1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Anna Dymna o mądrości, która przychodzi z wiekiem i lekcjach, które dostała od innych

Anna Dymna o mądrości, która przychodzi z wiekiem i lekcjach, które dostała od innych

Anna Dymna podczas jednej z edycji Festiwalu Zaczarowanej Piosenki w Krakowie. (Fot. Odys Korczyński/BEW Photo)
Anna Dymna podczas jednej z edycji Festiwalu Zaczarowanej Piosenki w Krakowie. (Fot. Odys Korczyński/BEW Photo)
Anna Dymna – aktorka, kobieta z dystansem. Dziś obchodzi 68. urodziny. Sposób na szczęśliwe życie? Przystopować, nie przejmować się głupotami, nie tracić czasu na narzekanie i nienawiść. Wziąć się w garść i robić ważne rzeczy. W rozmowie z Martyną Harland opowiada o mądrości, która przychodzi z wiekiem, i lekcjach, które dostała od innych.

Urodziła się pani chyba pod szczęśliwą gwiazdą. Była pani, i nadal jest, na okładkach pism, plakatach… To musi rozpieszczać. Jak udaje się wyjść z tego z głową?
Dziwne pojęcie mają ludzie o życiu aktorów… Okładki? Plakaty? Myśli pani, że to rozpieszcza i czyni życie pięknym i prostym? To przecież tylko dodatek. Czasem to miłe, ale trzeba mieć dystans do popularności i zdawać sobie sprawę, że nie jest ona miarą naszej wartości. Uprawiam naprawdę ciężki i ważny zawód. W dodatku jesteśmy ludźmi publicznymi, żyjemy często pod obstrzałem żenujących pytań dotyczących naszego życia prywatnego, plotek. Trzeba mieć do tego dystans, by zachować spokój i móc normalnie pracować. Na szczęście miałam wspaniałych nauczycieli, mistrzów, dzięki którym nie popełniłam wielu błędów w życiu. To oni – mama, tata, pan Jan Niwiński, Wiesiu Dymny, a także setki wielkich aktorów, reżyserów, poetów i innych niezwykłych ludzi – uczyli mnie poruszać się w świecie, myśleć, czuć, kochać, rozumieć rzeczywistość i ludzi. Dzięki nim nie przewróciło mi się w głowie.

Jedna rzecz to spotkać takich ludzi na swojej drodze, druga – umieć wziąć od nich tę mądrość. Jak to zrobić?
Trzeba być pokornym i potrafić ich słuchać. Zawsze przyjaźniłam się ze starymi ludźmi. Oni są naszym skarbem, źródłem prawdziwej mądrości. Wiedziałam to od dziecka. Tak byłam wychowana. Na moje szczęście! Gdy dorosłam, bardzo zdziwiłam się, że starych ludzi często traktuje się z pogardą, jak niepotrzebne, zużyte rzeczy. W młodości przyjaźniłam się ze starą wielką aktorką Zofią Jaroszewską. Grałam jej córkę, Korę, w „Nocy listopadowej” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Przegadałam z nią setki godzin i chłonęłam jej bezcenne rady, które pozwoliły mi nie popełnić wielu błędów w życiu. Stała się taką moją mamą teatralną. Mówiła mi: „Aniu, pamiętaj, musisz mieć jakąś miłość poza zawodem, bo co to znaczy dzisiaj, że zagrałam jedną czy dwie role więcej? Nie mam dziecka i jestem sama. Ty musisz realizować moje kartki na mięso. Gdy masz dziecko, wiesz, że zawsze będziesz potrzebna”. Pani Zofia do tej pory jest dla mnie wzorem. Miała 83 lata, a kochała świat i młodych ludzi. A to wcale nie jest takie proste w tym zawodzie, bo przecież przemijanie, starość dotyka nas jak każdego człowieka – w dodatku starzejemy się na oczach widzów. Kiedy jesteś młoda, to wszyscy cię kochają i wzruszają się na twój widok. A potem mają ci za złe, że się zmieniasz, że jesteś stara i już nie podskoczysz, że Julii nie zagrasz, że obok są piękne i młode. Trzeba mieć w sobie spokój i miłość, by się nie załamać i nie zamienić w rozgoryczoną, pełną nienawiści do losu babę.

