1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Przebudzenie - rozmowa z Katarzyną Grocholą

Przebudzenie - rozmowa z Katarzyną Grocholą

Ilustracja Patryk Hardziej
Ilustracja Patryk Hardziej
Katarzyna Grochola to jedna z najpoczytniejszych polskich pisarek. Jej książki sprzedały się w kilku milionach egzemplarzy. Powieść „Nigdy w życiu” zmieniła rynek, otwierając go na literaturę popularną. Wydawnictwo Literackie właśnie wydało jej brawurowy kryminał „Zranić marionetkę” o ofiarach, oprawcach i szukaniu sprawiedliwości. 

Jak pani było w takim mrocznym świecie? Surrealistycznie. Zaczęłam pisać tę książkę nad morzem, gdzie byłam z mężem. Przy stoliku kawiarnianym, w upał. Po powrocie do domu pisałam w kuchni, jakbym musiała być zamknięta w przytulnym, ciepłym miejscu. Wchodziłam do kuchni i stawałam się jedną z bohaterek. 

Wszystkie były skrzywdzone. Każdy zna poczucie krzywdy.

Wybrała pani temat molestowania seksualnego. Co dziesiąta osoba na świecie jest molestowana. Są wśród nas ofiary i oprawcy. Spotykamy ich, a nie reagujemy na przemoc domową, pedofilię, ponieważ nie umiemy sobie radzić z własnymi uczuciami. Nie wiemy, jak się zachować. Łatwiej powiedzieć: „Po co do niego szła?”. Jako dziennikarka napisałam kiedyś dwa reportaże, które się nigdy nie ukazały. Pierwszy o gwałcie. Jego wydźwięk był taki: jesteś ofiarą, siedź cicho. Bo nie dość, że moja bohaterka została zgwałcona, to jeszcze skrzywdzili ją adwokaci – mężczyźni. Potem napisałam reportaż o pedofilii. Dziewczynka, jak bohaterka mojej książki, kochała swojego ojca, a to on robił jej krzywdę. Kiedy go wsadzili, znienawidziła ją cała rodzina. Matka, bo wcześniej pracował i przynosił pensję. Babcia, bo wsadziła jej syna do więzienia. To było we mnie i kiedyś musiało wybuchnąć. Mimo że tyle złego dzieje się w mojej książce, to nie wszyscy są źli. 

Na świecie panuje zaćma? Tak piszę. Żeby ją zdjąć i zobaczyć prawdę, trzeba by się skomunikować z własnymi odczuciami, być wobec siebie szczerym… Tymczasem korzystamy z mechanizmów, które nas bronią. Prawda gnije i, jak w mojej książce, powoduje daleko idące konsekwencje, które dotykają też niewinnych.

Rozwiązaniem jest zemsta? To prawda, to książka o zemście, ale zemsta nie smakuje ani na zimno, ani na gorąco. W ogóle nie smakuje. Nie zadowala. Sprawiedliwość – tak. Kara – czasami tak. Odpowiedzialność – tak. Zadośćuczynienie – tak. Zemsta? Nie. 

Jest pani głosem ofiar? Zawsze jestem głosem ofiar. Jestem też głosem morderców. Ale ideowo jestem przede wszystkim głosem ofiar. Uważam, że człowiek ma w sobie wszystko. Jako katoliczka i rozwódka nie będę się powoływać na grzech pierworodny, ale myślę, że człowiek to niedoskonała pełnia. Jacy jesteśmy, zależy od tego, jaką część siebie karmimy. 

Staje pani po jasnej stronie? Tak, nawet ta książka opowiada się po jasnej stronie. Wczoraj na prywatnym spotkaniu jakaś osoba zapytała ks. Adama Bonieckiego: „Jeżeli ktoś wierzy, a nie chce chodzić do kościoła, jak go tam sprowadzić?”. Odpowiedział: „Nie sprowadzać”. Bo może nam się wydaje, że odchodzi, a może właśnie idzie w stronę domu? Zadałam sobie pytanie: „Może teraz jest taki moment przebudzenia?”.

Lubi pani ratować swoich bohaterów? Chcę ich wszystkich uratować. Uczę się nie oceniać. Bo nie wiemy, jakie jest życie innych. 20 lat temu, w ciężkim okresie mojego życia, pijany mężczyzna wpadł na mnie na ulicy i krzyknął: „Gdzie idziesz, k….?”. Pamiętam, jak zrozumiałam jego słowa. Że nie tędy droga. Ten facet był po prostu zesłanym tu aniołem, który mi powiedział: „Kasiu, co robisz, idziesz ciągle tą samą ścieżką, która kończy się przepaścią”.  

Może to był moment, kiedy pani sama już dojrzała, aby zobaczyć inną perspektywę? Tak mogło być. Na grupie terapeutycznej usłyszałam przypowieść: Facet, idąc do pracy, wpadł w ogromny dół. Zobaczył ludzi, którzy też tam wpadli i nie znaleźli wyjścia, więc próbowali się w tym dole zagospodarować. Kilka tygodni szukał wyjścia, w końcu się wydostał. Następnego dnia, idąc do pracy, wiedział, że musi dół ominąć. Ale przejeżdżała karetka, uskoczył i znowu wpadł do dziury. Tyle że wiedział już, gdzie wyjście. Później chodził ostrożnie, aż któregoś dnia zauważył, że zaraz do dołu wpadnie kobieta z dzieckiem w wózeczku. Rzucił się, żeby je ratować. Uratował dziecko, ale sam wpadł do dziury. Kiedy się wygrzebał, postanowił chodzić inną ulicą. I to jest trochę opowieść o mnie. 

Pani książki pomagają uwierzyć, że los się odmieni? Wiem, kurna, że jestem polskim Kopciuszkiem przemiany. Byłam w związku przemocowym, ale z niego wyszłam, sama wychowywałam córkę, która jest dzisiaj fantastyczną osobą, i jak powiedziała, nie zamieniłaby ani jednej chwili ze swojego życia. Bardzo ją kocham i uważam, że dojrzale wyrosła w tych niełatwych okolicznościach. Ale nie przesadzajmy, wielu ludzi się rozwodzi i dzieci najczęściej zostają z matką. Obok nas żyją ludzie, którzy potracili bliskich, których dotykały ciężkie choroby. Jako pierwsza, 20 lat temu, powiedziałam publicznie, że miałam raka. Nie po to, aby epatować, ale może coś zmienić. Jestem dowodem na to, że rak może być wyrokiem, ale nie musi. Więc rozumiem, że zostałam ikoną tych, którzy bywają na dnie i trudno się wygrzebują. Skoro Grocholi się udało, to może i mnie. 

O tamtym pijaku, który na panią nakrzyczał, powiedziała pani „anioł”. Lubi pani czytać znaki? Tu, gdzie rozmawiamy, było pole truskawek. Należało do sąsiadki z naprzeciwka. Kiedy w końcu poczułam, że muszę się wydostać z tego strasznego dołu, zasypać go czymś fajnym, miałam sen. Byłam w nim u swoich przyjaciół, tutaj po sąsiedzku, a tu zamiast pola truskawek było klepisko. I Zosia, ta przyjaciółka, mówi: „Kasia, tu możesz postawić domek”. Zaczęłyśmy zbijać klepisko i spod niego ukazały się piękne, fioletowe kwiaty. Pewnie dlatego martwe drzewa w ogrodzie maluję na fioletowo. 

Postawiła pani dom. Nie stać mnie było na mieszkanie w Warszawie. Postawiłam własnymi rękami domek wielkości garażu. Kosztował 30 tysięcy. Jestem osobą, która ma nadzieję. Choć parę razy ją traciłam. Pamiętam jeden z gorszych momentów – nie było prądu i było minus 22 stopnie, zamarzła woda, nie miałam pieniędzy na wykarmienie dwóch psów i dwóch kotów, ale szczęśliwie moja córka była na wakacjach zimowych, a mój mąż z kochanką na nartach. Myślałam, że to już jest koniec wszystkiego. I wtedy wypadło z półki kompendium, których miałam wiele, bo w „Poradniku Domowym” odpisywałam na listy czytelników. Było otwarte na stronie, na której przeczytałam: „Jeżeli nie jesteś w stanie zapisać dziesięciu dobrych rzeczy, które ci się dzisiaj zdarzyły, to znaczy, że nie żyjesz”. Sięgnęłam po kartkę papieru. Mam jedną fazę prądu, czyli w niektórych bocznych kontaktach jest światło, wprawdzie jest minus 22, ale nie ma mojej córki i nie marznie, nie jestem pod dworcem ani pod mostem. Koty wróciły do domu, więc nie zamarzną. Mam olej, kaszę, resztkę ryżu, makaronu, mogę coś ugotować. Mam telefon, z którego mogę zadzwonić. Oczywiście, stan psychiczny nie pozwalał mi do kogokolwiek dzwonić, bo co miałam powiedzieć. Że jestem u progu samobójstwa? Byłam w stanie wymienić dziesięć pozytywów. Nadzieja ma wielką moc. Nie jest ślepym ufaniem, pozwala zrozumieć, kim jestem. 

Jak wyszła pani z przemocowego związku? Każdy, kto był w przemocowym związku, wie, że to się odbywa pod stołem. Przy ludziach. Choć to znaki niewidoczne dla innych. Przez dwa lata w ogóle nie rozumiałam, co się dzieje. Wiedziałam, że jak już się podjęło decyzję o małżeństwie, to trzeba w nim trwać, udawać. Odpisywałam mądrze na listy żon alkoholików, obstawiona książkami Anny Dodziuk i ulotkami z Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, i nie widziałam związku ze swoją sytuacją. 

