1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Duński sposób na życie – hygge. Co to znaczy?

Duński sposób na życie – hygge. Co to znaczy?

„Hygge” to taka przerwa, podczas której zapominasz o tym, co musisz i co powinnaś i po prostu jesteś sobą, tu i teraz.(Fot. iStock)
„Hygge” to taka przerwa, podczas której zapominasz o tym, co musisz i co powinnaś i po prostu jesteś sobą, tu i teraz.(Fot. iStock)
Co sprawia, że Duńczycy są uważani za jeden z najbardziej zadowolonych narodów w Europie? Umiejętność cieszenia się prostymi przyjemnościami i spędzanie czasu w gronie najbliższych. Mają nawet na to własne słowo – „hygge”. Choć próżno szukać jego odpowiednika w słowniku języka polskiego, zdaniem aktorki Marie Tourell Soderberg można uchwycić jego sens w codziennym życiu.

Co sprawia, że Duńczycy są uważani za jeden z najbardziej zadowolonych narodów w Europie? Umiejętność cieszenia się prostymi przyjemnościami i spędzanie czasu w gronie najbliższych. Mają nawet na to własne słowo – „hygge”. Co to za pojęcie? Choć próżno szukać jego odpowiednika w słowniku języka polskiego, zdaniem aktorki Marie Tourell Soderberg można uchwycić jego sens w codziennym życiu. Jak żyć hygge i czy da się przenieść tę filozofię na polskie realia?

Mimo bliskości geograficznej my, Polacy, tak naprawdę niewiele wiemy o naszych sąsiadach z Północy. Piszesz, że duńskie „hygge” to słowo klucz do zrozumienia tej narodowości. Jakie jeszcze słowa najlepiej was określają? Oprócz „hygge” podstawowymi wartościami, przez które najlepiej określamy siebie i naszą filozofię życiową, są „równość” i „zaufanie”. Badania pokazują, że Duńczycy są pełni zaufania nie tylko wobec swoich najbliższych sąsiadów, ale też wobec dopiero co poznanych na ulicy ludzi. Duńczycy ufają też władzom państwowym i politykom. Poza tym jesteśmy głęboko przekonani, że każdy obywatel, niezależnie od płci, pochodzenia społecznego, wyznania czy orientacji seksualnej, powinien mieć takie same prawa. W Danii wszyscy bez wyjątku mają taki sam dostęp do służby zdrowia i edukacji.

Zgodnie z naszym modelem państwa opiekuńczego wszyscy mamy też prawo do czasu wolnego, dlatego przeciętny Duńczyk pracuje 37 godzin tygodniowo. Państwo zapewnia darmową edukację, służbę zdrowia oraz system ubezpieczeń społecznych, tak że nikt nie musi się martwić o zaspokojenie swoich podstawowych potrzeb. A według piramidy Abrahama Masłowa, gdy podstawowe potrzeby są zaspokojone, człowiek może realizować się na wyższych poziomach, obejmujących też takie zagadnienia jak wolny czas i rozrywkę, czyli właśnie „hygge”.

Zatem „równość”, „zaufanie” i „hygge” to trzy kluczowe słowa do zrozumienia duńskiej mentalności. Przy czym istnienie „hygge” jest uzależnione od obecności dwóch pierwszych. Nastrój, jaki w Danii identyfikujemy z określeniem „hygge”, jest możliwy do osiągnięcia, kiedy jesteśmy z ludźmi, w których towarzystwie czujemy się bezpiecznie i swobodnie, do których mamy zaufanie i których traktujemy jako równych sobie w takim sensie, w jakim człowiek jest równy drugiemu człowiekowi. „Hygge” to najbardziej duńska rzecz na świecie i można ją postrzegać w wielu aspektach. Jako słowo na stałe zagościło w naszym języku i na co dzień jest stosowane na określenie wielu czynności czy spraw. Cóż, w Danii pada średnio przez 170 dni w roku, co sprawia, że po pierwsze, większość czasu spędzamy w domu lub innych zacisznych miejscach, po drugie, lubimy rzeczy, które nas rozgrzewają i chcemy wyciągnąć to, co najlepsze, z każdego dnia, niezależnie od pogody. Nie ma niczego bardziej „hyggelig” niż siedzieć w ciepłym pomieszczeniu z kocem i filiżanką herbaty, słuchając kropli deszczu uderzających o szyby.

Niezależnie jednak od tego, że „hygge” – jako słowo i pojęcie – jest rdzennie duńskie, jego istota jest uniwersalna. Myślę, że inne narody od lat praktykują „hygge”, nie wiedząc nawet, że istnieje na to słowo. Polskie tradycje i zwyczaje są może inne niż w Danii, ale z grubsza chodzi o to samo.

Czyli o ciepłą, przyjazną, intymną, słowem: przytulną atmosferę. Kiedy po raz pierwszy usłyszała pani o duńskim „hygge”? Co to znaczyło dla pani wtedy, a co dzisiaj? W Danii „hygge” towarzyszy dzieciom od kołyski. Dorastamy, słysząc je praktycznie wszędzie, w szkole, u dziadków, w domu, u znajomych, w każdej reklamie słodyczy czy artykule o wyjątkowym miejscu. Doświadczania „hygge” uczyli mnie rodzice. Z dzieciństwa najbardziej pamiętam nasz wspólnie spędzany czas – w trakcie śniadań i kolacji, ale też podczas popołudniowego odrabiania lekcji przy wielkim wspólnym stole, połączonego z piciem herbaty i raczeniem się owocami czy herbatnikami. Myślę, że Duńczycy odbierają to słowo bardziej na poziomie emocji niż rozumu, dlatego jest tak trudno przetłumaczalne na inne języki. W skrócie jest to określenie na stan, w którym czujesz miłość, ciepło i bezpieczeństwo, i na czas, który spędzasz z bliskimi.

