Tomasz Sekielski – wiecznie w trasie

Tomasz Sekielski, ilustracja Arobal
Tomasz Sekielski, ilustracja Arobal

Pracował w newsach, prowadził programy telewizyjne, jako reporter jeździł w najbardziej zapalne miejsca świata. Ciągle przypomina o niezależności mediów. Jego dokument „Tylko nie mów nikomu” o pedofilii w Kościele obejrzało ponad 22 miliony widzów. Spotykamy się w kawiarni i zanim zadam pierwsze pytanie, już podchodzi ktoś, aby podziękować za film. Sytuacja w czasie rozmowy się powtarza.

Często widzowie podchodzą, by porozmawiać?
Tak, teraz bardzo często. Czuję się wobec nich zobowiązany, bo przecież to oni sfinansowali produkcję tego filmu. Cieszy mnie, że tyle osób chce o nim rozmawiać. Wróciłem z serii spotkań poza Warszawą – widzowie przychodzą licznie, nie są radykalni w tę czy inną stronę. Nie spotkała mnie też żadna nieprzyjemna historia. Żaden atak.

Czy mógłbyś to wszystko tak opowiedzieć, gdyby ten film powstał w jakieś stacji telewizyjnej?
Ponieważ sfinansowali go internauci, nie można mu było przypiąć żadnej etykiety. Nikt nie mógł powiedzieć: „Zrobiła to ta redakcja, wiadomo, co zobaczymy”. Miałem absolutną swobodę twórczą. Owszem, odbyłem kolaudację, ale sam ze sobą, z bratem i osobami, na których opinii mi zależało. Nikt nie mówił: „Tu zmieńmy, tu wytnijmy, bo reklamodawcy…”. Telewizje mają rozmaite interesy i mogły nie chcieć tak mocnego filmu.

Przypomniałeś o niezależności dziennikarzy, powinności, jaką mają, ale też odpowiedzialności za bohaterów. Bałeś się o nich?
Poczucie bezpieczeństwa u bohaterów było kluczowe od samego początku. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym im dostarczyć dodatkowej traumy. Oczywiście, nie byłem w stanie przewidzieć, jakie będą reakcje po filmie, czy nie spotka ich nic przykrego, ale bardzo dbałem, aby mieli maksymalne poczucie komfortu psychicznego. Ktoś, kto zdobywa się na taką szczerość, mówi coś po raz pierwszy, wracając do największej traumy swojego życia, zasługuje na to, aby mógł to zrobić w bezpiecznych warunkach. Tak, by poniósł jak najmniejszy koszt.

Jaki koszt sam poniosłeś?
Musiałem się na tydzień wyłączyć ze świata. Zabrałem synowi PlayStation i zamknąłem się w pokoju. W ten sposób odreagowuję stres. Ale to żaden koszt. Oglądałem film już kilkanaście razy, przy różnych okazjach, i za każdym razem mnie boli. Założyłem, że ma boleć widzów, zmuszać do myślenia, kazać się zastanowić. I myślę, że taki film powstał. Mam poczucie dobrze wykonanej pracy.

>> Czytaj także: Anna Dymna o mądrości, która przychodzi z wiekiem i lekcjach, które dostała od innych

Dużo wcześniej postawiłeś na niezależność. Odchodząc z TVN, słyszałeś, że marnujesz swój potencjał?
Słyszałem od kolegów, że zwariowałem, choć mówili to w mniej cenzuralnej formie. Śmieję się, bo w ostatnich latach co jakiś czas ktoś ogłaszał moją zawodową śmierć, a jestem całkiem żywy. Kiedy odchodziłem z TVN, słyszałem, że to koniec. Do widzenia. Nie ma go już. Potem zrobiłem cykl 50 dużych reportaży, właściwie dokumentów z całego świata o kryzysie uchodźców, muzułmanach, kartelach narkotykowych w Meksyku, wojnie na wschodzie Ukrainy. Dostałem nagrody. Kiedy skończył mi się kontrakt, nie zamierzałem w ogóle dyskutować jego przedłużenia z TVP, bo przyszła „dobra zmiana”. Był rok 2016. Ponownie zapowiedziano mój koniec. Potem były różne epizody, w końcu zacząłem się pojawiać w Internecie, robić jakieś swoje rzeczy i znowu różne osoby ze światka medialnego mnie pogrzebały. Kiedy ogłosiłem, że chcę zrobić film o pedofilii w Kościele i zebrać na niego pieniądze w sieci, usłyszałem, że nic z tego nie wyjdzie, że to mrzonki, „no, co ty w ogóle wymyśliłeś?!”…

Jak ktoś umiera trzy razy, to chyba długo pożyje…
[Śmieje się]. Kot żyje siedem razy… Dzisiaj jestem dokładnie w tym miejscu, w którym chciałem być. Mam satysfakcję, bo od początku dobrze wiedziałem, czego chcę.

