1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Co oznacza bycie solidarną dla innych kobiet?

Co oznacza bycie solidarną dla innych kobiet?

123rf.com
123rf.com
W tym roku zachęcaliśmy Was do stworzenia Dekalogu Solidarnej Kobiety. Przykazań uzbierało się kilkadziesiąt. Zebrałyśmy je w krótkim podsumowaniu.

Od Redakcji magazynu SENS

Drogie Czytelniczki, dziękujemy, że byłyście z nami podczas trzech lat trwania akcji „Solidarność Kobiet ma SENS”: dyskutowałyście, komentowałyście i dawałyście żywy przykład na jej tytułowe hasło.

Oto ważne i mądre przesłania, jakie zgłaszałyście w naszym konkursie, ale też jakie proponowały ambasadorki naszej akcji i jakie zgłaszała redakcja SENSu. Niech towarzyszą nam na co dzień i wspierają wiarę w kobiety:

  • Lubię pracować z kobietami.
  • Mówię komplementy koleżankom.
  • Nie krytykuję wyglądu innych kobiet.
  • Doceniam seksapil innych kobiet.
  • Nie mówię źle o byłych partnerkach męża.
  • Chcę przyjaźnić się z pasierbicą, szwagierką i teściową.
  • Nie podrywam cudzych mężów.
  • Szanuję mądrość i doświadczenie starszych kobiet.
  • Mówię córce, że może być, kim chce.
  • Wymagam od syna tego samego co od córki.
  • Nie mam za złe kobietom, że są ode mnie młodsze, ładniejsze, a nawet zdolniejsze.
  • Nie mówię: „baba za kierownicą”, „maże się jak baba”, „kobieta z jajami”, „babskie gadanie” ani „każda potwora znajdzie swego amatora”.
  • Uważam, że siła, przebojowość, inteligencja i ambicja to naprawdę kobiece cechy.
  • Lubię kobiety i lubię być kobietą.
  • Nie mam za złe innym kobietom, że się podobają mojemu mężczyźnie.
  • Patrzę na kobiety z życzliwością.
  • Cieszę się, gdy moje podwładne, koleżanki lub szefowe zachodzą w ciążę.
  • Podziwiam kobiety, które zawodowo osiągają więcej ode mnie.
  • Słucham innych kobiet, wspieram je i staram się rozumieć.
  • Nie czynię drugiej kobiecie, co mi samej niemiłe.
  • Troszczę się o inne kobiety, aby sprawić im przyjemność obcowania ze mną.
  • Nigdy nie oceniam kobiet, nie znając ich historii i intencji.
  • Szanuję odmienne wartości, styl i priorytety kobiet.
  • Przeglądam się w innych kobietach jak w zwierciadle – podziwiam je i wspieram.
  • Zachwycam się pięknem innych kobiet – dzięki temu sama czuję się piękna.
  • Nie zazdroszczę innym kobietom, bo nigdy nie wiadomo, co przeszły by dojść do miejsca, w którym się znajdują.
  • Wymieniam się: czerpię z mądrości innych kobiet i przekazuję kolejnym.
  • Inspiruje mnie uroda, odwaga i wrażliwość kobiet.
  • Wierzę w siłę, determinację i moc sprawczą kobiet.
  • Podziwiam kobiety, które wychowują chore dzieci.
  • Cieszę się, kiedy mogę wesprzeć inne kobiety w trudnej sytuacji.
  • Uskrzydla mnie szczęście innych kobiet.
Czytaj więcej o tym: JAK WAŻNE JEST ZAWODOWE WSPARCIE KOBIET.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

I ty możesz zostać liderką przyszłości

Zdjęcie z nagrania z udziałem Anity Kucharskiej-Dziedzic na Wydziale Nauk Politycznych 
i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu; od lewej: Karolina Zgoła – makeupistka, Żenia Aleksandrowa – kierowniczka produkcji, Anita Kucharska-Dziedzic,  Aleksandra Hirszfeld – reżyserka, i Sonja Orlewicz-Zakrzewska – operatorka. (Fot. materiały prasowe)
Zdjęcie z nagrania z udziałem Anity Kucharskiej-Dziedzic na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu; od lewej: Karolina Zgoła – makeupistka, Żenia Aleksandrowa – kierowniczka produkcji, Anita Kucharska-Dziedzic, Aleksandra Hirszfeld – reżyserka, i Sonja Orlewicz-Zakrzewska – operatorka. (Fot. materiały prasowe)
I ty możesz zostać liderką przyszłości – przekonuje filozofka Aleksandra Hirszfeld, która wspólnie z Magdą Sobolewską realizuje projekt mentoringu kobiet „Entuzjastki”. W naszym wywiadzie wyjaśnia, jakie przywództwo jest dziś potrzebne światu.

Co zainspirowało panią do zostania aktywistką?
Zawsze interesowały mnie sprawy społeczne, mam to zapewne w genach. Mój pradziadek, Antoni Niwiński, był działaczem społecznym. Prababcia Helena jedyną nauczycielką w szkole wiejskiej. Babcia i mama wybrały medycynę, zatem etos niesienia pomocy był w naszej rodzinie od zawsze. Moja mama jest też osobą wyjątkowo sprawczą. Ma cechy liderki przyszłości: jest energiczna i decyzyjna, a jednocześnie swoją aktywność wykorzystuje do tego, aby pomóc światu wokół. Jest też niezwykle empatyczna wobec zwierząt. Dokarmia psy, przynosi potrzebujące pomocy koty do domu i leczy. Myślę, że postawa mojej rodziny, zwłaszcza mamy, była dla mnie najbardziej motywująca.

Nie każda kobieta, która chce być liderką, ma taką inspirację.
No właśnie! Dlatego nasz projekt „Entuzjastki” narodził się po to, aby inspirować kobiety do aktywności. Na razie składają się na niego wywiady ze stoma polskimi liderkami z różnych sfer życia społecznego, ekonomicznego i politycznego, kobietami, które są jednocześnie wrażliwe na dobro wspólne. Pokazując ich przykład, chcemy podpowiadać, jak każda z nas może pokonywać problemy, które pojawią się na naszej drodze. W wywiadach można dostrzec cechy charakterystyczne dla kobiet, które są i liderkami, i aktywistkami, a swoje przywództwo opierają na tzw. kompetencjach miękkich, etyce komunikacji czy holistycznym podejściu do świata. A więc cechach przypisywanych kulturowo kobietom.