Dzięki temu, że napisałam książkę o „hygge”, stałam się bardziej świadoma tego, co dla mnie znaczy ten stan. Zdałam sobie sprawę, że lubię kolekcjonować wspomnienia „hyggelig” chwil i bardzo dbam o to, by było ich w moim życiu jak najwięcej. Chcę mniej czasu poświęcać na pracę, a więcej na to, co jest dla mnie naprawdę ważne, czyli relaks w gronie rodziny i przyjaciół. I sprawianie, by mój dom był jeszcze bardziej przytulny dla gości.

Tylko jak w dzisiejszym zabieganym świecie znaleźć czas na to, by nauczyć się, jak żyć „hygge”? I pozbyć się wyrzutów sumienia, że się lenisz… „Hygge” to taka przerwa, podczas której zapominasz o tym, co musisz i co powinnaś i po prostu jesteś sobą, tu i teraz. „Hygge” może dziać się tylko w chwili obecnej. I wcale nie musi oznaczać jakichś wyszukanych rozrywek. Wprost przeciwnie. „Hygge” to spacer w parku z bliskim przyjacielem, wypicie filiżanki kawy w salonie z jakąś przyjemną muzyką w tle, coś, co sprawi, że będziesz w stu procentach obecna w tym, co robisz. Ja staram się dbać o to, by każdego dnia zaplanować sobie choć jeden taki „hyggelig” moment.

Oczywiście, znam też to poczucie winy, które ogarnia cię po spędzeniu całej niedzieli na kanapie, czyli: niby fajnie, ale jednak mogłam wykorzystać ten czas bardziej praktycznie. Kiedyś mnie to frustrowało, ale nauczyłam się, że to nie lenistwo, a przejaw troski o siebie. Jak we wszystkim, chodzi o ustalenie priorytetów. Musisz zadać sobie pytanie, co jest dla ciebie w życiu najważniejsze. Ja sobie je zadałam i zrozumiałam, że moja praca – aktorstwo – jest dla mnie bardzo ważna, ale równie ważni są przyjaciele i rodzina, dla których w codziennej bieganinie nie znajdowałam czasu. Co więcej, nie znajdowałam też czasu dla siebie. Duża część naszego życia toczy się na głównej scenie – mówię tu o momentach, kiedy stawiamy czoło światu – ale bardzo duża i ważna część rozgrywa się też za kulisami. To tam nabieramy energii, by wyjść na scenę. „Hygge” to jest właśnie nasz backstage. Zrównoważyć te dwie rzeczywistości jest ogromną sztuką, ale możliwą do wykonania. „Hygge” uczy, by nie brać wszystkiego zbyt serio i nie zamęczać się dążeniem do perfekcji. Zrozumiałam, że mogę się świetnie bawić z przyjaciółmi przy półmisku kanapek i świetle świec. Że nie muszę serwować im trzydaniowego posiłku i przez kilka godzin sprzątać mieszkanie, żeby wieczór był „idealny”. Zrozumiałam, że najważniejsze jest po prostu bycie razem, poczucie wspólnoty. Teraz wpadamy do siebie bez uprzedzenia, wspólnie coś gotujemy, a potem rozmawiamy czasami aż do rana.

Marie Tourell Soderberg duńska aktorka filmowa i teatralna praktykująca sztukę hygge. Autorka książki "Hygge. Duńska sztuka szczęścia". 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Radość to nasze wewnętrzne paliwo. Rozmowa z Piotrem Bielskim -  instruktorem jogi śmiechu

Piotr Bielski: „Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, przestawić na bardziej pozytywne.”
Piotr Bielski: „Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, przestawić na bardziej pozytywne.”

Książka ma tytuł „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą!”. To właściwie zbiór przypowieści. Obrazków z codzienności, ukazujących sprawy wielkie, poważne, głębokie – i te zwykłe, prozaiczne. A z każdej wynika… radość. Piotr Bielski, który wprowadzał do Polski jogę śmiechu, pokazuje nam, jak z każdej sytuacji wyłuskać ziarenko pogody ducha. Jak znaleźć w sobie optymizm.

Czy dla pana szklanka była zawsze do połowy pełna? Nie wiem, czy znaleźlibyśmy takiego człowieka na Ziemi, dla którego szklanka zawsze jest tylko pełna, nigdy pusta. Ja na pewno nim nie jestem. Urodziłem się w Polsce, tu odebrałem normalną edukację ze wszystkimi jej „mądrościami”: że z motyką na słońce nie ma co, nie wychylaj się, siedź w kącie, a znajdą cię itd. Dostałem cały pakiet polskiego DNA, w którym szklanka jest raczej pusta. Ale coś we mnie mówiło, że to nie do końca tak, że dużo zależy ode mnie, że mamy moc decydowania, jak to nasze życie będzie wyglądać, czy będzie szczęśliwe czy nie – i że da się rozpocząć z nim radosny taniec, cieszyć się tym, co się pojawia, robić jak najlepszy użytek z tego, co nas spotka. A jak się trafi bezsenna noc, a mnie się takie trafiają, bo czasem jestem tak nakręcony pisaniem i moimi projektami, że nie idzie zasnąć, to robię coś fajnego, na przykład piszę tekst do nowej książki. Miałem w życiu taki okres, że robiłem z tego dramat. Nie mogę zasnąć, jej, co to będzie, jutro będę nieprzytomny. Ale nauczyłem się nie wchodzić w to koło natrętnych myśli, które tylko pogłębiają negatywny stan emocjonalny. Dziś mam świadomość, że jedyne, nad czym mamy kontrolę, to nasz stosunek emocjonalny do różnych spraw – i to jest bardzo dużo. Naprawdę się tym bawię. Staram się robić najlepszy użytek z tego, co przychodzi. Nawet jak się pojawi jakiś duży rachunek do zapłacenia, to znaczy, że zaraz na pewno pojawi się jakiś duży przelew, który to wyrówna. W mojej książce jest na przykład opowieść o tym, jak zepsuł mi się samochód. To nigdy nie jest specjalnie przyjemne. Ale zepsuł mi się w najlepszym możliwym miejscu, bo blisko warsztatu – o, i to już jest super!