Dlaczego ktoś, kto ma doskonałą pozycję, uznanie, nagrody, raz po raz decyduje się na taką woltę, żeby nie powiedzieć ucieczkę?
Było mi za dobrze. Miałem znakomite warunki w TVN. Zbyt wygodne. Miałem gabinet, a w nim kanapę, na której mogłem drzemać. Miałem trzydzieści parę lat i pomyślałem: „Hej, stary, za wcześnie na emeryturę”. Potrzebowałem wyzwań, stałego dopływu adrenaliny. Wiem, że to może zabrzmieć dziwnie z ust faceta, który poprowadził kilka popularnych programów, ale studio telewizyjne nie jest moim naturalnym środowiskiem. Jestem reporterem i najlepiej czuję się w terenie. Muszę być blisko zdarzeń. Czuć je. Dotykać ich.

Kiedy poczułeś to po raz pierwszy?
Jako nastolatek chłonąłem książki Ryszarda Kapuścińskiego, one mnie olśniły, zapragnąłem zostać reporterem, opowiadać świat. Ta świadomość obudziła się dość wcześnie.

I poczułeś to, biegając w Bydgoszczy do budki telefonicznej, aby zdać relację Michałowi Kamińskiemu, późniejszemu politykowi?
Na pewno ma znaczenie, że zaczynałem jako reporter miejski. Współpracowałem z radiem, była awaria wodociągu, jednego z większych w Bydgoszczy. Michał wymyślił, że zrobimy relację na żywo, pojadę tam, aby opowiedzieć, co się dzieje. Nie było komórek. Chłonąłem obraz i biegłem do budki telefonicznej, łączyłem się ze studiem, relacjonowałem, jak duży jest korek, ile wozów strażackich… Akcja trwała cały dzień. Tak, masz rację, to był ten pierwszy moment.

Uczyłeś się dziennikarstwa w praktyce. Masz ten zawód we krwi?
Na pewno. Ale myślę, że tylko w ten sposób – na ulicy, w działaniu – można się nauczyć tego zawodu. Większość kolegów z mojego rocznika uczyło się go „w boju”. Kiedy zaczynaliśmy, był czas przełomu w kraju i w mediach. Zaczęły powstawać komercyjne rozgłośnie, potrzebowały ludzi na pokład. Obszedłem wszystkie rozgłośnie bydgoskie, a rękę podało mi katolickie Radio VOX. Parę lat później prowadziłem warsztaty dla reporterów radiowych i spotkałem tych, którzy mnie odesłali z kwitkiem. Dziwnie się zachowywali, przypomnieli sobie, że kiedyś składałem u nich papiery. „W ogóle się tym nie przejmujcie – mówię – wyszedłem na tym bardzo dobrze”.

>> Czytaj także: Katarzyna Bonda o dzieciństwie z żubrami przy ognisku

Jak zapamiętałeś moment transformacji?
Polska zmieniała się z dnia na dzień. Było wiele tematów dla reportera. Z dzisiejszej perspektywy myślę, że wiele tematów uciekło, bo ich wtedy nie opisaliśmy. Media nie były w stanie wszystkiego przerobić. Zajęliśmy się gospodarką rynkową i zaczęliśmy tonąć w polityce. Pewnie już wtedy zaczął się podział. I dlatego dzisiaj polityka zdominowała przekaz medialny. Nie twierdzę, że nie jest ważna, ale mam wrażenie, że nie jest aż tak ważna. Brakuje reportażu w prasie codziennej.

Pokolenie twoich rodziców zaczęło płacić koszty transformacji od razu. Twoi rodzice stracili pracę, bo zlikwidowano ich zakłady.
Mama była chemikiem i pracowała w swoim zawodzie. Ojciec uczył rosyjskiego, a kiedy odszedł ze szkoły, zaczął uczyć w Ochotniczym Hufcu Pracy. Po jego likwidacji zrobiono w tym miejscu hotel robotniczy i ojciec został jego kierownikiem. Przełom 1989 był dla mojej rodziny bardzo trudny. Z jednej strony zdawałem sobie sprawę, że coś ważnego się dzieje, moi rodzice, jak większość Polaków, oczekiwali na zmianę, ale nikt nie wiedział, jaka będzie cena. Kiedy stracili pracę, co tu mówić, było cienko. Dzisiaj oboje uważają, mimo ciężkich doświadczeń, że bardzo dobrze się stało, i są zadowoleni, że Polska się zmieniła. Kiedy dostałem propozycję pracy w Radiu WAWA, ojciec nie był zadowolony. Uważał, że wiązanie się z radiem to głupi pomysł, a dziennikarstwo to nie jest stabilny zawód. Zakładał, że wrócę z tej Warszawy po miesiącu.

