1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Racjonalne zakupy: od czego zacząć?

Racjonalne zakupy: od czego zacząć?

O tym, że żyjemy w czasach, w których wszystko odbywa się w ekspresowym tempie, a konsumpcjonizm zdominował rynek - wiemy wszyscy. Warto jednak skupić się na odwrotnych trendach, związanych z minimalizmem, oszczędzaniem i niemarnowaniem. Przejście z jednego trybu życia w drugi nie musi być ekstremalne, można go zacząć od codziennych zakupów.

Sezon letni zachęca do korzystania ze świeżych owoców i warzyw, a inspiracji do przygotowywania z nich smacznych potraw nie brakuje. Niestety, produkty te szybko tracą swoje właściwości i zaczynają się psuć - według badań, Polacy najczęściej wyrzucają pieczywo i wędliny, a tuż po nich owoce i warzywa.* Żeby temu zapobiec wystarczy przed zakupami zastanowić się czego i w jakich ilościach potrzebujemy. Dzięki odpowiedniemu planowaniu i przechowywaniu, możemy przeciwdziałać sytuacjom, w których po zajrzeniu do lodówki lub koszyka z owocami uświadomimy sobie, że część produktów się zmarnowała. Twórca aplikacji mobilnej – marka Electrolux - przedstawiła problem marnowania żywności w bardzo przystępny i klarowny sposób. Premiera animacji o racjonalnym robieniu zakupów rozpoczyna cykl video-porad, mówiących, jak ograniczyć marnowanie żywności.

">Czy wiesz, że możesz mieć 100 darmowych posiłków w ciągu roku?

5 zasad racjonalnych zakupów:

  1. Zjedz posiłek przed wybraniem się do sklepu
Zanim udamy się do sklepu powinniśmy spożyć jakiś posiłek – zakupy z pustym żołądkiem sprawiają, że wkładamy do koszyka więcej produktów niż potrzebujemy i będziemy w stanie wykorzystać.
  1. Planuj tygodniowe menu
Najlepiej jest zaplanować wcześniej menu na nadchodzący tydzień. Warto wyznaczyć sobie czas na przejrzenie aktualnych trendów kulinarnych i pamiętać o różnorodności posiłków.
  1. Rób listę zakupów
Jeśli zaplanujesz sobie jadłospis, będziesz w stanie stworzyć dokładną listę zakupów, która pomoże Ci oprzeć się sklepowym pokusom. Przed wyjściem na zakupy, dobrze jest porównać listę z tym, co już mamy z domu.
  1. Dokładnie czytaj etykiety
Etykiety stanowią swego rodzaju instrukcję obsługi - to one informują nas w jaki sposób należy przechowywać produkt, żeby jak najdłużej zachował swoje wartości. Pamiętajmy, że nie wszystko można przechowywać w lodówce, o czym też można dowiedzieć się z informacji na opakowaniu.
  1. Sprawdzaj datę ważności
Chcąc zaoszczędzić, często korzystamy z różnego rodzaju promocji, warto jednak pamiętać, że mogą one wynikać z krótszego terminu przydatności do spożycia. Przed zakupem zastanówmy się więc, czy na pewno zdążymy przyrządzić danie z przecenionego produktu – jeśli tak, śmiało możemy sięgnąć po tańszą rzecz w przeświadczeniu, że podążamy za trendami oszczędzania i niemarnowania.

Pamiętajcie, że jeśli zostaną Wam w lodówce niewykorzystane produkty i niezjedzone dania, wcale nie muszą się zmarnować. Zdarzyło Wam się kiedyś ugotować większą porcję, niż byliście w stanie zjeść? Na pewno dla każdego z nas taka sytuacja brzmi znajomo. Teraz dodatkowa porcja nie musi się zmarnować. Aplikacja mobilna to platforma komunikacji, dzięki której użytkownicy mogą przekazywać sobie produkty spożywcze. Wystarczy zalogować się i dodać ofertę lub poszukać czegoś dla siebie.

Nie marnujmy – dzielmy się!

*Badania Millward Brown na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności w 2017 r.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Puść banana - uwolnij się od chęci posiadania. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Niewygoda to zawsze wyzwanie, które sprzyja rozwojowi wewnętrznemu. (Fot. Getty Images)
Niewygoda to zawsze wyzwanie, które sprzyja rozwojowi wewnętrznemu. (Fot. Getty Images)
Naszą naturalną potrzebą jest wygodne życie. Przedmioty i urządzenia, które je ułatwiają. Brak trosk, konfliktów i lęków. – Ale to dzięki niewygodom doświadczamy życia pełniej i intensywniej – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. 

Pandemia zmusiła nas do wyrzeczeń, obawiamy się ich skutków. Tymczasem w książce „Wszystko jest łatwiejsze, niż nam się wydaje” hiszpańskiego psychoterapeuty Rafaela Santandreu przeczytałam coś zaskakującego. Właśnie wyrzeczenia mają nam dać poczucie obfitości i bezpieczeństwa!
Zgadzam się z tym, bo świadoma rezygnacja z nadmiaru wygód i dóbr jest jedną z dróg prowadzących do rozwoju duchowego. A więc do zmiany perspektywy na to, co jest prawdziwą wartością w życiu, a przede wszystkim – czym jest samo życie. Ilustrują to dobitnie historie wszystkich wielkich proroków i oświeconych, którzy albo – tak jak Jezus – doświadczali skrajnej biedy i wielkich zagrożeń, albo – tak jak Śakjamuni – dobrowolnie wyrzekali się posiadania czegokolwiek oprócz szaty, miski i kija. Śakjamuni był księciem, synem przebogatego króla Kaszmiru. Kiedy się urodził, nadworny astrolog powiedział królowi, że jego syn ma potencjał wielkiego nauczyciela duchowego. Król, który inaczej widział cel życia swojego następcy, zrobił, co mógł, aby tak się nie stało. Zapewnił synowi superkomfortowe warunki, brak jakichkolwiek trosk. A więc egzystencję pozbawioną czegokolwiek, co skłaniałoby młodego księcia do refleksji nad kruchością i przemijalnością życia. Nawet kwiaty w pałacu Śakjamuniego wymieniano każdej nocy na świeże, aby nie dostrzegł, że więdną.

Komfort i brak trosk nas… ogłupia?
Oddziela od doświadczenia prawdziwego życia, od świadomości, że my, ludzie, na równi z kwiatami, zwierzętami, górami i gwiazdami jesteśmy jego ekspresją. Król stworzył dla syna superinkubator, by podtrzymywać i umacniać w nim poczucie oddzielenia od nieustannie zmieniającego się życia. Pewnego dnia popełnił jednak błąd, gdyż zezwolił na to, aby książę przyglądał się zawodom oraczy. Śakjamuni zobaczył więc ciągnięte przez woły, spulchniające ziemię pługi. Zobaczył lecące za nimi ptaki wyjadające dżdżownice wyrzucone lemieszem na powierzchnię. Doświadczył więc tego, co nazywa się kołem życia i śmierci: oranie ziemi po to, aby posiać ziarno, z którego będzie chleb. Niszczenie pługiem schronienia dżdżownic, umożliwiające ptakom zdobycie pożywienia. Późniejszy Budda zrozumiał, że nie żyje realnym życiem, i porzucił bogactwo i władzę. Uciekł z ojcowskiego inkubatora w Himalaje w poszukiwaniu mistrzów życia. Dzięki tym wyrzeczeniom poznał piękno i bogactwo świata, w którym kwiaty nie tylko kwitną, lecz także przekwitają, dając początek owocom i nasionom. Doświadczył obfitości i cudowności prawdziwego życia. I tego, że wszystkie jego formy wyłaniają się z jednego źródła, z którym są tożsame.