Mówi pan, że miał pan zawsze poczucie, że można patrzeć na świat inaczej. A czy zdarzyło się coś, co zdecydowanie pchnęło pana na drogę jogi śmiechu? Myślę, że, paradoksalnie, przełomowe było odejście mojego ojca. Choroba nowotworowa, operacje przerzuty – nie było to łatwe. Ale kiedy tata odszedł, pojawił się we mnie spokój, poczucie, że jest ze mną, że mnie wspiera, że pojawia się jakaś nowa przestrzeń, nowy rodzaj myślenia i bycia. Niedługo potem spotkałem moją żonę Anetę – wtedy przyszła do mnie ogromna porcja optymizmu. I zaraz, na początku 2013 roku, była podróż do Indii – tam się oświadczyłem i zrobiłem kurs instruktorski jogi śmiechu, która jest dla mnie bardzo ważna w tym myśleniu pozytywnym, w śmianiu się z wyzwań, z którymi się na co dzień spotykamy, typu rachunki czy uliczne korki. A jednocześnie same Indie i joga śmiechu dały mi wielką przestrzeń spokoju i zaufania. Czasem wydaje się, że nie widać nadziei, że będzie ciężko, ale ja teraz wiem, że to tylko moja myśl, nie coś, co nieuchronnie mnie spotka. To, że w ciągu tych ośmiu lat spędziłem tysiące godzin śmiejąc się z ludźmi z całej Polski – od top menedżerów z korporacji, przez dzieciaki, seniorów, pacjentów onkologicznych, sprawiło, że zmieniła się nie tylko moja psychologia, ale i chemia mojego organizmu, więcej jest teraz tych pozytywnych hormonów, hormonów radości.

Samo to, że wybrał pan jogę śmiechu oznacza, że gdzieś głęboko był pan na to gotowy. Bo to chyba nie dla każdego… Myślę, że mój wybór był efektem umiejętności słuchania siebie, swoich wewnętrznych mikroradości. Przed wyprawą do Indii szukałem ciekawych inspiracji, co tam można zobaczyć, o czym zrobić reportaż (wtedy byłem jeszcze dziennikarzem). I znajomy powiedział mi o jodze śmiechu. Pamiętam, jaka radość się we mnie wtedy pojawiła, chciałem wstać od biurka, biegać, skakać, cieszyć się jak dziecko. I tego posłuchałem. Potem oczywiście pojawił się we mnie głosik dorosłego: kurczę, to jednak daleko, drogo, sama podróż kosztuje, a jeszcze koszt kursu, nie stać cię, zrobiłeś już sto kursów i zobacz, w jakim miejscu życia jesteś… Bo akurat musiałem pożegnać się z pracą. Ale szybko okazało się, że to wszystko było potrzebne, bo ta praca była niby w porządku, ale nie do końca, nie zachwycała, pojawiło się więc więcej czasu, mogłem zostać dłużej w Indiach, odwiedzić twórcę jogi śmiechu, dr Madana Katarię, zrobić z nim wywiad, kurs, odwiedzić liczne kluby jogi śmiechu.

Warto słuchać siebie. Warto. Dziś na przykład ogłosiłem na Facebooku start mojego i mojego przyjaciela projektu „Męska przestrzeń braterska”. To też coś, co do mnie przyszło: że chciałbym wspierać mężczyzn, bo im jest trudniej mówić o emocjach, widzę to na moich warsztatach, tam 80 procent uczestników to kobiety. A dziś w nocy przyśnił mi się mój przyjaciel Robert Ruszkiewicz, również autor pięknych książek, uznałem to za znak, że nie ma co dłużej czekać, napisałem więc, że zaczynamy. Są ludzie, którzy pukają się w głowę, jak tak można, wszystko musi być dopięte, wpisane w kalendarz i Excel. A ja kiedy czuję, że jest energia, że uwaga mojej świadomej i nieświadomej części jest na coś skierowana, to za tym idę. I nigdy decyzji podjętych z zaufania sobie samemu nie żałowałem.

Medycyna dziś nie ma wątpliwości, że śmiech jest nam potrzebny. Że człowiek smutny czuje się gorzej, gorzej walczy z chorobami, z kolei ludzie nastawieni optymistycznie do życia są zdrowsi i odporniejsi. Ale czy wesołość wywołana „na rozkaz”, sztucznie, niepochodząca z naszego wnętrza, jest, mówiąc kolokwialnie, „tyle samo warta” jak ta, którą w sobie nosimy? Fajnie, że pani zapytała, bo mam szansę rozwiać pani i może czytelników wątpliwości. Żaden człowiek nie lubi sztuczności. Ja też nie – może z wyjątkiem sztucznych futer, bo oszczędzają cierpienia zwierzętom, choć sam ich nie noszę, jako mors nie muszę. W mojej książce pewnie też to widać – nie można mi zarzucić sztuczności, raczej może nadmierne obnażanie się, pokazywanie mojego intymnego świata. Faktycznie dr Madan Kataria rzuca hasło: fake it until you make it!, czyli wydobywaj z siebie śmiech, może nawet sztuczny, w pewnym momencie to zatrybi i zacznie działać. Ja osiem lat się zajmuję tą metodą i dużo rzeczy pozmieniałem. Dążę na moich zajęciach do tego, żeby ludzie poczuli się dobrze, bezpiecznie, robię, co mogę, żeby iść w stronę spontaniczności, naturalnej radości.  Sztuczności i wszelkiego rodzaju „fejków” mamy dość chyba wszyscy. Czasami myślimy, że nie widać w naszym życiu powodów do radości, ale spróbujmy, dajmy sobie szansę. Może nawet śmiech wywołany na zasadzie ćwiczenia będzie znakiem, że chcę walczyć o swoje życie. Korzystam z tego, co może dać terapia śmiechem, joga śmiechu, choć w tej chwili mam poczucie, że jestem w trakcie tworzenia nowej metody, która z tradycyjnej jogi śmiechu korzysta, ale jest w niej więcej spontaniczności i radości naturalnej.

