1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Światowy Dzień Oszczędności: 5 rad jak oszczędzać pieniądze

Światowy Dzień Oszczędności: 5 rad jak oszczędzać pieniądze

fot. iStock
fot. iStock
Dlaczego, gdy myślimy o oszczędzaniu, jeży nam się włos na głowie? Kwestia rozsądnego zarządzania pieniędzmi wydaje się zawsze trudna i nigdy nie wiadomo od czego zacząć. Oto kilka rad, które pozwolą zminimalizować codzienne wydatki bez zbędnych wyrzeczeń. Przygotowane zostały z myślą o tych, którzy chcieliby zaoszczędzić przysłowiowe ,,kilka groszy”, a nie bardzo wiedzą jak.

Światowy Dzień Oszczędzania, obchodzony co roku 31 października, został ustanowiony z myślą o stabilnym i długotrwałym rozwoju społeczeństw poprzez promowanie idei oszczędzania. W sieci można znaleźć wiele artykułów z setkami porad na ten temat. Tymczasem wystarczą przemyślane małe zmiany w życiu i odrobina sprytu, żeby w portfelach zostawało więcej pieniędzy.

Jeśli już musisz coś kupić – rób to z głową

W internecie jest wiele przydatnych przeglądarek i porównywarek cenowych. Przykładowo: atrakcyjne oferty internetu czy telewizji porównasz i zamówisz na panwybierak.pl, a produkty znajdziesz na ceneo.pl.

Żyj ekologicznie i zdrowo – to tańsze

Wprowadzenie kilku zasad służących środowisku również może przyczynić się do znacznych oszczędności w budżecie. Wystarczy kupić wielorazowy filtr do wody, zamiast płacić za tony plastikowych butelek czy współdzielić samochód podczas codziennych dojazdów do pracy.

Bądź sprytny i sprawdzaj możliwości

Kody rabatowe, klub zakupowy Zalando Lounge, Czarny Piątek, pozwalają zrobić zakupy nawet do 80% taniej. Od takich okazji aż roi się w Internecie, dlatego nie kupuj w pełnych cenach, tylko szukaj – odkryjesz masę kodów i okazji.

Zwróć uwagę na to co i gdzie jesz oraz pijesz

Wiele restauracji zachęca ofertami zniżkowymi, wystarczy tylko mieć zainstalowaną aplikację mobilną w telefonie. Inne miejsca kuszą z kolei Happy Hours. Miej to na uwadze – wystarczy wiedzieć gdzie i w jakich godzinach lub na jakich zasadach. W supermarketach zwróć uwagę na produkty ze zbliżającym się końcem daty ważności – są to pełnowartościowe produkty, a ceny potrafią pozytywnie zaskoczyć.

Naprawiaj – nie wyrzucaj

Używaj ponownie także tego, co na pierwszy rzut oka jest do wyrzucenia. Zamiast kupowania nowej doniczki zasadź kwiatki w dziurawym garnku, a słoika po ogórkach konserwowych używaj do robienia przetworów lub kupowania i przechowywania mąki.

 

Pamiętaj! Oszczędzanie zaczyna się w głowie – wymaga jedynie przemyślanego planu!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Ginące środki na koncie „Ziemia” – kiedy grozi nam bankructwo?

Żyjemy na kredyt, którego nie spłacamy na bieżąco. Większość z nas nie postępuje tak ze swoimi finansami, jednak dokładnie tak postępujemy z zasobami Ziemi - nagłaśnia Kampania WWF „Ograniczone Środki” (fot. iStock)
Żyjemy na kredyt, którego nie spłacamy na bieżąco. Większość z nas nie postępuje tak ze swoimi finansami, jednak dokładnie tak postępujemy z zasobami Ziemi - nagłaśnia Kampania WWF „Ograniczone Środki” (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Prawie połowa światowej populacji ludzkości stanie w obliczu poważnego niedoboru wody do 2030 r. Podobnie wygląda sytuacja z lasami - skutki działań człowieka już doprowadziły do ​​utraty około 40% światowych lasów. Tracimy je w tempie 10 milionów hektarów rocznie co można porównać do prawie 1/3 powierzchni Polski. Bez wody i tlenu, którego dostarczają nam lasy po prostu nie przeżyjemy.

„Co łączy Ziemię i konto w banku?” – to hasło kampanii „Ograniczone Środki”, które celowo nawiązuje do mechanizmów bankowych. Nie da się wypłacić pieniędzy, jeżeli skończą się środki na koncie. Nie będzie można korzystać z zasobów Ziemi, kiedy się wyczerpią. – W ten właśnie sposób Kampania Fundacji WWF ma tłumaczyć Polakom, dlaczego nadmierna konsumpcja to prosta droga do katastrofy ekologicznej.

Czy potrafisz wyobrazić sobie, że nie masz wystarczających zasobów wody? Że nie możesz nigdzie kupić świeżych warzyw i owoców? Że nie masz na co dzień prądu?