Więc co się stało? Dobra. Powiem. Spałam po trzy, cztery godziny, a ponieważ nie mogłam spać, jeździłam codziennie do kościoła na szóstą rano. Siedziałam tam, bo to było spokojne miejsce. I pewnego dnia usłyszałam: „Dzisiaj msza w intencji śp. Katarzyny, ale pamiętajmy, że człowiek nie całkiem umiera. Umiera tylko doczesna powłoka. Pomódlmy się, żeby obudziła się do jasności”. Potem w homilii ksiądz mówił, że kiedy jesteśmy z osobą złą, myślimy, że rosną nam skrzydła. Jako żona alkoholika uważałam, że po to jestem zesłana, żeby męża zbawić. Cudowne poczucie, że jest się Panem Bogiem! W kościele były trzy osoby, poza mną dwie staruszki. I ja to odniosłam do siebie. Pamiętam, że wsiadłam do samochodu i pomyślałam: „Kasiu, stuknij się w głowę, kobieto, czego ty chcesz?”.

Często czuła pani, że życie jest obok? Miałam poczucie, że to nie jest to życie, jakiego chcę, kompletnie inny świat. Dlatego tak dobrze rozumiem samobójców. Kiedy słyszę: „Jak on mógł to zrobić”, rozumiem, że mógł. 

Jedna z głównych bohaterek pani książki jest antropolożką, specjalistką od samobójców. Ona ma swoje przeguby, swoją przeszłość. Każdy ma. Liczba samobójstw w Polsce wzrosła w ostatnich latach, zwłaszcza wśród ludzi młodych. Widzę, jak w wirtualnym świecie zapominamy, że drugi człowiek naprawdę czuje. Produkujemy hejt, walcząc o liczbę lajków. Trzeba mówić, jak wielka jest siła dobra. Zrozumiałam to po zabójstwie Pawła Adamowicza, widząc, jak po tej tragedii dobro się rozlewa. Nożem można i kroić, i można zabijać. To wtedy mogłam kończyć książkę, pisałam po 17 godzin dziennie.

Pani bohaterka trafiła na terapię. Była w niej złość. To dobry motor? Tak też się dzieje. Staramy siebie chronić, bo myślimy, że jesteśmy gorsi. Że terapeuta w nas pogrzebie i znajdzie potwora z przeszłości, tymczasem ten potwór chroni jakieś nasze piękno. Kiedy się ochrzciłam, mając 21 lat, powiedziałam księdzu, że się chrzczę ze strachu. Odpowiedział, że to też dobry powód. Pracowałam w szpitalu, widziałam wielu umierających. Niektórzy z nich wierzyli, inni nie. Różnica tego umierania wydała mi się wielka, choć strach był wspólny wszystkim. Pomyślałam, że chcę wierzyć. 

Pamięta pani pierwszą śmierć? Ten pan bardzo cierpiał, miał raka krocza z przerzutami do kości biodrowej, a to były czasy, kiedy nie podawało się wystarczającej dawki środków przeciwbólowych. Pracował w ministerstwie oświaty, mówił, abym się nie martwiła, jak nie dostanę się na medycynę, bo on to załatwi. Chorzy wiedzieli, że są trzy dziewczyny salowe, które zbierają punkty na medycynę. Dostawał środki przeciwbólowe trzy razy dziennie. Siedziałam na stołku koło łóżka i przekładałam mu nogę, bo tak bolała, że przeklinał albo mówił, żeby go zabić. Strasznie długo to trwało. O szóstej dostał następny zastrzyk, powiedział, że życie jest piękne, bardzo mi dziękuje i że córka do niego przyjdzie, więc musi wytrzymać. A potem umarł. Zrobił się taki mały, wiotki, zaczął mu wystawać nos. Tak jakby ktoś dużą strzykawką wyciągnął z niego te 21 gramów. 

Skąd pomysł z medycyną? Myślałam, że pisarz musi skończyć medycynę. Miałam takie wyobrażenie o pisarzach. Matka była osobą wysoce oczytaną, w domu nie było telewizora, tylko książki. Zabraniała nam czytać niektóre. Nie ma nic bardziej rozkosznego niż sięgać po „Dżumę” Camusa, która jest przez matkę zakazana. Zamienialiśmy z bratem okładki i czytaliśmy pod kołdrą. 

Zawsze pani pisała? Jak się jest pisarką, to się pisze. W pierwszej powieści, którą napisałam, mając 13 lat, w moim alter ego kochało się aż dwóch Winnetou. Potem pisałam opowiadania fantasy, odczytywałam na przerwach w kolejnych szkołach pomaturalnych. Moje koleżanki się śmiały, czego nie rozumiałam, bo to były przerażające historie.

Pisanie panią ratowało? Judyta uratowała mi życie. Tamta zima, brak ogrzewania, córka mieszkająca miesiąc u mojej siostry, bo w jej pokoju było sześć stopni… Nie miałam klucza do domu. Obudziłam się którejś nocy, a na moim łóżku siedział obcy facet. Chciał pożyczyć 200 zł, a nie miałam nawet 20. Pisałam „Nigdy w życiu!”, żeby pocieszyć siebie, bo z tego, co mi się przydarzało, mogłam wybierać te wesołe sytuacje. Było wokół mnie wielu życzliwych. Idąc do kolejki WKD, machali do mnie. Wracając z pracy, mówili: „Rano były dwa poziomy pustaków, a już są cztery”. Od sąsiadów dostałam drzwi, kibelek na imieniny. Przyjacielowi z Anglii wysłałam dwie swoje sztuki. Przypadkowo znała go Beata Stasińska [wydawczyni – przyp. red.]. Dwa lata później pokazał jej fragmenty mojego tekstu. Odnalazła mnie i zapytała, czy nie mam książki do wydania. Miałam. No, to naprawdę w cuda można uwierzyć. 

Natan, komisarz. W każdej powieści musi pani mieć przynajmniej jednego fajnego faceta? Muszę. Natan to też jest trochę anioł. Fajny jest, prawda?

Do związku się nie nadaje. No, może się będzie nadawał. Liczmy na to. 

Pani jest teraz szczęśliwa, prawda? Bywam szczęśliwa. 

Pani mąż powiedział mi: „Kiedy zatęskniłem za miastem i przeprowadziłem się ze wsi, poznałem Kasię”. Dla pani musiał wrócić na wieś… Ale może jest jednak coś ważniejszego niż metropolia. Jesteśmy bardzo dojrzałymi ludźmi i fajnie, że to się nam przydarzyło. 

Łatwo jest dojrzałym ludziom ze sobą zamieszkać? Mąż lubi wiedzieć, co się dzieje. Przychodzę ze śniadaniem i z telewizora wygląda jakaś gęba, której bym na śniadanie nie zaprosiła. To idę do kuchni. No, jakoś trzeba płacić. Mąż akceptuje, jaka jestem. Ma nieprawdopodobną cierpliwość do zmiany planów. Jego córka przysłała nam z Hamburga bilety kolejowe, bo mąż nie lubi latać. Walizki już stały w przedpokoju, mąż jeszcze grał sobie [muzyk – przyp. red.], bo miał dziesięć minut do wyjścia. Nagle zapytałam, czy jest elastyczny. „Bardzo” – odpowiedział. „Czy nie możemy w cholerę tych biletów wyrzucić i wsiąść w samochód?” Zapytał tylko: „To kiedy chcesz wyjechać?”.

pisarka, dziennikarka. Wydała kilkanaście powieści, m.in.: „Nigdy w życiu!” (As Empiku), „Serce na temblaku”, „Ja wam pokażę!”,

„Trzepot skrzydeł” (Nagroda Księgarzy), „Makatka”, „Houston, mamy problem”, „Przeznaczeni” i najnowszą „Zranić marionetkę”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Elisabeth Moss: Chciałabym, żeby „Opowieść podręcznej” była tylko fantazją

Elisabeth Moss w
Elisabeth Moss w "Opowieści Podręcznej". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Niepozorna? Wystarczy jeden charakterystyczny uśmiech, a już nie sposób jej zapomnieć. Ostatnie kilka lat to dla Elisabeth Moss pasmo zawodowych sukcesów. Sama deklaruje, że zawdzięcza to raczej cierpliwości i konsekwencji niż talentowi: – Dość szybko zorientowałam się, do jakich ról, mimo ambicji, nie powinnam startować. W aktorstwie ważne jest, żeby jak najszybciej przestać się łudzić.

Lubisz horrory?
Uwielbiam [śmiech]. Od zawsze chciałam być w nich tą uciekającą, przerażoną i krzyczącą dziewczyną.

Mam w to uwierzyć?
Oczywiście żartuję. Chociaż naprawdę lubię takie mroczne klimaty.

Dlaczego?
Po prostu lubię brać udział w filmach, które komentują współczesny świat. Tak właśnie odbieram najlepsze horrory. Przypomnij sobie „Lśnienie” Kubricka czy „Egzorcystę” Friedkina – jest w nich o wiele więcej niż tylko to, co widać na powierzchni. Poza tym dla mnie horrory to komfortowa przestrzeń, w której mogę szczerze egzorcyzmować moje emocje. Bohaterki, które w nich gram, inspirują mnie do bycia silniejszą kobietą i orędowniczką spraw, które uważam za ważne. Inna rzecz, że na tych planach, na przykład serialu „Opowieść podręcznej”, odkryłam, że można się całkiem dobrze bawić. Zdarzało się, że w przerwach między ujęciami z Maxem Minghellą [serialowym Nickiem, z którym główna bohaterka kolaboruje i z którym jest uczuciowo związana – przyp. red.] śpiewaliśmy sobie piosenki Taylor Swift. Widzę twoją minę i rozumiem, że dla wielu widzów serial „Opowieść podręcznej” jest trudny do zniesienia, zbyt brutalny. Że nie mogą pogodzić się z traktowaniem kobiet jako reproduktorek, seksualnych niewolnic, pozbawionych jakichkolwiek praw, ale myślę, że równoważymy to innymi elementami. Serial bywa romantyczny, piękny i smutny jednocześnie. To nieprawda, że nie można się na nim śmiać. Ważne, by pozostawać w zgodzie z prawdą tej historii, dalekiej od uproszczonych schematów.

