1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Anna Dymna o mądrości, która przychodzi z wiekiem i lekcjach, które dostała od innych

Anna Dymna o mądrości, która przychodzi z wiekiem i lekcjach, które dostała od innych

Anna Dymna podczas jednej z edycji Festiwalu Zaczarowanej Piosenki w Krakowie. (Fot. Odys Korczyński/BEW Photo)
Anna Dymna podczas jednej z edycji Festiwalu Zaczarowanej Piosenki w Krakowie. (Fot. Odys Korczyński/BEW Photo)
Anna Dymna – aktorka, kobieta z dystansem. Dziś obchodzi 68. urodziny. Sposób na szczęśliwe życie? Przystopować, nie przejmować się głupotami, nie tracić czasu na narzekanie i nienawiść. Wziąć się w garść i robić ważne rzeczy. W rozmowie z Martyną Harland opowiada o mądrości, która przychodzi z wiekiem, i lekcjach, które dostała od innych.

Urodziła się pani chyba pod szczęśliwą gwiazdą. Była pani, i nadal jest, na okładkach pism, plakatach… To musi rozpieszczać. Jak udaje się wyjść z tego z głową?
Dziwne pojęcie mają ludzie o życiu aktorów… Okładki? Plakaty? Myśli pani, że to rozpieszcza i czyni życie pięknym i prostym? To przecież tylko dodatek. Czasem to miłe, ale trzeba mieć dystans do popularności i zdawać sobie sprawę, że nie jest ona miarą naszej wartości. Uprawiam naprawdę ciężki i ważny zawód. W dodatku jesteśmy ludźmi publicznymi, żyjemy często pod obstrzałem żenujących pytań dotyczących naszego życia prywatnego, plotek. Trzeba mieć do tego dystans, by zachować spokój i móc normalnie pracować. Na szczęście miałam wspaniałych nauczycieli, mistrzów, dzięki którym nie popełniłam wielu błędów w życiu. To oni – mama, tata, pan Jan Niwiński, Wiesiu Dymny, a także setki wielkich aktorów, reżyserów, poetów i innych niezwykłych ludzi – uczyli mnie poruszać się w świecie, myśleć, czuć, kochać, rozumieć rzeczywistość i ludzi. Dzięki nim nie przewróciło mi się w głowie.

Jedna rzecz to spotkać takich ludzi na swojej drodze, druga – umieć wziąć od nich tę mądrość. Jak to zrobić?
Trzeba być pokornym i potrafić ich słuchać. Zawsze przyjaźniłam się ze starymi ludźmi. Oni są naszym skarbem, źródłem prawdziwej mądrości. Wiedziałam to od dziecka. Tak byłam wychowana. Na moje szczęście! Gdy dorosłam, bardzo zdziwiłam się, że starych ludzi często traktuje się z pogardą, jak niepotrzebne, zużyte rzeczy. W młodości przyjaźniłam się ze starą wielką aktorką Zofią Jaroszewską. Grałam jej córkę, Korę, w „Nocy listopadowej” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Przegadałam z nią setki godzin i chłonęłam jej bezcenne rady, które pozwoliły mi nie popełnić wielu błędów w życiu. Stała się taką moją mamą teatralną. Mówiła mi: „Aniu, pamiętaj, musisz mieć jakąś miłość poza zawodem, bo co to znaczy dzisiaj, że zagrałam jedną czy dwie role więcej? Nie mam dziecka i jestem sama. Ty musisz realizować moje kartki na mięso. Gdy masz dziecko, wiesz, że zawsze będziesz potrzebna”. Pani Zofia do tej pory jest dla mnie wzorem. Miała 83 lata, a kochała świat i młodych ludzi. A to wcale nie jest takie proste w tym zawodzie, bo przecież przemijanie, starość dotyka nas jak każdego człowieka – w dodatku starzejemy się na oczach widzów. Kiedy jesteś młoda, to wszyscy cię kochają i wzruszają się na twój widok. A potem mają ci za złe, że się zmieniasz, że jesteś stara i już nie podskoczysz, że Julii nie zagrasz, że obok są piękne i młode. Trzeba mieć w sobie spokój i miłość, by się nie załamać i nie zamienić w rozgoryczoną, pełną nienawiści do losu babę.

