dekad później pozowała do słynnego obrazu, wróciła z dziećmi do Stanów i zgodnie z rodzinną tradycją posłała synów do elitarnej akademii wojskowej West Point.
Młodszy z braci, William, odnalazł się w armii doskonale. James – przeciwnie. Podczas studiów nie rozstawał się ze szkicownikiem, wyniki w nauce miał fatalne. W końcu został wydalony z akademii za niesubordynację i ironiczny stosunek do przełożonych.
Był rok 1851, kiedy w ręce Jamesa wpadł zbiór opowiadań Henriego Murgera „Sceny z życia cyganerii”. Akcja książki rozgrywa się w paryskim środowisku artystycznym. To dzięki niej młody Amerykanin uświadomił sobie, jak chce żyć. W 1855 roku przybył więc do stolicy Francji, gotów rozpocząć karierę malarza, dołączając do tamtejszej bohemy.
W dorobku Whistlera nie brakuje autoportretów. Te najwcześniejsze nawiązują do wizerunków własnych Rembrandta, jednego z jego ulubionych malarzy. Wiele nauczył się też, studiując w Luwrze dzieła Velázqueza. Jeszcze więcej, śledząc współczesne malarstwo francuskie i biorąc udział w kawiarnianych dyskusjach o sztuce. Poznał Baudelaire’a, który domagał się od sztuki podejmowania współczesnych tematów i uczestnictwa w życiu wielkiego miasta. Zaprzyjaźnił się z Courbetem – w latach 50. najbardziej kontrowersyjnym malarzem Paryża, apostołem realizmu, którego dosadność bulwersowała konserwatywną Akademię.
Z tych różnorodnych inspiracji wyciągał własne, oryginalne wnioski. Paryski szkicownik Whistlera to zbiór znakomitych, drapieżnych rycin z wędrówek po mieście, podczas których – zgodnie z zaleceniami Baudelaire’a – nie omijał najbardziej podejrzanych zaułków. Pierwszy znaczący obraz, „Przy fortepianie” (1858), powstał pod wyraźnym wpływem Courbeta. Świadectwem fascynacji miastem i realizmem jest także „Wapping” (1860–1864) – tętniąca życiem scena z portowej dzielnicy nad Tamizą. Na pierwszym planie siedzą przyjaciele, z którymi artysta odwiedza podłą, ale malowniczą portową tawernę pod gołym niebem. W tym towarzystwie jest rudowłosa Joanna Hiffernan, młoda Irlandka, zawodowa modelka, która przez długie lata będzie kochanką, muzą, a zarazem nieoficjalną, lecz niezwykle sprawną menedżerką Whistlera.
Hiffernan pozowała także do „Symfonii w bieli nr 1”, znanej też jako „Biała dziewczyna”. W obrazie pobrzmiewają wpływy prerafaelitów, których Whistler poznał w Londynie. Jest to jednak podobieństwo powierzchowne. Prerafaelici byli prekursorami symbolizmu.
U Whistlera można wprawdzie odnaleźć liczne erotyczne aluzje, ale na początku lat 60. XIX wieku artysta utwierdza się w przekonaniu, że najważniejszym tematem malarstwa jest samo malarstwo: kompozycja, kolor, atmosfera. Motyw stanowi jedynie pretekst, rodzaj konstrukcyjnego szkieletu, na którym opiera się malarska materia.