Zaintrygowałaś mnie twierdzeniem, że grane przez ciebie bohaterki pomagają ci w stawaniu się silniejszą kobietą. Myślę, że można to powiedzieć nie tylko o twoich rolach w filmach grozy czy serialu „Opowieść podręcznej”, ale też o ostatnich projektach, w których wzięłaś udział –„Niewidzialnym człowieku” czy „Shirley”. Mylę się?
W „Niewidzialnym człowieku” gram kobietę doprowadzoną do szaleństwa przez mężczyznę, który ją terroryzuje. Chociaż moja bohaterka ciągle powtarza: „Nie jestem szalona”, wszyscy myślą, że naprawdę postradała zmysły. Ten film robi z niewidzialności metaforę… przemocy domowej. To bardzo ważny temat. To, że nie widać, że kobieta jest bita, nie znaczy, że ktoś nie stosuje wobec niej przemocy psychicznej. Zależy mi, żeby ten problem nie był bagatelizowany i żeby kobiety odważyły się o tym mówić. W „Shirley” gram z kolei – po raz pierwszy w życiu, co było dla mnie sporym wyzwaniem – autentyczną postać, autorkę powieści grozy Shirley Jackson. Żeby przełamać własny strach, zagrałam po prostu moją wersję Shirley. Kobietę silną, już nie ofiarę, ale manipulatorkę, prowokatorkę. To, że Shirley zawodowo zajmuje się pisaniem horrorów, że góruje intelektualnie nad mężczyznami, wprowadza narrację feministyczną. Ta postać to mieszanka szaleństwa, samotności, smutku, rozpaczy i wszystkich tych emocji, w których się odnajduję także prywatnie. Jest we mnie dużo z tej postaci.

Masz już na swoim koncie mocne feministyczne role, choćby te w serialach „Mad Men” i „Tajemnice Laketop”.
Myślę, że po prostu ciągnie mnie do takich bohaterek. Niestety, przyszło nam żyć w świecie zdominowanym przez mężczyzn i zmiana tego modelu jest dużym wyzwaniem.

Stałaś się głosem kobiet walczących o swoje prawa, wspierasz ruch #MeToo. Tymczasem Kościół scjentologiczny, do którego należysz, te wartości odrzuca. Nie ma w tym sprzeczności?
Wiara to kwestia zbyt skomplikowana, by wyjaśnić ją w jednym wywiadzie. Prawda jest taka, że w przeciwieństwie do wielu innych gwiazd, takich jak Tom Cruise czy John Travolta, ja scjentologii nie wybrałam. Moi rodzice, muzycy, należeli do Kościoła scjentologicznego. W naszym domu religia była więc obecna na równi z jam session. Jako dorastająca dziewczyna zdecydowanie częściej słuchałam George’a Gershwina niż Nirvany. A właściwie nie… Nie chcę o tym mówić. Wybacz, ale to moja osobista sprawa. Mówiąc szczerze, mam bardzo małą kontrolę nad tym, co jest moje, prywatne, a co nie. Chciałabym zachować prywatność, choćby w tak niewielkim zakresie, ponieważ w przeciwnym razie naprawdę nie zostanie mi już nic osobistego.

Problem w tym, że scjentologia piętnuje homoseksualizm, a kobietom przypisuje podrzędną rolę.
Nikt nie wytykałby mi hipokryzji, gdybym była katoliczką, prawda? Na Instagramie nakłaniałam do głosowania w wyborach prezydenckich. Nie boję się mówić, że nie po drodze mi z polityką Donalda Trumpa. Podkreślam, że wierzę w wolność – zarówno wolność słowa, jak i wolność kochania, kogo się chce, czy wiary w to, co się chce. Gdy zaczynamy mówić: „nie możesz tak myśleć”, „nie możesz tak mówić” czy „nie możesz w to wierzyć”, rodzą się problemy. Wtedy zaczynasz żyć w Gilead.

„Opowieść podręcznej” nabiera dziś bardzo ostrej wymowy politycznej.
To prawda. Kiedy Margaret Atwood pisała tę powieść w 1985 roku, już wtedy uważała, że jej wizja wcale nie jest nierealna. Chciałabym, żeby „Opowieść...” była tylko fantazją. Niestety, stała się aktualna w czasach prezydentury Trumpa i władzy prawicowych populistów w wielu innych krajach świata. Na naszych oczach powstają patriarchalne fundamentalizmy. W Teksasie prawo antyaborcyjne znów było dyskutowane w senacie. Ten film jest opowieścią feministyczną, choć Atwood woli, żeby mówić o tym jako o historii łamania praw człowieka. Gdyby była facetem, to w ogóle nikt by o feminizmie nie mówił. Tak to już jest, a ja cieszę się, że gram w filmach, które zabierają głos w ważnych sprawach. Życie jest za krótkie, by je marnować i rozmieniać na drobne. Ten film prowokuje dyskusję na temat sytuacji politycznej kobiet w Stanach i na całym świecie.

Przyjmując tę rolę, zdawałaś sobie sprawę, jak wielką bierzesz na siebie odpowiedzialność?
Na planie „Tajemnic Laketop” przeczytałam książkę Margaret Atwood, a potem scenariusz serialu, który mnie zachwycił. Widziałam także wcześniejszą adaptację Volkera Schlöndorffa z Natashą Richardson. Zobaczyłam, że szykuje mi się rola inna niż wszystkie dotychczasowe. To kreacja, o której marzy każda aktorka, bo ta postać niesie w sobie wielką historię. Były jednak trudne sceny. Na przykład ta, w której moja Offred musi oddać swoje ciało Komendantowi. To był gwałt, a nie seks za zgodą obu stron. Pokazaliśmy to w sposób bezduszny, bez erotyki, jako coś wstrętnego. To nie było przyjemne doświadczenie do zagrania ani dla mnie, ani dla Josepha Fiennesa. Narracja „Opowieści podręcznej” prowadzona jest z punktu widzenia Offred. Także dlatego adaptacja książki była dla nas tak dużym wyzwaniem. Stąd liczne zbliżenia mojej twarzy – ujęcia były kręcone z tak bliska, że nie mogłam się ruszyć, inaczej uderzyłabym głową w kamerę.

Przy okazji zadebiutowałaś jako reżyserka. Niedawno zrealizowałaś trzeci odcinek czwartego sezonu.
Jestem podekscytowana, że dostałam tę szansę. Wiele to dla mnie znaczy. Już to, że byłam producentem wykonawczym tego serialu przez ostatnie trzy lata, sprawiało mi wielką frajdę. Mogłam uczyć się od reżyserów na planie. Mam szczęście, że pracujemy z najlepszą obsadą i ekipą na świecie.

Masz za sobą nieprawdopodobnie intensywny czas zawodowy. Dla niektórych izolacja była czasem odpoczynku, dla ciebie, jak słyszałam, raczej źródłem stresu.
Nie popadam w depresję, bo nie mam na to, co się dzieje, żadnego wpływu. Wszyscy moi koledzy aktorzy są w podobnej sytuacji. Na szczęście na festiwalu w Sundance i na Berlinale tuż przed pandemią odbyły się premiery „Shirley”. Przełożony został za to „Kurier francuski z Liberty, Kansas Evening Sun”. Z kolei „Niewidzialny człowiek” miał premierę pod koniec lutego w USA i w Australii, ale nie wszedł do kin w innych krajach. No i przesunięto czwarty sezon „Opowieści podręcznej”. Szczególnie mocno odczułam wpływ koronawirusa na ten serial, bo odpowiadałam tutaj także za produkcję. Każdy chciał wrócić do pracy, ponieważ kochamy to, co robimy, ale są też ludzie, którzy muszą utrzymać swoje rodziny i chronić siebie. Dlatego producenci, moi koledzy, przyczynili się do powstania funduszu dla naszej ekipy. Pieniądze pochodzą z naszych własnych kieszeni. To są dla nas nowe sytuacje, natomiast zdajemy sobie sprawę, że wszyscy jedziemy na jednym wózku.

Podobno kiedy grasz w „Opowieści…”, bardzo trudno ci wygospodarować czas na granie gdzie indziej. Jakim cudem udaje się przyjmować inne propozycje?
Kiedy kręcimy serial, zwykle mam dwa tygodnie wolnego raz na sześć lub siedem miesięcy. Jedną z takich przerw wykorzystałam, żeby zagrać niewielką rolę w „Kurierze francuskim z Liberty…” Wesa Andersona. Pojechałam do Francji i kręciłam dwa dni. Było to surrealistyczne przeżycie. Czułam, jakbym dosłownie wchodziła do filmu Wesa, w świat jego niesamowitej wyobraźni. Nawet poza planem wszyscy aktorzy wyglądali, jakby byli wciąż w filmie Wesa. To było jak dziwny sen. I wszyscy byli dla siebie szalenie mili. Na planie ktoś czytał, ktoś słuchał muzyki, kulturalnie rozmawiano, konsumowano croissanty.