A pani się załamuje?
Nie mam w sobie takich emocji. Jestem spełnionym człowiekiem i aktorką. W dodatku już 20 lat uczę w szkole teatralnej. Przecież moi studenci to takie moje „córeczki” i „synkowie”. Dzieci się kocha i marzy, by zrobiły karierę, prawda? Duma z nich i radość z ich sukcesów spokojnie zastępują zazdrość i nienawiść. Czasem patrzę na nich ze wzruszeniem i myślę, że dopiero sama taka byłam. Gdy oglądam „Janosika” – wtedy byłam na trzecim roku w szkole teatralnej – patrzę na siebie i myślę: „Ta Ania mogłaby być dzisiaj moją wnuczką, takie wdzięczne zwierzątko”. Ale wiem, że każdy czas jest wspaniałym doświadczeniem. Teraz, po sześćdziesiątce, też jestem czasem potrzebna… choćby, aby zagrać Bayerową w „Excentrykach”. Danusia Szaflarska miała sto lat – i cóż to było za cudo! Na pewno wielkim niebezpieczeństwem są sukcesy. Dostajesz jedną, drugą, trzecią nagrodę i to nawet nie ty się zmieniasz. To ludzie zaczynają inaczej na ciebie patrzeć, inaczej się do ciebie odzywać. Trzeba sobie z tym poradzić. Mnie zawsze ratowało to, że byłam po prostu normalnym człowiekiem.

Czy można być aktorką i normalną kobietą? Czy normalna kobieta poświęca życie tworzeniu złudzeń?
Złudzenia tworzę na scenie i przed kamerą. Kiedy schodzę ze sceny, jestem najzwyklejszym człowiekiem. O to w życiu najwięcej walczyłam. Bo o to trzeba walczyć. Zwyczajność potrzebna mi jest jak tlen. Jestem szczęśliwa, kiedy sprzątam, gotuję, robię przetwory, pielęgnuję ogród, szyję, biegam po lesie. Na szczęście mam niezwykłych przyjaciół, którzy stawiają mnie do pionu, jeśli chciałoby mi się przewrócić w głowie. To ludzie niepełnosprawni intelektualnie. Oni mnie kochają nie dlatego, że jestem aktorką. Niektórzy nie wiedzą nawet, co to znaczy być aktorką. Jestem ich Anią.

Taka normalność jest źródłem siły?
Dla mnie tak. Oczywiście każdy człowiek jest inny, są takie kobiety, które muszą zrobić sobie operacje plastyczne, żeby dobrze poczuć się w swoim ciele. Ja nie muszę. Nie zaprzedam duszy diabłu, żeby być szczuplejszą, młodszą. Zrobiłam już wszystko, żeby schudnąć. Co zacznę jakąś dietę, od razu jestem chora. Mój organizm mówi: „Masz taka być. Trudno”. Więc tylko dbam o sprawność i kondycję, by móc pracować.

Kiedy w życiu kobiety przychodzi samoakceptacja?
U każdej w innym czasie, a czasem nie przychodzi w ogóle. W wieku 34 lat urodziłam syna. Przytyłam 32 kilogramy, zmieniłam się, ale syn to największy mój sukces i skarb. Nabrałam dystansu do siebie, do świata, zrozumiałam, co ważne, a co ważniejsze. A to w moim zawodzie jest bardzo istotne. Wszystkie kobiety się starzeją. Tylko jedne robią to bez dużej widowni, a ja robię to publicznie. Ludzie nie radzą sobie z tym, że Marysia Wilczur nagle jest starszą panią. Nie chcą tego widzieć. I co ja mam z tym zrobić? Przecież znamy „Fausta”, nie da się podpisać cyrografu i cofnąć czasu. Nawet sobie tego nie życzę. Po to tyle lat żyję, żeby mi ktoś np. 20 lat zabierał? Ciężko zapracowałam sobie na każdą zmarszczkę i zmianę wyglądu. I tak podziwiam swój organizm, że jeszcze chce ze mną współpracować. Naprawdę dostał w kość. Odkąd prowadzę fundację „Mimo Wszystko”, stykam się z chorobą i ogromnym cierpieniem. Wiem, że piękno czy szczęście nie polegają na młodym wyglądzie.