Czy właśnie tego oczekujemy od liderów i liderek przyszłości?
Klasyczne cechy lidera, takie jak sprawczość czy decyzyjność, dziś już nie wystarczą. Lider przyszłości to nie tylko ktoś, kto wyznacza kierunek i umie porwać innych. To ktoś, kto wsłuchuje się w swoją społeczność, poznaje problemy ludzi i pomaga je rozwiązać. Myśli holistycznie, czyli na przykład zarządzając firmą, bierze pod uwagę nie tylko zysk, ale też oddziaływanie na środowisko. Potrafi też odróżniać prawdę od fałszu, bo na każdym kroku będzie miał do czynienia z dezinformacją, z postprawdą.

Jak „Entuzjastki” pomogły pani w rozwoju?
Już w trakcie realizacji projektu czułam, że te kobiety, ich historie, stają się ogromną inspiracją dla mnie. Karmiłam się ich wiedzą, mądrością życiową i doświadczeniem. Dziś wspólnie z Magdą Sobolewską promujemy na naszych mediach społecznościowych historie osób, które dają ludziom narzędzia do rozwiązania problemów, a nie tylko mówią o problemach.

"Przestańmy mówić o kobietach, używając figury ofiary. Zacznijmy doceniać ich zalety, czyli tzw. kompetencje miękkie: etykę komunikacji czy holistyczne podejście do świata"
Na przykład Katarzyna Czajka-Chełmińska, prezeska Szkoły Liderów, pochodzi z małej miejscowości, dlatego przez lata miała kompleks prowincji. Jej droga do bycia liderką zaczęła się z chwilą, kiedy spostrzegła, że tam, gdzie mieszka, nie ma przedszkola, i postanowiła je założyć. Nie chciała jednak zostać jego dyrektorką, przekazała tę funkcję mężowi. Kiedy jednak po kilku latach dostrzegła, że wszystko i tak robi sama, zdała sobie sprawę, że to bez sensu, i została dyrektorką. Dziś pomaga innym kobietom, niezależnie od tego, gdzie się urodziły, uwierzyć, że mogą stać się liderkami na skalę europejską.

Pośród  „Entuzjastek” znalazłam Annę Alboth, autorkę niezwykłej inicjatywy: marszu z Berlina do Aleppo,  nominowanego w 2017 roku do Pokojowej Nagrody Nobla. Jaka cecha Anny Alboth sprawia, że może być mentorką dla innych kobiet?
Jest empatyczna, wrażliwa i chętnie niesie pomoc. Jak sama często podkreśla, zawdzięcza je doświadczeniom wyniesionym z rodzinnego domu, a konkretnie relacjom z niepełnosprawnym bratem. Dzięki Annie podczas siedmiomiesięcznego marszu z Berlina do Syrii ponad cztery tysiące ludzi pokonało drogę, jaką pokonują uchodźcy. Tyle że w drugą stronę.

Liderka przyszłości nie musi więc rezygnować ze swojej wrażliwości?
Do „Entuzjastek” zaprosiłyśmy kobiety, które budują swoje liderstwo na kompetencjach miękkich. A więc są też „mamami” dla środowiska, w którym działają. Świat dziś potrzebuje przywódców, którzy umieją słuchać, budują wspierające relacje. A to dlatego, że dotyka nas coraz więcej kryzysów, z którymi poradzimy sobie, tylko jeśli zmienimy paradygmat z ekonomicznego na wspólnotowy. Na szczęście coraz więcej kobiet trafia do władzy i w tym pokładam wielką nadzieję. Przestańmy mówić o kobietach, używając figury ofiary. Zacznijmy doceniać ich zalety. To jeden z powodów, dlaczego na stulecie praw wyborczych Polek powstał właśnie ten projekt. Chcemy mówić więcej o sprawczych liderkach. Wierzę, że dzięki temu ich liczba będzie wzrastała.

A czy liderka przyszłości potrzebuje mentorki?
Zawsze warto uczyć się od innych. Ja cały czas szukam inspiracji i jest wiele kobiet, które mi ją dają. Na Uniwersytecie Warszawskim spotkałam moją pierwszą mentorkę feministkę, prof. Magdalenę Środę, która bardzo wspierała studentki, motywowała nas, żebyśmy realizowały siebie. Kolejne mentorki znajdowałam choćby w książkach i dziś jedną z nich jest Naomi Klein. Działaczka społeczna, wnikliwie analizująca i wskazująca problemy współczesnego świata.

Mentorki znajduję także w świecie polityki, jak choćby premierkę Nowej Zelandii, Jacindę Ardern, która obniżyła pensje sobie i całemu rządowi o 20 proc., żeby okazać solidarność ze społeczeństwem w trakcie pandemii. Ardern dba o klimat, o służbę zdrowia, mieszkalnictwo publiczne, zajmuje się więc sprawami związanymi z  dobrostanem każdego obywatela.

Jak liderka ma poradzić sobie z krytyką, dziś za sprawą hejtu szczególnie dotkliwą?
Dbając o wewnętrzną spójność. Jeśli robię coś z potrzeby serca, a właśnie z tej potrzeby zainicjowałam „Entuzjastki”, to nie boję się żadnej krytyki, zawsze ten projekt obronię, bo jest w 100 procentach spójny ze mną. Kiedy wiemy, co jest dla nas priorytetem, możemy skonstruować swoje życie prywatne i zawodowe w taki sposób, żeby móc działać według wewnętrznego kompasu. No a jeśli się nam to uda, to nawet w obliczu krytyki będziemy odczuwać spokój.

Ale jak sobie poradzić z przeciwieństwem mentorstwa czyli z rywalizacją między kobietami?
Poprzez pogłębianie umiejętności współpracy i wsparcia. Sama dostałam wiele pomocy od kobiet i staram się ją dalej przekazywać. To pośrednio dzięki Dorocie Pabel, której wtedy nie znałam, pojechałam na stypendium do Stanów Zjednoczonych, a potem Ambasada Amerykańska została sponsorem projektu. Dorota pomogła mi, bo spodobał się jej mój wcześniejszy projekt. Z kolei Magda Sobolewska, producentka „Entuzjastek”, dała mi kredyt zaufania. Długi czas pracowałyśmy przy projekcie za darmo. Nasz projekt jest symbolem wzajemnego wspierania się kobiet.

Aleksandra Hirszfeld, dr filozofii. Jej rozmowy z cyklu „Entuzjastki” można oglądać na Canal+. Projekt został nazwany na cześć pierwszej polskiej grupy feministycznej, działającej w Warszawie końca lat 30. do końca lat 40. XIX wieku.

  1. Moda i uroda

Stworzone przez kobiety, dla kobiet. "My Story" od Converse

Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Najnowsza kolekcja Converse „My Story” to hołd złożony kobietom, które nie boją się dzielić swoją historią i jednocześnie zachęta do bycia odważną.