A pani się załamuje?
Nie mam w sobie takich emocji. Jestem spełnionym człowiekiem i aktorką. W dodatku już 20 lat uczę w szkole teatralnej. Przecież moi studenci to takie moje „córeczki” i „synkowie”. Dzieci się kocha i marzy, by zrobiły karierę, prawda? Duma z nich i radość z ich sukcesów spokojnie zastępują zazdrość i nienawiść. Czasem patrzę na nich ze wzruszeniem i myślę, że dopiero sama taka byłam. Gdy oglądam „Janosika” – wtedy byłam na trzecim roku w szkole teatralnej – patrzę na siebie i myślę: „Ta Ania mogłaby być dzisiaj moją wnuczką, takie wdzięczne zwierzątko”. Ale wiem, że każdy czas jest wspaniałym doświadczeniem. Teraz, po sześćdziesiątce, też jestem czasem potrzebna… choćby, aby zagrać Bayerową w „Excentrykach”. Danusia Szaflarska miała sto lat – i cóż to było za cudo! Na pewno wielkim niebezpieczeństwem są sukcesy. Dostajesz jedną, drugą, trzecią nagrodę i to nawet nie ty się zmieniasz. To ludzie zaczynają inaczej na ciebie patrzeć, inaczej się do ciebie odzywać. Trzeba sobie z tym poradzić. Mnie zawsze ratowało to, że byłam po prostu normalnym człowiekiem.

Czy można być aktorką i normalną kobietą? Czy normalna kobieta poświęca życie tworzeniu złudzeń?
Złudzenia tworzę na scenie i przed kamerą. Kiedy schodzę ze sceny, jestem najzwyklejszym człowiekiem. O to w życiu najwięcej walczyłam. Bo o to trzeba walczyć. Zwyczajność potrzebna mi jest jak tlen. Jestem szczęśliwa, kiedy sprzątam, gotuję, robię przetwory, pielęgnuję ogród, szyję, biegam po lesie. Na szczęście mam niezwykłych przyjaciół, którzy stawiają mnie do pionu, jeśli chciałoby mi się przewrócić w głowie. To ludzie niepełnosprawni intelektualnie. Oni mnie kochają nie dlatego, że jestem aktorką. Niektórzy nie wiedzą nawet, co to znaczy być aktorką. Jestem ich Anią.

Taka normalność jest źródłem siły?
Dla mnie tak. Oczywiście każdy człowiek jest inny, są takie kobiety, które muszą zrobić sobie operacje plastyczne, żeby dobrze poczuć się w swoim ciele. Ja nie muszę. Nie zaprzedam duszy diabłu, żeby być szczuplejszą, młodszą. Zrobiłam już wszystko, żeby schudnąć. Co zacznę jakąś dietę, od razu jestem chora. Mój organizm mówi: „Masz taka być. Trudno”. Więc tylko dbam o sprawność i kondycję, by móc pracować.

Kiedy w życiu kobiety przychodzi samoakceptacja?
U każdej w innym czasie, a czasem nie przychodzi w ogóle. W wieku 34 lat urodziłam syna. Przytyłam 32 kilogramy, zmieniłam się, ale syn to największy mój sukces i skarb. Nabrałam dystansu do siebie, do świata, zrozumiałam, co ważne, a co ważniejsze. A to w moim zawodzie jest bardzo istotne. Wszystkie kobiety się starzeją. Tylko jedne robią to bez dużej widowni, a ja robię to publicznie. Ludzie nie radzą sobie z tym, że Marysia Wilczur nagle jest starszą panią. Nie chcą tego widzieć. I co ja mam z tym zrobić? Przecież znamy „Fausta”, nie da się podpisać cyrografu i cofnąć czasu. Nawet sobie tego nie życzę. Po to tyle lat żyję, żeby mi ktoś np. 20 lat zabierał? Ciężko zapracowałam sobie na każdą zmarszczkę i zmianę wyglądu. I tak podziwiam swój organizm, że jeszcze chce ze mną współpracować. Naprawdę dostał w kość. Odkąd prowadzę fundację „Mimo Wszystko”, stykam się z chorobą i ogromnym cierpieniem. Wiem, że piękno czy szczęście nie polegają na młodym wyglądzie.

