fbpx

Mariusz Grzegorzek – Mariuszku jedziesz na maksa

Mariusz Grzegorzek - Mariuszku jedziesz na maksa
fot. Andrzej Georgiew

Za swoje autorskie filmy zdobył nagrody w Wenecji, Monachium i Oberhausen. Jednak miejscem, które sam nazywa domem, jest dla niego teatr. O skoku głową w dół z 10. piętra, czyli autoterapii przez sztukę, mówi jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów, mistrz psychologicznej wiwisekcji– Mariusz Grzegorzek.

Chciałeś być malarzem. Nie dostałeś się na ASP. Porażka była sromotna – nie dopuścili cię nawet do egzaminów wstępnych. Jak dziś patrzysz na tamtego siebie?

– Dziś jako pedagog szkoły filmowej, który sam egzaminuje studentów, patrząc na chłopczyka, jakim byłem wtedy – nie przyjąłbym Grzegorzka.

Dlaczego?

– Bo byłem tak zamknięty, że chyba nie sposób byłoby ze mną pracować. Pozornie oczywiście nie byłem zamknięty. W Cieszynie, w którym się wychowałem, byłem duszą towarzystwa. Wewnętrznie jednak czułem się bardzo samotny. Rozpaczliwie szukałem powszechnej akceptacji. I jak to z kompleksem niższości bywa, dorobiłem sobie do niego ideologię: udowodnię sobie i światu, że jest inaczej. Stałem się swym własnym nastoletnim kreatorem. Byłem wymyślony. Jako młodzieniec ubierałem się więc wyłącznie na czarno, interesowało mnie wszystko, co związane ze śmiercią: Spoon River, Herzog, Kafka, Plath, Bachowskie Pasje, Joy Division.

Wszystko, co mroczne, straszne?

– Tak! Byłem czarnym mnichem życia i sztuki! Byłem dzieckiem nocy (śmiech i zmiana głosu na patetyczny), a my, dzieci nocy, nie lubimy słońca i fontann, które tak cieszą młodych. Dla nas kwiat jest piękny, tylko kiedy gnije na śmietniku!

Dziś to śmieszne, jako nastolatek nie miałeś świadomości śmierci, przemijania…

– To typowe, młodzi ludzie jeszcze zanim wejdą w życie, często odczuwają dziwne liźnięcie Czarnego, fascynację śmiercią, ale taką bombastyczną, infantylną… Stąd chyba wszystkie dzisiejsze triumfy popkultury typu Marilyn Manson. Ale rodzaj psychicznej nekrofilii jest mi bliski do dziś.

Miałeś być artystą malarzem, tymczasem jest rok 1983, brzydko, ponuro, a ty studiujesz teoretyczne eseje o malarzach renesansu…

– Historia sztuki w Krakowie to była męka.

Zwątpiłeś wtedy, że będziesz artystą?

– Nie. Kiedy kończyłem historię sztuki, zrozumiałem, że czeka mnie siedzenie w galerii albo mineralizacja w muzeum. Od dawna myślałem o szkole filmowej, ale… koszmarnie się jej bałem. Obawiałem się konfrontacji z rzeczywistością do tego stopnia, że bałem się nawet dowiedzieć, na czym polegają egzaminy.

I co?

– W pewnym momencie ten strach podziałał mobilizująco. Zrozumiałem, że jak się poddam, to koniec. Powiedziałem sobie: „Mariuszku, jedziesz na maksa”. Włączyłem totalne dopalanie grożące awarią organizmu, przyjechałem do Łodzi i dostałem się za pierwszym razem. Miałem szczęście.

Jakie było drugie dno determinacji?
– Popadłem w euforię. Nareszcie mam glejt, że jestem artystą! Pokonałem ogromną konkurencję. Jestem intrygujący, niezwykły! Szybko okazało się jednak, że z tego, czym jest film, nie rozumiałem kompletnie nic. Ja, który do kina chodziłem pięć razy w tygodniu, byłem za kamerą bezradny. Chciałem, żeby świat telepatycznie wykonywał moje polecenia.

A świat nie chciał.
– Kiedy usiłowałem tworzyć swoje „arcydzieła”, aktorzy nie wiedzieli, co grać, filmowe kadry same się jakoś nie chciały ustawiać, a ktoś wbijał gwoździe za ścianą, profanując ciszę nabożnego skupienia na planie… (śmiech). Aż nastąpił wybuch. Do dziś nie potrafię zrozumieć, co się wtedy ze mną stało. Pewnego dnia pokazałem swoją pracę na zajęciach Henryka Kluby i… okazało się, że jest zła.

…pobiłeś go?

– Położyłem się na podłodze w sali i dostałem zapaści. Po prostu przestałem się ruszać. W końcu podszedł do mnie profesor, zaczął mówić: „Mariusz, wstawaj, uspokój się”. A ja nic. Leżałem tak z pół godziny. Przychodzili ludzie, coś do mnie gadali, a ja, jak te różowe króliczki w reklamie, którym skończyły się baterie, po prostu wymiękłem.