A na czym polega szczęście?
Znam ludzi, którym się życie zawaliło. Stracili wszystko, są przykuci do wózków i sparaliżowani. Właśnie wśród nich czasem widzę najszczęśliwszych ludzi świata. Dlaczego? Bo oni już wiedzą, co jest najważniejsze w życiu. Umieją się cieszyć z drobnych rzeczy, których my często w ogóle nie zauważamy. Doceniają i szanują każde spotkanie, każdą przyjaźń, a gdy spotykają miłość, są najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. My, niestety, często miłości nie szanujemy, lekceważymy ją. Znam piękne, samotne kobiety, które przebierały w miłości, a nie kochały nigdy i teraz są same. A samotność to największe nieszczęście naszej cywilizacji, jak mówiła Matka Teresa. Miłość daje siłę, nadaje sens życiu i pozwala przenosić góry, znieść każde cierpienie. Znam niezwykłe małżeństwo. Oboje mają porażenie mózgowe. Spotkali się i zakochali w sobie wbrew logice i całemu światu. Ona zaszła w ciążę. Mieszkają teraz w domu opieki. Mają zdrowego, pięknego syna. Ta dziewczyna opowiadała mi kiedyś, czym jest miłość. Pytałam ją, na czym polega ich związek. Mężczyzna jest przecież całkowicie niepełnosprawny, spastyczny, nie chodzi, nic nie może wokół siebie zrobić. Kobieta ma z kolei porażenie czterokończynowe, ale porusza się przy balkoniku, jest bardziej samodzielna i może się nim opiekować. Pytałam: „Ale jak to on ci pomaga? Przecież on nic nie może zrobić sam”. Spojrzała na mnie i powiedziała: „Ania, przecież on o mnie myśli. On się o mnie martwi”. Ci ludzie są dla siebie całym światem. A od takich ludzi jak oni często się odwracamy. Nie potrafimy pojąć ich cierpienia i uczuć.

Znam zdrowych, młodych i pięknych ludzi, którzy nie są szczęśliwi…
Chodzi chyba o to, żeby walczyć o jakieś inne piękno niż to, które przemija. Też byłam kiedyś taka smukła i gładka jak pani. Tyle że to mija, a trzeba żyć dalej. Gdy jest się dojrzałym człowiekiem, to też naprawdę fajnie jest żyć. Co prawda wszystko boli, troszkę człowiek ślepnie, głuchnie, coś mu się marszczy, coś przyrasta. Łatwo nie jest. Ale mnie to rozśmiesza i nawet wzrusza – każda starcza niepełnosprawność. Największym sukcesem jest to, że budzę się rano i cieszę się, że przede mną nowy dzień.

A co się w życiu nie sprawdza?
Nie sprawdza się lenistwo. Ani nienawiść, która może daje na chwilę siłę, ale na dłuższą metę wykańcza. Nie sprawdza się też zazdrość. Poza tym nie warto być zbyt poważnym, nie mieć dystansu do siebie i ludzi.

Berliński filozof Wilhelm Schmid w książce „Spokój ducha. Co zyskujemy z wiekiem” pisze, że sztuka życia polega na świadomym kierowaniu swoim losem.
Na pewno z wiekiem jestem mądrzejsza o tyle, że zdaję sobie sprawę, jak wielu rzeczy nie zobaczę, nie zrozumiem, nie poznam, jakim jestem pyłkiem. Nabrałam do siebie dystansu i zyskałam spokój. Być może moją mądrością jest to, że nieustannie potrafię się cieszyć, marzyć, zachwycać tym, co wokół. Wciąż kocham życie jak dziecko. Nie wstydzę się zadawać pytań i mieć głupich pomysłów. I jestem po prostu – mądra jak flądra.

Z wiekiem odpuszczamy sobie pewne rzeczy…
Są ludzie, co sobie z wiekiem wszystko odpuszczają. A ja sobie nie odpuszczam. Wciąż mi się chce i mi zależy. Właśnie dlatego tak mi się podoba mój zawód, bo jest ciągłym wyzwaniem. Wie pani, jaka to radość, gdy zmęczona, spocona schodzę czasem, niemalże na czworakach, po przedstawieniu i mogę z radością powiedzieć: „Jeszcze raz się udało!”?