Ilustracja Paweł Jońca Ilustracja Paweł Jońca

Porzucić pałac?! Wielu z nas czuje lęk na myśl, że może nie mieć lodówki z zamrażarką, która kruszy lód!
Afrykańscy Pigmeje łapią małpy w taki sposób, że wkładają banana do klatki o bardzo wąskich przerwach między bambusowymi prętami. Małpa widzi smakowity owoc, wkłada łapę do klatki, chwyta go, ale nie może wyjąć. Nie jest jednak w stanie puścić banana, nawet gdy widzi zbliżających się myśliwych. No i traci nie tylko ten owoc, lecz także wolność, a nawet życie. My postępujemy podobnie, uważając, że tylko dzięki nowemu samochodowi czy wygranej na loterii będziemy szczęśliwi! Nie tylko ręka, ale i nogi utykają nam w klatce, kiedy wszystko poza tymi naszymi bananami uznajemy za bezwartościowe. Oddajemy wolność, nierzadko zdrowie, a także całe piękno świata i smak życia za złudzenie posiadania i bezpieczeństwo.

Wyrzeczenie się „banana” daje poczucie obfitości, bo kiedy o nim zapominamy, zaczynamy dostrzegać wszystko, co poza klatką może nam dać świat?
Właśnie! Komfort ani posiadanie nie są warunkiem szczęścia. Jest nim wyrzeczenie. Dzięki niewygodom żyjemy pełniej! Doświadczamy życia intensywniej, bo poza strefą komfortu wyostrzają się nasze zmysły: słuch, wzrok, węch, dotyk. A to dlatego, że nie możemy postępować rutynowo, automatycznie, schematycznie. Jesteśmy więc obecni w swoim życiu, jesteśmy tu i teraz. Kreatywni, otwarci.

To tylko nasze neurotyczne pragnienia, uzależnienia przeszkadzają nam cieszyć się obfitością życia. Co więcej, im bardziej dbamy o swoją wygodę, tym bardziej rośnie w nas lęk, że ją stracimy. Tym więcej energii wkładamy w to, aby te wygody pomnożyć. Ale to znów wzmacnia w nas lęk przed utratą tego, co wydaje się nam warunkiem szczęścia i bezpieczeństwa. I tak wpadamy w błędne koło, bo lęku możemy się pozbyć, tylko wyrzekając się konsumpcyjnych pragnień i ograniczając je. Jeśli nam się to uda, to jesteśmy jak małpa, która puściła banana: odzyskujemy wolność, ratujemy życie i rozwijamy swoją autonomię.

Niewygoda i wyrzeczenia stwarzają warunki do rozwoju naszej niezależności?
Poza strefą komfortu rozwijamy odporność psychiczną! Pokonując różne wewnętrzne i zewnętrzne przeszkody, przezwyciężając lenistwo, a także ucząc się panować nad impulsami i emocjami – kształtujemy swój charakter. Poza strefą komfortu wzmacniamy też odporność biologiczną. Poprzez częsty i urozmaicony kontakt z bakteriami i patogenami aktywizujemy system immunologiczny.

Wychodząc ze strefy komfortu, hartujemy więc psychikę i ciało?
Właśnie! Hartujemy! Zwróć uwagę, że tego słowa się dziś nie używa. Bo też nie mamy za wiele okazji, by nabierać krzepy i odporności w zetknięciu z niewygodami i zagrożeniami. Nie mamy więc jak zdobywać umiejętności, które pomagają nam realnie o siebie zadbać. Pandemia covid-19 pokazuje, że inkubator, stworzony w pocie czoła przez naszą konsumpcyjną cywilizację, daje nam tylko złudzenie bezpieczeństwa, a w istocie nas osłabia. Nie mamy bowiem okazji ćwiczyć odporności. Co więcej, dążąc do komfortu i bezpieczeństwa, tak zapaskudziliśmy naszą planetę, że stała się toksyczna. Stoimy więc teraz jako cywilizacja przed wyborem: Czy inwestować w doskonalenie inkubatora, nie zważając na powiększające się wokół niego śmietnisko? Czy raczej postawić na sprzątanie i na ludzką naturalną zdolność do radzenia sobie z patogenami?

W zamian za śmiecenie i trucie mamy autonomiczne samochody, myślące domy!
Czyli niepotrzebne wygody, które nas pozbawiają okazji do rozwoju naszych ukrytych potencjałów. Jeszcze 30 lat temu masa codziennych wyzwań – czyli niewygód – sprawiała, że byliśmy bliżej życia, bliżej natury. Znaliśmy zasady i reguły obowiązujące na statku kosmicznym, jakim jest nasza Ziemia. Tych zasad nie da się bezkarnie łamać ani lekceważyć, bo wtedy nic nas nie obroni przed kolejnymi pandemiami.

No, ale co proponujesz w miejsce komfortu i konsumpcji?
Świadomość naszych autentycznych, głębokich potrzeb. Pozwoli nam ona zrozumieć, że nieustanny wzrost gospodarczy nie jest najważniejszy. Podobnie jak wygody, posiadanie rzeczy i sztuczne, pozbawione patogenów środowisko. Ważna jest za to autonomia, obecność we własnym życiu. Związki z ludźmi i utożsamienie się z całym biologicznym światem. Świadomość naszych autentycznych, głębokich potrzeb pozwala nam zrozumieć, że o poczuciu obfitości decyduje miłość, czyli afirmujący i akceptujący stosunek do wszelkich przejawów życia. Z naszym własnym życiem włącznie.

Każdy, kto już to wie, jest przygotowany do życia w świecie postpandemicznym. Co do pozostałych można mieć nadzieję, że pandemia sprowokuje ich do wewnętrznej transformacji i zobaczą, iż obecność w realnym świecie, a także związki i miłość uwalniają nas od lęku przed wyrzeczeniami, niewygodą, stratą, zagrożeniem. Kiedy mamy świadomość naszych autentycznych, głębokich potrzeb, cokolwiek by się działo, nie stracimy poczucia bezpieczeństwa, obfitości i sensu.

No, ale tak na co dzień niewygody, jak sprężyna pod tapicerką fotela, sygnalizują nam konieczność zmiany mebla, a nie rozwoju duchowego przez siedzenie na sprężynie.
No właśnie, to kolejna korzyść z niewygody – zmusza nas do zmiany. A bywa, że to, co pozwolę sobie nazwać niewygodą, ma wymiar tragedii, gdyż przejawia się, na przykład, w postaci utraty najbliższej osoby. Wtedy mamy wybór: załamać się, zamknąć w poczuciu krzywdy i zgorzknieć, czyniąc ze swego życia ponurą izbę pamięci; albo potraktować tę sytuację jako impuls do rozwoju, zaangażowania w coś pożytecznego. Wtedy świat będzie nas nadal zachwycał na wiele nowych sposobów.