To był moment wyjścia ze skóry „czarnego mnicha”?

– Zrozumiałem, że muszę dokonać jakiegoś egzorcyzmu na sobie. I wtedy nastąpił cudowny zbieg okoliczności – życie zetknęło mnie z Wojciechem Jerzym Hasem. Pod opieką Hasa robiło się 10-minutowy film na prawdziwej filmowej taśmie. To była wielka nobilitacja! A Has był jak ja duchowym nekrofilem, też był po stronie śmierci. Poczułem bratnią duszę – jemu mogłem zaproponować coś, na co inny profesor nigdy by nie poszedł. Postanowiłem więc wykonać akcję z cyklu „głową w dół z 10. piętra na mokrą szmatę” i zaproponowałem scenariusz „Krakatau”, a Has zaakceptował ten pomysł. W tym filmie po prostu zwymiotowałem to wszystko, co mnie truło.

Ten czarno-biały film na taśmie 8 mm, adramaturgiczny, trwa tylko 10 minut, a podchodziłam do niego dwa razy, bo obrazy w połączeniu z muzyką są tak toksyczne…

– Musiałem te toksyny z siebie wyrzucić. Dopiero potem mogłem nareszcie wchodzić w relację z innymi ludźmi, zacząć się uczyć.

Dostałeś za ten film mnóstwo nagród w kraju i za granicą.

– Stał się czymś bardzo ważnym, przełomowym, symbolicznym. Potem nazwaliśmy tak naszą firmę produkującą filmy.

No tak – Krakatau to wulkan, przez którego erupcję doszło do jednej z największych klęsk żywiołowych w dziejach ludzkości… Jak dziś na siebie patrzysz?

– Mam poczucie, że żyję ze zdjętą skórą. Mam totalną nadwrażliwość na wszystko. To powoduje, że 15 razy dziennie wpadam w jakąś czarną dziurę, rozpacz, rozpadam się. Już nauczyłem się z tym żyć. Na początku – w młodości, w dzieciństwie – próbowałem na tym budować jakąś swoją wyjątkowość, ale szybko zrozumiałem, że za taką nadwrażliwość płaci się straszną cenę. I tym nie ma się co przechwalać. Trzeba spolegliwie nauczyć się z tym żyć.

Jest was jednak dwóch – często mówisz o sobie z dystansem.

– Tak, jest nas dwóch. Jestem jednocześnie pacjentem i lekarzem, katem i ofiarą, kotem i psem, dzieckiem i starcem. I to jest stan dla reżysera w pewnym sensie błogosławiony. Ponieważ poruszanie się w strukturze plus i minus, nieustannym ścieraniu się racji stanowi o tym, że następuje przepływ witalnej energii.

A jak taka wrażliwość przekłada się na życie? Masz od lat jedną żonę, masz piękny dom, w którym teraz rozmawiamy, pełen przestrzeni, światła, bieli, błękitu, starannie dobranych mebli. Ta przestrzeń obrazuje harmonię.

– Moja żona Barbara jest niezwykłą istotą. Daje całej naszej rodzinie, czyli naszemu synowi Kubie, psu Duszce i kotu Florianowi, niezwykłe wsparcie, poczucie bezpieczeństwa. Bez niej na pewno nie poradziłbym sobie nie tylko ze swymi wewnętrznymi problemami, lecz także z okrutnym realem: urzędami, mandatami, zebraniami, szczepieniami. Od wielu lat Barbara zawiaduje naszą skromną firmą produkcyjną, dzięki czemu udaje nam się zachować resztki artystycznej niezależności. Zawsze istniała w nas potrzeba stworzenia azylu, przestrzeni uporządkowanej, w której można poczuć się naprawdę dobrze. Prawie wszystko, co znajduje się w tym domu, jest przez nas odnalezione jakby przy okazji, po drodze, przywiezione z podróży, zauważone na planie filmowym, podniesione z ziemi na spacerze. Każdy z tych obiektów ma swój wewnętrzny potencjał, kojarzy się z jakimś człowiekiem, ważnym przeżyciem. Jestem głęboko przekonany, że tworzą one rodzaj energetycznej bariery ochronnej dla naszej rodziny.

Czyli to badanie psychologii postaci w teatrze, pokazywanie ludzi szarpanych sprzecznościami, przenikania się okrucieństwa i miłości bierze się po prostu z próby radzenia sobie z samym sobą?

– Tak. To nie wynika z zainteresowania koncepcjami ludzkich osobowości, rozwojem nurtów psychologii, ale jest organiczną próbą odczytania i zrozumienia wszystkiego, co się ze mną i wokół mnie dzieje.

Nie wstydzisz się?

– Czego? Dla mnie umiejętność dotknięcia siebie jest wyrazem mocy. Nikt nie ucieknie od próby definiowania, kim jest; od świadomości tego, czym są relacje pierwotne – jakie doświadczenia wynosimy z domu. Jak ogromną mają moc, jak bardzo są konstruktywne i niszczycielskie zarazem.