Jak podkreślają twórcy Kampanii: zdarza się, że co miesiąc wydajemy więcej niż zarabiamy, korzystamy z kart kredytowych, kredytów, pożyczek. I nagle tracimy pracę, bank nie chce nam udzielić kredytu, nie ma z czego pożyczać. Podobnie jest z naszą planetą – pula „kredytów” się kończy, „lokaty” potrzebują nie miesięcy czy lat, ale dziesięcioleci, aby się odnowić. Ludzie korzystają z zasobów natury, podobnie jak milioner z karty o nieograniczonych środkach. Bierzemy coraz więcej, znacznie więcej niż potrzebujemy, a źródła zasobów – kurczą się. Żyjemy na kredyt, którego nie spłacamy na bieżąco.

Źródło: strona WWF Polska Źródło: strona WWF Polska

 

Gdybyśmy mieli podliczyć, ile Ziemia łoży na nasze utrzymanie to byłoby to około 125 bilionów dolarów rocznie! – tyle warte są usługi w skali światowej, które przyroda dostarcza ludziom. Są to tzw. usługi ekosystemowe, które otrzymujemy od Ziemi, czyli świeże powietrze, czysta woda, żywność, energia, składniki leków oraz inne produkty i surowce. Jeśli dostęp do nich będzie bardzo ograniczony, grożą nam wojny o wodę, masowe migracje klimatyczne, nieprzychylny klimat, susze, powodzie, huragany – przestrzegają autorzy Kampanii.

Chociaż Ziemię w niemal 71 % pokrywa woda, to woda słodka stanowi zaledwie 2,5%, a tylko 1 % tej wody to woda zdatna do picia. (fot. iStock) Chociaż Ziemię w niemal 71 % pokrywa woda, to woda słodka stanowi zaledwie 2,5%, a tylko 1 % tej wody to woda zdatna do picia. (fot. iStock)

 

Czy wiesz, czym najbardziej każdy z nas obciąża Ziemię? Jakie środki marnotrawimy? Otóż badania opinii publicznej (Badania Stratosfera, październik 2020) pokazują, że według Polaków najbardziej degradujące dla środowiska są produkcja tekstyliów i transport. Pokazuje to, że aż 85% społeczeństwa jest w błędzie. Nie mamy świadomości, że tym, co najbardziej negatywnie wpływa na naszą planetę jest produkcja żywności, a głównie hodowla zwierząt. Cały system żywnościowy na świecie wiąże się ze zużyciem 69% zasobów wodnych i wykorzystaniem 32% lądówz kolei z tego aż 62% przeznacza się na hodowlę zwierząt i upraw pasz dla nich. Przez ostatnie 150 lat produkcja żywności doprowadziła do 33% erozji górnej warstwy gleby, 73% wylesienia  na świecie i odpowiada za 24% emisji gazów cieplarnianych.

- Po pierwsze musimy sobie uświadomić, że nasze codzienne wybory konsumenckie – mają wpływ na ilość i jakość produkowanej żywności i że to przekłada się na kondycję Ziemi – mówi Marta Grzybowska specjalistka ds. zrównoważonej gospodarki w WWF Polska. - Kupujemy za dużo jedzenia, które wyrzucamy, wynika to np. ze złego planowania, z kupowania rzeczy spoza listy, ze spontanicznych zachcianek. Nie patrzymy na kraj pochodzenia, zamiast lokalnie i sezonowo, zaopatrujemy się w produkty, które przeleciały pół świata, aby do nas dotrzeć, produkując tym samym ogromne ilości CO2 do atmosfery. Spożywamy za dużo mięsa – jego produkcja pochłania ogromne ilości zasobów wody i energii. W czasie pandemii, mniej wychodzimy z domu, mamy więcej czasu na planowanie posiłków. Wykorzystajmy zatem ten czas na nauczenie się oszczędzania naszej planety.

Kampanię Ograniczone Środki stworzyła Fundacja WWF Polska wraz z agencją Walk. Kampania ruszyła 20 października i będzie widoczna w Internecie do połowy grudnia. Ma pokazać Polakom, że degradacja środowiska ma bezpośredni związek z nadmierną konsumpcją.

Jak uniknąć bankructwa Ziemi? Na stronie WWF można znaleźć m.in. regulamin świadomego konsumenta:

  1. Zapamiętaj, że Ziemia ma ograniczone środki, tak jak Twój portfel!
  2. Pomyśl dwa razy zanim coś kupisz – czy naprawdę tego potrzebujesz?
  3. Ogranicz jedzenie mięsa i innych produktów odzwierzęcych -  jedz więcej lokalnych warzyw i owoców.
  4. Jeżeli coś się popsuje - sprawdź czy możesz to naprawić, zanim kupisz nowe.
  5. Kupuj rzeczy trwałe, dobrej jakości, zamiast kupować często a tanio – to się opłaca.
  6. Unikaj opakowań, a jeśli już to szukaj tych nadających się do segregacji - im prostsze opakowanie tym lepiej!
  7. Rób remanent w szafkach kuchennych, na pewno są tam rzeczy, o których nie pamiętasz.
  8. Na zakupy idź zawsze z listą lub aplikacją zakupową i z pełnym brzuchem.
  9. Wymagaj od producentów, żeby dbali o zrównoważony rozwój.
  10. Wybieraj polityków, dla których cele środowiskowe są ważne.
Źródło: materiały WWF Polska

  1. Psychologia

Czy umiesz zarządzać swoimi pieniędzmi?