Elisabeth Moss: Czekałam dość długo na swoją szansę, ale byłam cierpliwa i konsekwentna. (Fot. Rich Fury/Getty Images/Gallo Images) Elisabeth Moss: Czekałam dość długo na swoją szansę, ale byłam cierpliwa i konsekwentna. (Fot. Rich Fury/Getty Images/Gallo Images)

Od dziecka wiedziałaś, że chcesz być aktorką?
Urodziłam się w Los Angeles. Dorastałam w domu, w którym zawsze ceniło się sztukę. Mama grała na harmonijce w zespole bluesowym, a ojciec był menedżerem muzyków. Chciałam zostać profesjonalną tancerką, uczyłam się baletu, ale to aktorstwo okazało się moim przeznaczeniem. Jako siedmiolatka wystąpiłam w serialu „Jackie Collins: Uśmiechy losu”. Grałam od dziecka, ale pierwsze filmy nie przyniosły mi wielkiego uznania widzów. To, co zyskałam, to pewność, że właśnie tą drogą chcę podążać. Sporo wystałam się na castingach, zaliczyłam naprawdę wiele porażek, zagrałam mnóstwo ról drugo- i trzecioplanowych, wystąpiłam w wielu serialach. Czekałam dość długo na swoją szansę, ale byłam cierpliwa i konsekwentna. Nigdy nie powiedziałabym o sobie, że jestem utalentowana, ale te dwie cechy mam na pewno. Dość szybko zorientowałam się także, do jakich ról – mimo ambicji – nie powinnam startować. W aktorstwie jest ważne, żeby jak najszybciej przestać się łudzić.

Twoje życie prywatne jest barwne tak  jak serial?
Moje prawdziwe życie jest inne – intensywne, ale poukładane… z małymi przygodami. Przez ostatnie dwa lata pracowałam bez przerwy. Nie lubię odmawiać, bo boję się, że propozycja może się nie powtórzyć. Wynajmuję apartamenty w Hollywood i na Manhattanie, mieszkam z dwoma rudymi kotami o wdzięcznych imionach Ethel i Lucy i pozostaję w bardzo bliskiej relacji z mamą i młodszym bratem. Kiedy kręcę film, całkowicie koncentruję się na pracy. Wieczorem często jadam samotnie kolację w domu i idę spać, żeby wcześnie rano być na planie. Staram się, jak tylko to możliwe, upraszczać rzeczy, brać je takimi, jakie są. Tyle że w moim wykonaniu wygląda to mniej więcej tak: kiedy ogromna ćma wleciała raz do mojej sypialni i usiadła na okładce „Trafnego wyboru” J.K. Rowling, to po prostu wyrzuciłam obie za okno…

Podbijasz Instagram. Jesteś celebrytką?
Nie interesuje mnie życie celebrytki, chciałabym pozostać zwykłą osobą. A nie jest łatwo to osiągnąć, jeśli zaczyna się być coraz bardziej sławnym. Dlatego założyłam konto na Instagramie. Mój profil śledzi prawie 450 tysięcy fanów. Wrzucam zdjęcia z planu, ale zdarza mi się także pokazywać kadry z życia prywatnego. Instagram stał się moją codziennością. Mimo wszystko nadal kiedy widzę się na zdjęciach paparazzich, jak wychodzę z restauracji – jestem zaskoczona. Wydaje mi się to dziwaczne. Myślę wtedy, że widocznie nie było nikogo innego do sfotografowania tej nocy. Natomiast w przeciwieństwie do wielu celebrytów nie zamieszczam na Instagramie zdjęć z wakacji, prywatnych imprez czy płatnej współpracy. Daję tam wyłącznie relacje z planów filmowych, studiów telewizyjnych i branżowych eventów. Od czasu do czasu pojawi się fotka zrobiona na meczu bejsbolowym albo życzenia dla młodszego brata. Zdjęć partnerów nie publikuję.

Kto jeszcze jest na twojej liście marzeń, jeśli chodzi o reżyserów? Zawsze chciałam pracować z Wesem Andersonem, Martinem Scorsesem i braćmi Coen. Właśnie skreśliłam z listy Wesa, ale chciałabym ponownie z nim współpracować. Wciąż pojawiają się nowi reżyserzy, których podziwiam, jak Jennifer Kent i Alma Har’el. Wierzę, że sporo jeszcze przede mną.

Elisabeth Moss
, rocznik 1982. Amerykańska aktorka telewizyjna i filmowa. Popularność przyniosły jej role w serialach „Mad Men”, „Tajemnice Laketop” i „Opowieść podręcznej”. Ostatnio zagrała m.in. w thrillerze „Niewidzialny człowiek” (dostępny na VOD), a także w biograficznym dramacie „Shirley”.

  1. Styl Życia

Agnieszka Osiecka: "Nie mogę być ptakiem uwięzionym"

Wakacyjny rejs jachtem „Wielkopolska” na trasie Świnoujscie – Rønne – Kopenhaga – Sassnitz (lipiec 1965). (Artur Starewicz/East News)
Wakacyjny rejs jachtem „Wielkopolska” na trasie Świnoujscie – Rønne – Kopenhaga – Sassnitz (lipiec 1965). (Artur Starewicz/East News)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Żyła jak chciała. Niezależna i wolna. Agnieszka Osiecka wyprzedzała swój czas o pokolenie, Przecierając szlaki obyczajowe innym kobietom. I Zapłaciła za to ogromną cenę. Beata Biały, która napisała bestsellerową książkę „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”, specjalnie dla „Zwierciadła” przybliża postać autorki kultowych piosenek i poetki.

Wybrała się kiedyś z przyjaciółmi do restauracji. Towarzyszył jej znacznie młodszy mężczyzna, różnica wieku widoczna była gołym okiem. Wszyscy składali zamówienia. Kelnerka podeszła też do Agnieszki, a za chwilę do jej towarzysza. „Mama zamówiła…” – powiedziała głośno do młodzieńca. Nikt nie usłyszał, co Agnieszka zamówiła, bo słowo „mama” wszystko zagłuszyło. Wśród biesiadników zapanowała niezręczna cisza, nikt nie wiedział, jak ma zareagować. „Nie przejmujcie się. Mnie się to często zdarza, bo często bywam ze znacznie młodszymi ode mnie mężczyznami” – powiedziała Agnieszka. „I to, co było niezręczne, stało się zręczne. To, co krępowało, przestało krępować. To, co mogło wydać się dziwaczne – stało się normalne. Jednym zdaniem zmieniła sytuację, zburzyła zakorzenione w nas stereotypy na temat tego, co wypada, a co nie wypada. Wygrała. Żyła, jak chciała. Była wolna, jeśli chciała, albo niewolna, kiedy miała na to ochotę” – wspomina uczestnicząca w tamtym spotkaniu Ewa Zadrzyńska, dziennikarka, która przyjaźniła się z Osiecką.

Fot. Jan Borkowski Fot. Jan Borkowski

Pociąg do Tczewa czy Koluszek

Czuła, że jest inna. Zbyt niezależna i odważna jak na swoje czasy, nie liczyła się z konwenansami, z tym, „co ludzie powiedzą”. Robiła to, na co miała ochotę. Wyprzedzała epokę, bo kobiety z jej pokolenia zwykle wychodziły za mąż, rodziły dzieci i tkwiły w tych rodzinach do końca, nawet jeśli nie były szczęśliwe. Agnieszka nie. Wiedziała, że nie pasuje do obowiązującego modelu kobiety, ale nie potrafiła zrezygnować z wolności. Mogła zresztą sobie na nią pozwolić. Niezależność finansowa sprawiała, że nie musiała uwieszać się na ramieniu żadnego mężczyzny. Do życia nie potrzebowała zresztą zbyt wiele. Janusz Anderman, który przyjaźnił się z Agnieszką, mówi, że stosunek do pieniędzy poetka miała niezobowiązujący. „Był okres w jej życiu, kiedy bardzo dużo zarabiała na piosenkach, ale zupełnie jej to nie zajmowało. Potem, na początku lat 90., wszystko się zawaliło. Pojawiło się zapotrzebowanie na inne piosenki. Pamiętam, jak chciałem jej kiedyś zamówić taksówkę, ale okazało się, że nie ma pieniędzy i ostatnio jeździ tramwajami. Tyle że nie był to dla niej jakiś problem” – opowiada pisarz. Wspomina też, że Agnieszka lubiła rozdawać rzeczy, robić prezenty bez okazji, a czasem i bez sensu. Kiedyś dostał od niej tablicę rejestracyjną motocykla z Dakoty Północnej, ale też bardzo drogi obraz Katarzyny Ważyk. Osiecka miała gest, co potwierdzają wszyscy jej przyjaciele. Urszula Dudziak pamięta przyjazd Agnieszki do Ameryki, kiedy poetka stanęła w progu jej nowojorskiego mieszkania. „Tamtego dnia patrzyłam na nią jak na zjawisko – miała na sobie cudowny czarny długi do ziemi kożuch” – wspomina wokalistka jazzowa. „Boże, Agnieszko, jaki piękny kożuszek!” – nie potrafiła powstrzymać zachwytu. Na co ona: „No to masz”, i zdjęła z siebie to cudo. Na nic zdały się tłumaczenia, że to za drogi prezent, że pięknie w nim wygląda. Agnieszce podarunek sprawiał przyjemność, odmowa by ją unieszczęśliwiła. „Była hojna, ale z taktem” – przyznaje Ewa Zadrzyńska. Kiedyś w Nowym Jorku Osiecka zobaczyła, że przyjaciółka nie ma kieliszków do jajek na śniadanie. Następnym razem przyjechała z prezentem. Przywiozła przepiękny zestaw: dwa kieliszki na jajka w kształcie kur, które w środku miały zagłębienie na jajko, a do tego solniczkę i naczynie na pieprz. W Nowym Jorku Osiecka bywała zresztą bardzo często. „Jak nie wiedziała, co ze sobą zrobić, to wyjeżdżała i siedziała gdzieś parę miesięcy – w Ameryce, w Monachium albo w Paryżu. Była takim Jasiem Wędrowniczkiem, tłukła się po świecie” – wspomina przyjaciółka Barbara Wrzesińska. Inna przyjaciółka, Barbara Wiszniewska, prezes Fundacji Teatru Atelier im. Agnieszki Osieckiej, z którą Agnieszka spędziła ostatnie lata życia, mówi, że Osiecka lubiła podróże pociągiem. „Twierdziła, że ma taką naturę, że nie może dłużej usiedzieć w jednym miejscu. Wsiadała więc w pociąg i jechała na przykład do Tczewa czy Koluszek” – opowiada.