Wygląda na to, że nic nam tak nie szkodzi jak wygodny fotel i brak wyzwań.
Spójrzmy na seniorów. Wielu planuje, że na emeryturze będzie tylko wypoczywać i wypoczywać. Ale kiedy to się im uda, wpadają w depresję! Nadmiar wygody rodzi poczucie bycia niepotrzebnym i braku motywacji do czegokolwiek. Niezbędna jest wtedy jakaś pasja, działalność na rzecz innych, poznawanie nowych przestrzeni. Cokolwiek, co skłoni nas do przekraczania ograniczeń i bezruchu. Emeryt musi nieźle się nagimnastykować, aby wspiąć się nawet na niewielki górski szczyt. Ale gdy mu się to uda, eksploduje radością. Niewygoda to zawsze wyzwanie, a nie problem.

Największym wyrzeczeniem, zdaniem Rafaela Santandreu, jest wyrzeczenie się życia, czyli pogodzenie się z tym, że kiedyś umrzemy. Dopiero to daje nam całkowitą wolność od lęku.
Daje nam to całkowitą wolność od lęku szczególnie wtedy, gdy poczujemy i zrozumiemy, że sami jesteśmy życiem, które nieustannie się zmienia, zanika i odradza. I że w tym sensie jesteśmy nieśmiertelni. Możemy się do tej wolności przybliżyć, wyobrażając sobie, że tracimy wszystko, co posiadamy. Także bliskich. Co by z nas wtedy zostało? Kim byśmy byli? Co byłoby sensem naszego dalszego życia? Podobne ćwiczenie to wyobrażenie sobie, że został nam miesiąc życia, bo na przykład mamy jakąś terminalną chorobę. Jak sobie wtedy zorganizujemy ten czas? Czym go wypełnimy? Poważne potraktowanie takich ćwiczeń pomoże nam na nowo ustawić hierarchię wartości i nie zmarnować czasu, jaki nam pozostał.

Ale takie refleksje przerażają!
Jeśli tak, to trzeba przypomnieć sobie, że zaledwie 75 lat temu skończyła się straszna wojna, podczas której miliony ludzi utraciły wszystko. Tych ludzi trzeba pytać, jak to zrobili, w imię czego chciało im się jeszcze żyć. Już prawie wszyscy odeszli, ale na szczęście zostawili po sobie sporo książek…

A ty co byś powiedział?
Cały czas tylko o tym mówiłem.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Po co nam ten czas? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
Myślę, że to poważne ostrzeżenie. Okazja, by dostrzec błędy, które człowiek popełnia w imię chciwości – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I zastanawia się, czy pandemia nie zatrzymała nas przypadkiem w drodze do autodestrukcji.

Czy można znaleźć jakiś sens w tym, co się dzieje dziś na świecie?
To się dopiero okaże. Na razie widnokrąg zasłania nam czarna chmura nieszczęścia i lęku. Z bliska oglądamy chorujących i umierających ludzi, więc boimy się o nasze przetrwanie. Z drugiej strony – odczuwamy zagrożenie perspektywą utraty pracy, zarobków i utonięcia na lata w biedzie, w długach. Mamy powody przypuszczać, że świat, jaki znamy, i system wartości, który go napędzał, rozpadają się na naszych oczach. Wszystko to zmusza do zadawania sobie pytań, które wcześniej nie przychodziły nam do głowy, np.: Czy nasze życie ma trafnie zdefiniowany cel? Czego potrzebujemy do szczęścia?, itp.

Dostaliśmy czas, by zastanowić się, czy stworzyliśmy świat, który daje nam to, czego naprawdę potrzebujemy?
Odpowiedź na pytanie, po co nam była groźba „końca świata”, poznamy zapewne dopiero, gdy ta groźba minie. Obyśmy nie uznali jednak wtedy pandemii za przypadkowe i chwilowe zrządzenie losu. Tak jak w dowcipie o mężczyźnie, który w obliczu nieuchronnej śmierci z rąk męża swojej kochanki wyskakuje przez okno na 30. piętrze, a w trakcie tych kilku sekund spadania modli się żarliwie o ratunek. Obiecuje Bogu, że jeśli go ocali, będzie żył w zgodzie ze wszystkimi przykazaniami! Kiedy jednak szczęśliwie ląduje na ogromnym rozłożystym drzewie, myśli: „Co też za głupoty człowiekowi w stresie przychodzą do głowy!”.

Miejmy nadzieję, że i my wylądujemy szczęśliwie!
I że wtedy trudno będzie nam zaprzeczyć, że to, co nas spotkało, było negatywną konsekwencją tego, że nasz system ekonomiczny – a my wszyscy wraz nim – był nastawiony na zysk za wszelką cenę. Za cenę ludzkiego zdrowia i życia, za cenę popsucia powietrza i klimatu, za cenę niewyobrażalnej udręki zwierząt hodowlanych, za cenę masowego wymierania wielu tysięcy gatunków zwierząt dzikich i za cenę destabilizacji ekosystemu Ziemi.

Trudno nie myśleć o apokalipsie…
Koronawirus zatrzymał nas wszystkich w biegu. Prawdę mówiąc, marzyłem o tym, żeby jakimś cudem tak się stało – co nie znaczy, broń Boże, że marzyłem o pandemii. Marzyłem tylko o tym, żebyśmy się wszyscy choć na moment zatrzymali. Nawet jedna z moich pierwszych książek nosiła tytuł: „Zatrzymaj się”. Gdy 1 sierpnia zeszłego roku w Godzinie „W” znalazłem się w miejscu, gdzie wszystkie samochody i przechodnie zatrzymali się na całą minutę – pomyślałem, że powinniśmy się tak zatrzymywać częściej i na dłużej, by uświadomić sobie, jak głęboko jesteśmy uzależnieni, jak, poświęcając wszystko inne, pędzimy na oślep, odurzeni perspektywą kupienia sobie jeszcze jednej niepotrzebnej rzeczy. Gotowi harować na to dniami i nocami.

Ilustracja Paweł Jońca Ilustracja Paweł Jońca

Konsumpcjonizm nie dał nam szczęścia. Ale wszyscy, choć w różnym stopniu, wpadliśmy w jego sidła. Czy sam nie byłeś przez te lata zapracowany?
To prawda, ale nie w imię posiadania rzeczy i pieniędzy, lecz mojej uporczywej misji pomagania innym w rozstawaniu się ze złudzeniami. Lecz i tak nie zapominałem o tym, by żyć w zgodzie ze sobą, czyli realizować pasje, uczyć się, doskonalić, medytować, bawić się i wypoczywać. Dlatego, patrząc na ludzi biegających w kieracie „zarób – wydaj – zarób”, mogłem dostrzec, jak bardzo są umęczeni i zagubieni. Często miałem nawet wrażenie, że uczestniczę w jakiejś zbiorowej psychozie… Więc mam nadzieję, że to wymuszone przez pandemię gwałtowne zatrzymanie się stanie się dla nas wszystkich początkiem procesu wychodzenia z nałogu. Ciągnąc tę analogię, można powiedzieć, że jesteśmy teraz na przymusowym detoksie.

Szkoda, że nie na dobrowolnym.
Tak, ale przymus bywa konieczny, gdy chodzi o życie. Potem zapewne wejdziemy w fazę odwyku wraz z jej nieuchronnymi epizodami nawrotu. Ale i tak będziemy stopniowo odzyskiwać zdolność do odczuwania wszystkimi zmysłami dawno zapomnianych smaków życia. Do rozpoznawania tych prawdziwych potrzeb naszych serc i dusz. A wtedy już nic ani nikt nie zdoła nas na powrót zaprząc do dawnego kieratu.