Idealne dzieło powinno być abstrakcyjne nie dlatego, że niczego nie przedstawia, lecz dlatego, że jak muzyka nie potrzebuje opowieści, by wywoływać emocje. Whistler zgłosił obraz na paryski Salon, ale spotkał się z odmową. Poszło o bohaterkę pracy. W oczach jurorów Joanna Hiffernan – pozująca malarzom i żyjąca w konkubinacie z Whistlerem – jawiła się de facto jako prostytutka. Dla portretu osoby o takim statusie społecznym, ubranej w luksusową batystową suknię damy z towarzystwa, nie było na Salonie miejsca. Zabrakło go jednak też dla wielu innych znakomitych dzieł. Salon 1863 roku, który odrzucił „Symfonię w bieli nr 1”, to ten sam, który nie przyjął „Śniadania na trawie” Maneta. Decyzje jury wywołały publiczną dyskusję. Spór nowoczesnych artystów z konserwatywną Akademią zrobił się tak głośny, że jego echa dotarły do cesarza Napoleona III. Monarcha wyczuł nastroje publiczności i nakazał zorganizowanie Salonu Odrzuconych – wystawy prezentującej dzieła nieprzyjęte na oficjalny pokaz. Czy trzeba dodawać, że okazała się ona frekwencyjnym przebojem sezonu? „Symfonia w bieli nr 1”, obok „Śniadania na trawie”, należała do najgłośniejszych obrazów tej tłumnie odwiedzanej ekspozycji.
James McNeill Whistler, „Nokturn w czerni i złocie – spadająca raca”, (1877). Detroit Institute of Arts. (Fot. Wikimedia Common)
Whistler, który od dłuższego czasu dzielił życie między Paryż i Londyn, w latach 60. na stałe osiadł w tym drugim mieście.
Lubił błyszczeć, a w stolicy Francji konkurencja do świecenia najjaśniej była jednak zbyt silna. I tak stał się jedną z kluczowych postaci angielskiego estetyzmu: prądu artystyczno-intelektualnego, który sformułował słynny postulat „sztuka dla sztuki” (art for art’s sake).
Za tym hasłem kryła się idea autonomii sztuki, wyzwolenia jej od zobowiązań wobec narodu, religii, historii czy anegdoty. To koncepcja zapowiadająca modernizm następnego stulecia; nie bez powodu w Whistlerze upatruje się brakującego ogniwa między realizmem Courbeta a abstrakcją początku XX wieku. Filozofia sztuki Whistlera najpełniej realizuje się w jego „Nokturnach” – nocnych scenach, najczęściej przedstawiających pejzaże Tamizy.
Ale czy naprawdę je przedstawiających? W tych pracach nie chodzi już o rzekę, tylko o blask na wodzie, światło w powietrzu, ciemność, atmosferę, stłumione kolory i niespodziewane kontrasty. Dojrzała estetyka Whistlera stanowi szczególną syntezę jego młodzieńczych lekcji: rembrandtowskiej intensywności, podpatrzonej u Velázqueza ekonomii środków i operowania czernią oraz realizmu Courbeta. Doszła do tego fascynacja sztuką Dalekiego Wschodu. Whistler zgromadził imponującą kolekcję chińskiej i japońskiej porcelany oraz drzeworytów i świadomie korzystał z tych inspiracji we własnym malarstwie.
Poza wszystkim chciał być jednak marką – czym zapowiadał późniejszych o stulecie twórców, którzy, jak Warhol czy Dali, z marketingu zrobią narzędzie artystyczne. Zaprojektował dla siebie szczególny monogram: motyla z żądłem.
Motyl symbolizował piękno i subtelność jego malarstwa. Żądło – charakter artysty, który nie stronił od konfliktów. Słynął z ostrego języka i ciętych ripost, głośne były jego potyczki słowne z Oscarem Wilde’em. Obaj rywalizowali o nieoficjalny tytuł pierwszego dandysa Londynu. Z kolei w roku 1867 Whistler pokłócił się z własnym szwagrem, grafikiem Francisem Seymourem Hadenem, o Joannę Hiffernan. Awantura wybuchła w paryskiej kawiarni i zakończyła się rękoczynami – Whistler uderzył Hadena tak mocno, że ten wypadł przez okno lokalu na ulicę.
Najbardziej zacięte bitwy toczył artysta jednak z krytykami. Odpowiadał niemal na każdą negatywną recenzję swoich prac, publikował w prasie polemiki – jednocześnie zapalczywe i błyskotliwie złośliwe.