Na wysokość zarobków ogromny wpływ ma poczucie własnej wartości, a także przekonania tkwiące w naszej głowie. (Fot. Getty Images)
Na wysokość zarobków ogromny wpływ ma poczucie własnej wartości, a także przekonania tkwiące w naszej głowie. (Fot. Getty Images)
Powiedzmy to wprost i szczerze: chcemy mieć pieniądze. Można być dobrym i bogatym. Można być bogatym i uczciwym. Jak je zdobyć?

"Damy o pieniądzach nie rozmawiają” – tak mówiło się w moim domu. Mogło się nawet wydawać, że naprawdę o nich nie myślą, bo są do wyższych celów stworzone. Poza tymi momentami, gdy wychodziły do pracy albo robiły zakupy, pożyczały lub oddawały najbliższym przyjaciółkom „w potrzebie” czy martwiły się, skąd wziąć na buty dla dziecka. Ponure lata 80. odeszły w przeszłość, ale stare inteligenckie zasady nie.

Gdy teraz rozglądam się wokół i patrzę na życie (oraz pensje) moich przyjaciółek, mam poczucie, że wszystkie musiałyśmy słyszeć w domu to samo. Ania pracuje w firmie szkoleniowej od dawna, ma doktorat, niezłomny charakter i zarządza zespołem 30 osób. Zarabia niewiele więcej niż asystentka, za to znacznie mniej niż nasz menedżer. Menedżer zajmuje się głównie tzw. autopiarem, czyli czymś, co moja babcia nazywa trafnie biciem piany. Ania pracuje zgodnie z zasadą, że widocznie płacą jej tyle, na ile zasługuje. A skoro nie więcej, to znaczy, że nie jest dla firmy więcej warta. „Ciężka praca sama się obroni” – to kolejny mit z bajki o grzecznych dziewczynkach. Tymczasem...

Pieniądze są ważne!

Badania pokazują, że na wysokość zarobków ogromny wpływ ma poczucie własnej wartości, a także przekonania tkwiące w naszej głowie. W kapitalizmie, szczególnie w czasach kryzysu, trudno liczyć na to, by pracodawca sam zaproponował nam podwyżkę. Jeśli nawet zaproponuje, a my odpowiemy zgodnie z tym, co wpajano nam w domu: „Och, nie, naprawdę, ja wcale nie zasługuję…”, to raczej nie liczmy na to, że w jego interesie będzie przekonywanie nas, że jednak się nam należy.

Podobnych absurdów w naszych zachowaniach można znaleźć wiele. Istnieje lista pułapek myślowych, w które wpadamy. Część z nich staje się szczególnie domeną kobiet. Nie ma jednak powodu, byśmy stali się niewolnikami wpojonych zasad, jeśli nas ograniczają. Możemy wyzwolić się, uświadamiając sobie, skąd się wzięły, a w rezultacie – zacząć żyć tak, jak chcemy. Bo właśnie do tego służą pieniądze – do realizacji marzeń.

Uświadom sobie cel!

„Jeśli nie wiesz, dokąd płyniesz, każdy wiatr wydaje ci się właściwy”.

Do realizacji każdego planu niezbędna jest wizja tego, do czego dążymy. To dotyczy też pieniędzy. Warto zacząć od zastanowienia się, do czego potrzebne są pieniądze. Ile pieniędzy potrzebujesz, by żyć tak, jak chcesz. Może nie musisz tak dużo pracować? Po co masz chodzić pięć dni w tygodniu do pracy, jeśli nie wiesz, ile potrzebujesz zarobić?

Musisz wiedzieć, dokąd zmierzasz, by móc zaplanować, jak tam dotrzeć. Zastanów się, jaki jest twój cel finansowy. Może chcesz kupić dom lub mieszkanie albo co roku wyjeżdżać na egzotyczne wakacje? Może chcesz wyjeżdżać raz na miesiąc na weekend nad morze? Twój cel może być agresywny lub skromny, może też zmieniać się z upływem czasu. By go wyznaczyć, trzeba zacząć od uświadomienia sobie, co jest tak naprawdę ważne dla ciebie. Wolny czas, rozwój duchowy, rodzina, podróże, kariera… Te wszystkie rzeczy znajdą się pewnie na twojej liście. Kluczowa jest jednak hierarchia tych celów.

Gdy uda ci się wyznaczyć sobie cel finansowy, poświęć czas na jego wizualizację: wyobrażaj sobie siebie, gdy ten cel powoli realizujesz i w końcu udaje ci się go osiągnąć. Jeśli chcesz kupić dom na Mazurach – wydrukuj sobie jego zdjęcie i powieś na lodówce. Ważne, by mieć ten cel przed oczami. Następnie ustal, ile potrzebujesz pieniędzy. Musisz zdobyć informację, ile ten dom kosztuje. Jeśli myślisz o kredycie, idź do banku i dowiedz się, czy masz zdolność kredytową albo co musisz zrobić, by ją uzyskać.

Zapisz, ile masz oszczędności, które chcesz na to przeznaczyć. Różnica między kosztem domu a twoimi oszczędnościami jest twoim celem finansowym. Ważne, by wiedzieć, ile się realnie potrzebuje. To pierwszy krok na drodze do celu. A pierwszy krok jest zawsze najtrudniejszy…

Bariery w twojej głowie...