Pandemia może więc pomóc nam pokonać konsumpcjonizm z tym, co nam wmówił, czyli sztucznymi potrzebami?
Spod chmury grozy i nieszczęścia trudno dostrzec jakiekolwiek pozytywy w tym, co się nam teraz przydarza. Jednak za jakiś czas być może docenimy to, że pandemia zatrzymała nas – niestety, tylko tych, którzy przeżyli – w nieświadomym pędzie ku autodestrukcji. A więc że dzięki groźbie końca świata uniknęliśmy rzeczywistego końca świata. Stanie się tak jednak, pod warunkiem że ten czas będzie dla ludzkości okazją do opamiętania się. Na szczęście tak się już powoli dzieje! Wkrótce po wybuchu pandemii słyszałem od wielu klientów i znajomych: „W imię czego tak ciężko pracowałem i dokonywałem wyborów, które demolowały moje życie rodzinne, moje relacje z przyjaciółmi, moje prawdziwe marzenia?”. To ważne dla nas wszystkich, by zdać sobie sprawę z beznadziei konsumpcyjnej egzystencji. Ale ile grozy trzeba było nam zaaplikować, aby rozpoczął się proces przemiany zbiorowej świadomości?!

Co nam może pomóc, aby ten proces się nie zatrzymał?
Może nam w tym pomóc zbiorowe poczucie, że śmierć jest realna, przez dekady usiłowaliśmy zaprzeczać jej istnieniu. Ukrywaliśmy ją skrzętnie w szpitalnych kostnicach, przebieraliśmy i szminkowaliśmy w luksusowych domach pogrzebowych. Nawet sama żałoba stopniowo zaczęła być uznawana za stan wymagający leczenia albo wręcz stratę czasu! Żal i świadomość, że nasze istnienie jest kruche i ma swój kres, są nie do pogodzenia z życiem w radosnej konsumpcji. Więc kiedy przypomnimy sobie wreszcie, że jesteśmy śmiertelni, wiele może się zmienić.

Mamy szansę odkryć, czym jest szczęście?
Tak, jeśli ta lekcja pokory nas czegoś nauczy. Jeśli uznamy, wbrew temu, co od lat wciskały nam reklamy, korporacyjne prezentacje, mówcy motywacyjni i różni, pożal się Boże, przywódcy, że nie jesteśmy ani nieśmiertelni, ani wszechmocni!

Poczucie bezsilności może nas wewnętrznie przemienić?
Urealnienie to kolejny ważny warunek przemiany naszej świadomości. Urealnienie, czyli także dostrzeżenie, że cierpliwa natura wystawia nam w końcu słony rachunek za naszą zbiorową agresję, niepohamowaną chciwość, arogancję i ignorancję. Warto uznać to, że Ziemia jest inteligentnym bytem, że dba o swoją równowagę i wszystkie stworzenia. A także i to, że gdy zostanie ona wyprowadzona z równowagi, gdy broni życia jako takiego, działa bezwzględnie. Bardzo ważne jest więc, abyśmy to, co nas teraz spotyka, potraktowali jako bolesną, ważną nauczkę. Dostrzegli wreszcie nasze zbiorowe ślepotę, zadufanie i nielojalność wobec planety, która robiła i wbrew pozorom nadal robi wszystko, aby ratować i wspierać życie – w tym także życie naszego gatunku!

Przyjęcie hipotezy Gai może pomóc nam przetrwać?
Nawet jeśli uznać istnienie Gai za baśń, to jest to baśń warta głoszenia. Baśniową interpretację tego, co nas spotyka, można zamknąć w opowieści o Gai, która zdecydowała się na obronę świata natury przed agresją ludzi. Nie bez powodu wrogie nam wirusy pochodzą ze świata zwierząt. Paradoks polega na tym, że prawdopodobnie sami ich produkcję prowokujemy. Na tej samej zasadzie, na jakiej wyprodukowaliśmy wiele lekoopornych bakterii, bo np. karmimy zwierzęta hodowlane antybiotykami. Niestety, ludzi, którzy ostrzegali przed takim postępowaniem, lekceważono i nazywano ekoterrorystami.

Co teraz będzie? Jak myślisz?
Trudno powiedzieć, jak to się potoczy. Jeśli kryzys ekonomiczny będzie głęboki, gdy zabraknie zasobów potrzebnych do życia, różnie może być. Choć myślenie egotyczne byłoby skrajną głupotą, bo problemy, przed którymi stanęliśmy jako ludzkość, można rozwiązać tylko przez wspólnotowe, świadome działania wszystkich ludzi i krajów – czyli tylko w skali globalnej możemy znaleźć ratunek przed końcem świata.

Czyli dzięki pandemii mogą odżyć i ocalić nas takie wartości, jak poczucie wspólnoty, które tępił neoliberalizm?
Świadomość ludzka, nawet gdy zostanie skonfrontowana z niebezpieczeństwem końca świata, może jednak zmieniać się zbyt wolno. Podobnie jak się to dzieje ze świadomością człowieka skonfrontowanego z diagnozą terminalną. Pierwszą fazą jest zawsze zaprzeczanie: „To jakaś ściema ta pandemia”. Kolejna faza to agresja: „Dlaczego nas to spotyka, to wszystko wina Chińczyków, masonów, Żydów!”. Potem następuje faza targowania się z losem, z naturą czy z Bogiem: „Jeśli nie zachoruję, to pójdę na drobne ustępstwa, np. przestanę jeść mięso”. I dopiero kolejny etap to czas rezygnacji z mechanizmów obronnych i wzięcie odpowiedzialności za swoje działania, czyli bicie się w piersi. Wtedy dopiero idziemy po rozum do głowy i pojawia się szansa na adekwatne do zagrożenia, racjonalne działanie. Niestety, jako zbiorowość jesteśmy ciągle w fazie zaprzeczania i targowania się. Wciąż wierzymy w wielkie zwycięstwo człowieka w walce z ciemnymi siłami przyrody. To zgubne. Czas wylądować na ziemi, zacząć zachowywać się dojrzale i przyzwoicie.

Przyzwoicie?
Przyzwoicie, czyli tak, by człowiek funkcjonował zgodnie z wymaganiami ekosystemu. Wtedy historycy przyszłości będą mieli szansę uznać, że to wszystko, czego teraz doświadczamy, stało się w głęboko pojmowanym interesie ludzkości, a nie przeciwko niej. I że ludzkość była w stanie z tej strasznej lekcji wyciągnąć naukę.

Klasyczna opowieść o epidemii, czyli „Dżuma” Alberta Camusa, to opowieść o tym, że dopiero uznanie rzeczywistości i podjęcie mądrych decyzji zatrzymało zarazę…
Dopiero teraz, kiedy mamy pandemię i katastrofę klimatyczną, dokładnie widać, jak potężny jest ten mechanizm „zaprzeczania”, który doprowadził naszą cywilizację na krawędź. Dziś wreszcie też widać, że ci, którzy zaprzeczają powadze sytuacji, są ogromnym zagrożeniem dla pozostałych, gdyż to oni w istocie są roznosicielami zarazy. A, niestety, to właśnie oni przez ostatnie dekady decydowali o losach świata. Na przykład pan Trump – jako czołowy „zaprzeczacz” – doprowadził Amerykę do sytuacji tragicznej, bo pozbawił ogromną liczbę swoich obywateli dostępu do służby zdrowia. Jest nadzieja, że w związku z tym przegra najbliższe wybory.