Pod koniec życia zebrał te teksty i wydał je pod przewrotnym tytułem „The Gentle Art of Making Enemies” [Sztuka subtelnego robienia sobie wrogów]. Wśród antagonistów Whistlera znalazł się zawodnik wagi ciężkiej – John Ruskin, cieszący się pozycją najwybitniejszego brytyjskiego krytyka epoki wiktoriańskiej. Idea „sztuki dla sztuki” była przedmiotem jego konsekwentnych ataków, nic więc dziwnego, że nie przepadał za twórczością Amerykanina.
Do otwartej wojny między tymi dwiema osobowościami – tak silnymi, że Londyn wydawał się za mały, by pomieścić je obie – doszło po opublikowaniu przez Ruskina recenzji obrazu „Nokturn w czerni i złocie – spadająca raca” (1877). To bodaj najbardziej radykalne dzieło w dorobku malarza. Formalnie przedstawia wybuch fajerwerków na nocnym niebie, ale w istocie jest już niemal obrazem abstrakcyjnym. Whistler wycenił je na 200 gwinei. „Widziałem już wiele londyńskiej bezczelności, ale nigdy nie spodziewałem się, że jakiś fircyk zażąda dwustu gwinei za chluśnięcie garnkiem farby w twarz publiczności”, napisał Ruskin po obejrzeniu płótna. Whistler pozwał go o zniesławienie. Proces przypominał spektakl teatralny. Do historii przeszedł dialog podczas przesłuchania: „Jak długo malował pan ten obraz?”, zapytał adwokat. „Dwa dni” – odpowiedział Whistler. „I żąda pan 200 gwinei za dwa dni pracy?” „Nie. Żądam ich za wiedzę całego mojego życia”. Malarz wygrał proces, choć koszty postępowania doprowadziły go do bankructwa. W sensie artystycznym był to jednak sukces prawdziwy. Proces stał się kolejnym krokiem na drodze do uznania autonomii sztuki.
Whistler podążał tą drogą w tym samym czasie, w którym w tę samą stronę kroczyli impresjoniści. Znał się z nimi, z Monetem, który często bywał w Londynie, utrzymywał bliskie relacje. W jego malarstwie można odnaleźć impresjonistyczne rysy, a jednak Whistler nie mógłby zostać członkiem paryskiej grupy – i to nie tylko dlatego, że charakterologicznie nie bardzo nadawał się na członka jakiejkolwiek drużyny. Sztuka impresjonistów ma charakter optyczny; jest zapisem tego, co dzieje się na siatkówce ludzkiego oka w konkretnym, ulotnym momencie.
Whistler nieprzypadkowo nadawał obrazom muzyczne tytuły. Ważniejszy od przelotnego wrażenia był dla niego wizualny „słuch”. Jego obrazy są komponowane niczym utwory muzyczne. Pod tym względem bliżej mu do sztuki XX wieku niż do własnej wiktoriańskiej epoki.
Był protoplastą XX-wiecznego artysty totalnego, który nie chowa się za dziełem, lecz już za życia buduje własną legendę: epatuje ekscentrycznym strojem, wywołuje skandale, skupia na sobie uwagę. Konsekwentnie zrealizował swój młodzieńczy plan – jego biografia to sekwencja „Scen z życia cyganerii”, które tak sobie kiedyś upodobał.
Zmarł w 1903 roku. W XX wieku świat sztuki przeżył tyle artystycznych rewolucji i estetycznych terapii szokowych, że nie zawsze pamiętał o tych, którzy – jak Whistler – budowali fundamenty nowoczesności. Dziś jednak jego malarstwo ogląda się znakomicie. W przewrotny sposób okazuje się ono zaskakująco trafną odpowiedzią na współczesne potrzeby. Owszem, sam Whistler agresywnie zabiegał o uwagę dla własnej osoby, jego obrazy robią jednak coś dokładnie przeciwnego. Proponują zwolnienie spojrzenia i zatrzymanie pędzącego czasu. Są muzyczne, lecz jest to muzyka wyciszona, subtelnie hipnotyczna. W świecie, w którym obrazy, informacje i komunikaty nieustannie przekrzykują się nawzajem, stonowane, głębokie brzmienie malarstwa Whistlera okazuje się zaskakująco radykalne.