Śmiech działa na mózg – ale kiedy zrobiono badania, okazało się, że obraz mózgu podczas śmiechu spontanicznego wygląda inaczej niż w trakcie tego wymuszonego, inne obszary są aktywne. Czy to ma znaczenie? Odpowiem porównaniem motoryzacyjnym. Teraz popularne są u nas samochody na gaz. Ale żeby samochód ruszył, potrzebny jest zapłon benzynowy, dopiero wtedy auto przechodzi na gaz. I ja dążę do tego, żeby ten śmiech sztuczny, wywoływany, był tylko zapłonem, żebyśmy zaraz przeskakiwali na ten naturalny, płynący ze środka. Radość, lekkość, naturalny śmiech to nasze wewnętrzne paliwo, ale faktycznie trzeba najpierw iskry, żeby wejść na te obroty. Tu pomaga praktyka, grupa, doświadczony instruktor, jest już nas trochę.

Czyli kiedy pracuje pan z ludźmi, dąży pan do tego, żeby czuli radość naprawdę, a nie jedynie wykonywali gesty, które o radości świadczą? Oczywiście! Chcę, żebyśmy byli sobą, byli naturalni. Niedawno prowadziłem warsztaty online dla dużej firmy. Ponad sto osób, ale ja ich nie widzę. Kamerki wyłączone. Pewnie, to z jednej strony fajne, możemy być w piżamach, bez makijażu, nie musimy się pokazywać kolegom i koleżankom z pracy, szefowie nas nie oglądają, online – wielka zdobycz ludzkości. Tak do tego podchodzę. Ale z drugiej strony –  jakby tak się wczuć w rolę prowadzącego, który chce nawiązać kontakt z grupą, to nie ma on lekko. Powiedziałem im: macie taki komfort, żeby się schować, ja jestem przygotowany, mogę robić teraz one man show, będę pokazywał ćwiczenia, gadał, rozbawiał was, ale będzie mi raźniej, jeśli choć część z was się otworzy, pokaże. I może innych to ośmieli – że nie tylko taki jeden pozytywny wariat się produkuje, ale że ludzie, których znają, też to robią. I faktycznie – najpierw kilka osób włączyło kamerki, potem dołączali inni, poczuli, że to bezpieczna przestrzeń, zaczęli zapraszać swoje dzieci, sadzać je sobie na kolanach. Ja też zawołałem moją córkę przedszkolaczkę, Rozalka pokazała parę ćwiczeń, atmosfera zrobiła się super, ludzie mówili, że po raz pierwszy od dawna mogą odetchnąć. Powiedziałem, że może to czas, żebyśmy docenili to, co mamy – jest poniedziałek, 11 rano, a tylu ojców i matek może trzymać swoje dzieciaki na kolanach i razem z nimi coś fajnego robić, będąc jednocześnie w pracy. Wcześniej nie było to możliwe. Oczywiście wszyscy wiemy, jakie są uciążliwości tych obostrzeń, ale to taki mój dar: pokazywanie pełnej szklanki.

Kiedyś pod hasłem „joga śmiechu” wyobrażałam sobie ludzi siedzących w kręgu i na rozkaz prowadzącego wybuchających śmiechem… No nie, to byłaby tortura!

Czyli nie o sam śmiech chodzi, ale i o odnajdywanie w codzienności powodów do zadowolenia, wewnętrznej akceptacji? Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, zaktualizować je, przestawić na bardziej pozytywne. Ale to metoda wielopoziomowa, chodzi o szeroko rozumiany rozwój osobisty, o lepsze samopoczucie i przez to większą skuteczność w życiu, kreatywność, radość. Mamy też ćwiczenia oddechowe, trochę ruchu, tańca, przyjaznego nawet dla tych, którzy nie mają wielkiego doświadczenia na parkiecie. To też przestrzeń na szukanie różnych dróg do śmiechu, radości, eksploracji siebie.

Praca z nawykami jest trudna. A sposób myślenia o życiu jest też przecież pewnego rodzaju nawykiem. Kiedy patrzę rano przez okno i widzę, że pada deszcz, myślę: o nie, to będzie okropny dzień. A pan pewnie raczej: dobrze, że pada, bo ziemia potrzebuje deszczu, a poza tym może po południu wyjrzy słońce? Zdecydowanie! Nawet idę dalej. Teraz mieszkam sobie w pięknej miejscowości w lesie sosnowym – i kiedy pada deszcz, a nawet leje, zdarza mi się wyjść z dzieciakami, chłonąć go, cieszyć się nim, dać się całemu zmoczyć, mieć radość z mokrych włosów, mokrych ubrań, potem w domu wrzucić te ubrania do pralki i czuć cudowne odświeżenie.

Takie nawykowe myślenie o życiu można zmienić, wypracować? Tak, a najlepsze jest doświadczenie. Nie tylko książki i nawet nie tylko warsztaty. Bo jest duża różnica między myśleniem o deszczu a odczuciem tego deszczu na własnej, dosłownie, skórze. I doświadczeniem płynącej z tego radości.

Kiedy zaczęłam czytać pana książkę, przyznam, że po paru rozdziałach byłam zirytowana tym optymizmem. Ale czytałam dalej i w końcu zaczęłam żałować, że się skończyło. Bo jest w tym coś, co się udziela. Fajnie, że dała mi pani szansę. Wiele osób by się zniechęciło, bo pierwsze wrażenie często decyduje. Ja jestem daleki od bycia kaznodzieją, który mówi ludziom, jak mają żyć. Opowiadam tylko o swoich doświadczeniach, o tym, co mi pomogło, czasem tylko na końcu stawiam pytanie: a jak u ciebie? Mam głęboki szacunek do świata, do drugiego człowieka, wiadomo, że pewne rzeczy nie są dla wszystkich, każdy musi znaleźć swoją drogę. Ale mam poczucie, że jeśli pokażę, co mi pomogło, to będzie wspierające, pokaże innym, jak sięgać po radość.