Jeśli ktoś broni mi dostępu do siebie, jest opancerzony, to ja po pięciu minutach wymiękam i nie jestem w stanie prowadzić dialogu. Praca z aktorem jest właśnie jedną z niewielu płaszczyzn, gdzie ten kontakt jest najbardziej pierwotny, nieudawany. Oczywiście jeśli dochodzi do głębokiej relacji. Dlatego muszę pracować w teatrze. To lekarstwo i narkotyk. Leczy, ale także wyniszcza. Jeszcze nigdy nie miałem siły na więcej niż jedną premierę w sezonie.

A terapia jako taka? Psychologia?

– Myślę, że gdybym poszedł do psychologa, to on musiałby mi jeszcze dopłacić za to, czego się dowiedział (śmiech). Choć umiejętność diagnozowania rzadko jest równoważna z umiejętnością leczenia.

Tak dużo wiesz?

– O sobie na pewno (śmiech). Dobry reżyser jest zlewem na rzeczywistość. Na początku nie wybiera, nie wartościuje, skanuje, co się tylko da. Wierzę w to, co mieści się we mnie. Bardzo nie lubię opierać się na autorytetach. Jestem anarchistą. Wierzę w życie i jego nieobliczalność.

W końcu lat 90. byłeś współautorem „Okien”, jedynego chyba programu Telewizji Polskiej, który dotykał bardzo intymnie człowieka. Nie potrzebowałeś wiedzy psychologicznej?

– Nie. Interesowało mnie zrobienie w telewizji programu zaprzeczającego celom, którym telewizja służy. Życie spotkało mnie z Wojtkiem Eichelbergerem, który wydał mi się idealnym gospodarzem „Okien” – kimś w rodzaju pustynnego nomady, skrzyżowaniem dobrego Dziadka Mroza z mędrcem tybetańskim. Poczułem od razu, że on ma jakiś klucz do otwierania ludzi. I cudowną umiejętność rozmowy poza słowami. Ale w całej tej przygodzie postać mojej żony jest ważniejsza niż ja – bo to ona wkładała ogromną pracę w dobór gości, to ona z wielkim wyczuciem montowała te programy. A zły montaż potrafi zniszczyć najlepszą nawet rozmowę.

Jakie były założenia rozmów z gośćmi?

– Bardzo proste: szacunek dla rozmówcy. Czas i skupienie, opieka. Jeżeli ktoś po rozmowie miał poczucie dyskomfortu, to mimo że coś było w niej naszym zdaniem najciekawsze, wycinaliśmy to. Te programy były autoryzowane jak wywiady prasowe.

Dlaczego spośród wielu aktywności – robienia filmów, reklam, programów TV, teledysków, plakatów – w końcu wybrałeś teatr?

– Ciągnie mnie znów do kamery. Ale nie odejdę na zbyt długo od teatru, bo to on jest moim domem. To w nim znalazłem żywą wymianę z drugim człowiekiem. Tak trudno otrząsnąć się z toksycznego, plastikowego realu, głupoty i bylejakości, która zabija wszystko. Teatr to miejsce, które ofiarowało mi rzetelność i dyscyplinę wojskowego poligonu – tu praca jest najważniejsza. Ten poważny stosunek cudownie kontrastuje z mizerią teatralnej substancji. Teatr jest jak ćma, żyje tylko tu i teraz, przez chwilę. To przystaje do mojego przekonania – że nie chodzi o to, żeby zostawić coś po sobie na potem. Życie polega na tym, żeby być teraz. Ta zgrana do bólu konstatacja wyznacza jedno z najtrudniejszych życiowych zadań.
MARIUSZ GRZEGORZEK ur. w 1962 r., reżyser filmowy, teatralny, telewizyjny, scenarzysta, profesor PWSFTViT w Łodzi. W zeszłym roku za spektakl „Blask życia” według Rebecki Gilman zdobył najwyższe wyróżnienie reżyserskie w Polsce– Laur Konrada na festiwalu Interpretacje w Katowicach. Pracuje głównie w Teatrze im. Jaracza w Łodzi z grupą wybranych, sprawdzonych aktorów. Jest autorem wszystkich plakatów teatralnych do swoich spektakli. Razem z żoną Barbarą prowadzi także prywatną firmę filmową Krakatau. Laureat nagród w Wenecji, Monachium, Cottbus i Gdyni za autorskie filmy „Krakatau” i „Robak” (można je zobaczyć na www.krakatau.pl).

Jedną z jego ulubionych dramaturżek jest Kanadyjka Judith Thompson, której teksty systematycznie wprowadza na polskie sceny. Ostatnio „Habitat” (2007), a wcześniej „Lwa na ulicy” (2006), który otrzymał trzy Złote Maski: za najlepsze przedstawienie, scenografię i reżyserię.