Częstą przeszkodą na drodze do finansowego sukcesu bywa brak dążenia do wygranej. Zastanów się, czy w swoim życiu grasz, żeby grać, czy po to, żeby wygrać? Jeśli masz trudności z koncentrowaniem się na osiąganiu celu, zacznij kształtować w sobie tę umiejętność. Jak to zrobić? Obudź w sobie ducha rywalizacji. Choć może się to wydać niepoważne, zdolności rywalizacyjne możesz trenować, biorąc udział w zwykłych grach. Turniej scrabble czy treningi koszykówki pozwolą ci poczuć smak wygranej. Pamiętaj: tu nie chodzi o nic osobistego. To gra. Podobnie jest z pieniędzmi: grasz nie po to, by kogoś pognębić, ale by zyskać coś dla siebie. Pamiętaj, że bycie dobrym i bycie bogatym wzajemnie się nie wykluczają.

Innym hamulcem na drodze do twojego finansowego celu może być lęk. Uparcie dążysz do zachowania poczucia bezpieczeństwa rozumianego jako status quo. Obaw przed realizacją własnych marzeń możesz mieć mnóstwo. Każdy zdrowo myślący człowiek je ma. Nawet ci, którzy zarobili miliony. Ale oni potrafili podjąć ryzyko mimo lęków. By obawy nie zdominowały twojego myślenia, postaraj się otaczać ludźmi „na tak”. Osoby, które pozytywnie patrzą w przyszłość, a jednocześnie potrafią udzielać wsparcia i doradzać, są niecenionym skarbem. Są obok ciebie na pewno.

 
Warto zdawać sobie sprawę z tego, że być może realizacja twojego celu będzie wymagać zaangażowania i poświęcenia. Jeśli stawiasz na własny biznes, licz się z tym, że przez pierwszy rok nie będziesz mógł sobie pozwolić na urlop w Kenii, gdzie co roku chcesz spędzać dwa tygodnie. Nie zrealizujesz swojego celu od razu.

To ty rządzisz swoimi pieniędzmi!

Osiągnięcie celu będzie możliwe, jeśli przejmiesz kontrolę nas własnym życiem finansowym. By to zrobić, nie wystarczy wiedzieć, ile masz na koncie. Ważne jest, by nauczyć się planować i kontrolować wydatki. To właśnie określa się zarządzaniem budżetem. Jeśli masz wspólną kasę z partnerem, a on do tej pory zajmował się waszymi finansami i nie dopuszczał cię do nich, czeka cię zadanie wymagające asertywności. Powiedz, że pragniesz zorientować się, jak wyglądają wasze dochody i wydatki. Bądź w tym planowaniu finansów partnerem, a nie funkcjonariuszem. Nie zakładaj, że skoro do tej pory nie byłeś zaangażowany w te sprawy, to nie będziesz mile widziany.

Jeśli masz tylko swoje pieniądze, a do tej pory ich nie kontrolowałeś, spróbuj przez miesiąc zapisywać, ile na co wydajesz. Możesz użyć do tego celu Excela albo notesu. By lepiej kontrolować budżet, przerzuć się na bankowe usługi internetowe. Dzięki temu łatwo sprawdzić, czy pracodawca zapłacił ci pensję i w jakiej wysokości. Jest to szczególnie ważne w przypadku, gdy pracujesz w kilku miejscach lub dorabiasz na boku. Zapisz sobie w kalendarzu zadanie: „sprawdzanie konta internetowego” dwa razy w miesiącu. Gdy już podliczysz, przeanalizuj stan konta.

Część osób bierze na siebie obowiązek płacenia comiesięcznych rachunków, ale nie widzi zarządzania w szerszej perspektywie. Należy pamiętać, że odpowiednia strategia pozwala zapewnić sobie i rodzinie bezpieczeństwo finansowe.

Przemyśl inwestycje!

Jakie inwestycje? No właśnie brak inwestycji to kolejny błąd w podejściu do pieniędzy. Z reguły nie myślimy o inwestycjach, zakładając, że nie mamy wolnych środków, że wymagają one fachowej wiedzy. Oba te argumenty to tylko część prawdy.

By zacząć inwestować, wystarczy niewielka suma. Zacznij już teraz. Odłóż 50 zł. W skali miesiąca dobrze jest oszczędzać około 10 proc. W tym celu najlepiej od razu przelewać tę kwotę po wypłacie na oddzielne konto. Jeśli chcesz inwestować, konieczne jest jednak ciągłe zdobywanie wiedzy. Pamiętając o tym, że nie istnieje idealna strategia inwestycyjna (gdyby tak było, wszyscy by ją stosowali), poświęć czas na poszukiwanie wiedzy o finansach. Wystarczy wyznaczyć sobie moment w ciągu dnia, gdy możesz przeczytać artykuł w gazecie lub tekst w portalu ekonomicznym. Można to robić, jadąc autobusem lub w przerwie na kawę w pracy. Słuchaj wiadomości ekonomicznych w radiu albo znajdź czas na szkolenie. Na rynku istnieją także doradcy finansowi.

Podstawową zasadą początkującego inwestora powinno być to, by nie stawiać wszystkiego na jedną kartę. W ten sposób zapanujesz nie tylko nad racjonalną stroną inwestycji, ale także nad swoimi obawami.