Prowadzi pan warsztaty, spotykacie się, na żywo albo online, potem kolejna grupa, i następna. Czy dostaje pan informację zwrotną? Odzywają się ludzie: wtedy mi pan pomógł, coś się zmieniło, jest inaczej, lepiej? Oczywiście. Nawet dziś rano rozmawiałem online z dziewczynami, które skończyły mój kurs, są ze sobą w kontakcie, ze mną też. Widzę, że u nich to „pracuje”, rozwijają się, idą dalej.

Chciałbym też rozbić mit, że joga śmiechu jest tylko dla „smutasów”, dla ludzi w ekstremalnym stresie itd. Mój typowy klient, a właściwie klientka, to kobieta około czterdziestki lub trochę starsza, która uśmiecha się częściej niż średnia krajowa, próbowała już różnych rzeczy, często pracy w korporacji, wie, czego nie chce, szuka nowego pomysłu na siebie. Joga śmiechu to często doskonałe uzupełnienie, można w ten sposób pracować z ludźmi, prowadzić kursy i warsztaty i na tym zarabiać. Ale można też po prostu ładować swoje akumulatory, mieć ciekawość dziecka w odkrywaniu świata. Teraz, kiedy z panią rozmawiam, siedzę sobie nad rzeką i zastanawiam się, co jest za zakrętem. Kiedy skończymy, pójdę sprawdzić. Oczywiście nie chodzi o to, żeby się bezrefleksyjnie ze wszystkiego cieszyć, nie zawsze też jest idealnie, zdarzają się kryzysy, mnie raz na jakiś czas też, ale te kryzysy już mnie nie przewracają, szybko z nich wychodzę – wzmocniony.

W rodzinie też praktykujecie jogę śmiechu? Jasne. Moja żona tak jak ja zapaliła się do tego pomysłu. Ma też dar naturalnego śmiechu i wielką charyzmę. Pojechała ze mną do Indii, ma międzynarodowe instruktorskie uprawnienia. I dzieciaki to łapią, widzą, że rodzice się tym zajmują, więc automatycznie uznały, że to ciekawe i fajne. Rozalka, moja pięcioletnia córeczka, po raz pierwszy była na warsztatach jeszcze w brzuchu mamy, potem znowu, kiedy miała ledwie parę miesięcy, w nosidełku, aż zaczęła bywać na własnych nogach. Dla niej słowo „praca” znaczyło „śmiech”. Jak tata idzie do pracy, to znaczy, że będzie się śmiał. Mówiła: „czas na pracę” i pokazywała ćwiczenia jogi śmiechu. Tak w naturalny sposób buduje się w dziecku pozytywne skojarzenia.

Piotr Bielski www.joginsmiechu.pl, Facebook: Jogin Śmiechu,

Książka „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą”, Wyd. Sensus Książka „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą”, Wyd. Sensus

 

  1. Zdrowie

Bądź zdrów – myśl o swoim ciele, duchu i umyśle. 1% dla Fundacji Małgosi Braunek „Bądź”

Dzięki wsparciu finansowemu z 1% podatku Fundacja
Dzięki wsparciu finansowemu z 1% podatku Fundacja "Bądź" będzie mogła organizować kolejne wykłady, warsztaty, Kongresy oraz grupy wsparcia dla osób zainteresowanych unikatową wiedzą o budowaniu zdrowia oraz dla wszystkich będących w kryzysie choroby. (Fot. materiały prasowe)
Fundacja Małgosi Braunek „Bądź” to organizacja działająca od 2015 roku zajmująca się edukacją zdrowotną. Promuje i wspiera zintegrowane, holistyczne podejście zarówno do zdrowia, jak i do choroby, inspiruje do aktywnej postawy wobec własnego zdrowia. Swoimi działaniami dąży do poprawy stanu zdrowia całego społeczeństwa. 

„Człowiek stanowi dla nas całość - połączenie ducha, ciała i umysłu. Chcemy by każdy miał dostęp do wiedzy na temat holistycznego podejścia do zdrowia i wspierających metod w leczeniu. By każdy czuł się bezpiecznie. W dobie pandemii jest to tym bardziej konieczne.” – mówi Orina Krajewska, prezeska Fundacji.

W ramach pierwszej w historii Fundacji kampanii 1%, przygotowanej we współpracy z agencją OPEN i domem produkcyjnym Trzyfilm, powstał MANIFEST Fundacji „Bądź”, który najlepiej oddaje misję organizacji:

  • Bądź zdrów – myśl o swoim ciele, duchu i umyśle kompleksowo.
  • Bądź pewny – badaj się profilaktycznie.
  • Bądź świadomy – poznaj fakty na temat medycyny integralnej i możliwości, jakie daje.
  • Bądź uważny – słuchaj siebie i wybieraj to, co ci służy: ruszaj się, oddychaj, redukuj stres, dbaj o dietę oraz sen.
  • Bądź aktywny – twoje zdrowie jest... twoje. I sam naprawdę wiele możesz dla siebie zrobić. Dlatego szukaj, pytaj, zgłębiaj temat.
  • Bądź otwarty – zrozum, na jak wiele, nieoczywistych, nowatorskich sposobów można dbać o zdrowie.
Bądź z nami na 100%, a nam przekaż swój 1%, żebyśmy mogli wspierać innych.

Bohaterkami kampanii są Aleksandra Nowińska, Mira Klajnberg i Magda Chołyst, podopieczne fundacji szczególnie związane z projektem “Jestem i Będę” w ramach którego dzieliły się swoimi doświadczeniami holistycznego podejścia w leczeniu.

https://www.youtube.com/watch?v=g7WFVqJ6wTs

Ola od wielu lat wspiera działania Fundacji, a w 2018 roku sama doświadczyła choroby nowotworowej. Dzięki wiedzy na temat komplementarnych metod leczenia, swojej determinacji i ciężkiej pracy nad emocjami wyszła z choroby obronną ręką. Dziś, gdy jako zdrowa osoba opowiada swoją historię, dostrzega jak wielki to miało sens. Wierzy, że wszystko było i jest po "coś".