A na czym polega szczęście?
Znam ludzi, którym się życie zawaliło. Stracili wszystko, są przykuci do wózków i sparaliżowani. Właśnie wśród nich czasem widzę najszczęśliwszych ludzi świata. Dlaczego? Bo oni już wiedzą, co jest najważniejsze w życiu. Umieją się cieszyć z drobnych rzeczy, których my często w ogóle nie zauważamy. Doceniają i szanują każde spotkanie, każdą przyjaźń, a gdy spotykają miłość, są najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. My, niestety, często miłości nie szanujemy, lekceważymy ją. Znam piękne, samotne kobiety, które przebierały w miłości, a nie kochały nigdy i teraz są same. A samotność to największe nieszczęście naszej cywilizacji, jak mówiła Matka Teresa. Miłość daje siłę, nadaje sens życiu i pozwala przenosić góry, znieść każde cierpienie. Znam niezwykłe małżeństwo. Oboje mają porażenie mózgowe. Spotkali się i zakochali w sobie wbrew logice i całemu światu. Ona zaszła w ciążę. Mieszkają teraz w domu opieki. Mają zdrowego, pięknego syna. Ta dziewczyna opowiadała mi kiedyś, czym jest miłość. Pytałam ją, na czym polega ich związek. Mężczyzna jest przecież całkowicie niepełnosprawny, spastyczny, nie chodzi, nic nie może wokół siebie zrobić. Kobieta ma z kolei porażenie czterokończynowe, ale porusza się przy balkoniku, jest bardziej samodzielna i może się nim opiekować. Pytałam: „Ale jak to on ci pomaga? Przecież on nic nie może zrobić sam”. Spojrzała na mnie i powiedziała: „Ania, przecież on o mnie myśli. On się o mnie martwi”. Ci ludzie są dla siebie całym światem. A od takich ludzi jak oni często się odwracamy. Nie potrafimy pojąć ich cierpienia i uczuć.

Znam zdrowych, młodych i pięknych ludzi, którzy nie są szczęśliwi…
Chodzi chyba o to, żeby walczyć o jakieś inne piękno niż to, które przemija. Też byłam kiedyś taka smukła i gładka jak pani. Tyle że to mija, a trzeba żyć dalej. Gdy jest się dojrzałym człowiekiem, to też naprawdę fajnie jest żyć. Co prawda wszystko boli, troszkę człowiek ślepnie, głuchnie, coś mu się marszczy, coś przyrasta. Łatwo nie jest. Ale mnie to rozśmiesza i nawet wzrusza – każda starcza niepełnosprawność. Największym sukcesem jest to, że budzę się rano i cieszę się, że przede mną nowy dzień.

A co się w życiu nie sprawdza?
Nie sprawdza się lenistwo. Ani nienawiść, która może daje na chwilę siłę, ale na dłuższą metę wykańcza. Nie sprawdza się też zazdrość. Poza tym nie warto być zbyt poważnym, nie mieć dystansu do siebie i ludzi.

Berliński filozof Wilhelm Schmid w książce „Spokój ducha. Co zyskujemy z wiekiem” pisze, że sztuka życia polega na świadomym kierowaniu swoim losem.
Na pewno z wiekiem jestem mądrzejsza o tyle, że zdaję sobie sprawę, jak wielu rzeczy nie zobaczę, nie zrozumiem, nie poznam, jakim jestem pyłkiem. Nabrałam do siebie dystansu i zyskałam spokój. Być może moją mądrością jest to, że nieustannie potrafię się cieszyć, marzyć, zachwycać tym, co wokół. Wciąż kocham życie jak dziecko. Nie wstydzę się zadawać pytań i mieć głupich pomysłów. I jestem po prostu – mądra jak flądra.