Budapeszt, czerwiec 1966. (Lucjan Fogiel/Forum) Budapeszt, czerwiec 1966. (Lucjan Fogiel/Forum)

Może się coś wydarzy

„Podobała mi się jej ochota na nowe początki” – powiedział Michał Kott, filozof, za którego Osiecka miała wyjść za mąż, choć w końcu do tego nie doszło. „Kochała życie w drodze, podniecającą perspektywę »może się coś wydarzy«” – opowiada Maryla Rodowicz, która z Osiecką przejechała pół Polski. Piosenkarce podobała się gotowość Agnieszki do ruszenia z nią w trasę koncertową. Poetka nie musiała nawet się pakować, mogła jechać tak, jak stała. Przez lata towarzyszył im Daniel Olbrychski, ówczesny partner Maryli. Często spędzali wspólne wakacje w Drohiczynie. Daniel podziwiał odwagę Agnieszki do życia i do przygód. „Pamiętam, jak pewnego razu wsiedliśmy z Agnieszką na jednego konia, na oklep, rozpędziłem się za bardzo i wjechaliśmy galopem do Bugu, aż do połowy rzeki. Agnieszka nie umiała jeździć konno, ale niczego się nie bała” – wspomina aktor. Często spędzała też wakacje tylko z Marylą, i zawsze były one pełne przygód. Kiedyś obie wylądowały na lotnisku w Sofii i taksówką jechały do kurortu. Pod hotelem, gdy taksówkarz już odjechał, uzmysłowiły sobie, że bagaże zostały w taksówce. „Przecież nie mamy nawet majtek!” – śmiała się Agnieszka, gotowa pójść do najbliższego pedetu kupić jakieś „straszne, socjalistyczne barchany”. Bo dla Agnieszki nie miało znaczenia, co założy. Zupełnie nie przywiązywała do tego wagi. Była wolna również od obowiązujących kanonów mody, pewnie ich nawet nie znała. Na ten temat krążyło zresztą wśród jej przyjaciół mnóstwo żartów. Do dziś wszyscy opowiadają anegdotę, jak Agnieszka przyjechała do Nowego Jorku, a tam przyjaciółka Elżbieta Czyżewska kazała zrzucić jej z siebie wszystkie ubrania i wrzuciła do kominka. Hanka Bakuła, malarka i przyjaciółka Osieckiej, wspomina kostium kąpielowy poetki – granatowy, rozciągnięty, który w ogóle nie przylegał do sylwetki. Kupiła jej więc nowy, piękny, cudownie opinający ciało. Agnieszka założyła, przyjrzała się w lustrze i powiedziała do przyjaciółki: „To nieprzyzwoite, Hanusiu”, ściągając cudo i zakładając stary kostium. Hanka Bakuła wspomina, że Agnieszka nie miała nawet perfum. Zresztą może nawet miała, ale na pewno ich nie używała. Podobnie jak pomadki czy lakieru do paznokci. Malarka pamięta torebki poetki, zawsze z łatek, w których nie było prawie nic z tego, co zwykle mieści damska torebka. U Agnieszki były to jedynie długopis, karteczki, chusteczka do nosa i szczoteczka do zębów. „Żadnej puderniczki ani szminki. Czasem wazelina, ale wciąż ją gubiła” – wspomina Bakuła. Nawet nieznający się zupełnie na modzie mężczyźni zauważali jej nonszalancję w stroju. Ale i tak Osiecka była dla nich fascynująca.

 

Mężczyźni za szkłem

A oni dla niej, choć zwykle na chwilę. W miłości nie kalkulowała, szła jak w dym, a potem zostawała z tego uczucia tylko garstka popiołu. „Kochali się w niej najwięksi tego kraju. Chociaż… „kochali” to może za dużo powiedziane– przeżywali z nią fascynujące epizody. To ona była wiecznie zakochana, zwykle nieszczęśliwie” – uważa Krystyna Janda. Jerzy Urban napisał o niej: „Osiecka mieszka z mamusią na Saskiej Kępie w Warszawie. W jej pokoju stoi stare biurko przykryte szklanym blatem. Przygnieciona szkłem leży kolekcja fotografii mężczyzn jej życia. Spoczywają jak przyszpilone owady, które już nie odfruną. Jeden zasłania drugiego, gdyż nie mieszczą się w tłoku, który zrobili. Są tam niemal wszyscy, którzy coś znaczyli przez ostatnie 40 lat, i trochę takich, którzy tylko tyle znaczą, że byli z Osiecką. Leży tam rozpłaszczony Frykowski, człowiek światowej sławy, gdyż żeńska banda Mansona zamordowała go w Kalifornii razem z żoną Polańskiego. Był nawet ślubnym mężem Osieckiej. Spoczywają Andrzej Jarecki, Andrzej Wajda, Daniel Passent i Marek Hłasko, inżynier Jesionka – kolejny mąż ślubny – i Rakowski. Łatwiej by wymieniać, kogo ona nie hoduje pod szkłem”.

Po Frykowskim Osiecka wyszła za mąż tylko za Wojciecha Jesionkę, ale małżeństwo trwało kilka miesięcy. Z ważnych mężczyzn był jeszcze Jerzy Giedroyc, który był gotowy zostawić dla niej rodzinę. I Jeremi Przybora, który rozstał się dla niej z żoną, matką Kota. Obu zostawiła. Z Przyborą mieszkała nawet jakiś czas w wynajętej kawalerce na Pradze, ale ich drogi szybko zaczęły się rozchodzić. On wolał ciszę domu, ona chciała fruwać po świecie. Wszyscy mieli nadzieję, że po licznych miłosnych przygodach w końcu ustatkuje się u boku poważnego Daniela Passenta, któremu urodziła córkę. Tymczasem Agnieszka zakochała się w młodym dziennikarzu i zostawiła dla niego rodzinę. „W przeciwieństwie do innych nie byłam w szoku, gdy nagle jednym ruchem rozwaliła wszystko” – wspomina Katarzyna Gaertner, kompozytorka, przyjaciółka Osieckiej. „Jak potępieniec kochałam przez 14 lat jednego Zbyszka. Byłam już dorosła, miałam za sobą dorobek, jakąś popularność, osobowość, która się ludziom podoba. Ja dla Zbyszka zrobiłabym wszystko. I wszystko bym zostawiła. Niestety, nie miałam szansy się poświęcić” – napisze potem Agnieszka o tej miłości. To Zbyszkowi zadedykuje tomik wierszy „Wada serca”. Potem, być może na otarcie łez, miał być ślub z młodszym o 18 lat Michałem Kottem, ale „młody student z rozbabranym doktoratem” przestraszył się różnicy wieku, odpowiedzialności, a przede wszystkim pozycji Osieckiej i odwołał uroczystość. Serdecznym przyjacielem, który towarzyszył Agnieszce przez ostatnie trzy lata jej życia, był André Ochodlo. Kiedy go poznała, wiedziała już, że ma raka. Mocno piła. André dał jej zrozumienie i czułość. Był z nią do samego końca.

To nie jest dla mnie rym

Nie potrafiła stworzyć domu. A może po prostu nie chciała. „Normalna rodzina to nie było życie dla Agnieszki. Urodziła się artystką, wolnym duchem […]. To nie była matka, która upierze dziecku skarpetki czy ugotuje obiad, wprowadzi granice i rytuały. Od tego był Daniel. Świat Agnieszki kręcił się wokół życia artystycznego” – wyjaśnia Barbara Wrzesińska. Również reżyserka Olga Lipińska, która przyjaźniła się z poetką jeszcze w czasach licealnych, mówi, że w Agnieszce nie było pragnienia posiadania domu. Dobrze jej było w pokoju, który w dzieciństwie urządził jej ojciec. „Nie mogę być ptakiem uwięzionym” – wytłumaczyła jej Agnieszka, a w „Tygrysim tangu” napisała: „Twój dom to klatka, klatka, a ja się duszę w nim. Kobieta, żona, matka – to nie jest dla mnie rym”. „Agnieszka nie była do tego stworzona – mówi Magda Czapińska, poetka, przyjaciółka Osieckiej. – Mnie się wydaje, że nigdzie nie potrafiła się zakorzenić. Ciągle była w podróży. Ciągle gdzieś wyjeżdżała, uciekała. To ją napędzało. Wciąż musiało się coś dziać wokół niej…”.

Magda Czapińska pamięta tłumaczenie Agnieszki, dlaczego nie udało się jej być przykładną żoną i czułą matką: „Może byłabym, gdybym umiała. Może gotowałabym tę pomidorową w tym domu, ale nie umiałam”. I choć wiedziała, że Agata jest nieszczęśliwa z tego powodu, nie mogła wytrzymać stabilizacji. „Bo mnie peszą poważne zamiary i długie życie zgięte w pół. Ach, łoże, łoże, stół… Może jestem jak but nie do pary, a może z górki pędzę w dół…” – napisała w wierszu „Serdeczny mój”. „Agnieszka ciągle wychodziła, uciekała i żyła, jak chciała, ciekawa ludzi, ich historii, ich uczuć, opowieści, anegdot, płaczu, nieszczęść i szczęść […] Przychodziła, wychodziła. Tak jak wychodziła ze swoich urodzin, tak wychodziła z ciepła, bo było za ciepłe, z małżeństwa, bo stabilizacja usypiała jej uczucia, z miłości, bo było zbyt słodko, z macierzyństwa, bo miała poczucie winy. Nie mogła wytrzymać i wychodziła. Miała jak kot swoje ścieżki” – uważa Krystyna Janda. Może zatrzymałaby się na zawsze przy Zbyszku, ale przyjaciele wcale nie są tego tacy pewni. Gdyby zapewnił jej stabilizację, stworzył razem z nią dom, pewnie w końcu i od niego by zwiała.