Powstrzymaj emocje!

Przeszkodą na drodze do bycia bogatym jest nie tylko niechęć do inwestowania. Może to też być nałóg kierowania się emocjami podczas zakupów. Mówi się, że niektórzy kupują to, czego potrzebują, a inni to, czego chcą. Istnieje jednak kilka sposobów na to, by wydawać właściwie.

Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że na podejmowanie ważnych decyzji finansowych potrzebny jest czas. Nie decyduj o kupnie mieszkania, na które cię nie stać, „bo się w nim zakochałeś”. Daj sobie czas. Tym bardziej nie kieruj się emocjami, gdy chcesz je kupić na kredyt. Wprowadź zasadę, że za każdym razem, gdy chcesz wydać na coś więcej niż 500 zł, musisz się z tym „przespać”.

Nie daj się także nałogowi zakupów z poczucia winy: ludziom nie da się zrekompensować czasu, którego z nimi nie spędziłeś, drogimi prezentami. Zamiast tego znajdź alternatywną formę obdarowywania: możesz upiec ciasto lub namalować dla nich obraz. Albo po prostu spędzić z nimi czas.

Gdy wybierasz się do sklepu, zrób listę zakupów. Czy zauważyłeś, że wchodzisz do sklepu, by kupić coś na śniadanie, a wychodzisz z koszem pełnym zakupów? Niebezpieczne pod tym względem są szczególnie wycieczki do centrów handlowych. Promocje wabią i nęcą… Dla otrzeźwienia warto czasem przeliczyć, ile będziesz musiał pracować, by zarobić na wypatrzone na wystawie buty.

  1. Styl Życia

Człowiek bez pieniędzy. Kim jest Mark Boyle?

Mark Boyle żyje według zasady Gandhiego „bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”. (Fot. BE&W)
Mark Boyle żyje według zasady Gandhiego „bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”. (Fot. BE&W)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
By przekonać się, że faktycznie pieniądze szczęścia nie dają, aktywista Mark Boyle zrezygnował z nich całkowicie. Efekty trzyletniego eksperymentu przyniosły mu tyle satysfakcji, że postanowił pójść o kilka kroków dalej i powrócić do modelu życia sprzed rewolucji przemysłowej. Niektóre z jego postulatów możemy realizować nawet w wielkim mieście.

W 2016 roku Mark Boyle, aktywista i pisarz z Irlandii, znany światu jako „Moneyless Men” (człowiek bez pieniędzy) napisał swój ostatni e-mail i zamknął komputer. Miał nadzieję, że już nigdy w życiu nie będzie go musiał otwierać (co nie do końca mu się udało). Postanowił, że od tej pory będzie żył z dala od cywilizacji i całkowicie bez dostępu do technologii. Decyzja była kontynuacją jego eksperymentu sprzed prawie dekady, kiedy to testował,  jak funkcjonować bez pieniędzy. Wcześniej studiował ekonomię i pracował jako dyrektor finansowy w firmach, które zajmowały się produkcją organicznego jedzenia. Coraz krytyczniej patrzył jednak na ciemne strony kapitalizmu, które widział nawet w teoretycznie etycznych miejscach pracy. Jak twierdzi, dopiero czas pozbawiony pogoni za karierą i żądzą zysku pozwolił mu się w pełni rozwinąć. Odkrył że wszystko, czego potrzebuje do szczęśliwego życia, jest w stanie wytworzyć sam, ewentualnie pozyskać przez handel wymienny. Przewidziany na rok eksperyment potrwał trzy razy dłużej. Z czasem Boyle w pewnym stopniu powrócił do pieniędzy, jednak coraz bardziej zaczęło go uwierać uzależnienie od technologii, więc zdecydował się na powrót do korzeni. Postawił na życie bez Internetu, telefonu, prądu, kanalizacji i centralnego ogrzewania. Offline...

Myśli spisane ręcznie

Swoimi doświadczeniami Boyle regularnie dzieli się z czytelnikami na łamach dziennika „The Guardian” oraz w książkach. „The Moneyless Men: A Year of Freeconomic Living” ukazała się po angielsku w 2010 roku, zaś polscy czytelnicy właśnie dostali do rąk tytuł „Offline”.

Boyle pisze ręcznie, z redakcją komunikuje się za pomocą tradycyjnej poczty (co zajmuje tyle czasu, że nie zdążyłam uzyskać od  niego odpowiedzi na moje pytania przed wysłaniem tego numeru do druku). Listownie odpowiada dziennikarzom i czytelnikom, nie ma pojęcia, ile „lajków” zbierają w sieci jego felietony, a nawet udało mu się przegapić brexit. Na potrzeby książki musiał na chwilę porzucić świat offline, by swoje odręczne notatki przepisać na komputerze. Wspomina ten czas jako okropny. Jego przemyślenia skłaniają do refleksji. Podważają zasady współczesnego świata i pokazują, że można żyć inaczej.