Z wiekiem odpuszczamy sobie pewne rzeczy…
Są ludzie, co sobie z wiekiem wszystko odpuszczają. A ja sobie nie odpuszczam. Wciąż mi się chce i mi zależy. Właśnie dlatego tak mi się podoba mój zawód, bo jest ciągłym wyzwaniem. Wie pani, jaka to radość, gdy zmęczona, spocona schodzę czasem, niemalże na czworakach, po przedstawieniu i mogę z radością powiedzieć: „Jeszcze raz się udało!”?

Bycie aktorką to ciągłe przekraczanie siebie?
Wielu ludziom wydaje się, że aktorka to ta, która w długiej sukni, wachlując się, pije szampana. A to okropnie ciężki fizycznie zawód, zwłaszcza teraz, gdy mam 66 lat. Teatr stał się bardzo wymagający. Gram przez cztery godziny na scenie Hajduczka w „Trylogii” i nikogo nie obchodzi, że nie mam siły albo jestem po operacji czy się rozchorowałam. Psychicznie jest jeszcze ciężej, ponieważ nieustannie gramy na własnych emocjach i uczuciach. To zawód, w którym ciągle musisz się brać w garść. Ale jeśli się coś kocha, to można robić nawet rzeczy niemożliwe. Bycie aktorem czy aktorką wymaga pokory, cierpliwości, pracowitości, uczciwości, mądrości. Trzeba zapominać o sobie, o swoich wygodach czy cierpieniach. Trzeba wciąż się uczyć i poznawać coś nowego. Nigdy nie powiem, że wiem już wszystko, bo nie wiem, kogo za chwilę będę grała. Z kim się spotkam w nowej roli. Bez miłości, oddania, radości ten zawód może wykończyć i upokorzyć. Ja go kocham i wciąż uważam, że moja praca jest porywająca, ważna i piękna.

Jako psychologa interesuje mnie to, w jaki sposób aktorzy bezpiecznie wchodzą w trudne role i jak potem wychodzą z tych emocji bólu, lęku czy rozpaczy.
Nasz zawód wcale nie musi wykańczać psychicznie. Można go uprawiać tak, że każdy wieczorny spektakl, który kosztuje nieprawdopodobnie dużo emocji i energii, staje się dla nas lekarstwem. Gabinetem psychoterapeutycznym. Tego właśnie staram się uczyć moich studentów. W każdym człowieku jest dobro i zło, wściekłość i radość, wszelkie zboczenia i namiętności. Jeśli ktoś chce zostać aktorem, trzeba mu uświadomić, że on to wszystko w sobie ma. Trzeba się nauczyć, na użytek sztuki, wydobywać to z siebie i nad tym panować. To bardzo trudne, ale da się zrobić. Ta umiejętność panowania nad emocjami pomaga też w życiu, w kontaktach z ludźmi.

W jaki sposób opanować te najtrudniejsze emocje?
To kwestia skupienia, koncentracji, warsztatu. Kiedyś tego nie umiałam. Emocje mnie zżerały. Nie potrafiłam nawet krzyczeć. Wstydziłam się, bałam. I nagle pojawił się Konrad Swinarski. Kiedy w „Dziadach” robiłam zastępstwo za Joasię Żółkowską, on w ciągu pięciu minut mnie tego krzyku nauczył. Pokazał mi, że we mnie jest także diabełek, nad którym spokojnie mogę zapanować, i że to jest mój skarb.

Tak samo jest z emocjami w życiu?
Oczywiście. Nie muszę agresją odpowiadać na agresję i pluć, gdy ktoś na mnie pluje. Umiem zachować spokój i nie dawać się ponosić emocjom. Wystarczą mi te na scenie. Kiedy gram w „Orestei”, gdzie pobiegam sobie z siekierą, zamorduję męża i kochanka, a potem jeszcze zabije mnie mój syn, to wie pani, jaka po powrocie z teatru jestem łagodna? Mogę już spokojnie robić swoje przetwory na zimę. Przepraszam, że trochę się z tego śmieję. To przecież trudna droga. Do tego dochodzą trema, nerwy, czasem jakieś problemy zdrowotne, naturalne konsekwencje przemijania. Ale wciąż potrafię tak się skoncentrować na scenie, że mogę znieść każdy ból fizyczny. Uczę się tego od moich niepełnosprawnych przyjaciół, z którymi prowadzę program „Spotkajmy się” w TVP2. Oni mi uświadamiają, że w człowieku jest siła, o której nie mamy pojęcia. Dlatego nie daję sobie żadnej taryfy ulgowej. Rzadko mówię, że jestem zmęczona, nie dam rady, nie mogę. Bo znam takich ludzi, którzy są bez nóg, ale wyruszają na Kilimandżaro.