Pandemia pokazuje, że idea państwa jako opiekuna swoich obywateli ma głęboki sens, choć przez ostatnie 25 lat nam ją obrzydzano.
Przyjdzie niebawem czas, aby się nad tym poważnie zastanowić. Na razie wykorzystajmy ten okres wymuszonego zatrzymania i odosobnienia na uporządkowanie naszej hierarchii wartości, na odkrywanie i doświadczanie naszych prawdziwych potrzeb i aspiracji, takich jak: poczucie solidarności, wspólnoty, bezinteresowności, bliskości i miłości. Porzućmy pokusę zaprzeczania i targowania się z pandemią, a w zamian wyciągnijmy właściwe wnioski z tej bolesnej lekcji. Pojmijmy, że w istocie jesteśmy zjednoczeni z naszą planetą, że szkodząc jej, szkodząc innym jej mieszkańcom – szkodzimy sobie. Niech nam się uda dostroić naszą zbiorową świadomość do tej rzeczywistości. A potem urządźmy nasz świat na nowo.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl). 

  1. Psychologia

Stare i nowe metody walki z nadmiarem

Uwolnienie się od nadmiaru to może być pierwszy krok na drodze do minimalizmy. (Fot. iStock)
Uwolnienie się od nadmiaru to może być pierwszy krok na drodze do minimalizmy. (Fot. iStock)
A gdyby tak w kolejny rok wejść jedynie z walizką? W dodatku wypełnioną tym, czego naprawdę potrzebujesz. Joanna Olekszyk sprawdza, czy nowe i stare metody walki z nadmiarem są dobrym pomysłem na szczęśliwe życie.

Ryan pewnego dnia obudził się w pokoju, w którym nie było niczego oprócz łóżka. Wstał, przeciągnął się i ruszył przez puste mieszkanie w kierunku kartonów stojących przy wejściu i opisanych kolejno: kuchnia, łazienka, ubrania, różności… Podszedł do tego drugiego i wyjął z niego szczoteczkę do zębów i pastę. Poszedł do łazienki. Po czym wrócił, jeszcze raz sięgnął do pudełka i wyjął z niego żel pod prysznic i ręcznik. Znów zniknął w łazience… Tak wyglądał pierwszy dzień jego eksperymentu. Postanowił spakować do pudeł i worków wszystko, co ma, i przez 21 dni (jak wyczytał, tyle trwa wyrabianie nawyku) wyjmować z nich tylko to, czego akurat potrzebuje. Po upływie tego czasu miał się dowiedzieć, ilu rzeczy naprawdę używa. Nigdy nie rozpakował wszystkich pudeł. Po 21 dniach uświadomił sobie, że potrzebuje ledwo procenta rzeczy, które posiada. Cała reszta ma mu zapewniać status, być potwierdzeniem tego, że osiągnął sukces.

Ryan Nicodemus to jeden z bohaterów książki „Rzeczozmęczenie” Jamesa Wallmana, dziennikarza, futorologa i prognostyka trendów.

Ryan dorastał w biedzie, obiecał więc sobie, że kiedyś będzie zarabiał tyle, by móc zamieszkać w jednym ze wspaniałych domów, które remontowali razem z ojcem. I dopiął swego. W wieku 28 lat, zarabiając ponad 100 tysięcy dolarów rocznie, mając piękny dom i fajną dziewczynę, czuł się jednak nieszczęśliwy i zagubiony. Po zakończeniu eksperymentu pozbył się większości dobytku. Przestał też pracować do późna, by zarabiać na przedmioty, których tak naprawdę nie potrzebował. Rozpoczął nowe życie, w którym nie był już przytłoczony rzeczami. Jak pisze Wallman, zamiast realizować swoje materialne aspiracje, zaczął dążyć do innych celów – dbania o zdrowie czy dobre relacje z bliskimi. I rzeczywiście stał się szczęśliwszy.

Mało, coraz mniej

„Z własnej woli zaprzestań już teraz marnotrawstwa, zanim zostaniesz do tego zmuszona w niedalekiej przyszłości” – apelowała w 2008 roku w książce „Sztuka prostoty” Dominique Loreau, Francuzka propagująca japoński minimalizm. Już wtedy zwracała uwagę na to, że wszystko, co jednorazowe, nie tylko niszczy środowisko naturalne, ale i nas samych. Od tego czasu dosłownie utonęliśmy w jednorazówkach, na szczęście ten trend ostatnio się odwrócił. Nie nauczyliśmy się jednak przestać gromadzić rzeczy. Przywykliśmy do kupowania kolejnych gadżeciarskich modeli smartfonów, telewizorów nowszej generacji czy trzeciej pary takich samych butów, tylko w innym kolorze. Tak sobie wynagradzaliśmy i wynagradzamy czasy, kiedy albo nie było nas stać na pewne rzeczy, albo nie mogliśmy ich dostać. Ale czy staliśmy się szczęśliwsi?

„Obfitość nie uczy wdzięku ani elegancji. Niszczy duszę i pozbawia wolności – przestrzega Loreau. – Prostota zaś rozwiązuje wiele problemów. Miej mało rzeczy – będziesz mogła poświęcić więcej czasu swojemu ciału. A gdy poczujesz się dobrze w swojej skórze, będziesz mogła zapomnieć o sprawach ciała i zająć się kwestiami duchowymi, wieść życie pełne sensu”.

Wielu z nas przyznaje jej dziś rację. I marzy o życiu prostym, bardziej ekologicznym, pozbawionym tysięcy drobnych decyzji i wydatków (oraz niekończącego się sprzątania ich efektów). Dlatego obiecujemy sobie: w nowym roku walczę z nadmiarem! Ja też tak postanowiłam, po tym jak przeprowadziłam własny eksperyment.

Otóż z powodu remontu na miesiąc przeniosłam się z całym moim dobytkiem w inne miejsce. I zobaczyłam, jak ogromną ilość rzeczy posiadam. To, co do tej pory było dla mnie powodem do czegoś w rodzaju dumy, okazało się męczarnią – zwłaszcza że musiałam przenosić ów dobytek tam i z powrotem. Bez żalu więc część przedmiotów oddałam, a część wyrzuciłam. Zorientowałam się też, że korzystam jedynie z ubrań zapakowanych do podręcznej walizki – i niczego mi nie brakuje. Mogłam w parę minut spakować się i wyruszyć w podróż w dowolnym kierunku. I było to rzeczywiście coś na kształt wolności.

„Prostota oznacza, że mamy niewiele, by stworzyć miejsce dla spraw najważniejszych – pisze Dominique Loreau. – Jeżeli zrezygnujemy z posiadania zbyt wielu rzeczy, będziemy potrafili lepiej docenić to wszystko, co przynosi satysfakcję duchową, emocjonalną i intelektualną”.

Ryan postawił na minimalizm, czyli na eliminację ze swojego życia i otoczenia wszystkiego, co zbędne. Można pomyśleć: cóż pozostaje? Tylko to, co konieczne. I wyjątkowe. Bo aby żyć w stylu minimalistycznym, przedmioty, które masz – nawet te najmniejsze – muszą być piękne i funkcjonalne. „Nie wahaj się pozbywać przedmiotów, które są jako takie, i zastąpić ich rzeczami doskonałymi, nawet jeśli pociągnie to za sobą wydatki, które wiele osób uzna za marnotrawstwo – radzi Dominique Loreau. Jej zdaniem przed wejściem na drogę minimalizmu powstrzymuje nas właśnie lęk przed marnotrawstwem, czyli wyrzuceniem lub oddaniem tego, co kiedyś jeszcze może się przydać. Ale czy nie większym marnotrawstwem jest właśnie to zachowywać? Minimalizm dużo kosztuje, ale właśnie płacąc tak dużo, zadowolisz się tym, co rzeczywiście niezbędne.