Bycie aktorką to ciągłe przekraczanie siebie?
Wielu ludziom wydaje się, że aktorka to ta, która w długiej sukni, wachlując się, pije szampana. A to okropnie ciężki fizycznie zawód, zwłaszcza teraz, gdy mam 66 lat. Teatr stał się bardzo wymagający. Gram przez cztery godziny na scenie Hajduczka w „Trylogii” i nikogo nie obchodzi, że nie mam siły albo jestem po operacji czy się rozchorowałam. Psychicznie jest jeszcze ciężej, ponieważ nieustannie gramy na własnych emocjach i uczuciach. To zawód, w którym ciągle musisz się brać w garść. Ale jeśli się coś kocha, to można robić nawet rzeczy niemożliwe. Bycie aktorem czy aktorką wymaga pokory, cierpliwości, pracowitości, uczciwości, mądrości. Trzeba zapominać o sobie, o swoich wygodach czy cierpieniach. Trzeba wciąż się uczyć i poznawać coś nowego. Nigdy nie powiem, że wiem już wszystko, bo nie wiem, kogo za chwilę będę grała. Z kim się spotkam w nowej roli. Bez miłości, oddania, radości ten zawód może wykończyć i upokorzyć. Ja go kocham i wciąż uważam, że moja praca jest porywająca, ważna i piękna.

Jako psychologa interesuje mnie to, w jaki sposób aktorzy bezpiecznie wchodzą w trudne role i jak potem wychodzą z tych emocji bólu, lęku czy rozpaczy.
Nasz zawód wcale nie musi wykańczać psychicznie. Można go uprawiać tak, że każdy wieczorny spektakl, który kosztuje nieprawdopodobnie dużo emocji i energii, staje się dla nas lekarstwem. Gabinetem psychoterapeutycznym. Tego właśnie staram się uczyć moich studentów. W każdym człowieku jest dobro i zło, wściekłość i radość, wszelkie zboczenia i namiętności. Jeśli ktoś chce zostać aktorem, trzeba mu uświadomić, że on to wszystko w sobie ma. Trzeba się nauczyć, na użytek sztuki, wydobywać to z siebie i nad tym panować. To bardzo trudne, ale da się zrobić. Ta umiejętność panowania nad emocjami pomaga też w życiu, w kontaktach z ludźmi.

W jaki sposób opanować te najtrudniejsze emocje?
To kwestia skupienia, koncentracji, warsztatu. Kiedyś tego nie umiałam. Emocje mnie zżerały. Nie potrafiłam nawet krzyczeć. Wstydziłam się, bałam. I nagle pojawił się Konrad Swinarski. Kiedy w „Dziadach” robiłam zastępstwo za Joasię Żółkowską, on w ciągu pięciu minut mnie tego krzyku nauczył. Pokazał mi, że we mnie jest także diabełek, nad którym spokojnie mogę zapanować, i że to jest mój skarb.

Tak samo jest z emocjami w życiu?
Oczywiście. Nie muszę agresją odpowiadać na agresję i pluć, gdy ktoś na mnie pluje. Umiem zachować spokój i nie dawać się ponosić emocjom. Wystarczą mi te na scenie. Kiedy gram w „Orestei”, gdzie pobiegam sobie z siekierą, zamorduję męża i kochanka, a potem jeszcze zabije mnie mój syn, to wie pani, jaka po powrocie z teatru jestem łagodna? Mogę już spokojnie robić swoje przetwory na zimę. Przepraszam, że trochę się z tego śmieję. To przecież trudna droga. Do tego dochodzą trema, nerwy, czasem jakieś problemy zdrowotne, naturalne konsekwencje przemijania. Ale wciąż potrafię tak się skoncentrować na scenie, że mogę znieść każdy ból fizyczny. Uczę się tego od moich niepełnosprawnych przyjaciół, z którymi prowadzę program „Spotkajmy się” w TVP2. Oni mi uświadamiają, że w człowieku jest siła, o której nie mamy pojęcia. Dlatego nie daję sobie żadnej taryfy ulgowej. Rzadko mówię, że jestem zmęczona, nie dam rady, nie mogę. Bo znam takich ludzi, którzy są bez nóg, ale wyruszają na Kilimandżaro.