Każdej wiosny marka Converse w swoich działaniach celebruje kobiecość. Dwa lata temu podczas kampanii "Love the progress"  marka walczyła o zmianę definicji słowa „kobieta” na bardziej pozytywną. W ramach akcji "Love fearlessly" Converse poprzez znane postaci zachęcał do pokochania samego siebie i rozpoczął dyskusję na temat samoakceptacji.

Tegoroczna kolekcja „My Story” stworzona przez projektantki Converse zainspirowana została młodymi, odważnymi i niezależnymi kobietami, które swoimi działaniami udowadniają, że kobiety to prawdziwe liderki. Klasyki od Converse stały się płótnem dla fantazyjnych wzorów stworzonych przez kobiety. Kolekcja zaprojektowana, aby nadać kolor i znaczenie słowom i aby zachęcić do opowiedzenia twojej historii.

Kolekcja składa się z ikon od Converse – Chuck 70, Chuck Taylor all Star i Chuck Taylor All Star Platform. Każdy z modeli ozdobiony jest różnorodnymi wersjami napisu „My Story” co w symboliczny sposób pokazuje jak różne historie kryją się za każdym z nich.

Do kampanii „My Story” marka Converse zaprosiła dwie młode artystki – Sofię i Rocię, które są członkiniami społeczności All Stars. Każda z nich dzieli się swoją historią, którą już niebawem będzie można poznać na kanale @Converse.Polska na Instagramie.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

All Stars to międzynarodowa społeczność młodych artystów i aktywistów, która została stworzona przez markę Converse. Członkowie All Stars inspirują markę swoją twórczością, działaniami i osiągnięciami, a brand staje się dla nich platformą, dzięki której mogą dotrzeć do szerokiej grupy odbiorców. Converse wspiera działania tych młodych ludzi, ponieważ zdaje sobie sprawę, że to oni poruszają świat do przodu i stoją za pozytywnymi zmianami, które na nas czekają.

Poza kampanią „My Story” marka Converse szykuje coś specjalnego. W ramach globalnej akcji City Forest, która miała już swoją odsłonę w Polsce w zeszłym roku, marka planuje stworzenie kilku murali stworzonych przy użyciu oczyszczających powietrze farb fotokatalitycznych. We współpracy z polskimi artystami powstanie kilka murali, które będą zachęcały do przełamywania barier i walki z dyskryminacją na różnym tle. Pierwsze dzieła już powstały, aby dowiedzieć się więcej na temat murali odwiedź stronę conversecityforest.com, poznaj historie artystów stojących za tymi projektami i dowiedz się ile wirtualnych drzew zostało posadzonych do tej pory dzięki użyciu farb fotokatalitycznych.

Kolekcja My Story dostępna będzie na converse.pl oraz w sklepach stacjonarnych Converse.

  1. Styl Życia

Historia pełna jest kobiet - o tych, które zmieniły świat

Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Mistrzynie drugiego planu, współpracowniczki, życiowe towarzyszki, geniuszki. Historia pełna jest kobiet, które nie tylko popchnęły do przodu kariery swoich mężów, ale i cały świat. Pora je poznać i uznać. A także zacząć doceniać własną rolę.

Prowadziłam niedawno zajęcia z grupą niezwykle wykształconych i utalentowanych osób płci obojga. Było ich dziewiętnaścioro. W którymś momencie mieli podzielić się na cztery zespoły. Jedna z dziewczyn z grupy mniej licznej, bo czteroosobowej, zaproponowała: – Wymieńmy którąś dziewczynę na faceta, żebyśmy miały równe szanse. – Słyszysz, co powiedziałaś? – zapytałam. – Tak odruchowo mi się powiedziało – wyjaśniła z zażenowaniem. – Bez sensu.

I rzeczywiście, jej pomysł był bez sensu, bo zespół czterech dziewczyn świetnie sobie poradził z zadaniem. Gorzej za to radzimy sobie ze stereotypami dotyczącymi kobiet, a w dodatku same je podtrzymujemy. Odruchowo. Może za mało wiemy o kobietach, które za nami stoją?

„Kobiety nie wynalazły praktycznie NIC – nawet mopa wynalazł mężczyzna (Murzyn akurat); nawet tampax (o.b.) wynalazł mężczyzna!!! Kobietą była tylko Kopernik – ale to wyjątek” – napisał w Internecie znany mizogin i szowinista, którego nazwiska nie chce mi się przywoływać. Na treść tej wypowiedzi możemy się słusznie oburzać, budzi ona jednak niepokój. Bo co właściwie wynalazły kobiety? Owszem, długo nie miałyśmy dostępu do nauki, długo nie doceniano naszych możliwości, ale gdyby były wśród nas geniuszki, to świat by o nich usłyszał, prawda?

Niekoniecznie. Czytałam kiedyś o Margaret Knight, która już w wieku 12 lat wynalazła urządzenie zatrzymujące awaryjnie maszyny włókiennicze, co chroniło pracowników przed wypadkami. W wieku 14 lat skonstruowała maszynę do klejenia papierowych toreb, a i później była autorką wielu wynalazków, czym zasłużyła na miano „żeńskiego Edisona” i „najsłynniejszej XIX-wiecznej wynalazczyni”, ale jej sława jakoś do nas nie dotarła. Na szczęście jest Maria Skłodowska-Curie! To ją zwykle przywołujemy, gdy mowa o wielkich kobietach w nauce, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wręcz przeciwnie. Maria Skłodowska-Curie zdaje się stanowić wyjątek i tym samym odcina się wyraźnie na tle innych kobiet, które są zwykle bohaterkami drugiego planu. Ich rola w męskich karierach jest wielka – jako żon i współpracowniczek – ale kto by do tego przywiązywał wagę? Pewnie tylko Michelle Obama jest dość pewna siebie, by swoją rolę docenić. Tak przynajmniej wynika z krążącej w Internecie anegdoty.

Michelle poszła z mężem do restauracji, której właściciel przywitał się z nią jak stary znajomy. – Kto to był? – zapytał Barack, gdy zostali sami. – Kolega ze szkoły, który kiedyś się we mnie kochał – usłyszał. – Widzisz, gdybyś za niego wyszła, byłabyś teraz właścicielką restauracji – skomentował. – Nie, kochany. Gdybym za niego wyszła, on byłby teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych – bez wahania odpowiedziała jego żona. Kto wie, czy nie byłoby tak?