Czyli: mniej kupuj, oddawaj niepotrzebne i zbędne rzeczy, no i upraszczaj, krok po kroku. Pomyśl: Czy naprawdę potrzebujesz aż tylu zestawów sztućców? Albo ciepłych czapek? Dawno przeczytanych książek? Może ucieszą kogoś innego? Czy nie lepiej przenieść się z wielkiego domu do mniejszego mieszkania, a przy okazji zaoszczędzić? Zwłaszcza to ostatnie pytanie jest na czasie. Zdaniem Loreau w wyniku przeludnienia za kilka lat wszyscy będziemy zmuszeni funkcjonować na niewielkich, ale za to świetnie zorganizowanych metrażach. Lepiej już teraz umieć się tym rozkoszować.

Jak upraszczać życie?

  • nie miej poczucia winy, gdy coś wyrzucasz lub oddajesz;
  • nie akceptuj tego, czego sobie nie życzysz;
  • wyobraź sobie, że twój dom spłonął – zrób listę rzeczy, które kupisz ponownie;
  • pozbądź się wszystkiego, czego nie użyłeś chociaż raz w ciągu ostatniego roku;
  • powtarzaj co jakiś czas: „Nie pragnę niczego, co nie jest konieczne”;
  • odróżniaj swoje potrzeby od swoich pragnień;
  • przekonaj się, jak długo możesz żyć bez czegoś, co uważasz za niezbędne;
  • znajdź miejsce dla każdej rzeczy;
  • zawsze zadawaj sobie pytanie: „Dlaczego trzymam to w domu?”;
  • dla zabawy zrób listę wszystkich rzeczy, które masz; niemożliwe?
  • nigdy nie akceptuj wyboru drugiej kategorii;
  • kupuj tylko wtedy, gdy masz pieniądze w kieszeni;
  • miej zaufanie do rzeczy klasycznych, które sprawdziły się do tej pory.

Jakość ponad ilość

Minimalizm może jednak okazać się dla niektórych zbyt restrykcyjny. Jeśli chcesz pożegnać się z nadmiarem, ale w bardziej stonowany sposób, postaw na „rozważną aranżację”. Określenie to stworzyła blogerka Tara Burton. W skrócie oznacza ono, że rozważnie otaczamy się przedmiotami – inwestujemy w te godne zaufania, dzięki czemu oszczędzamy czas, energię i pieniądze, które pochłaniają ich naprawy lub wymiana na nowe. Według tej koncepcji kupujemy rzadziej i tylko takie rzeczy, które będą towarzyszyły nam przez lata – radowały oko, sprawnie funkcjonowały i stawały się dla nas ważne. W przeciwieństwie do minimalizmu nie zakłada ona ograniczenia się do określonej liczby przedmiotów, które można spakować do walizki, choć możesz, tak jak Burton, sporządzić listę rzeczy, których nie potrzebujesz – pomoże ci ona podejmować decyzje zakupowe. Nie chodzi bowiem o całkowite zaprzestanie kupowania, tylko o kupowanie jedynie tego, co wspiera funkcjonalny i satysfakcjonujący styl życia. Idealna sytuacja jest wtedy, gdy możesz sobie powiedzieć, że „masz wszystko, czego potrzebujesz” – tak jak brzmi tytuł książki Tary Burton, wydanej w tym roku.

Pisze w niej: „Nasze domy, podobnie zresztą jak całe życie, zostały wypchane przedmiotami, które zawodzą i sprawiają, że nasz poziom stresu wzrasta, a oszczędności topnieją”. Jak przyznaje, sama zawsze była rozrzutna, już jako dziecko, bez względu na to, ile kieszonkowego dostawała, zawsze pod koniec miesiąca była spłukana. W końcu doprowadziło to do jednego: jej karty kredytowe były obciążone na kilka tysięcy funtów. „Wracałam do zagraconego domu, którego sprzątanie mnie wykańczało, a  potem wpatrywałam się niewidzącym wzrokiem w sterty ciuchów będących pokłosiem szybko zmieniającej się mody i zastanawiałam, dlaczego wydaje mi się, że nie mam co na siebie włożyć” – wspomina. Kiedy rozpadł się jej ostatni związek, tak bardzo się pogubiła, że musiała wspomagać się antydepresantami, do tego dołowała ją praca – pisała teksty reklamowe, jak mówi: „dla ludzi takich jak ja, przekonujące ich do kupowania niezależnie od tego, czy rzeczywiście czegoś potrzebują”.

Na szczęście w jej życiu nastąpił punkt zwrotny. Zmiana zaczęła się od jednego naczynia – błękitnego garnka marki Le Cruset, który dostała na 30. urodziny. Francuska firma słynie z tego, że jej produkty służą pokoleniom. Kiedy Burton trzymała go w rękach, zdała sobie sprawę, że nigdy więcej nie będzie musiała kupić podobnego. I pomyślała: „Gdyby tylko wszystko w moim życiu takie było”. Stworzyła firmę i stronę internetową BuyMeOnce, na której poleca rzeczy z dożywotnią gwarancją przydatności do użycia. „Z czasem ze zdumieniem odkryłam zarówno praktyczne, jak i emocjonalne korzyści z wybierania tylko tych przedmiotów, które odzwierciedlają moje wartości i zostaną ze mną na dziesięciolecia” – pisze.

Blogerka zwraca uwagę na to, że nadmierne kupowanie często wiąże się z niskim poczuciem własnej wartości. Ma wypełnić emocjonalną pustkę, jednak tylko ją pogłębia. Trwające sześć lat badanie, którego wyniki opublikowano w „Journal of Consumer Research”, pokazało, że niezależnie od tego, ile wydamy, materializm potęguje samotność, a ta z kolei zwiększa materializm.

Trzeba jednak podkreślić, że to niecała prawda o tym problemie. Burton demaskuje w swojej książce tzw. planowane postarzanie. Ma ono dwie odmiany: pierwsza polega na tym, że firmy projektują przedmioty tak, aby psuły się wcześniej niż powinny, na przykład nie pozwalając na wymianę baterii lub jakiejś części w urządzeniu. Druga to postarzanie psychologiczne – celowo wywołuje się w nas przekonanie, że nie chcemy już dłużej korzystać z tego, co mamy, choć nadal jest to sprawne.

Jak pisze Burton, „przed nastaniem XX wieku ludzie nie mieli naturalnej potrzeby wymieniania  dobytku, dopóki się nie zużył, dlatego wymyślono powody, by trwale to zmienić”. Na przykład taki, że nowa kosiarka jest bardziej wydajna, samochód to ulepszony model zeszłorocznego, pralka ma dodatkowy gadżet, a torebka jest po prostu trendy. Pora przestać się dłużej na to nabierać.

Jak walczyć z materializmem?