Czego nauczyło panią aktorstwo o ludziach i o sobie?
Nauczyłam się prosto i odważnie przekazywać uczucia, słuchać innych ludzi i wczuwać się w ich sytuację. To dało mi odwagę, by pewnego dnia stanąć naprzeciwko cierpiącego człowieka w programie i rozmawiać z nim o najtrudniejszych sprawach. To potwornie trudne rozmawiać z ludźmi, którzy umierają i cierpią. Rozmawiać tak, żeby ich ośmielić, ale przy tym nie rozpaść się, ochronić siebie. Przecież to, co słyszę, często mnie całkowicie przerasta. Często muszę zadawać moim rozmówcom bardzo trudne, wstydliwe pytania. Jak to robić, by nie zranić cierpiącego człowieka, by się nie wzruszyć, nie zapłakać? Muszę wejść w tę osobę, by zrozumieć dobrze jej sytuację. I choć niczego tu nie gram, to jednak pomaga mi to, czego od lat uczę się w zawodzie – rozumienie drugiego człowieka. Być może nie umiałabym tego robić, gdybym nie była aktorką. Często po tych nagraniach wydaje mi się, że mnie nie ma – bolą mnie nerki, serce, płuca, kręgosłup moich rozmówców, czuję się potwornie wyczerpana, ale dziwne… na drugi dzień jestem dwa razy silniejsza. Znając tragiczne losy wielu chorych i cierpiących ludzi, ich walkę o każdy oddech i krok, uświadomiłam sobie, ile mam powodów do radości. Pamiętam sparaliżowaną dziewczynę na wózku, która mnie prowokowała podczas rozmowy, żebym zadała jej pytanie: „Jaki sens ma twoje życie?”. Więc zapytałam. Odpowiedziała mi z uśmiechem: „Aniu, jestem bardzo ważna i pełnię wyjątkową rolę w życiu, wiesz dlaczego? Bo kiedy się na mnie patrzysz, to musisz sobie zdać sprawę z tego, że jesteś szczęśliwa. A tak może byś tego nie wiedziała”. To prawda. Nauczyłam się cieszyć z tego, że mam dwie ręce, dwie nogi, że widzę, że słyszę… że mam tak wiele powodów, by czuć się szczęśliwa. Kiedyś tego nie wiedziałam.

Bez mroku nie byłoby światła?
Ludzie, którzy tak blisko dotykają cierpienia, dojrzewają o wiele szybciej. Odkrywają tajemnice sensu życia, do których zdrowy człowiek dochodzi czasem latami. Tak mówił mi Czesław Miłosz: „To jest niezwykłe; ja tyle lat żyję, żeby pojąć niektóre proste rzeczy, a ci ludzie już dawno o tym wiedzą. Skąd oni to wiedzą?”. Czasem słyszę, że aktorzy to wiecznie skupieni na sobie egoiści i narcyzy. Mnie Anna Dymna średnio interesuje. Byle tylko była zdrowa, czysta i sprawna. Najszczęśliwsza jestem, gdy jadę do moich podopiecznych niepełnosprawnych intelektualnie do „Doliny Słońca”, nagrywam program, gdy prowadzę Festiwal Zaczarowanej Piosenki…

I co tam pani widzi?
Nagle wszystkie moje problemy wydają mi się śmieszne. I myślę sobie: „Kobieto, uspokój się, czym ty się przejmujesz? Wstyd”. Po tych spotkaniach wiem o tym, że trzeba przystopować, nie przejmować się tak głupotami. Nie tracić czasu na całe to narzekanie i nienawiść. Wziąć się w garść i robić ważne rzeczy. Takie, które komuś coś dają. I ze zdwojoną siłą zabieram się do roboty.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.

  1. Retro

Saganka - Brigitte Bardot literatury

Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Dla jednych była głosem pokolenia lat 50. – Brigitte Bardot literatury. Dla drugich burżujką, „hotelową” egzystencjalistką. „Pomyśl tylko – mówiła krótko przed śmiercią do syna – whisky, ferrari i hazard! Przecież to o wiele bardziej zabawne niż jakieś szydełkowanie, zajmowanie się domem i oszczędzanie. Tak czy owak, byłam pewnie ostatnią osobą, która przekonująco pisała o przyjemnościach”.