„Jako społeczeństwo wyprodukowaliśmy wystarczająco dużo rzeczy, aby przetrwać całe życie. (…) Moglibyśmy zredukować nasze wydatki osobiste do minimum, a dzięki temu przyjąć 21-godzinny tydzień pracy. Zyskalibyśmy życie w czasie wolnym. Moglibyśmy sami uprawiać żywność, zakładać kręgi prezentów i darmowe sklepy, uczyć się umiejętności na małą skalę lub jeździć rowerem zamiast samochodem. Wszystko to zmniejszyłoby emisję dwutlenku węgla, jednocześnie zwiększając nasze szczęście. W dłuższej perspektywie musimy zakwestionować fundamentalne narracje kulturowe naszych czasów: nieograniczony wzrost, oddzielenie od natury, a nawet ekonomię monetarną” – uważa autor „Offline”.

Mark Boyle, 'Offline' (Wydawnictwo Mova, 2020) Mark Boyle, "Offline" (Wydawnictwo Mova, 2020)

Powrót do pierwotności

By zrealizować swoje idee, Boyle zamieszkał w przyczepie, bez prądu i bieżącej wody. Od tej pory wszystko, czego potrzebował, musiał wykonać sam. Bardzo szybko zaczął odczuwać pozytywne efekty tej decyzji. Choć początkowo perspektywa braku pieniędzy wydawała mu się przerażająca, z upływem czasu stawał się coraz spokojniejszy, zdrowszy i bardziej zadowolony ze swojej sytuacji życiowej. Między innymi dlatego, że przestał budować poczucie bezpieczeństwa na stanie posiadania, a zamiast tego odnalazł je w sobie i w kontaktach z innymi ludźmi. „To ja byłem teraz walutą, nie funt. W mojej bezgotówkowej ekonomii nagradzana była przede wszystkim solidarność. Porównaj to ze światem wielkich finansów, w którym zdrowa dawka psychopatii często pomaga w osiągnięciu szczytu, a samolubstwo i bezwzględność to podstawa” – pisał. Trudno nie przyznać mu racji.

Coraz wyraźniej widać, że zapętliliśmy się w żądzy zysku oraz idei stałego wzrostu, zamiast myśleć o tym, co naprawdę ważne. W korporacjach często bardziej liczą się arkusze kalkulacyjne niż ludzie. Widać to było w czasach pandemii, gdy wiele firm masowo zwalniało pracowników, zamiast na spokojnie przyjąć fakt, że przez pewien czas organizacja będzie generowała mniejszy zysk, za to da chleb wielu rodzinom. Czy takie podejście nie byłoby bardziej humanitarne?

Wiele działań „Człowiekowi bez pieniędzy” wydaje się zbyt ekstremalnych. Choćby te dotyczące higieny. Kąpiel w samej wodzie, bez mydła, to najłagodniejsza z nich. Pasta do mycia zębów z rybich kości i ziaren kopru włoskiego, niesprzedane gazety z lokalnego kiosku zamiast papieru toaletowego (Boyle wspomina, że zdarzyło mu się podetrzeć artykułem o sobie samym). Musiał  także zweryfikować przekonania dotyczące diety. Przedtem był weganinem, teraz sam zdobywał pożywienie: trzy razy w tygodniu łowił ryby, a gdy znalazł przy drodze potrąconą przez samochód martwą sarnę, zaciągnął ją do domu i spożytkował każdą jej część. Sam krzesał ogień, bo postanowił zrezygnować nawet z zapałek.

Odcięcie od technologii miało też przykre konsekwencje. Gdy partnerka listownie z nim zerwała, nie miał jak się z nią skontaktować. Nie był w stanie dotrzeć na pogrzeb bliskiej osoby, bo dowiedział się o nim po czasie, z listu od matki. Kiedy brakowało mu spotkań z przyjaciółmi, znalazł jednak rozwiązanie – zaprosił ich na wspólne zbieranie jabłek i przygotowanie z nich cydru. Wszyscy mieli z tego dużo więcej frajdy niż podczas nudnych, cotygodniowych nasiadówek nad kuflem piwa.

Po pierwsze: nie marnuj

Choć przeciętny człowiek nie będzie w stanie wprowadzić wszystkich postulatów Marka Boyle’a w życie, część jego działań może inspirować do zmiany. Choćby te w kwestii żywności, bo marnujemy 1/3 tego, co kupujemy. Boyle pozyskiwał część pożywienia, zbierając przeterminowane rzeczy, których nie chciały już sklepy i to akurat jest już wykonalne, bo na Facebooku prężnie działają grupy freegańskie, których członkowie wymieniają się niepotrzebnym jedzeniem (takim jak gar bigosu, którego nie są w stanie sami przejeść), a także informują, które sklepy akurat pozbyły się przeterminowanego towaru. Przeszukiwanie śmietników w poszukiwaniu całkiem jeszcze dobrych bananów czy awokado dostarcza adrenaliny, choć wciąż obarczone jest kulturowym tabu. Jednak w wielu miastach Polski działają jadłodzielnie, w których można zarówno zostawić to, czego nie potrzebujemy, jak też poczęstować się pozostawionym tam jedzeniem.