  • każdego dnia po przebudzeniu uśmiechnij się i podziękuj za to, co dzisiaj cię spotka;
  • codziennie znajdź czas, aby skupić się na rozwoju osobistym i poczuciu własnej wartości;
  • odszukaj ludzi, których pasjonuje to samo co ciebie, i poczuj z nimi więź;
  • blokuj materialistyczne treści, które do ciebie docierają;
  • medytuj i rozwijaj świadomość;
  • wychodź z domu jak najczęściej, choćby do ogródka albo do parku (udowodniono, że kontakt z przyrodą redukuje materializm).

Doznania uszczęśliwiają

Czy można w ogóle „wypisać się” z materializmu? Według Jamesa Wallmana – tak. Tym bardziej że jako mieszkańcy całkiem dostatniej Europy cierpimy na jedno z najbardziej dotkliwych schorzeń – rzeczozmęczenie. Jak z nim walczyć? – Zamiast kupować – przeżywaj, a z dużym prawdopodobieństwem osiągniesz szczęście – radzi Wallman. Swoje zalecenie opiera na najnowszych pracach takich badaczy jak Thomas Gilovich czy David C. Howell. A ponieważ stary system nazywał się materializmem – nowy nazwał się „eksperientalizmem” (od angielskiego experience, czyli doświadczenie, przeżycie, doznanie).

Skąd przekonanie, że doznania nas uszczęśliwią bardziej niż rzeczy? Po pierwsze, nie nudzimy się nimi tak jak przedmiotami; po drugie, na doświadczenia patrzymy przez różowe okulary; po trzecie, są częścią naszej tożsamości; po czwarte, zbliżają nas do innych, i po piąte, choć możemy porównywać przeżycia, to – w przeciwieństwie do rzeczy – trudno jednoznacznie ocenić, które z nich jest lepsze. Dlatego rzadziej żałujemy swoich wyborów. Poza tym kiedy działamy, jest większe prawdopodobieństwo, że popchnęła nas do tego motywacja wewnętrzna i doświadczymy wtedy stanu przepływu. A tego nie można osiągnąć przez sam fakt posiadania. Wallman podkreśla, że rozwój technologii sprzyja eksperientalizmowi – niedługo zamiast mieć coś na własność, będziemy jedynie korzystać z usług. Zamiast chodzić do pracy dla pieniędzy, za które możemy kupić różne rzeczy, będziemy robić to dla samego sensu pracy. To już się dzieje!

Niedawno przeczytałam o brytyjskiej dziennikarce, Suzy Walker, która przeprowadziła małą życiową rewolucję. Jej 16-letni syn rozpoczął dwuletnią naukę w jednym z londyńskich koledżów, a że Suzy mieszka na stałe w hrabstwie Sussex, pomyślała, że ponad dwugodzinne dojazdy do domu ich wykończą. A wynajęcie mieszkania w Londynie to nie taka prosta sprawa. Ani tania. Jej syn za dwa lata będzie pełnoletni i wyfrunie z domu, chciała dobrze wykorzystać te ostatnie chwile, kiedy może być przy nim. I nagle ją olśniło. Robiła akurat wywiad do swojej rubryki w magazynie „Psychologies” z Tiu de Haan, mówczynią motywacyjną, która mieszka w Londynie… na barce. Pomyślała: „A czemu by nie przenieść się na dwa lata na taką łódź?!”. Będzie tanio, syn Charlie będzie miał ze szkoły jedynie pięć minut komunikacją miejską, a ona – prawdziwą przygodę.

Po sześciu tygodniach udało jej się wynająć swój dom, pozałatwiać sprawy na miejscu i kupić długą na 14 metrów (46 stóp) barkę, którą właśnie płynie w kierunku Londynu. Jak przyznaje, będzie to eksperyment, który pokaże jej, czy zdoła pomieścić się (wraz z synem) na tak małej przestrzeni, w dodatku z niewielką liczbą ekwipunku. Zdała sobie też sprawę, że tyle razy przekonywała czytelników, by podążali za własnym głosem, tymczasem ona – wciąż gdzieś pędząc – zapominała słuchać swojego. Postanowiła, że nadchodzący rok będzie dla niej nie tylko minimalistyczny, ale i powolny. Toczący się ze spokojną, stałą prędkością rzeki.

Według Wallmana tak może wyglądać nie tylko kolejny rok, ale i nasza przyszłość. Zamiast gadżetów będziemy kupować rzeczy umożliwiające nam przeżycia. Przyjemna wizja, przyznacie.

  1. Psychologia

Jak kupować, żeby nie żałować?

Na zakupy, nawet te ubraniowe, warto iść z listą potrzebnych rzeczy. (Fot. iStock)
Na zakupy, nawet te ubraniowe, warto iść z listą potrzebnych rzeczy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W naszych domach i szafach pełno jest rzeczy, bez których mogłybyśmy się doskonale obejść. Zyskałoby nasze samopoczucie, portfele i… związki. Jak kupować z głową? W jaki sposób zakupy mogą naprawdę wzmocnić nasze poczucie wartości – psycholożkę Katarzynę Kucewicz pyta Renata Bożek.

Czerwona, rozkloszowana spódnica kłuje mnie w oczy za każdym razem, gdy otwieram szafę. Wydałam na nią sporo, nie założyłam ani razu, bo to nie mój styl. Kupiłam ją dwa lata temu po jakiejś awanturze z partnerem.
To klasyczna sytuacja: kobieta jest pod wpływem silnych emocji, idzie do sklepu i kupuje to, czego w spokojniejszym nastroju nigdy nie włożyłaby do koszyka. Jeśli po awanturze domowej lub nieprzyjemnej rozmowie z szefem znajdziemy się w sklepie, małe są szanse, że wyjdziemy bez torby z zakupami. Co gorsza, zakupy robione w takim stanie są przeważnie nieadekwatne, bardzo często na bakier z naszym stylem i preferencjami. Lubimy luźne ubrania z miękkiej bawełny, a w szafie ląduje obcisła sukienka z lycry, nie gotujemy, a kupujemy książkę kucharską. Trzeba o tym pamiętać i zanim wejdziemy do sklepu lub zamówimy coś przez Internet, dać sobie pięć minut na sprawdzenie, w jakim jesteśmy stanie psychicznym, co się dzieje w naszym życiu. Ostrzegawcza lampka powinna się nam zapalić, jeśli właśnie pokłóciłyśmy się z matką, mąż po raz pierwszy zapomniał o rocznicy ślubu czy szef nie poparł projektu. Lepiej wtedy poczekać z zakupami, aż emocje przestaną nami trząść, uspokoimy się lub znajdziemy sposób na zaradzenie problemom.

A jeśli nic tak jak zakupy nie poprawia nam humoru?
Nie ma w tym nic złego. Pod warunkiem że potrafimy to kontrolować. Niebezpieczeństwo pojawia się, kiedy kupowanie to nasz główny sposób na uspokojenie nerwów. Dlatego warto odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy umiem wymienić co najmniej pięć metod poprawiania sobie samopoczucia? Zakupoholiczka tego nie potrafi, bo tylko zakupy przynoszą jej ulgę, gdy jest zestre­sowana. Warto opracować listę najbardziej skutecznych „uspokaja­czy”, czyli sposobów radzenia sobie z napięciem. Ważne, żeby były z różnych dziedzin, np. zakupy, rozmowa z przyja­ciółką, seks, oglądanie komedii, spacerowanie, zabawa z psem, medytacja, joga. Bo jeśli nie dodzwonię się do przyjaciół­ki, mogę obejrzeć film lub pójść na spacer, zamiast wpadać w zły nastrój i potem w desperacji biec do sklepu...