Dawał to odczuć?
Powiedział wprost, że zwariowałem. Później rodzice nie kryli dumy, zadowolenia i bardzo mnie wspierali. Myślę, że dzięki dzieciństwu w blokowisku na bydgoskich Bartodziejach i temu, że nie byliśmy nigdy bogatą rodziną miałem większy impuls do działania. Od dziecka mam wpojone, że należy walczyć o swoje i pomagać słabszym. Przeniosłem to potem na życie dziennikarskie. Zawsze staram się stać po stronie słabszych. Nie mam problemu z wystąpieniem przeciwko władzy, bez względu na jej kolor. To prawda, że kształtuje nas dzieciństwo. Mnie ukształtowały Bartodzieje. Moje przeżycia rodzinne.

Ten hotel robotniczy, którym zarządzał tato, podsycał ciekawość?
Dla mnie jako dziecka to było ciekawe miejsce, teren do eksploracji. Daleko już były posunięte zniszczenia, jakich dokonali mieszkańcy. Hotel był przy kombinacie budowlanym, a że cały ten przemysł upadł, nikt już nawet nie myślał, żeby pomalować ściany. No bo po co?! Wiadomo, że tu już nic nie będzie. Kiedy likwidowano kombinat, ojciec powiedział: „Chodź, coś zobaczysz”. Weszliśmy do kompletnie opuszczonego biurowca, którego nic nie zabezpieczało, szliśmy długimi korytarzami, w biurach stały przedpotopowe komputery. Wszystko było opuszczone. Pozostawione sobie. Przy hotelu stały drewniane klatki, a w nich, za siatką, króliki. Pamiętam hodowlę nutrii i starą strzelnicę. Taka mroczna scenografia. Pamiętam wszechobecny alkohol. I faceta, który nazywał się Mieczysław Bitowt. Był sybirakiem. Opowiadał o transportach na Wschód, o tym, że dostawali do jedzenia solone śledzie, po których zjedzeniu umierali z pragnienia. Ale zapamiętałem go z innego powodu – był mistrzem taczania jajek na Wielkanoc. Wygrywał właściciel jajka, którego skorupka nie pękła. Był też mistrzem w jedzeniu pierogów. Potrafił zjeść 30 na raz. Przy tym dużo popijał. Ojciec zawsze mi tłumaczył, że on je na zapas, bo pamięta głód, tamtą wywózkę. Na pewno to kształtowało moją wrażliwość reporterską.

Zanim zająłeś się większymi formami, pracowałeś w „Faktach” stacji TVN. Wielu dokumentalistów doskonali warsztat w telewizji newsowej. To była dobra szkoła?
Najlepsza, bo jeśli codziennie robi się materiał, w którym się nie odpuszcza, w dodatku robi się go pod presją czasu, to już się jest w przedsionku do dokumentu. Zdobywa się też dużą wiedzę o polityce, społeczeństwie, różnych mechanizmach. Moim głównym miejscem pracy początkowo był Sejm, pochłonęła mnie polityka. Przez lata byłem sprawozdawcą parlamentarnym, ale kiedy nadarzała się okazja, aby wyjechać w teren, jechałem. Poleciałem do Murmańska, gdy tonął okręt podwodny „Kursk”, byłem na Bałkanach w czasie wojny w Kosowie, poleciałem do Iraku, gdy trafiły tam polskie wojska, relacjonowałem papieskie pielgrzymki, ale i powodzie na południu kraju. Nie czułem żalu, że mam mniej pracy czysto reporterskiej. Kiedy zacząłem robić reportaże ze świata i co drugi tydzień dawałem program, właściwie przez dwa lata nie było mnie w domu. Dzisiaj, gdyby ktoś mi zaproponował podobny rytm, odmówiłbym. Tego już się nauczyłem.

W czasie studiów trafiłem na staż do redakcji „Faktów” i, prawdę mówiąc, było to koszmarne doświadczenie. Nieprawdopodobne napięcie, żeby to lapidarnie ująć. Widziałem, że łatwo wam nie było.
No tak. „Fakty” to nie była szkółka niedzielna. Testosteron buzował, była ostra konkurencja… Nie chcę tego krytykować, bo byłem z „Faktami” związany prawie dziesięć lat. Wiem też, że gdyby praca tam wyglądała inaczej, nie wybiłyby się. Potrzebowały ekipy wariatów – straceńców, którzy z jednej strony są młodzi i wierzą w nieśmiertelność, a z drugiej – że wszystko mogą. Ciężko zapieprzaliśmy i się udało.