Żona przy mężu

Wiele kobiet inspiruje swoich mężów, motywuje ich i wspiera, zdejmuje z nich życiowe troski i zadania, podporządkowuje swoje życie ich karierze, nierzadko też pomaga im merytorycznie, ale same pozostają w cieniu. Weźmy Milevę Marić. Wiecie, kto to taki? Nie? No właśnie. Za to wszyscy wiemy, kim był Albert Einstein, jej mąż przez długie lata, dopóki nie odszedł do młodszej. Ta historia brzmi niewiarygodnie i można by ją sprowadzić do tego, że ha, ha, Einstein była kobietą, ale pozornie zabawna teza jest dobrze udokumentowana.

Mileva i Einstein poznali się na studiach w Szwajcarskim Federalnym Instytucie Technologicznym, czołowej europejskiej uczelni politechnicznej. Skoro przyjęto ją, choć była kobietą, to naprawdę musiała być dobra! Einstein i Mileva szybko zostali parą. W liście do niej Ein­stein napisał: „Jakże będę szczęśliwy i dumny, kiedy wspólnie osiągniemy zadowalający koniec naszej pracy nad teorią ruchu względnego”. Potem Mileva rodzi dzieci i pracuje jako asystentka męża. Początkowo ich artykuły były podpisywane Einstein-Marić, ale wkrótce to drugie nazwisko zaczęło być pomijane. „Tajemnica kreatywności tkwi w tym, aby wiedzieć, jak dobrze ukryć swoje źródła” – napisał Einstein. Nawet gdy jego źródła w postaci Milevy zostały po latach odkryte, on na tym zbytnio nie ucierpiał, a Milevy w zasadzie wciąż nie ma.

W towarzystwie

Jak to się dzieje, że wybitne naukowczynie tak słabo istnieją w świadomości społecznej? Można się o tym dowiedzieć z książki Rachel Swaby „Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat”. Książka fascynująca, pokazująca determinację kobiet w walce o prawo do kształcenia się i pracy naukowej. Kobiety od wieków dokonywały odkryć, ale mężczyźni świetnie umieli sobie z tym radzić.

Na przykład Anna Wessels Williams, bakteriolożka, w 1894 roku wyizolowała szczep bakterii wywołującej błonicę, a kilka lat później szczep bakterii zdolny generować pięćset razy silniejszą toksynę, co pozwoliło produkować antytoksynę na masową skalę. Tego drugiego odkrycia dokonała, gdy szef laboratorium William H. Park przebywał na wakacjach, no ale on był szefem, więc nowy szczep otrzymał nazwę Park-Williams No. 8, którą szybko skrócono do Park 8.

Albo Hilde Mangold, autorka pracy doktorskiej z embriologii eksperymentalnej. Jej promotor Hans Spemann ocenił tę rozprawę dość wysoko, ale nie najwyżej. Dodał jednak do niej swoje nazwisko i to umieścił je na pierwszym miejscu. Doktorat Mangold opublikowano w 1924 roku i w tym samym roku autorka zginęła w wypadku. W 1935 roku Hans Spemann dostał Nagrodę Nobla za tę pracę, która „zainicjowała nową epokę w dziedzinie biologii rozwoju”.

Barbara McClintock (1902–1992) żyła znacznie dłużej i dzięki temu doczekała uznania. Nie było łatwo. Już w wieku 29 lat wniosła wiele do genetyki, ale nie dostała posady na uczelni, bo zespół Uniwersytetu Cornella sprzeciwił się wnioskowi dziekana. McClintock znalazła w końcu pracę w instytucie genetyki, gdzie odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla.

Róża Nightingale

Kobiety w nauce miały naprawdę ciężko. Na wiele uczelni ich nie przyjmowano, a jeśli nawet pozwalano im uczestniczyć w zajęciach, to bez możliwości zdobycia dyplomu. „Kto byłby tak głupi, żeby spędzić cztery lata na studiach i nie otrzymać dyplomu?” – zapytała dziekana nowo otwartej i dostępnej również dla kobiet Szkoły Zdrowia Publicznego Helen Taussig, później wybitna kardiolożka, która stworzyła kardiologię dziecięcą. „Mam nadzieję, że nikt” – odpowiedział. Jeśli kobieta skończyła jednak studia i miała świetne wyniki, czasem mogła pracować na uczelni, ale za darmo, bo przepisy nie pozwalały na zatrudnianie kobiet jako naukowców. Maria Goeppert-Mayer, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za odkrycia dotyczące jądra atomu, przez długie lata pracowała na Uniwersytecie Chicagowskim bez wynagrodzenia. Alice Hamilton, amerykańska ekspertka od chorób zawodowych, to wyjątek – już w 1919 roku otrzymała stanowisko młodszego wykładowcy jako pierwsza kobieta w kadrze Uniwersytetu Harvarda. A mimo to dopiero 26 lat później kobiety mogły tam studiować medycynę! Emmy Noether (1882–1935), genialna matematyczka i fizyczka, została w końcu zatrudniona jako „nieoficjalna profesor nadzwyczajna”, ale bez pensji! Teoria Noether stanowi szkielet całej współczesnej fizyki, to ona stworzyła algebrę abstrakcyjną! Jak to możliwe, że o niej nie wiemy? Albo o Mary Cartwright, twórczyni teorii chaosu? Matematyczce Sofji Wasiljewnej Kowalewskiej?

Czy wiecie, skąd się wzięła skala Apgar? Stworzyła ją Virginia Apgar w 1952 roku. Wcześniej nie oceniano stanu zdrowia noworodków zaraz po urodzeniu, więc nie widziano związku między metodą porodu a stanem dziecka! Metoda amerykańskiej lekarki szybko rozniosła się po świecie i została nazwana od jej nazwiska. To jedna z nielicznych sytuacji, kiedy pomysł kobiety został doceniony i nikt nie próbował go zawłaszczyć. A dzięki komu wiemy, od czego zależy płeć dziecka? Jeszcze na początku XX wieku sądzono, że od czynników zewnętrznych. To Nettie Stevens, genetyczka, w 1905 roku udowodniła, że decydujące są chromosomy, a nie temperatura, siła namiętności czy dieta. Lata minęły, nim inni naukowcy uznali wyniki jej badań. Ona tego nie doczekała, wcześniej zmarła na raka piersi. Odkrycie Stevens często przypisuje się Thomasowi Huntowi Morganowi, który był jej tutorem, co jest o tyle zabawne, że Morgan nie uwierzył w wyniki jej badań i jeszcze długo obstawał przy tym, że płeć zależy od czynników środowiskowych!