…po buty do biegania, bo jak już je będę miała, to wreszcie zacznę poranny jogging.
To iluzja, która często wpędza kobiety w zakupowe porażki. Lepiej trzymać się zasady: zaczynam od aktywności, a dopiero do niej dokupuję rzeczy. Biegam przez tydzień w starych butach i jak się w to wciągnę, wtedy idę po nowe buty. Bywa też tak, że idziemy do sklepu w doskonałym nastroju, bo nasz projekt wygrał konkurs, zdałyśmy egzamin lub chłopak się oświadczył. Przekonanie: „należy mi się nagroda za sukces” to efekt wychowywania w systemie kar i nagród materialnych. Jeśli za piątki dostawałyśmy czekoladę, sukienkę czy pieniądze, a za trójkę przepadało nam kieszonkowe, to wyrosłyśmy w przekonaniu, że za dobrze wykonaną pracę coś nam się należy. Zwykle chodzi o jakieś dobro materialne. Taka osoba żyje w świecie, w którym uznanie i miłość wiąże z upominkami i nagrodami. Gdy ich nie ma, czuje się niekochana, niedoceniana, niezauważana. I to jest dramat w związku, bo nie potrafi cieszyć się tym, że choć facet nie obsypuje jej biżuterią, to przyjeżdża po nią do pracy, a w weekend robi śniadanie do łóżka. Wtedy nawet najbardziej kochający i oddany partner będzie niewystarczający bez toreb z markowych sklepów w garści.

Czy w takiej sytuacji rozwiązaniem może być robienie prezentów samej sobie?
Do pewnego stopnia to może działać i nie ma w tym nic złego, że nagrodzimy się za ciężką pracę. Problem jest wtedy, jeśli ta nagroda musi być materialna i najlepiej droga. Bo w ten sposób cały czas trzymamy się świata, w którym akceptację, troskę i czułość wyraża się przez kupowane rzeczy. Jeśli nauczymy się doceniać rzeczy, których nie można dostać w sklepie, jak leniwe popołudnie w łóżku, masaż stóp zrobiony przez partnera czy wspólny spacer, bardzo możliwe, że nasza potrzeba kupowania się zmniejszy. To idzie też w drugą stronę, bo jeśli przestaniemy gonić za nowością – nowym telefonem, kremem czy kanapą, jeśli energię przeznaczaną na chodzenie po sklepach pożytkujemy na dostrzeganie pozytywnych stron tego, co mamy, to otworzymy przestrzeń na docenianie niematerialnych darów, jakie w nasze życie wnoszą bliskie osoby.

A kiedy to my doceniamy bliskich, kupując im ubrania, zabawki, gadżety? Sobie możemy odmawiać, ale trudno nam nie kupić sukieneczki dla siostrzenicy lub ekskluzywnej wody kolońskiej dla męża.
Pozornie wszystko gra. Spełniamy kulturowe oczekiwanie, że kobieta ma dbać o innych: męża, dzieci, rodziców. Jeśli uwielbiamy kupować dla bliskich, a potem budzimy się z ręką w pustym portfelu, warto zadać sobie jednak pytanie: Po co kupuję dla nich? Co mi to daje? Większość z nas kupując coś, kieruje się pobudkami wewnętrznymi, czyli związanymi z własnymi potrzebami i pragnieniami. Na przykład kobieta, która znosi mężowi modne ubrania i kosmetyki, może chcieć urobić go na obraz i podobieństwo kogoś innego, np. aktora, celebryty, byłego męża. Są mężczyźni, którzy nie mają nic przeciwko. Są jednak tacy, którzy widzą w tym brak akceptacji tego, kim są, oraz chęć kontrolowania. I się buntują, demonstracyjnie nie noszą tych ubrań, tylko chodzą w swoich starych szmatach.

Kobieta zostaje z uszczuplonym kontem, naburmuszonym partnerem i poczuciem odrzucenia.
Uniknęłaby tego, jeśli uczciwie zagłębiłaby się w swoje motywacje. Jeśli zależy ci na tym facecie i chcesz go przywiązać do siebie, wzmacniaj waszą więź nie za pomocą perfum i koszul, ale robiąc wspólnie ekscytujące rzecz, np. idąc na kurs tańca, ucząc się gry w tenisa czy chociażby oglądając mrożące krew w żyłach filmy. Z badań wynika, że bliskość w związku pogłębiają aktywności podnoszące poziom adrenaliny u obojga partnerów.

Polski zwyczaj to raczej „zastaw się, a postaw się”, czyli udawaj, że cię stać, udawaj kogoś, kim nie jesteś, zapożycz się, ale zaimponuj drogim samochodem.
Nasze narodowe wady nie sprzyjają dorosłym, mądrym zakupom. Z jednej strony chcemy pokazać, że należymy do Zachodu, do tego lepszego świata, z dużymi domami pełnymi ekskluzywnych mebli, nowoczesnych sprzętów i szaf wypełnionych eleganckimi ubraniami typowymi dla dostatnich, zachodnich społeczeństw. Z drugiej strony, jak pokazują analizy socjologiczne, po transformacji ustrojowej w 1989 roku rzuciliśmy się do sklepów z nadzieją, że nadrobimy braki z dzieciństwa i młodości, że nasze dzieci będą miały to, czego my nie mogliśmy mieć. Dla wielu rodzin niedziela w centrum handlowym stała się jedynym sposobem na wspólne spędzanie czasu.

I ciągle gonimy innych, w czym pomagają nam slogany reklamowe głoszące, że bez nowego modelu telefonu będziemy nikim.
I mamy obraz człowieka przestraszonego, że jest gorszy od tych nadążających za trendami i „na czasie”. Wielu zakupoholików cierpi na FOMO (ang. Fear Of Missing Out), czyli obawę przed wypadnięciem z towarzystwa. Kupują, żeby być na fali, być trendy. Tymczasem świat sklepów jest skonstruowany w taki sposób, żebyśmy właściwie cały czas byli z lekka do tyłu. Nie tylko w sieciówkach, ale też w second-handach  towar zmienia się co kilka dni, czyli żeby być na bieżąco, musimy tam chodzić dwa, trzy razy w tygodniu. Poza tym komplementy sprzedawców, wyszczuplające lustra, twarzowe światło w przymierzalniach popychają nas do zakupu rzeczy, w których po przyjściu do domu ani dobrze nie wyglądamy, ani się dobrze nie czujemy.

Jak się nie dać na to złapać, a jednocześnie mieć to, czego potrzebujemy?
Myśleć i planować. Ograniczać rzeczy, których nie potrzebujemy. Zanim wrzucimy coś do koszyka, zadać sobie pytanie: Czy ja naprawdę potrzebuję tych butów? Czy nowy model telefonu uczyni moje życie lepszym? Dobrze jest zrobić listę zakupów i wziąć ją ze sobą. Tworząc listę, nie bądź zbyt dla siebie surowa, nie odmawiaj sobie przyjemności i drobnych grzeszków. Łącz je jednak z rozwagą i dorosłym podejmowaniem decyzji: na to mogę sobie pozwolić, tego teraz nie kupię, tego potrzebuję, bez tego mogę się obejść. Z mądrymi zakupami jest tak jak z dobrym stylem – są kwestią harmonii, umiaru i dostosowania do okoliczności.

 

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).