Pamiątki z Archiwum Agnieszki Osieckiej przekazanego Bibliotece Narodowej przez Agatę Passent, córkę poetki. (Fot. Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej) Pamiątki z Archiwum Agnieszki Osieckiej przekazanego Bibliotece Narodowej przez Agatę Passent, córkę poetki. (Fot. Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej)

Bo Osiecka gnała za czymś, czego złapać nie mogła. Mężczyzna, który był gotowy na życie aż po grób, przestawał ją interesować. I choć Agnieszkę martwiło, że zawsze zakochiwała się w niewłaściwych chłopakach, inni po prostu jej nie interesowali. „To ja zawsze uganiałam się za chłopcami. Od tego serce mi posiwiało, a głowa jeszcze bardziej” – powie po latach. „W życiu Agnieszki było wielu mężczyzn. Ciągle powtarzała, że jest petentką w miłości” – mówi Magda Czapińska. Hanka Bakuła dodaje: „Agnieszka, jak widziała młodego chłopca w okularach i swetrze, który zawijał rękawy, poszłaby za nim w ogień. To było jakieś skrzywienie. Mężczyzna, dla którego zdolna była stracić głowę, musiał być zagubiony. Wtedy ona umierała z miłości. Myślę, że miała takie samo szczęście do mężczyzn jak do ubrań. Zawsze kupowała nie te, co trzeba”.

„Nie znała innej relacji między kobietą a mężczyzną jak ta, kiedy to ona o niego zabiega” – dodaje Ewa Błaszczyk. Aktorka uważa, że to przez ojca, o którego miłość i uznanie wciąż musiała zabiegać i który porzucił jej matkę dla innej kobiety. Agnieszka poczuła się wtedy zdradzona przez ojca. Z tą raną żyła do końca, co odbiło się najprawdopodobniej na jej relacjach z mężczyznami. Manuela Gretkowska również jest zdania, że to przez ojca Agnieszka nie była zdolna do relacji. „Nie umiała kochać, umiała tylko cierpieć i pisać o miłości, bo nie zaznała miłości w dzieciństwie. Matka była zimna, nie dotykała jej, nie przytulała, nie pieściła. Nie potrafiła, bo sama żyła w głodzie miłości. Ojciec był narcystyczny, córka jak tresowany piesek miała spełniać jego ambicje. Została narcystycznie uwiedziona i wykorzystana przez własnego ojca. Nauczyła się uwodzić, ale nie umiała kochać. Miłość to jest relacja. A ona nigdy nie była w relacji ani z matką, ani z ojcem, a potem z żadnym mężczyzną” – twierdzi Gretkowska.

Własny pokoik

Choć nie udało jej się stworzyć domu i rodziny, potrzebowała bazy, bezpiecznego portu. Tym portem był dom matki. Całe życie mieszkała z matką, w ich rodzinnym mieszkaniu przy ul. Dąbrowieckiej 25 na Saskiej Kępie. Maryla Rodowicz wspomina, że „kiedy kończyły się jej związki, zawsze lądowała u mamusi. Wracała do swojego pokoiku, w którym były tapczan, biurko, kominek i mata słomiana na ścianie”. Hanna Bakuła uzasadnia to tym, że Agnieszka w tym domu mieszkała od trzeciego roku życia i była do niego przywiązana. Uważa też, że Osiecka do końca była małą dziewczynką, która potrzebowała opieki. „Przecież ona nie wiedziała nawet, jak się włącza żelazko. Tacy ludzie nie mogą sami mieszkać. Matka też miała namiastkę normalnego życia po tym, jak mąż zostawił ją dla rewiowej aktorki” – mówi malarka i śmieje się, wspominając, jak to Agnieszka nie miała nawet swoich kluczy do mieszkania: „Musiała wracać do domu przed 23, bo matka zamykała drzwi. Jedyne klucze, jakie miała, to były te do mojej pracowni w domu naprzeciwko, gdzie często nocowała. Nie radziła sobie z ogarnianiem normalnego życia”. Ewa Błaszczyk uważa, że poczucie bezpieczeństwa dawała jej obecność mamy w drugim pokoiku za ścianą.

Tu i teraz

Na pozór szczęściara – miała urodę, talent, sławę, pieniądze i wolność, o jakiej kobiety wtedy tylko marzyły. Ale w życiu wszystko ma swoją cenę. Agnieszka również ją zapłaciła. Wielka poetka, rozchwytywana przez artystów, kochana przez przyjaciół, łamiąca serca mężczyznom, tak naprawdę była bardzo samotna. Gdziekolwiek się pojawiła, przyciągała tłumy rozmówców, lubiła też bawić się do białego rana, wciąż gnać w nowe przygody. A jednak… „Wszyscy zawsze mieliśmy wrażenie, że jest królową życia, że wybiera mężczyzn, a teraz myślę, że była samotna i zziębnięta w środku” – mówi Magda Czapińska. Zofia Sylwin, redaktorka radiowej Trójki, wciąż nosi w pamięci smutny obrazek ostatniej trójkowej Wigilii z Agnieszką. Poetka przyszła uśmiechnięta, rozmawiała jak gdyby nigdy nic i nagle powiedziała do koleżanki: „Wiesz, Zosiu, jestem taka samotna”. „Ty? Agnieszko!” – nie mogła uwierzyć. A ona na to: „Nikt nie dzwoni, telefon milczy”. Czy żałowała, że żyła, tak jak żyła? „Uciekam od ludzi, zmieniam miejsca, ludzie ode mnie uciekają. Kiedyś, kiedy byłam jeszcze młodą dziewczyną, mówiły mi przyjaciółki i ktoś z rodziny: »Musisz się ustatkować, przy porządnym chłopcu się zatrzymać, bo jak będziesz stara, to nie będzie ci miał kto podać herbaty«. To największe polskie zagrożenie: jak będziesz tak żył, to ci nie będzie miał kto podać herbaty na starość. No, ale jakoś nie żałuję” – powiedziała w filmie dokumentalnym Grażyny Pieczuro. „Żyła tak, jak chciała, i umarła tak, jak chciała” – powiedział po jej śmierci pisarz Janusz Głowacki, który niezwykle szanował Agnieszkę za to, że zawsze żyła na własnych warunkach.

Ilustracja Iwona Chmielewska Ilustracja Iwona Chmielewska

Janusz Anderman uważa, że gdyby nie ta wieczna pogoń za czymś nowym, nieuchwytnym, Agnieszka nie byłaby tą samą Osiecką. Ten niepokój w miłości i w życiu poetka przelewała na jedne z najpiękniejszych strof o miłości, jakie słyszał świat. „Może gdyby miała ustabilizowane życie, nie napisałaby tych wszystkich pięknych rzeczy?” – zastanawia się. Magda Czapińska również jest przekonana, że gdyby nie ta nieustanna pogoń za miłością w gruncie rzeczy nieszczęśliwą, nie powstałoby tyle pięknych listów i piosenek. Ale czy Osiecka była szczęśliwa? Ewa Błaszczyk ma w pamięci obrazek: Agnieszka siedzi na sopockiej plaży, jest późne lato, ona patrzy przed siebie, po raz pierwszy spokojna, zastygła w bezruchu. Aktorka tak to wspomina: „Nie mogłam się nadziwić, że ona tak sobie siedzi na leżaku na plaży. Bo zwykle rzadko siedziała, nie umiała chwytać czasu teraźniejszego. A wtedy widziałam, że jest tu i teraz i się z tego cieszy. Była na pewno szczęśliwa”.

Agnieszka Osiecka (9.10.1936–7.3.1997) poetka, pisarka, autorka spektakli teatralnych i telewizyjnych. Przede wszystkim jednak najsłynniejsza autorka ponad 2 tys. tekstów piosenek, które śpiewała cała Polska. Wiele z nich – jak „Okularnicy”, „Niech żyje bal” czy „Małgośka” – przeszło do klasyki polskiej piosenki. Jan Kott określił ją „poetką złamanego koloru”, bo jak nikt inny potrafiła poetyzować codzienność. Urodzona w Warszawie córka pianisty i kompozytora Wiktora Osieckiego oraz polonistki Marii Osieckiej całe życie mieszkała na Saskiej Kępie. Do dziś stoi tam jej pomnik – poetessy przy kawiarnianym stoliku.

  1. Psychologia

Nie będzie już jak dawniej

(ilustracja iStock)
(ilustracja iStock)
To pewne. To powtarzają wszyscy. Świat się zmienia właśnie teraz, jesteśmy tego świadkami. Jakie będą efekty tych zmian, czy nas osłabią, czy może wzmocnią? I co dziś możemy zrobić, żeby sobie pomóc? Mówi psychoterapeutka Iza Falkowska-Tyliszczak.

Kiedy zaczęła się pandemia, a z nią izolacja, zamknęliśmy się w domach. Niektórzy przyjęli to bez problemu, inni ledwo wytrzymywali. Jedni gotowali i piekli chleb, inni zaczęli ćwiczyć, nagrywać filmiki. Z czasem zaczęło się robić coraz trudniej. Ale niezależnie od tego, co czujemy teraz, czy możemy powiedzieć, jakie konsekwencje za parę miesięcy lub lat będzie mieć dla nas ten czas?
To zależy. Moja znamienita koleżanka Anna Król-Kuczkowska w książce „Psychoterapia dziś. Rozmowy” przywołuje eksperyment Daniela Siegela. Nagrał on film rejestrujący spacer po pięknej hawajskiej plaży. I opatrzył go dwiema zupełnie różnymi ścieżkami muzycznymi. W jednej wersji brzmiała spokojna klasyczna muzyka, w drugiej – soundtrack z filmu „Szczęki”. I każdy z filmików odbieramy całkiem inaczej. No właśnie – bo to zależy. Od tego, jaka muzyka w nas gra. Jeśli masz w sobie Bacha czy Monteverdiego albo choćby „Deszczową piosenkę”, będziesz reagować inaczej, niż jeśli gra w tobie muzyka z filmu „Szczęki” czy „Cienka czerwona linia”. Jeśli nosisz w sobie pewien rodzaj niepokoju, to sytuacja zewnętrzna tylko go potęguje. Lęk dotyczący zdrowia i przyszłości jest niezwykle intensywny i trudno go ukoić.