Mira, zajęta szefowa produkcji w dużej agencji reklamowej, pewnego dnia pod prysznicem wyczuła guza piersi. Choroba drastycznie wybiła ją z pędu, w którym żyła. Moment diagnozy okazał się prawdziwym sprawdzianem. Przechodząc przez kolejne etapy ciężkiego leczenia nauczyła się zwalniać i świadomie oddychać. To stopniowo zmieniło jej nawyki oraz styl życia. Jak mówi - dziś, jako zdrowa osoba jest w najlepszej formie w jakiej w życiu była.

Magda, po latach immunologicznej choroby i trudnym leczeniu odkryła, że jeden z leków ma działanie toksyczne, w wyniku którego utraciła 50% widzenia. Kryzys zdrowotny stał się zaproszeniem do podróży po różnych metodach leczenia, ale przede wszystkim do podróży w głąb siebie.

"Jestem bardzo wdzięczna naszym Bohaterkom, które z taką otwartością podzieliły się swoimi historiami, oraz wszystkim zaangażowanym w powstanie wzruszającego filmu i kampanii. Szerokie dotarcie kampanii może posłużyć jako zestaw praktycznych wskazówek na temat holistycznego podejścia do zdrowia i zachęta do aktywnego dbania o własne zdrowie. Czas pandemii był dla nas wyjątkowo trudny, szczególnie pod względem finansowym. 1% to dla nas, nomen-omen, być albo nie być. Mamy nadzieję, że przekazując na nas swój 1% będziemy mogli działać dalej. Na 100%" - mówi Orina Krajewska.

Najważniejsze obszary działania Fundacji Małgosi Braunek „Bądź” to:

  • organizacja darmowych wykładów i warsztatów poświęconych prewencji i leczeniu chorób;
  • prowadzenie cyklicznej i otwartej GRUPY WSPARCIA #BądźMy dla pacjentów onkologicznych, chorych przewlekle oraz ich przyjaciół i rodzin;
  • organizacja KONGRESÓW MEDYCYNY INTEGRALNEJ “Bądź w pełni zdrowia”, na których wysokiej klasy eksperci z kraju i zagranicy dzielą się swoją wiedzą;
  • prowadzenie FUNDACYJNEJ INFOLINII otwartej dla wszystkich w nagłej potrzebie kontaktu oraz dyżurowanie na infolinii u Rzecznika praw pacjenta;
  • tworzenie bazy kluczowych informacji dotyczących metod, klinik, lekarzy, terapeutów oraz instytucji zajmujących się różnymi sposobami prewencji i leczenia.
Dzięki wsparciu finansowemu z 1% podatku Fundacja będzie mogła organizować kolejne wykłady, warsztaty, Kongresy oraz grupy wsparcia dla osób zainteresowanych unikatową wiedzą o budowaniu zdrowia oraz dla wszystkich będących w kryzysie choroby.

Numer KRS Fundacji to: 0000381339.

  1. Kuchnia

Pieczone orzechy włoskie z rozmarynem

Pieczone orzechy włoskie z rozmarynem. (Fot. Oliver Barth/ Wydawnictwo Zwierciadło)
Pieczone orzechy włoskie z rozmarynem. (Fot. Oliver Barth/ Wydawnictwo Zwierciadło)
Tak przygotowane orzechy pasują niemal do wszystkiego – mogą być podawane jako samodzielna przekąska lub stanowić przepyszne uzupełnienie niesłodkich dań. Gdy zdrowe tłuszcze z orzechów połączą się z leczniczymi właściwościami rozmarynu, otrzymamy prostą, ale jakże mocarną strawę dla mózgu.

Przepis pochodzi z książki „Smart Plants. Jak wykorzystać naturalne nootropiki, by usprawnić myślenie, koncentrację i pamięć.”, Julie Mooris

Składniki na 2 szklanki/8 porcji

2 łyżki oleju kokosowego, roztopionego 11/2 łyżki świeżego rozmarynu, posiekanego 1/2 łyżeczki soli morskiej 1/4 łyżeczki pieprzu cayenne 1 łyżka cukru kokosowego 2 szklanki surowych połówek orzechów włoskich

Przygotowanie:

1. Rozgrzej piekarnik do temperatury 170–180°C. Wyłóż blachę do pieczenia papierem do pieczenia. 2. W średniej misce wymieszaj olej kokosowy, rozmaryn, sól, pieprz cayenne i cukier kokosowy. Wsyp orzechy i mieszaj tak długo, aż będą dokładnie obtoczone tłuszczem i przyprawami. Rozłóż je na blasze i piecz przez 10–15 minut lub do czasu, aż orzechy zrobią się złotobrązowe i aromatyczne. Pozwól im wystygnąć przed podaniem. 3. Pieczone orzechy można przechowywać kilka tygodni w temperaturze pokojowej w pojemniku próżniowym, jednak lepiej trzymać je w lodówce, dzięki czemu na dłużej zachowają wartościowe tłuszcze.

Warto wiedzieć - już samo wąchanie rozmarynu sprawia, że do organizmu dostaje się acetylocholina, która wspomaga pamięć i prawidłową pracę mózgu.

Nootropowy zastrzyk dla mózgu: Przed wsypaniem orzechów do miski z olejem i rozmarynem, wymieszaj je z 1 łyżeczką reishi w proszku.

Więcej smacznych i zdrowych roślinnych przepisów znajdziesz w książce: „Smart Plants. Jak wykorzystać naturalne nootropiki, by usprawnić myślenie, koncentrację i pamięć” Julie Morris.