Czego nauczyło panią aktorstwo o ludziach i o sobie?
Nauczyłam się prosto i odważnie przekazywać uczucia, słuchać innych ludzi i wczuwać się w ich sytuację. To dało mi odwagę, by pewnego dnia stanąć naprzeciwko cierpiącego człowieka w programie i rozmawiać z nim o najtrudniejszych sprawach. To potwornie trudne rozmawiać z ludźmi, którzy umierają i cierpią. Rozmawiać tak, żeby ich ośmielić, ale przy tym nie rozpaść się, ochronić siebie. Przecież to, co słyszę, często mnie całkowicie przerasta. Często muszę zadawać moim rozmówcom bardzo trudne, wstydliwe pytania. Jak to robić, by nie zranić cierpiącego człowieka, by się nie wzruszyć, nie zapłakać? Muszę wejść w tę osobę, by zrozumieć dobrze jej sytuację. I choć niczego tu nie gram, to jednak pomaga mi to, czego od lat uczę się w zawodzie – rozumienie drugiego człowieka. Być może nie umiałabym tego robić, gdybym nie była aktorką. Często po tych nagraniach wydaje mi się, że mnie nie ma – bolą mnie nerki, serce, płuca, kręgosłup moich rozmówców, czuję się potwornie wyczerpana, ale dziwne… na drugi dzień jestem dwa razy silniejsza. Znając tragiczne losy wielu chorych i cierpiących ludzi, ich walkę o każdy oddech i krok, uświadomiłam sobie, ile mam powodów do radości. Pamiętam sparaliżowaną dziewczynę na wózku, która mnie prowokowała podczas rozmowy, żebym zadała jej pytanie: „Jaki sens ma twoje życie?”. Więc zapytałam. Odpowiedziała mi z uśmiechem: „Aniu, jestem bardzo ważna i pełnię wyjątkową rolę w życiu, wiesz dlaczego? Bo kiedy się na mnie patrzysz, to musisz sobie zdać sprawę z tego, że jesteś szczęśliwa. A tak może byś tego nie wiedziała”. To prawda. Nauczyłam się cieszyć z tego, że mam dwie ręce, dwie nogi, że widzę, że słyszę… że mam tak wiele powodów, by czuć się szczęśliwa. Kiedyś tego nie wiedziałam.

Bez mroku nie byłoby światła?
Ludzie, którzy tak blisko dotykają cierpienia, dojrzewają o wiele szybciej. Odkrywają tajemnice sensu życia, do których zdrowy człowiek dochodzi czasem latami. Tak mówił mi Czesław Miłosz: „To jest niezwykłe; ja tyle lat żyję, żeby pojąć niektóre proste rzeczy, a ci ludzie już dawno o tym wiedzą. Skąd oni to wiedzą?”. Czasem słyszę, że aktorzy to wiecznie skupieni na sobie egoiści i narcyzy. Mnie Anna Dymna średnio interesuje. Byle tylko była zdrowa, czysta i sprawna. Najszczęśliwsza jestem, gdy jadę do moich podopiecznych niepełnosprawnych intelektualnie do „Doliny Słońca”, nagrywam program, gdy prowadzę Festiwal Zaczarowanej Piosenki…

I co tam pani widzi?
Nagle wszystkie moje problemy wydają mi się śmieszne. I myślę sobie: „Kobieto, uspokój się, czym ty się przejmujesz? Wstyd”. Po tych spotkaniach wiem o tym, że trzeba przystopować, nie przejmować się tak głupotami. Nie tracić czasu na całe to narzekanie i nienawiść. Wziąć się w garść i robić ważne rzeczy. Takie, które komuś coś dają. I ze zdwojoną siłą zabieram się do roboty.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.