Florence Nightingale (1820–1910) znamy jako wspaniałą pielęgniarkę, którą była. Ale kto słyszał o jej pionierskim wkładzie w rozwój medycyny opartej na analizie danych? Prowadziła badania, stworzyła diagram „Róża Nightingale” do graficznego przedstawiania danych. A komu zawdzięczamy in vitro? Anne McLaren, Brytyjka, jako pierwsza powołała do życia mysz z probówki! A wiecie, że chemioterapia ma matkę, a nie ojca? To Jane Wright! Podobnie mutageneza zawdzięcza swoje narodziny kobiecie, Charlotte Auerbach. Nasza kultura lubi spychać sukcesy kobiet w niepamięć, ale przecież my także ją tworzymy i możemy się temu przeciwstawić! Nie wynalazłyśmy nawet mopa? Za to Stephanie Kwolek wynalazła lycrę!

Książka Rachel Swaby pokazuje, że kobiety zmieniały świat, choć było i jest im trudniej. W szkole średniej Yvonne Brill (1924–2013) usłyszała od nauczyciela fizyki, że kobiety nie potrafią wznieść się na wyżyny w żadnej dziedzinie. Potem zajęła się silnikami rakiet kosmicznych, zaprojektowany przez nią elektrotermiczny silnik do dziś jest wykorzystywany do napędzania satelitów.

Poznajmy te kobiety – jeśli nie dla nas samych, to dla naszych córek. Niech wiedzą, że szlaki zostały przetarte – śmiało mogą ruszać w swoją drogę.

  1. Styl Życia

Okresowa sieć wsparcia - walka z ubóstwem menstruacyjnym

(Grafiki: Kasia Kaffka/ materiały prasowe Akcja Menstruacja)
(Grafiki: Kasia Kaffka/ materiały prasowe Akcja Menstruacja)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia

W ciągu trzech dni w bazie zarejestrowało się ponad 900 osób, które zdecydowały się podarować innym środki menstruacyjne. Padsharing to wirtualna sieć, która łączy potrzebujących z tymi, którzy są gotowi zasponsorować niezbędne produkty. Inicjatorem pomysłu jest Akcja Menstruacja, pierwsza w Polsce fundacja zajmująca się walką z ubóstwem menstruacyjnym i okresowym tabu. 

Wymyślona przez dziewczyny z fundacji Akcja Menstruacja inicjatywa okresowej sieci wsparcia okazała się wielkim sukcesem. "Czułyśmy, że pomysł ma potencjał - tłumaczy Emilia Kaczmarek, prezeska fundacji. “Najprostsze rozwiązania są często najlepsze, ale nie spodziewałyśmy się aż tak dużego odzewu. Bałyśmy się raczej sytuacji, kiedy zgłosi się więcej potrzebujących niż chcących pomagać i będziemy musiały wtedy same „łatać dziury”. Na szczęście osób wspierających jest niemal 10 razy więcej - w tym momencie w naszej bazie zarejestrowanych jest 1817 darczyńców i 203 osoby potrzebujące. Wciąż staramy się docierać do nowych - dzięki naszym wolontariuszkom mamy już wersję zgłoszenia po rosyjsku i angielsku i będziemy je rozsyłać wśród organizacji pomagających uchodźczyniom.”

Idea jest prosta - okresowa sieć wsparcia łączy osoby potrzebujące z osobami gotowymi pomóc. Dzięki pośrednictwu fundacji obie strony pozostają anonimowe. Na stronie fundacji znajduje się formularz, dzięki któremu osoba potrzebująca wsparcia może określić zapotrzebowanie na konkretne produkty menstruacyjne, a osoba wspierająca zadeklarować kwotę za jaką jest gotowa zasponsorować paczkę. Wielu darczyńców poza podpaskami, tamponami czy kubeczkami menstruacyjnymi, dorzuca do zamówienia jakiś miły dodatek np. tabliczkę czekolady. Akcja Menstruacja zdecydowała się prowadzić okresową sieć wsparcia za pośrednictwem największej sieci drogerii w Polsce, ale zastanawia się nad rozszerzeniem akcji również o wysyłkę paczek, żeby dotrzeć do najmniejszych miejscowości.

Ubóstwo menstruacyjne w Polsce 

Wbrew powszechnej opinii ubóstwo menstruacyjne nie jest problemem, z którym mierzą się wyłącznie najbiedniejsza społeczeństwa. Szacuje się, że w może być udziałem nawet 500 mln kobiet na całym świecie, także tych które mieszkają w Europie. W Polsce problem może dotyczyć nawet 500 tys. kobiet! Niektóre kraje, takie jak Irlandia, Wielka Brytania, Nowa Zelandia czy Australia starają się walczyć z  problemem systemowo i finansują ze swojego budżetu zakup środków menstruacyjnych do placówek edukacyjnych. W innych, jak na przykład w Polsce, do walki z ubóstwem menstruacyjnym stają aktywistki i działaczki społeczne działające w fundacjach, bo państwo w ogóle nie dostrzega problemu.

Akcja Menstruacja powstała w 2019 roku z inicjatywy czterech licealistek - Emilii Kaczmarek, Magdaleny Demczak, Julii Kaffki i Wiktorii Szpunar. Dziewczyny zastanawiały się, w jaki sposób dotrzeć z pomocą do osób potrzebujących środków menstruacyjnych. Gdy skontaktowały się z organizacjami wspierającymi kobiety, dowiedziały się, że nikt wcześniej nie zastanawiał się nad rozwiązaniem tego problemu. “Kiedy organizowałyśmy pierwszą zbiórkę, większość rozmów wokół niej dotyczyła pytania „Ale czy ubóstwo menstruacyjne naprawdę istnieje?” - wspomina Emilia Kaczmarek, prezeska Akcji Menstruacja. “Ten etap jest już powoli za nami - teraz staramy się pokazywać społeczeństwu, że to problem jak każdy inny, który jesteśmy w stanie wspólnie rozwiązać.”

Założycielki fundacji: od lewej Emilia Kaczmarek, prezeska fundacji, Julia Kaffka i Magda Demczak. (Fot. materiały prasowe Akcja Menstruacja) Założycielki fundacji: od lewej Emilia Kaczmarek, prezeska fundacji, Julia Kaffka i Magda Demczak. (Fot. materiały prasowe Akcja Menstruacja)

W 2020 roku inicjatywa społeczna Akcja Menstruacja przerodziła się w prężnie działającą fundację, w której dziś pracuje 16 osób. Głównym obszarem ich działalności są szkoły, w których prowadzą projekt “Hej, dziewczyny!”, polegający na zapewnieniu osobom uczącym się stałego dostępu do produktów menstruacyjnych. Specjalne pudełka z podpaskami i tamponami trafiają do szkolnych toalet. Akcję wspierają również działania edukacyjne, dzięki którym uczennice i uczniowie mogą zrozumieć sens stawiania pudełek ze środkami menstruacyjnymi w szkołach. Dziewczyny szykują również dwa poradniki edukacyjne - jeden skierowany do pracowników placówek edukacyjnych, drugi do młodych ludzi, którzy chcą zmieniać swoje otoczenie. Kolejnym projektem są plakaty z kieszonką, w których można umieszczać tampony czy podpaski. Wiszą w toaletach w kawiarniach, restauracjach i szkołach. Trzeci inicjatywa to Punkty Pomocy Okresowej, czyli ogólnodostępne szafki, w których wolontariusze i wolontariuszki fundacji regularnie umieszczają środki menstruacyjne. Metalowe szafeczki umieszczane są w MOPS-ach, organizacjach społecznych i ośrodkach pomocowych.