  1. Styl Życia

Rozbudź w sobie energię na wiosnę - proste ćwiczenia

Jeśli masz taki zwyczaj, by w wyobraźni godzinami planować czy przewidywać z detalami swoje życie – skończ z tym, bo marnotrawisz mnóstwo energii. (Fot. iStock)
Jeśli masz taki zwyczaj, by w wyobraźni godzinami planować czy przewidywać z detalami swoje życie – skończ z tym, bo marnotrawisz mnóstwo energii. (Fot. iStock)
Wszystko wokół się budzi i nabiera kolorów – to zasługa słońca i wschodzącej zieleni. Świat wysyła ci pozytywne sygnały i napełnia optymizmem, masz ochotę przenosić góry. Pójdź za tym, ale na spokojnie – naucz się zarządzać swoją energią

Wszystko wokół się budzi i nabiera kolorów – to zasługa słońca i wschodzącej zieleni. Świat wysyła ci pozytywne sygnały i napełnia optymizmem, masz ochotę przenosić góry. Pójdź za tym, ale na spokojnie – naucz się zarządzać swoją energią

Już Albert Einstein wykazał, że wszystko w naszym świecie materialnym, ożywione i nieożywione, zbudowane jest z energii. Energią są nasze myśli, emocje, relacje z ludźmi czy jakakolwiek aktywność. Każdego dnia, kiedy wstajesz z łóżka, rozmawiasz przez telefon czy wychodzisz na ulicę, wydatkujesz pewną ilość energii. Nie musisz wcale odcinać się od świata, zamykać w czterech ścianach, drastycznie ograniczać relacji czy zawsze aktywnie odpoczywać, by nie tracić sił. Pierwszy krok to wytropienie swoich osobistych zjadaczy energii.

Największym zjadaczem energii jest nasz umysł, który produkuje niestworzoną ilość rozmaitych myśli, tworzy w wyobraźni setki teorii spiskowych, próbuje odkryć intencje innych ludzi czy w stu procentach przewidzieć sytuację, która dopiero ma się wydarzyć. Wyobrażasz sobie, jaka to strata energii, te wszystkie obsesyjne „łamigłówki”? Zamęczają nas nie same problemy, ale energia, którą zużywamy na zamartwianie się nimi oraz na stosowanie tych samych strategii, mimo że do tej pory nie przyniosły żadnych pozytywnych skutków.

Jeśli ty również masz taki zwyczaj, by w wyobraźni godzinami planować czy przewidywać z detalami swoje życie – skończ z tym, bo marnotrawisz mnóstwo energii. Te wszystkie „myślówy”, wahania przy podejmowaniu decyzji, rozmowy z ludźmi o niczym, zajmowanie się cudzymi sprawami, kiedy nie masz na to ochoty, robienie czegoś wbrew sobie tylko dlatego, że nie masz odwagi odmówić, ploteczki, drobne kłamstewka – to najwięksi pożeracze energii.

Gdzie ucieka energia?

Weź kartkę papieru i wypisz wszystkie sytuacje, które najbardziej cię męczą lub stresują, powodują, że czujesz się zniechęcona, rozdrażniona albo nie możesz zasnąć. Zastanów się, czy i w jaki sposób możesz ich uniknąć. Czasami pomaga sama świadomość, że spotkanie z teściową cię męczy, ale od czasu do czasu musisz je odbyć.

Codzienna profilaktyka

Oto kilka ćwiczeń, które pomogą ci w skutecznym zarządzaniu energią:

Przed podjęciem decyzji. Dobrze podjęta decyzja to taka, w przypadku której istnieje zgodność pomiędzy głową, sercem i ciałem. Jeśli masz dylemat: zadzwonić do niego czy poczekać, aż pierwszy się odezwie – połóż się wygodnie, pooddychaj spokojnie w swoim rytmie, potem wyobraź sobie, że wykręcasz jego numer. Co czujesz? Spokój, a może nerwowe pulsowanie w żołądku? Koncentruj się na doznaniach w ciele, a nie na tym, co podpowiada ci głowa. Następnie wyobraź sobie, że jednak nie dzwonisz. Czy jesteś w stanie spokojnie czekać na jego telefon, a może już w trakcie wykonywania ćwiczenia zastanawiasz się, czy on akurat nie próbuje się do ciebie dodzwonić? Rozważ, która opcja jest dla ciebie bardziej oszczędna energetycznie.

Przed powrotem do domu. Po skończonej pracy, zanim rzucisz się w wir domowych obowiązków, znajdź chwilę, by przestawić się z rytmu „praca” na rytm „dom”. Możesz pójść na krótki spacer albo posiedzieć przez 10 minut w samochodzie, by zamknąć tematy zawodowe. Podobne przerwy rób zawsze, ilekroć zmieniasz aktywność, jesteś tuż przed ważnym spotkaniem czy masz gdzieś zadzwonić.

Przed snem. Wieczorem po ciężkim dniu zrób sobie kąpiel z dodatkiem soli morskiej. To cię zrelaksuje i oczyści z energii ludzi, z którymi dziś się spotkałaś.

Przed kolejnym spotkaniem. Jeśli pracujesz z klientami, jak najczęściej wietrz swój gabinet i myj ręce do łokci w zimnej wodzie.

Na dobre rozpoczęcie dnia. Połóż się na podłodze, ręce złącz nad głową, a nogi ułóż tak, by stykały się wewnętrznymi stronami stóp. W ten sposób stworzysz zamknięty obieg energii. Poleż spokojnie 10 minut, oddychaj zgodnie z własnym rytmem.

Na złagodzenie bólu. Kiedy boli cię brzuch albo głowa, połóż się i postaraj rozluźnić ciało. Lewą rękę połóż w okolicach serca, a prawą w miejscu, które cię boli. Wyobraź sobie, że pomiędzy nimi przebiega linia. Energia serca złagodzi ból.

Na zmęczenie. Kiedy czujesz się zmęczona, opukuj palcami miejsce tuż za uszami tak długo, aż poczujesz przypływ energii.

  1. Zdrowie

Przejrzyjmy na oczy - posprzątajmy świat ze szkodliwych jednorazowych okularów

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Pod hasłem #SuperMocOkularów ruszyła kampania edukacyjna Czas Na Wzrok 2021. Jej celem jest zwrócenie uwagi na szkodliwość niewłaściwie dobranych okularów oraz wpływ „jednorazówek” na środowisko.