Autor „Offline” uprawiał ogródek, łowił ryby i polował, a dzięki temu jadł dokładnie tyle, ile potrzebował. Nie groziły mu ani nadwaga, ani rozrzutność. Ja również od dłuższego czasu próbuję wcielić część tej filozofii w życie. Nie mam ogródka, ale pilnuję, by nie kupować więcej, niż potrzebuję. Trochę pomogła mi w tym pandemia i wymuszone przez nią robienie zakupów na zapas, ale w sensowny sposób – tak by nic nie marnować. Gdy okazało się, że nie mogę w każdej chwili wyjść do sklepu, by dokupić to, na co mam ochotę, do głosu doszła kreatywność. Wymyślanie nowych dań wyłącznie z tego, co miałam w domu, karmiło nie tylko domowników, ale i moje twórcze potrzeby. Do tego dawało chwilę wytchnienia od stresu. Tak jakby zajmowanie się sprawami najprostszymi i jednocześnie najważniejszymi pozwalało być tu i teraz, zamiast zamartwiać się na zapas.

Dokładnie to samo zauważył Mark Boyle. Przeniósł się na wieś, by wieść życie przez popkulturę nazywane „prostym”. W rzeczywistości jednak wcale nie jest ono proste. Boyle musiał wszystko zapewnić sobie sam; był zajęty od rana do nocy, ale może dzięki temu mniej pozostawało miejsca na stres czy nieustające analizowanie. Rytm dnia podporządkowany chwili obecnej i zaspokajaniu bieżących potrzeb − zamiast rozmyślania o tym, co kupić i skąd wziąć na to pieniądze − wpłynął na jego psychikę lepiej niż kursy uważności. „Filozofia mindfulness nie jest już duchowym luksusem, a ekonomiczną koniecznością” – uważa Boyle. W świecie ukierunkowanym na cel, konsumpcję i zaspokajanie potrzeb – pozostawanie w „tu i teraz” wydaje się jedynym ratunkiem.

Życie po życiu

Nie tylko jedzenie można pozyskiwać na drodze wymiany. Kupowanie nowych rzeczy, a tym samym generowanie kolejnych śmieci, jest nieekologiczne, zwłaszcza w świecie tanich produktów z sieciówek, których jakość nierzadko sprawia, że uczciwiej by je było nazwać raczej jednorazowymi.

Przyznaję, że los planety leży mi na sercu i postulaty Marka Boyle’a są mi bliskie. Jednocześnie kocham modę… Ubranie jest dla mnie polem do eksperymentów i autoekspresji. Próbowałam z tego zrezygnować, ograniczając zakupy do minimum, jednak czułam, że na tym polu czegoś mi ewidentnie brakuje. Wtedy odkryłam grupy z modą vintage na Facebooku. Za jedną czwartą tego, co wydałabym w sklepie, mogłam zaopatrzyć się tam w najbardziej niezwykłe używane kreacje, często prawdziwe skarby. Wystawiałam też swoje rzeczy, których już nie potrzebowałam, by dać im drugie życie. Kupiłam używaną zmywarkę, której poprzedni właściciel chciał się pozbyć, bo zrobił właśnie gruntowny remont kuchni.

Podoba mi się też, że na grupach wymian częstą walutą są owoce, czekolada albo wino, a czasem nawet kompletnie niematerialne rzeczy typu taniec czy wiersz! Udało mi się kiedyś wymienić pomarańczę  na bestseller. Znajoma blogerka sprzedaje kosmetyki po testowaniu w niższych cenach, a cały dochód przeznacza na cele charytatywne. Płacąc jej, mam poczucie, że przy okazji mogę zrobić coś dobrego, i jest to przyjemne. Nadal staram się jednak kupować tylko to, czego naprawdę potrzebuję, by nie generować niepotrzebnych śmieci.

Sztuczne pragnienia

Także technologiczny detoks Marka Boyle’a ma swój wymiar ekonomiczny. Nie da się ukryć, że smartfony i Internet to jedne z głównych narzędzi, za pomocą których marki chcą do nas dotrzeć ze swoimi produktami. Gdy nie jesteśmy nieustannie bombardowani reklamami produktów, na które nas nie stać i których tak naprawdę nie potrzebujemy – przestajemy ich pragnąć. Nie jestem w stanie długofalowo zrezygnować z Internetu, tak jak Mark Boyle, na cyfrowy detoks pozwalam sobie tylko na wakacjach. Mogę jednak zrobić coś innego. Przestaję obserwować na Instagramie jakiekolwiek marki, nawet te ulubione. Gdy nie widzę ich produktów na co dzień, zapominam, że istnieją. Uświadamiam sobie, że moje potrzeby były sztucznie wykreowane. Odkąd zaś obserwuję osoby, które mają coś do powiedzenia zamiast do zareklamowania, moje wirtualne życie stało się ciekawsze i wzbogacające. Tak naprawdę myślę, że zakupy często mają zastąpić poczucie szczęścia w życiu. Wolę zapewnić je sobie inaczej: przez dobry związek, wartościowe relacje, realizowanie pasji. Kluczowe stało się dla mnie uświadomienie sobie, że mam wszystko, czego mi trzeba. Mój wewnętrzny dobrostan nie zależy od tego, co posiadam. Gdy w środku czuję się OK, zakupy są tylko miłą, ale zupełnie zbędną otoczką.