Idea jest prosta - okresowa sieć wsparcia łączy osoby potrzebujące z osobami gotowymi pomóc. Fot. materiały prasowe Akcja Menstruacja) Idea jest prosta - okresowa sieć wsparcia łączy osoby potrzebujące z osobami gotowymi pomóc. Fot. materiały prasowe Akcja Menstruacja)

W Polsce nadal brakuje szczegółowych badań dotyczących ubóstwa menstruacyjnego, a bez nich nie da się oszacować prawdziwej skali problemu i dotrzeć do wszystkich grup potrzebujących pomocy. Badania mogą również pomóc w znalezieniu odpowiedzi na wiele ważnych pytań - dowiedzieć się, co leży u podstaw ubóstwa menstruacyjnego, jak dużą rolę odgrywa w nim edukacja na temat samej menstruacji, ile nieobecności w szkole związanych jest z brakiem środków higienicznych czy samą miesiączką.

Brak debaty społecznej to jedna z wielu, ale prawdopodobnie jedna z najważniejszych kwestii, która stoi na przeszkodzie rozwiązania problemu ubóstwa menstruacyjnego w Polsce.

“Póki nie będziemy mieć rzetelnych i kompleksowych badań, będzie trudno.  - wyjaśnia Emilia Kaczmarek. Niestety interpelacja poselska w sprawie ich przeprowadzenia nie została rozpatrzona. Dla nas, jako fundacji, kluczowe jest teraz dotarcie do każdego powiatu w kraju. W większych miastach powstaje coraz więcej inicjatyw zwalczających ten problem - sporo w ramach olimpiady Zwolnieni z Teorii, w której same zaczynałyśmy. A pomoc potrzebna jest wszędzie. Wszystkie wymienione kwestie są moim zdaniem istotne, ale gdybym miała wskazać jedną, wybrałabym bagatelizowanie problemu - bez zrozumienia i zaakceptowania tego, że problem istnieje, nie pójdziemy dalej.”

  1. Psychologia

Odzyskana solidarność - prawa kobiet to prawa człowieka

Wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. (Fot. iStock)
Wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. (Fot. iStock)
Kobiety się policzyły. Zobaczyły, jak wiele z nich jest gotowych iść na demonstrację, pomimo pandemii, pomimo tego, że w domu dzieci i praca. To ważne, że wyszły razem, ale też wielopokoleniowo, i że się podczas tych protestów wspierały – mówi psycholog Zofia Milska-Wrzosińska.

Jest pani jedną z sygnatariuszek petycji polskich psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów w sprawie niedawnego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Przestrzegają państwo przed konsekwencjami, jakie może ono mieć dla życia „indywidualnego, rodzinnego i społecznego”. Porozmawiajmy zatem o tych konsekwencjach i o tym, co wydarzyło się pod koniec października.
Oczywiście, konsekwencje będą się różnić w zależności od tego, o jakiej grupie mówimy, a mam tu na myśli różnice pod względem wieku, płci, miejsca zamieszkania czy życiowego doświadczenia. Ale jeśli miałabym uogólniać, powiedziałabym, że to orzeczenie było dla wielu bardzo głęboką, wręcz wstrząsającą ingerencją w prywatność. Okazało się, że tu właśnie przebiega granica, której przekroczenie wywołuje u nich natychmiastowy i silny sprzeciw. Przecież w ciągu ostatnich kilku lat demonstracje w Polsce były na porządku dziennym – w obronie wolnych sądów, gimnazjów czy instytucji kulturalnych – a jednak nie było widać, żeby tak wielu ludzi, zwłaszcza młodych, gromadnie uznało to za swoją sprawę. A tę uznali. Nie sądzę, by ktokolwiek wcześniej to przewidział, również rządzący.

W powszechnym przekonaniu, zwłaszcza wśród starszych pokoleń, młodych przecież niewiele obchodzi.
Złośliwie mówiono, że oni wyszliby na ulice tylko wtedy, gdyby im zabrano dostęp do Internetu. Tymczasem wyszli w obronie swojej prywatności. Okazało się, że mamy aktywną, twórczą młodzież, która jak już się zaangażuje, gdy uzna jakąś sprawę za swoją – jest gotowa mocno i wyraźnie wyrażać swoje stanowisko. A przy okazji oni są inteligentni, dowcipni, odważni, z dystansem do siebie i świata.

Zgadzam się, październikowe protesty po raz pierwszy to, co prywatne, uczyniły publicznym. Widać to było w treści transparentów, ale też w internetowych postach znanych kobiet. Wiele z nich właśnie teraz publicznie opowiedziało o historii swoich poronień czy traumatycznych porodów.
Skoro strefa publiczna wkroczyła tak bezceremonialnie w najintymniejsze sprawy obywateli, to prywatność przestała być prywatnością. Gdy ktoś mówi kobiecie, że na przykład nie powinna stosować antykoncepcji, która na razie nie jest zakazana, albo że jak jest w ciąży, to musi urodzić, z wyjątkiem dwóch przypadków, które realnie rzadko kiedy były przesłankami do terminacji ciąży, czyli gwałtu i bezpośredniego zagrożenia życia matki – to w jakimś sensie ją obnaża, wdziera się w istotę jej kobiecości. I niektóre kobiety odpowiedziały: „Skoro chcecie zaglądać nam do brzuchów, to dobrze, my wam opowiemy, co tam jeszcze może się zdarzać”. Nie jestem szczególną zwolenniczką odsłaniania prywatności, przeciwnie, uważam, że warunkiem równowagi psychicznej jest zachowanie dla siebie i najbliższych strefy intymności. Ale kiedy ta intymność jest atakowana, to nasza prywatność staje się publiczna. Można mieć tylko nadzieję, że w pewnym momencie nastąpi proces korekcji, czyli życie seksualne i kwestie prokreacyjne przestaną być argumentem politycznym, będą prywatnym doświadczeniem pary.