Każdego roku do naszego kraju trafia blisko 14 mln sztuk gotowych, jednorazowych okularów – zarówno korekcyjnych bezbarwnych, jak i tanich okularów przeciwsłonecznych. Mimo, że blisko 80 proc. Polaków ma świadomość zagrożeń wynikających z użytkowania ich bez konsultacji ze specjalistą, kupują je, szkodząc tym samym nie tylko wzrokowi, ale także środowisku. Ze zleconego przez Grupę Essilor i zrealizowanego przez SW Research w lutym br. badania wynika, że w 2020 roku aż 70 proc. Polaków nie zbadało swojego wzroku u okulisty lub optometrysty. Jednocześnie, 69 proc. respondentów przyznało, że w „pandemicznej rzeczywistości”, w wyniku zwiększonej ilości czasu spędzonego przed ekranem, ich wzrok uległ pogorszeniu. Ta szczególna sytuacja i związane z nią ograniczenia spowodowały, że wiele osób – zamiast skorzystać z usługi badania wzroku i profesjonalnego doboru okularów w salonie optycznym – wybrało szybszy, ale niekoniecznie lepszy sposób, ratując się jednorazowymi okularami z drogerii, apteki czy supermarketu.

Jako Grupa Essilor, od przeszło trzech lat staramy się podnosić w społeczeństwie świadomość potrzeby dbania o wzrok. Zatrważające statystyki dotyczące zaniechania badań wzroku wśród Polaków w ubiegłym roku, jak i sama liczba tzw. „gotowców”, które trafiają do Polski, uderzyły nas na tyle, że tegoroczną edycję edukacyjno-społecznej kampanii „Czas Na Wzrok” postanowiliśmy w pełni poświęcić właśnie kwestii okularów jednorazowych. Chcemy przypomnieć Polakom, że jest to rozwiązanie wyłącznie awaryjne i nie może być traktowane w kategorii regularnej korekcji. To niezwykle istotne, aby uświadamiać, jak ważna jest profesjonalna, indywidualnie dobrana korekcja okularowa. Stąd pomysł na tegoroczny temat kampanii. Chcemy przekonać Polaków do tego, że po okulary powinno się przychodzić wyłącznie do optyka. Przy okazji zadbamy o naszą planetę dla kolejnych pokoleń! – mówi Justyna Skrzypek, Country Marketing Director Grupy Essilor na Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię i Ukrainę.

Nadużywane jednorazówki

Okulary jednorazowe są powszechnie dostępne – w marketach, na bazarach, nawet w aptekach. Ich stosunkowo niska cena sprawia, że może sobie na nie pozwolić większość z nas. Jednak, jak zauważa okulistka Anna Ambroziak, kwestia popularności tzw. „gotowców” generuje istotny problem.

Wiele osób, pomimo wyraźnych, rygorystycznych wskazań producentów, z okularów jednorazowych korzysta niezgodnie z instrukcją. Chociaż jest to tanie i wygodne rozwiązanie w sytuacji, kiedy zapomnimy zabrać swoją parę z domu, lub kiedy oczekujemy na odbiór nowych okularów od optyka, to coraz częściej zauważam niepokojący trend – ludzie, zamiast traktować jednorazówki jako rozwiązanie doraźne i awaryjne, zaczynają nosić je na co dzień.  W ten sposób szkodzą swoim oczom. Głównie dlatego, że okulary jednorazowe posiadają jednakowy rodzaj szkieł. Oznacza to, że obie soczewki w takich okularach mają najczęściej tę samą moc. Tymczasem oczy potrzebują najczęściej innej w prawym, a innej w lewym oku. W konsekwencji tego, użytkując okulary jednorazowe na stałe, ryzykujemy nieprawidłową korekcją wzroku i pogorszeniem widzenia. Dlatego tak ważne jest, by okulary – zarówno korekcyjne, jak i przeciwsłoneczne – kupować u optyka. To jedyna gwarancja dopasowania ich indywidualnie do potrzeb każdego z nas – przestrzega okulistka.

Chodzenie w przeciwsłonecznych „jednorazówek” z ulicznego straganu również nie jest zdrowe dla naszym oczu. Niestety, okulary z niepewnego źródła zwykle nie mają ochrony przeciwsłonecznej nawet jeśli informacja o filtrach znajduje się na zausznikach. W okularach za 15 złotych najczęściej znajdują się po prostu przyciemniane szkiełka, przez które do naszych oczu dociera mniej światła, co powoduję, że źrenice naszych oczu rozszerzają się. W efekcie do oka wpada więcej szkodliwego promieniowania UV.

Dla zdrowia i planety!

Tegoroczna akcja #SuperMocOkularów ma nakłonić Polaków do dbania o wzrok oraz przyczynić się do ochrony środowiska. Essilor we współpracy z partnerskimi salonami optycznymi, organizuje zbiórkę jednorazowych, szkodliwych okularów. Do każdego salonu optycznego, oznakowanego specjalną „eko ikoną” można przynieść stare, nieużywane, zniszczone oraz przede wszystkim szkodliwe  dla zdrowia jednorazowe okulary i w zamian – otrzymać specjalną ofertę na kupno nowej, profesjonalnie wykonanej pary okularów wraz z badaniem wzroku w ich cenie (w tych salonach, w których prowadzone są badania wzroku). Zebrane z całej Polski jednorazowe okulary Grupa Essilor przekaże do przetworzenia na energię dla naszych domów.

Salony optyczne, biorące udział w akcji, można wyszukać w lokalizatorze na stronie internetowej kampanii www.czasnawzrok.pl.

Organizatorem kampanii Czas Na Wzrok jest Grupa Essilor (firmy Essilor Polonia, JZO i Jai Kudo) Organizatorem kampanii Czas Na Wzrok jest Grupa Essilor (firmy Essilor Polonia, JZO i Jai Kudo)