Cécile – bohaterkę debiutanckiej powieści „Witaj, smutku” – młodziutka pisarka Françoise Quoirez stworzyła po części na swój obraz i podobieństwo. Nastolatka, dokładnie tak jak ona, ma bogatego tatę i spędza lato na słonecznej Riwierze. Wakacje nie są do końca beztroskie, bo dziewczyna oblała egzaminy, ale tata szczęśliwie wcale nie ma ambicji, żeby córka miała dyplom, stawia na dobrą zabawę. Ambicje ma za to jego nowa narzeczona. Cécile knuje więc intrygę, podsuwa ojcu ponętną byłą kochankę. Tu już nie ma podobieństw: w rzeczywistości Quoirez pochodzi z porządnego mieszczańskiego domu, gdzie hołduje się chrześcijańskim wartościom, matka wychowuje dzieci, ojciec dba o ich dobrobyt i nie dyskutuje z córką przy drinku o romansach. Poza tym Françoise szczerze martwi się, że zawaliła studia na Sorbonie, i częściowo dlatego w godzinach popołudniowej sjesty pisze powieść, chcąc powetować rodzicom rozczarowanie i zaimponować znajomym. „Powiedziałam przyjaciołom, że piszę książkę – wyjaśniała potem – i po prostu musiałam to zrobić”.

Talent niewątpliwy

Pod koniec wakacji powieść była gotowa. Florence Malraux, córka poety André Malraux i przyjaciółka Françoise, poradziła wysłać maszynopis do kilku wydawców. René Julliard był szybki – przeczytał rękopis w nocy, a rano zdecydował się na publikację. W śmiałej opowieści o cynicznej nastolatce, która podczas wakacji przechodzi inicjację seksualną, w dodatku bez miłości, zwietrzył sukces. Podobieństwo autorki do jej bohaterki było niekwestionowanym wabikiem. Kiedy Cécile mówi: „Ideałem wydawało mi się życie bezecne i podłe”, można być niemal pewnym, że to wyznanie samej autorki. Krytycy stwierdzą, że jej postawa jest „odzwierciedleniem nastroju i postawy młodego pokolenia wchodzącego w życie po wielkim szoku wywołanym wojną i rozbiciu starych idei dobra i zła, wartości moralnych, zakazów i tabu”.

„Witaj, smutku” ukazało się we francuskich księgarniach w 1954 roku. Tytuł zaczerpnięty z wiersza Paula Éluarda oddawał nastrój melancholii. Ze względu na dobre imię rodziny autorka przybrała pseudonim Françoise Sagan (od nazwiska jednego z bohaterów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ukochanego pisarza młodziutkiej Quoirez). Książka okazała się bestsellerem, przełożono ją na 30 języków i wydano w ponad pięciu milionach egzemplarzy (pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w roku 1957, ale polscy czytelnicy znali „Witaj, smutku” wcześniej, kiedy to „Przekrój” zaczął drukować powieść w odcinkach, odtąd pisarkę zaczęto u nas pieszczotliwie nazywać Saganką).

„Talent niewątpliwy – oceniali krytycy – ocierający się o geniusz”. François Mauriac, sławny katolicki pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, pisał o Françoise z mieszaniną admiracji i zgrozy. Jego określenie „zachwycający mały potwór” przylgnęło do niej jak ulał. W 1957 roku Otto Preminger kręci na podstawie powieści film z jasnowłosą, obciętą na chłopaka Jean Seberg w roli głównej.

Nonszalancja

Mieszanina inteligencji, egoizmu i dziewczyńskiej brawury zjednywały Sagan fanów. Młoda debiutantka stała się ulubienicą intelektualistów z Saint-Germain-des-Prés na czele z Jeanem-Paulem Sartre’em, z którym regularnie jadała obiad w La Closerie des Lilas. Podczas pobytu w USA widywano ją w towarzystwie Trumana Capote’a i aktorki Avy Gardner, a leciwa malarka Tamara Łempicka, gwiazda art déco, gdy spotkała Sagankę na Capri, zaprosiła ją na kolację, kusząc listą znakomitych gości.