No właśnie, mówi pani „pary”. Czy to był tylko bunt kobiet? Na początku jak najbardziej tak, ale potem?
Oczywiście na początku dotyczyło to kobiet, które uznały, że władza im chce odebrać coś podstawowego. One mocniej zareagowały, bo poczuły obmierzłe totalitarne łapy w swoim wnętrzu. Ale trzeba pamiętać, że prokreacja, rodzicielstwo to obszar, w którym role genderowe bardzo się w ciągu ostatnich 50 lat zmieniły. Kiedyś, jak to bardzo ciekawie opisuje profesor Bogusław Pawłowski, mężczyzna był zaprogramowany psycho­biologicznie, żeby spłodzić jak najwięcej dzieci – bo wtedy są większe szanse, że któreś przeżyje, a on przekaże dalej swój materiał genetyczny. Z punktu widzenia kobiety było na odwrót, bo koszt biologiczny ciąży i urodzenia dziecka, a potem zajmowania się nim jest wysoki, więc biologicznie korzystniej było rodzić tych dzieci mniej, móc się nimi jak najlepiej i najdłużej opiekować w bezpiecznym gnieździe. Wtedy matka mogła dbać o potomstwo tak, by jej materiał genetyczny przetrwał. Historia zna wiele przykładów wybitnych mężczyzn, którzy nie byli zainteresowani swoimi legalnymi dziećmi, o nieślubnych już nie mówiąc. Z emocjonalnym przywiązaniem mężczyzny do potomstwa bywało różnie, niektóre przypadki z dzisiejszej perspektywy mogą szokować.

W ciągu ostatnich 50 lat dziecko również dla mężczyzny stało się czymś cennym. Ta rewolucja wydarzała się stopniowo, i to w dużej mierze dzięki kobietom, które dokonały procesu reedukacji mężczyzn. Kluczowe znaczenie miała antykoncepcja. Przestało być tak, że mężczyzna zapładnia, a kobieta, chcąc nie chcąc, zachodzi w ciążę. Od czasu kiedy kobiety zyskały kontrolę nad swoją płodnością, to również one decydują, z kim i kiedy mają dzieci. A decydują wtedy, kiedy uznają, że ich inwestycja w ten związek i tego mężczyznę jest sensowna. Dlatego też partner, który chce przekazywać swoje geny dalej, musi brać w tej kwestii pod uwagę także wolę i decyzję partnerki. Jest duże prawdopodobieństwo, że nie będzie chciała mieć tych dzieci piętnaścioro i wybierze kogoś, kto wesprze ją w urodzeniu i bezpiecznym wychowaniu dwójki lub trójki potomstwa. Wracając do strajków, kiedy mężczyźni dowiedzieli się, że ich kobieta, z którą są teraz lub będą w przyszłości, może być zmuszona do donoszenia ciąży z bardzo uszkodzonym płodem, kalekim czy niemającym szansy na godne życie, od razu zrozumieli, że ich to też dotyczy – nie tylko w akcie współczucia, ale że to jest też w ich interesie, by kobiety chciały uprawiać z nimi seks, zachodzić w ciążę i mieć kolejne dzieci. Dostrzegli, że ta zmiana ustawowa jest też przeciwko nim, nie tylko przeciwko kobietom. Dlatego tak dużo młodych chłopaków pojawiło się na demonstracjach w całej Polsce.

Ilustracja Patrycja Lewandowska/ Intocollage.pl Ilustracja Patrycja Lewandowska/ Intocollage.pl

Na ulice wyszła nowa kobieta, ucieleśniona – z macicą, biodrami i waginą. Ale też kobieta wkurzona, niemówiąca językiem salonów. Zastanowiło mnie, jak wielkie oburzenie wzbudziła zwłaszcza kobieca agresja i wulgaryzmy. Czy można powiedzieć, że obudziła się dzika kobieta?
Nie wiem, czy się obudziła, czy tylko się ukazała. I nie sądzę, by tu chodziło o dzikość, bardziej pewnie o siłę. Oczywiście dzikość może być czasem wprzęgnięta w siłę – wtedy kiedy chce się coś pokazać w sposób ostry, bezkompromisowy. Na pewno okazało się jedno – że wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. A co do wulgarności, to aby ją lepiej zrozumieć, trzeba przywołać drugi aspekt orzeczenia Przyłębskiej. Pierwszy dotyczył głębokiego naruszenia prywatności, bo jednak życie intymne to jest sprawa najbardziej osobista, jaka może być. Drugi można opisać w kategoriach przemocy. Bo sam sposób wprowadzenia zmiany w system legislacyjny był zrobiony w sposób przemocowy, zresztą nie pierwszy raz. Od kilku lat władza wręcz demonstracyjnie nie liczy się z wolą sporej części społeczeństwa. A jeżeli lekceważy się ludzi w taki sposób, i to jeszcze z intencją upokorzenia i pokazania, kto może więcej – jest to przemocowe. Nie było debaty społecznej ani dyskusji parlamentarnej, tylko po prostu w jakimś momencie odmrożono zapytanie do Trybunału Konstytucyjnego, które tam leżało i pewnie mogło sobie jeszcze leżeć, jak wiele innych wniosków.

W moim odczuciu wulgarność i to, co się działo w trakcie demonstracji, to była reakcja na przemoc. Schowaną pod płaszczykiem hipokryzji i podawaną jako coś, co się robi, bo ma się do tego prawo, albo rzekomo dla czyjegoś dobra.
Reakcją na przemoc były furia, złość i bunt. Bo jeśli jedna strona odmawia rozmowy, to drugiej pozostaje jedynie krzyknąć: „wypierdalać” – bo na to ludzie reagują, słyszą to i się temu dziwują. Przecież były tysiące grzecznych, racjonalnych petycji przeciwko rozmaitym zmianom, jakie wprowadzał rząd, i co? One były pomijane, nawet niebrane pod uwagę. Nie było żadnej rozmowy z protestującymi.

Stąd pojawiające się hasła: „Grzeczne już byłyśmy”.
Połowa społeczeństwa mogłaby powiedzieć: „Grzeczni już byliśmy – robiliśmy demostracje, żeby wspomnieć protest czarnych parasolek, pisaliśmy petycje, próbowaliśmy, pokazywaliśmy”. Ile było opracowań na temat tego, jak złe jest to, co dzieje się w Polsce z sądami! I nic. Przeciwnie, parę skompromitowanych posłów wpakowano do trybunału. U kobiet doszedł jeszcze czynnik sprawstwa: „Zaskoczę was. Pokażę wam, że nie da się mną rządzić tak, jak wam się podoba”. A skoro nas nie szanujecie, to jesteśmy gotowe do wojny. Stąd mocno rezonujące hasło z demonstracji: „To jest wojna”. Czyli: „Wy wypowiedzieliście nam wojnę, a my przyjmujemy wyzwanie”.