To, co jest bardzo szczególne dla sytuacji, w jakiej się znajdujemy, to to, że budzi ona zarówno lęk przed śmiercią, jak i przed życiem. To, co dzieje się teraz, zwłaszcza jeśli gra w tobie niespokojna muzyka, sprawia, że boisz się wszystkiego. Zarówno tego, że ty albo najbliżsi zarazicie się i umrzecie, jak i tego, że na każdym kroku, na każdej klamce do drzwi, przycisku do windy czy opakowaniu soku w sklepie czyha wirus. A to choroba albo śmierć. Trudno wyobrazić sobie inne zagrożenie, które daje takie szczególne położenie psychiczne.

W kimś, komu grają „Szczęki”, czyli nosi w sobie niepokój, ta sytuacja tylko ten niepokój zwiększa, spirala się nakręca, to rozumiem. Ale czy kiedy epidemia wygaśnie, taka osoba się wyciszy? Będzie umiała żyć jak dawniej?
Nie. Nie będziemy mogli żyć jak dawniej. To położenie, o którym mówimy, jest korzeniem depresji. Sądzę, że będziemy mieć do czynienia z falą tej choroby. Zarówno ze względu na samą sytuację zagrożenia życia, jak i na efekt domina, czyli rozmaite konsekwencje, jakie epidemia przyniesie. Także ekonomiczne.

Wydaje się teraz, że jeśli stosujemy się do pozostania w domu i niedziałania, to chronimy pewną grupę ludzi przed chorobą i śmiercią, a ryzykujemy jedynie pogorszenie sytuacji materialnej. To nieprawda. Ryzykujemy także zagrożenie życia. Zarówno jeśli chodzi o samobójstwo, które może być konsekwencją depresji, jak i w skali globalnej – taki rodzaj unieruchomienia potęguje głód na świecie. Więc to iluzja, że wybieramy między dobrem a złem. Zagrożeniem a bezpieczeństwem. Izolacja to także – choć z nieco innego powodu – zagrożenie życia.

Izolujemy ludzi starszych, ich udziałem często bywa jeszcze większa niż zwykle samotność…
Tak, robimy założenie, że osoby starsze należy chronić. Za wszelką cenę. Tylko nie pytamy ich o zdanie. Nie zastanawiamy się, czy większym cierpieniem nie jest dla nich przypadkiem samotność, odizolowanie od rodziny – nawet pod chwalebnym hasłem: „To dla twojego dobra”. Decydujemy za nich.

Taka sytuacja może też być okazją dla młodych, żeby traktować rodziców trochę tak, jak sami byli traktowani: „Dokąd idziesz? Po co? Zostań, siedź w domu!”. I często tak właśnie mówią. Bo, tak to teraz widzę, młodych łatwiej wystraszyć. Ci starsi, stare wróble, które stracha się nie boją, mają doświadczenie komunizmu i mają też w sobie ducha przekory i podziemia. Mogą być bardziej skłonni, żeby nie podporządkowywać się bezkrytycznie regułom, zakazom, nakazom. Ale młodszym, którzy większość albo całe życie przeżyli w demokratycznym kraju, łatwiej jest się nie buntować, nie kwestionować, być grzecznym.

To coś zmieni w międzypokoleniowych relacjach? Może rodzice inaczej spojrzą na dzieci? Może dotrze do nich, że nie takie one głupie i smarkate, że czasem warto ich słuchać, że da się od nich czegoś nauczyć? I to zarówno jeśli chodzi o obsługę Internetu, jak i postawy obywatelskie.
Nie wykluczam. Może obie strony spojrzą teraz na siebie inaczej.

Ilustracja Beata Śliwińska Barrakuz Ilustracja Beata Śliwińska Barrakuz

Słowami, których często używamy, są „lęk”, „niepokój”, „stres”. Jakie mogą być konsekwencje długotrwałego stresu?
Kiedy mamy do czynienia z niepewnością, zagrożeniem, czujemy się bezpieczniej, kiedy możemy wskazać, kto za to odpowiada. W sytuacji doświadczania mocnych uczuć myślenie racjonalne i świadomość cierpią, bo górę biorą procesy nieświadome. A te nie rządzą się logiką arystotelesowską. Rządzą się, jak homeopatia, rodzajem podobieństwa. Jeśli jesteśmy nakłaniani do utrzymywania higieny, czystości, to odzywają się nurty nawołujące do utrzymywania czystości moralnej. Czyli od konkretu na poziomie mycia rąk przechodzimy do czystości zasad. I teraz jeśli to połączyć z szukaniem winnych, to najlepiej i najwygodniej, kiedy tym winnym jest inny – brudny, wykluczony, obcy. Izolacja, mniejszy wpływ na rzeczywistość – to rodzi frustrację. Frustracja łatwo może przejść w agresję – w dłuższej perspektywie będziemy mieć do czynienia ze znaczącym wzrostem zachowań agresywnych. Jeśli musisz zamknąć firmę, czujesz gniew.

I szukasz odpowiedzialnych.
Tak, i tu tylko krok od tego, żeby to byli ci „inni”.

Choć sama dbałość o higienę – tę fizyczną – to pozytyw. Niechby z nami została.
Tak, ta dbałość na poziomie mycia rąk. Co zresztą dla ludzi cierpiących na nerwicę natręctw może być, nie mówię tego wcale żartobliwie, pewnym rodzajem ulgi. Kiedyś byli dziwni, ciągle te ręce myli i nikt nie rozumiał dlaczego. Teraz będą w większości.

Czujemy niepokój, ale działania rządzących rozumiemy. Dziś trzeba podejmować decyzje odsuwające niebezpieczeństwo bezpośrednie. Zakażenie, chorobę. A co potem – zobaczymy. Wiemy, że będzie kryzys gospodarczy, że załamanie rynku, także że konsekwencje zdrowotne – bo teraz wiele chorób jest po prostu nieleczonych, odsuwamy terapię na lepsze czasy…
Jeśli komuś w duszy gra niespokojna muzyka, myśli pewnie nie tylko o koronawirusie, jego głowa produkuje rozmaite dramatyczne scenariusze, łącznie z utratą pracy, dochodów, zagrożeniem bytu…

Ale w wielu wypadkach te scenariusze się przecież nie ziszczą, może będziemy zarabiać mniej, ale jednak pracy nie stracimy, nie będzie tak źle. Czy ten czas przeżyty w lęku można z siebie tak po prostu zrzucić? Zapomnieć?
Sądzę, że to się nie uda. Że nie będzie już jak przedtem. To jest sytuacja graniczna. Dla części z nas dzisiejsza niepewność będzie podwyższać poziom lęku. Dla części będzie zmieniać hierarchię wartości. To akurat może okazać się pozytywne. Na przykład bardziej będziemy cenić kontakt z bliskimi, z rodziną, z przyjaciółmi. Zobacz, jaką wagę mają dziś spotkania, jak na nie czekamy, jaka to radość.

Bo na co dzień jesteśmy w tym samym, niewielkim na ogół, gronie najbliższych.
W sytuacji zamknięcia rzecz jasna dużo zależy od tego, z kim jesteśmy zamknięci. Jeśli w rodzinie ludzie są sobie bliscy, istnieje między nimi więź, w miarę dobra komunikacja, to takie bycie razem może w gruncie rzeczy być jakąś formą przyjemności. Jakąś nauką dostrzegania siebie nawzajem. Ale bywa różnie. Jeśli funkcjonujecie tak, że jesteście dużo poza domem, spędzacie większość czasu osobno, bywa, że żyjecie z wyobrażeniem tego drugiego człowieka niekoniecznie ściśle przylegającym do rzeczywistości. Freud mówi o zasadzie przyjemności i rzeczywistości. Czyli jeśli żyjesz w iluzji, to zasada przyjemności sprawia, że kreujesz pewne wyobrażenie partnera. Jeśli nagle jesteście razem nieustannie, to siłą rzeczy to wyobrażenie weryfikujesz. I teraz może być różnie. Może okazać się, że jesteś potwornie rozczarowana, że wizja, którą miałaś w głowie, nijak nie przystaje do tego, co widzisz na co dzień i cały dzień. Ale może też być odwrotnie. W ciągu lat narosły różne uprzedzenia – a teraz sobie myślisz: „To w gruncie rzeczy przecież całkiem fajny facet!”. Jak nie ma kontaktu, to wdzierają się rozmaite projekcje. Czas razem je weryfikuje. Może wyjdziemy z kwarantanny z większą wiedzą o sobie nawzajem?

Jednak dobrze od czasu do czasu pobyć chwilę samemu ze sobą.
Są rodziny z własnym domem, ogrodem, są takie, które mają duże mieszkania, wtedy bycie razem nie jest kłopotem, bo w każdej chwili można pobyć trochę osobno. Ale często ludzie żyją w mieszkaniach niewielkich, co w „normalności” nie jest specjalnym problemem, teraz już trochę tak. Wiele osób zaczyna szukać ogródków działkowych. Na Zachodzie obserwuje się ruch powrotu ludzi, którzy już odchowali dzieci, do miast. Żeby mieć wygodniej, bliżej do kina, do znajomych, do lekarza. Teraz widzimy, że może zacząć się ruch odwrotny, bo zobaczyliśmy, jak ważna jest bliskość natury, jak ważne jest miejsce, które może stać się twoim azylem. Własna przestrzeń, własny kawałek świata.