Pamiętam dużo krytyki i stale powtarzane hasło, że jutro ma być lepiej.
Tomek Lis należał do szefów, którzy rzadko chwalą. Było wiele spięć. Ale to przynosiło efekty. Może to nie jest właściwie porównanie, ale byliśmy jak drużyna piłkarska. Nieważne, co trener mówi w szatni i ile padnie przekleństw. Ważne, że wychodziliśmy na boisko i wygrywaliśmy. Udało się znaleźć ludzi, którym to odpowiadało. Nikt nas nie zmuszał, żebyśmy w tym tkwili. Osobna książka musiałaby powstać o tych czasach.

Z tych wszystkich ucieczek, o których mówiłeś, wzięły się twoje książki?
Zawsze myślałem o pisaniu, o beletrystyce. Zacząłem pisać, kiedy odszedłem z TVN, bo miałem dziewięciomiesięczny zakaz konkurencji. Zacząłem jeździć na Podlasie, znalazłem fantastyczne miejsce, wieś Koterka, przy granicy – drewniana cerkiew, obok staw. Siadałem nad stawem i wyobrażałem sobie sytuację filmową – kamera frunie przez trawę, skierowana prostopadle do lustra wody. A tam pływa trup. Panorama. Widać piękną cerkiew w tym uroczysku. Genialny początek filmu. A później zacząłem wymyślać historię. Nagle wszystko zaczęło mi się układać w głowie. Moje pisarstwo jest mroczne pewnie ze względu na moje doświadczenia reporterskie. Bywałem w miejscach, w których ludzie się zabijali, coś w głowie zostało.

>> Czytaj także: Przebudzenie – rozmowa z Katarzyną Grocholą

Założyłeś Wydawnictwo „Od Deski do Deski”, ale prowadzi je żona. Jest dla ciebie wymagającym wydawcą?
Jestem cwaniakiem. Myślałem, że będę je sam prowadził, ale to okazało się niemożliwe. Poszedłem pokornie do żony i grzecznie zapytałem: „Aniu, czy nie uważasz, że lepiej byłoby, gdybyś to ty prowadziła wydawnictwo?”. Wszyscy mówią, że zrzuciłem na żonę ciężką, codzienną robotę. Pewnie coś w tym jest. Żona straszy mnie terminami. Przypomina, że już powinienem skończyć książkę. Tak sobie wygodnie wymyśliłem, bo przecież filmy produkuje mój brat. A ja jestem artystą – wizjonerem.

Kłócicie się z bratem?
No jasne. Bardzo. Bo ja na przykład chcę nagrać coś z jak największym rozmachem, a on pilnuje budżetu i mówi: „nie”. To sprzeczny interes. Więc dochodzi do spięć, a potem czasami ja mu przyznaję rację, czasami on mnie. Mimo tych kłótni wciąż ze sobą pracujemy. Zakładam, że obcy ludzie dawno by się rozeszli. Możemy nie odzywać się do siebie parę godzin, ale nie więcej.

Wyprowadziłeś się z Warszawy na Podlasie. Jakie jest to twoje miejsce?
Mój dziadek pochodzi z okolic Baranowicz. To dzisiejsza Białoruś. Moja mama mówi, że mam Wschód w genach. To miejsce to mój azyl. Ale nie zakładam, że jest ostateczne. Ciągle mnie nosi. Jestem z pokolenia, dla którego przeprowadzki i migracja nie są czymś wielkim. Lubię swój dom na Podlasiu, czuję się tam u siebie. Czasami słyszę: „Co wy tam, w Warszawie, możecie wiedzieć?”. Odpowiadam, że my w Warszawie to nie bardzo, ale ja mieszkam na wsi. Dobrze wiem, ile co kosztuje, jakie są problemy ludzi.

Najlepiej czujesz się w ruchu?
Nie wiem. Po prostu od lat nie próbowałem żyć w jednym miejscu. Może z lęku? Zatrzymam się i co dalej? Ale kiedyś muszę spróbować. Po filmie o SKOK-ach, nad którym teraz pracuję, może sobie powiem: „Dobra, to ostatnia wielka produkcja, jaką zrobiłeś. Od teraz stop”. Ale, kurde, mam dopiero 45 lat. Śmiejemy się z żoną, że nasze małżeństwo jest udane, że nie przeżyliśmy kryzysu, a jesteśmy ze sobą 22 lata, bo mnie często nie ma. Nasz związek jest tak mocny, bo za sobą tęsknimy. I może to jest recepta? Pojutrze ruszam w kolejną trasę.