„Bo my też mamy siłę”.
Oczywiście! Bardzo dużo mówiło się niedawno, i to z niepokojem, o tym, że dziewczynki z gimnazjów czy liceów są coraz bardziej agresywne i „używają słów”. Sama czasem podsłuchiwałam na ulicy dyskusje między dziewczynkami w wieku 12–13 lat wracającymi ze szkoły: „I, kurwa, ten chuj mi powiedział, żebym wypierdalała”. Mowa była skądinąd o nauczycielu, który wyprosił dziewczynkę z lekcji. One się nie obrażały, nie kłóciły, one miały po prostu taki styl narracyjny. Już wtedy myślałam, że coś się zmienia, że to naprawdę jest inne pokolenie. Bo tak, jak prawie zawsze przy zmianie, wahadło odchyla się daleko, a potem stopniowo wraca bliżej środka. Młode dziewczyny patrzą na to, co się dzieje, i myślą: „Jak to jest, że im wolno, a nam nie? Jak to jest, że pijany ojciec może wyzywać matkę od kurew, a ona ani ja nie możemy odpowiedzieć, nazwać go chujem złamanym?”. Mam wrażenie, jakby to nowe pokolenie dziewczyn ćwiczyło, jak to się robi.

Czyli w tym buncie chodziło o pewne wyrównanie w prawach?
Proszę zauważyć, że przekaz rządzących był zbudowany w klimacie napominania małych dzieci przez mądrych rodziców: „To jest dla waszego dobra, tylko wy tego na razie nie rozumiecie”. I na przykład wykorzystywał do tego powstałą w kręgach kościelnych ideę „syndromu poaborcyjnego”, czyli arbitralne twierdzenie, że każda kobieta po dokonaniu aborcji przeżywa zespół chorobowy. Nie, że jest smutna czy żałuje, ale że ma zaburzenie psychiczne i trzeba ją z tego wyleczyć. To tak, jakby powiedzieć kobiecie: „Dziecko drogie, ty nie widzisz tej boskiej woli w swojej macicy, bo niewiele ogarniasz swoim malutkim rozumkiem, ale zapewniam cię, że to, o czym myślisz, to morderstwo, potem bardzo byś cierpiała, dlatego dla twojego dobra zakazuję ci tego robić, jeżeli nie chcesz być ukarana”. Poza tym stanowisko władz zakłada, że kobieta podejmuje decyzję o aborcji w emocjach, w panice, bo zobaczyła na USG uszkodzony płód, a dorosły mężczyzna o mentalności, powiedzmy sobie otwarcie, dziadersa, ma wiedzę, zrozumienie i mądrość, dlatego on będzie decydował. Jak ten dobry ojciec podejmie za nią decyzję. I to właśnie doprowadziło kobiety do furii.

Może dlatego, że od wieków mężczyźni za nas podejmują decyzje. Ojcowie, bracia, mężowie...
No więc teraz jest nad nami taki ojciec zbiorowy, który mówi, że to nie jest przeciwko nam, tylko dla nas, z troską o naszą psychikę i ciało. Myślę, że ten wyższościowy paternalistyczny ton, nieznośnie rodzicielski, to jest coś, czego kobiety biorące udział w protestach najbardziej nie akceptują w tym wszystkim. Można czasem założyć, że rodzic wie lepiej, ale to musi być rodzic, który ma autorytet. A dzisiejsza władza w Polsce dla wielu osób nie spełnia kryteriów mądrego rodzica czy ojca – autorytetu.

W moim odczuciu to był też bunt przeciwko patriarchatowi.
Ja bym powiedziała, że to był bunt dorosłych dzieci przeciwko ojcom, którzy są niezbyt mądrzy, niezbyt dobrzy, których trudno uznać za autorytet, bo się wielokrotnie skompromitowali, i trudno kochać, bo są okropnie niesympatyczni. Przy tym trzeba pamiętać, że niektórzy z tych ojców to niestety matki. I tacy rodzice traktują swoje dorosłe dzieci jak głupie i nieumiejące podejmować własnych decyzji. Próbują im narzucić wizję świata, nie mając do tego podstaw, bo nie są z nimi w dobrej relacji i nie mogą się powołać na mądrość inną niż taka: bo ja tak chcę i uważam. Czyli nie sam patriarchat jako przewaga mężczyzn był tu wrogiem – od tego odchodzimy już coraz bardziej. Byli nim fałszywi ojcowie, dziadersi (i dziaderki), którzy nie widzą, że dzieci wiedzą więcej i myślą inaczej. Nie słuchają ich, a wtedy one zaczynają mówić tak, by je usłyszano.

Myślę, że te protesty pokazały też, że siła kobiet jest w grupie. Nawet jeśli w tej grupie nie do końca mamy to samo zdanie.
Zgadzam się i uważam, że to bardzo ważne, że kobiety nie tylko wyszły razem, ale też wyszły wielo­pokoleniowo i że się podczas tych protestów wspierały – było tam wiele podnoszących na duchu obrazków, ukazujących kobiecą solidarność. Kiedy zobaczyłam, jak ogromne liczebnie były te demonstracje, pomyślałam o czymś jeszcze. Przypomniały mi się zdjęcia z pierwszej pielgrzymki do Polski postaci przez lata bardzo idealizowanej, czyli papieża Jana Pawła II tuż po jego wyborze. Aby go powitać, na ulice wyszły tłumy Polaków, a władza komunistyczna patrzyła na to z pewnym wahaniem, wstrzymując się jednak od reakcji. Wtedy użyto określenia, że Polacy się policzyli. Czyli zobaczyli, ilu ich naprawdę jest, ilu z nich wyszło na ulice w tej samej sprawie. Teraz można powiedzieć, że protestujące kobiety się policzyły. Zobaczyły, jak wiele z nich jest gotowych iść na demonstrację, pomimo pandemii, pomimo tego, że w domu dzieci i praca. To było ważne zwłaszcza w małych miasteczkach, gdzie nie można być anonimowym w tłumie, bo wszyscy się znają. Obyśmy tej odnalezionej solidarności nie straciły. 

Zofia Milska-Wrzosińska, psycholog, psychoterapeutka, współzałożycielka Laboratorium Psychoedukacji, w którym pracuje od jego powstania. Prowadzi psychoterapię w nurcie psychodynamicznym.