Mówi się o rosnącej fali przemocy domowej.
To, niestety, fakt. Ludzie bywają w różnych sytuacjach. Właśnie między innymi takich, że w rodzinie jest sprawca przemocy. Wiele mówimy o pozostających w samotności osobach starszych, ale często zapominamy o tym, że ci, którzy żyją w pełnej rodzinie, ale z osobą przemocową, też są samotni. To smutna, właściwie tragiczna konsekwencja epidemii.

Depresja, poczucie, zagrożenia, wzrost poziomu agresji – czy jeśli zdajemy sobie sprawę z tego, czego doświadczamy, możemy to jakoś zniwelować? Jakoś sobie pomóc już teraz?
To, co jest oczywiste, to wspieranie się wzajemne, bycie razem. Szukanie pomocy, jeśli poczujemy się gorzej. Kontakt z ludźmi. Taki, jaki możemy teraz mieć. Rozmowy. Także kontakt z naturą. Spacery. Ale i sztuka. Słuchanie muzyki. Oglądanie pięknych filmów. Obrazów. Sztuka jest teraz dostępna choćby przez Internet, wiele muzeów organizuje wirtualne zwiedzanie. W jednym z krajów skandynawskich psychiatrzy przepisują na depresję wizyty w galeriach sztuki. To działa.

Natomiast tym, co niepokój wzmaga, jest język. Ten, którym się teraz posługujemy, głównie media, ale my to przejmujemy, to często język wojny, walki, frontu. A język wpływa na myślenie. Wojna to niebezpieczeństwo, zagrożenie. Potęgujemy je w sobie w ten sposób. Warto pomyśleć o słowach. Zmienić język. Nawet jeśli wydaje się, że to nieistotny drobiazg, tak nie jest. Pomoże.

Przypuszczasz, że jesienią ruch w gabinetach psychoterapeutów będzie większy?
Myślę, że tak. Choć pewnie będzie wiele osób, dla których prywatna terapia okaże się za droga, zwłaszcza teraz, a do tej finansowanej przez NFZ dostęp będzie jeszcze trudniejszy. Efektem pandemii stanie się cierpienie. Niektórzy mówią o tym, że możemy doświadczać nie tylko depresji, że naszym udziałem może stać się PTSD (posttraumatic stress disorder, czyli zespół stresu pourazowego). Prawdopodobnie najmocniej dotyczyć to będzie lekarzy czy w ogóle całego personelu medycznego, najbardziej narażonego na zakażenie.

Z drugiej strony – jest może coś pozytywnego. To, paradoksalnie, świadomość powszechności zagrożenia chorobą – wirus uderza w każdego, biednego, bogatego. Trochę jak średniowieczny taniec śmierci – przyjdzie po króla i po żebraka. Myśl o tym może powodować ulgę. To tendencja odwrotna do rosnącej agresji. Ci „lepsi” też mogą zachorować tak jak ja? I robisz się łagodniejsza.

Czy jeszcze jakieś pozytywne skutki widzisz na horyzoncie?
Jeśli gra w tobie Bach, jeśli niespokojna muzyka odzywa się rzadko – wtedy możesz pomyśleć o tym, że życie jest kruche, więc warto dbać o relacje, nie marnować czasu na bzdury, może nie ma sensu czepiać się dzieci, że mają czwórki, a nie szóstki.

U niektórych osób izolacja, zatrzymanie w codziennym biegu z przeszkodami, może prowadzić do skupienia się na życiu duchowym. Do rozwijania pewnego rodzaju praktyki wewnętrznej, do refleksji nad sobą, do zastanowienia się, czy to, co robisz, ma sens, czego byś chciała, o czym marzysz. Ale także do innego spojrzenia na siebie. Życie jest kruche? Przyszłość niepewna? To zrobię coś, co sprawi mi radość. A efekt takiej drobnej radości może okazać się nie tylko doraźny. Może być mobilizujący, by plany i pragnienia zacząć realizować właśnie teraz…

A te trudne emocje – długo będziemy musieli się z nimi zmagać?
To zależy. I od tego, co ci gra w głowie, i od tego, jak szybko to dostrzeżesz i zaczniesz sobie pomagać. Nie mówię tylko o psychoterapii. Bo ona pomaga, ale pomaga też życie. Z jednej strony doświadczamy traumy, z drugiej – także sytuacji, które będą tę traumę łagodzić. Kompensować. Wynagradzać. Jest taka chińska bajka o koniu. Wieśniakowi uciekł koń, wszyscy mówili: „Nieszczęście”. Na co wieśniak: „Szczęście, nieszczęście, kto wie?”. Koń wrócił z klaczą. Szczęście. Wieśniak zachowywał spokój. Syn ujeżdżał klacz, złamał nogę. „Nieszczęście”, uważali sąsiedzi. „Szczęście, nieszczęście, kto wie?”, powtarzał wieśniak. Przyszła wojna, pobór, syna wieśniaka nie wzięli, inni chłopcy zginęli… To w gruncie rzeczy taka sytuacja. Nigdy nie wiesz, jakie wydarzenie jest w twoim życiu szczęśliwe, a jakie nie. Choćby na początku wyglądało inaczej.

  1. Styl Życia

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę prosi o wsparcie na rzecz Centrów Pomocy Dzieciom

Centrum Pomocy Dzieciom w Warszawie. (Fot. materiały prasowe)
Centrum Pomocy Dzieciom w Warszawie. (Fot. materiały prasowe)
Centra Pomocy Dzieciom, prowadzone przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę, to miejsca, gdzie dzieci, które doświadczyły różnych form przemocy i wykorzystywania seksualnego, dostają kompleksową i specjalistyczną pomoc. Fundacja uruchomiła zbiórkę pieniędzy, dzięki której możemy pomóc w utrzymaniu placówek. 

Każdego roku w Polsce tysiące dzieci doświadcza przemocy, wykorzystywania seksualnego i innych form krzywdzenia. Prawie 9 tysięcy polskich dzieci pokrzywdzonych przestępstwem każdego roku uczestniczy w procesach karnych w charakterze świadka. Centra Pomocy Dzieciom, prowadzone przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę, są dla krzywdzonych dzieci schronieniem - dają im bezpłatną i kompleksową pomoc.

Centra Pomocy Dzieciom to specjalistyczne placówki, w których zarówno krzywdzone dzieci, jak i ich opiekunowie, otrzymują pomoc psychiczną, psychiatryczną, prawną i medyczną. Są wzorowane na najnowocześniejszych ośrodkach i realizują skuteczny i interdyscyplinarny model pomocy skrzywdzonym dzieciom. A do tego wyróżnia je przyjazny charakter - architektura i wystrój placówek zapewniają dzieciom komfort i poczucie bezpieczeństwa w trudnych sytuacjach przesłuchań i spotkań terapeutycznych.

Centrum Pomocy Dzieciom Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę w Gdańsku. (Fot. materiały prasowe)Centrum Pomocy Dzieciom Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę w Gdańsku. (Fot. materiały prasowe)

Nasi specjaliści - psycholodzy, pedagodzy, terapeuci, psychiatrzy i prawnicy - każdego dnia w Centrach Pomocy Dzieciom podejmują interwencje kryzysowe, udzielają konsultacji, prowadzą z dziećmi spotkania terapeutyczne. Udzielają też wsparcia prawnego i psychologicznego rodzicom naszych podopiecznych, by wiedzieli, jak radzić sobie z trudną sytuacją, jak najlepiej pomóc swojemu dziecku i jak dbać o interesy dziecka. Jest to szczególnie ważne, gdy w związku ze skrzywdzeniem dziecka uruchomione zostają procedury prawne. Rodzicom bardzo potrzebne jest to, że mogą liczyć na wsparcie w całym procesie interwencji karnej - mówi dr Monika Sajkowska, prezeska Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.

W takich ośrodkach dzieci i ich niekrzywdzący opiekunowie są przygotowywani do udziału w procedurach karnych, dostają szczegółowe informacje dotyczące ich przebiegu. W Centrach działają przyjazne pokoje przesłuchań, w których sędzia może przesłuchać dziecko w towarzystwie biegłego psychologa w warunkach, w których czuje się ono bezpiecznie. Dziecko tym samym nie musi jechać do sądu, a jego zeznania są zawsze rejestrowane, by składało je tylko raz, eliminując tym samym okoliczności, które mogłyby skutkować powtórnymi przesłuchaniami dziecka. W 2019 roku w przyjaznych pokojach przesłuchań w zeznawało 295 dzieci, a opieką i długofalowym wsparciem Fundacja objęła aż 949 dzieci i ich opiekunów.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Obecnie w całej Polsce funkcjonuje pięć Centrów Pomocy Dzieciom - w Warszawie, Gdańsku, Starogardzie Gdańskim, Głogowie i Białymstoku. Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę podejmuje szereg działa, by takie placówki funkcjonowały w całym kraju. Jednak od tej pory wszelkie działania są utrudnione, bowiem fundacja nie dostała dofinansowania z Ministerstwa Sprawiedliwości na prowadzenie placówek. Wnioskowana kwota to ponad 2 mln złotych na pięć lat. Pieniądze miały być przeznaczone na działanie dwóch CPD w Gdańsku i w Starogardzie Gdańskim.

W 2020 roku potrzebna jest kwota około 200 tys. złotych, aby te dwa Centra Pomocy Dzieciom mogły stabilnie funkcjonować. Odpowiedzialność za zdobycie niezbędnych środków, które zagwarantują ciągłość w świadczeniu pomocy dzieciom krzywdzonym, w pełni spadła na Fundację. By temu zaradzić, Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę uruchomiła w mediach społecznościowych zbiórkę brakujących 200 tys. złotych: "Krzywdzone dzieci znowu bez pomocy rządu!", którą można znaleźć na profilu facebookowym fundacji. Do zbiórki może przyłączyć się każdy, pomagajmy!

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.