– A kogo obchodzi, kto tam będzie? – odparowała Françoise. Spóźniła się kilka godzin. Przyszła „ubrana swobodnie, bosa, z papierosem i kanapką w ręce, została wprowadzona do jadalni, gdzie przystąpiła do jedzenia bardzo spóźnionej kolacji, co wprawiło w zdumienie gospodynię. Mimo takiego stroju i zachowania (co u innych Tamara uznałaby za naganne), Sagan oczarowała zarówno gości, jak i samą malarkę, która uważała, że talent kompensuje wszystko inne”. Image nastolatki w espadrylach i trykotowej koszulce w paski towarzyszył jej nawet, kiedy była już dojrzałą pisarką.

Współcześni mówili, że urzekała wdziękiem Piotrusia Pana, ale jej siostra Suzanne określała to dosadniej, mówiąc, że „była zepsutym, rozpuszczonym bachorem. Przez całe życie cieszyła się całkowitą bezkarnością”.

Średnia z trójki rodzeństwa, przyszła na świat po śmierci brata Maurice’a, który zmarł w niemowlęctwie. Nic dziwnego, że narodziny Françoise rodzice przyjęli jako dar niebios i rozpieszczali ją od kołyski. Wyrosła na chudą, niezbyt ładną nastolatkę, patrzącą butnie spod przydługiej grzywki. Czytała zachłannie Rimbauda, Cocteau, Flauberta, Faulknera, Hemingwaya, Camusa, Fitzgeralda, Malraux, Prousta i Stendhala. „Odkąd nauczyłam się czytać, marzyłam, żeby zostać pisarzem” – wyjaśniała po latach. Na razie po nauce w klasztornej szkole z internatem, gdzie – jak mówiła – ostatecznie straciła wiarę w Boga i jego cuda, zaczęła studiować literaturę, ale zamiast na wykładach przesiadywała w kawiarniach, słuchając jazzu. W towarzystwie ukochanego brata Jacques’a i bandy jego znajomych spędzała czas na piciu i zabawie. I tak jej zostało – z nonszalancją brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało brakować na to funduszy, siadała do pracy. Pisała powieści, biografie, sztuki teatralne, scenariusze filmowe, piosenki, m.in. dla Juliette Greco. Już po sukcesie pierwszych powieści (wydana w 1957 roku książka „Pewien uśmiech” utwierdziła jej pozycję) zarabiała krocie.

„W twoim wieku pieniądze to niebezpieczna sprawa – przestrzegał ojciec. – Wydawaj je”. Wydawała. Jej miłość do luksusowych samochodów była szeroko omawiana przez prasę. „Kto nigdy nie poczuł dreszczu przekraczania prędkości, ten nigdy nie poczuł dreszczu życia” – powiedziała kiedyś. Chociaż wypadku z 1957 roku (prowadziła astona martina) omal nie przypłaciła życiem, nie zrezygnowała z szybkiej jazdy. Kilka miesięcy przeleżała w szpitalu – miała złamaną podstawę czaszki, połamane żebra i miednicę, wgniecioną klatkę piersiową.

Jak uciec przed życiem

To wtedy nauczyła się łagodzić ból morfiną. Z czasem uzależniła się też od kokainy. O nałogach mówiła bez ogródek, ale też podkreślała, że to, co robi, to wyłącznie jej sprawa.

„Nie znam nikogo, kto nie byłby od czegoś uzależniony” – mówiła. W końcu nieraz przemycała piersiówkę dla Sartre’a w czasach, kiedy lekarz kategorycznie zabraniał mu pić. W 1985 roku, towarzysząc w podróży do Kolumbii prezydentowi Francji François Mitterrandowi, przedawkowała kokainę na pokładzie jego samolotu, a kilka lat później została dwukrotnie oskarżona i skazana za posiadanie i przewóz narkotyków. „Przewóz oznacza transport z mojej jadalni do mojej sypialni” – skwitowała. Kiedy podczas rewizji w domu jej własny foksterier pod okiem policjantów dobrał się do torebki swojej pani i wylizywał kokainę, Saganka z właściwą sobie ironią powiedziała: „Widzicie? On też to lubi”.

Kiedy indziej stwierdziła, że „jedynym sposobem na inteligentną ucieczkę przed życiem jest opium”. Chlubiła się prababką Rosjanką i słowiańskimi korzeniami tłumaczyła wszelkie ekstrawaganckie wybryki i słabości. Których było zresztą wiele.

Choćby hazard. Denis Westhoff, syn Saganki, barwnie opowiadał o przyczynach kupna jej domu w Normandii, niedaleko Honfleur: „W 1959 roku moja matka poczuła się zmęczona koniecznością spędzania wakacji w Saint-Tropez, które stało się zbyt popularne i zatłoczone. Szukała spokojniejszego miejsca dla siebie i przyjaciół i wynajęła dom w Normandii na miesiąc, od 8 lipca do 8 sierpnia. Miejsce było niebezpiecznie blisko kasyna w Deauville. Matka i jej przyjaciele: pisarz Bernard Frank i tancerz Jacques Chabot, spędzali przy stole do ruletki całe noce. Przez miesiąc przegrali majątek, ale ostatniej nocy Sagan nieoczekiwanie wygrała 80 tysięcy franków. Zebrała pieniądze i nad ranem pijana wróciła do domu, prosto do łóżka. Kiedy właściciel przyjechał, żeby sprawdzić stan domu, Françoise, zbyt zmęczona i śpiąca, żeby uczestniczyć w inspekcji, zapytała, czy nie chciałby go sprzedać. »Tak« – odpowiedział właściciel. »Za ile?« »Za 80 tysięcy franków«. Matka wyjęła sumę wygraną poprzedniej nocy, kupiła dom i poszła spać”.

Miłość i śmierć

W Normandii poznała swojego drugiego męża – amerykańskiego rzeźbiarza i modela Roberta Westhoffa (pierwsze małżeństwo ze starszym o 20 lat wydawcą Guyem Schoellerem trwało dwa lata, rozwiedli się w 1960 roku). Małżeństwo z Westhoffem też wkrótce się rozpadło. „Kiedy się urodziłem, byli szczęśliwą i kochającą się parą – wspominał rodziców syn Denis. – Żyli w nocy, spali w dzień. Było im razem całkiem dobrze, a rozwiedli się w końcu z praktycznych powodów: on wolał mężczyzn, ona – raczej kobiety”.

Sagan nigdy otwarcie nie przyznała się do biseksualizmu, ale jej związek z projektantką mody Peggy Roche nie był dla nikogo tajemnicą. Spędziły razem prawie 20 lat. Peggy była jej kochanką, opiekunką – pilnowała finansów, trzymała na dystans tłum pasożytów, który otaczał hojną i niefrasobliwą pisarkę. „Moje pieniądze były zawsze »ulotne« i zależało mi na nich jak na czymś, co wchodzi drzwiami i natychmiast wychodzi oknem – pisała Saganka. – I gdyby nawet pod tym oknem jakieś wyciągnięte ręce potrzebowały tych pieniędzy i nań oczekiwały lub gdyby tam były jakieś gigantyczne kasyna gry bądź kosze na śmieci, nie powinno to obchodzić nikogo poza mną”.

Kiedy Peggy umarła w 1991 roku, Sagan była zdruzgotana, bez oparcia w przyjaciółce popadała w coraz to nowe kłopoty. Była zamieszana w głośną aferę koncernu Elf. Za radą kogoś życzliwego sama lokowała tam dochody i namawiała do tego przyjaciół, cały proceder okazał się praniem pieniędzy.

Umierając (bezpośrednim powodem zgonu był zakrzep w płucu), Sagan miała długów na prawie milion euro. Dom w Normandii, rękopisy, obrazy, meble, samochody zostały zlicytowane. Jak domek z kart runęła sceneria świata bogatej burżuazji, która zawsze stanowiła tło jej powieści.

Mówiła, że nie boi się śmierci, że kilka razy była bliska przejścia na drugą stronę i wie, że tam nic nie ma. Zawsze wybierała życie. „Śmierć mnie nie interesuje – pisała – nawet moja własna”.

Korzystałam m.in. z książek: Françoise Sagan „Sara Bernhardt. Śmiech szalony”, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe 1992; Laury Claridge „Tamara Łempicka”, Rebis 2001.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.