Mark Boyle żyje według zasady Gandhiego „bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”. Doskonale zdaje sobie jednak sprawę, że droga do spełnienia jego postulatów jest daleka, zaś jego postawa stanowi wyjątek w świecie sterowanym konsumpcją. Warto jednak raz na jakiś czas pozwolić sobie na wolność życia całkowicie bez pieniędzy. „Musielibyście być szaleni, żeby przynajmniej tego nie spróbować, choćby przez tydzień latem – przekonuje Boyle. – Pozwólcie sobie na długie spacery po lesie, weekendowe biwakowanie na plaży, gotowanie na świeżym powietrzu jedzenia, które sami wyhodujecie lub złowicie, jazdę na rowerze, słuchanie akustycznej muzyki przy ognisku, wędrówki po dziczy, zbieranie jagód i orzechów, zanurzenie się nago w jeziorze, spanie pod gwiazdami…” – wylicza.

Rezygnacja z pieniędzy ma bowiem jego zdaniem kluczowy wymiar: pozwala dotrzeć do sedna istnienia, które cywilizacja i konsumpcjonizm skutecznie próbują w nas zagłuszyć.

  1. Psychologia

Jaki stosunek do pieniędzy jest najzdrowszy? Pytamy Katarzynę Miller

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
Dobrze jest mieć pieniądze, źle ich nie mieć. Z drugiej strony nie powinniśmy być ani ich niewolnikami, ani właścicielami. Jak komfortowo żyć zarówno z pełnym, jak i pustym portfelem – pytamy psychoterapeutkę Katarzynę Miller w nowym cyklu „Kasia na kryzys”, w którym szukamy odpowiedzi na trudne pytania.

Dobrze jest mieć pieniądze, źle ich nie mieć. Z drugiej strony nie powinniśmy być ani ich niewolnikami, ani właścicielami. Jak komfortowo żyć zarówno z pełnym, jak i pustym portfelem – pytamy psychoterapeutkę Katarzynę Miller i szukamy odpowiedzi na trudne pytania.

W dobrym tonie jest mówić, że pieniądze tak naprawdę nie mają znaczenia. Ale czy nie jest tak – jak gorzko zauważają niektórzy – że pieniądze nie mają znaczenia tylko dla tych, którzy je mają?
Ależ pieniądze są ważne! Oprócz tego, że dzięki nim mamy co jeść, co pić i jeszcze możemy spać pod cieplejszą kołdrą, to też dzięki nim lepiej myślimy o sobie. Pieniądze to prestiż, ważność, wyraźność i widoczność. Ludzie, którzy mają dużo pieniędzy – wybijają się z tłumu. Kapitalizm, który nam nastał w Polsce – szczęśliwie lub nie – przyniósł niesłychaną popularność pieniądza, którą wcześniej tylko oglądaliśmy przez ocean z perspektywy naszego realnego socjalizmu. Wcześniej było wiadomo, że pewnych rzeczy nie posiadamy, bo nie mamy pieniędzy i swobodnego dostępu do tych rzeczy, ale też, że nie możemy się bogacić. Wszyscy byliśmy wtedy mniej lub bardziej równi. Teraz pieniądze zaczęły nas dzielić – nie różnimy się już urodzeniem, a posiadaniem. Dziś gdy młody przedsiębiorca zakłada firmę, to od razu bierze w leasing wypasiony samochód, żeby pokazać, że on już się czegoś dorobił. Albo kupuje ubranie z widocznym logo projektanta. Dużo jest w nas tego porównywania się do innych, potrzeby pokazania, co się ma, szpanu.

Czyli dziś nie tylko trzeba, ale warto mieć pieniądze.
Większość z nas woli mieć pieniądze niż ich nie mieć. Oczywiście niektórzy pochodzą z takich enklaw, gdzie ważna jest wrażliwość, duchowość i wewnętrzna mądrość. Oni często mówią, że pieniądze specjalnie niczego nie zapewniają. Ale przecież zapewniają. W dodatku niektórzy potrafią robić z tych pieniędzy fajny użytek. Na przykład taki Bill Gates – jeśli pomyślę, na ile potrzebnych rzeczy i inicjatyw przeznacza swoje fundusze, to uważam, że nawet czasem tak przeogromne bogactwo ma sens. Mam tu na myśli jego działalność charytatywną, ale też liczne badania, choćby te na rzecz szczepionki na koronawirusa. A przecież nie musi tego robić. Oczywiście nie tylko on robi dobre rzeczy ze swoimi pieniędzmi. Faktem jest, że masa światowego kapitału znajduje się w rękach paru ludzi, i to jest przerażające. Bo od tych kilku osób zależy los całej planety i nas wszystkich.

Pieniądze dają władzę. Czy to nie dlatego niektórzy chcą ich mieć więcej i więcej?
Oczywiście. Władcy zawsze mogli robić z innymi, co chcieli. Mnie niepokoi to, że zarówno najbogatsi, jak i ci biedniejsi nie potrafią zatrzymać się w bogactwie. Powiedzieć: już mi wystarczy. Dać sobie dobrobyt. Bardzo ważne jest, byśmy sobie umieli pozwolić na bogactwo, ale nie na nadmierne. Tylko kiedy już się rozkręcimy w tę stronę, to rzadko kto potrafi się zatrzymać. Ludzie koszmarnie głupieją w pogoni za pieniędzmi.

Jest jednak różnica między bogactwem a posiadaniem. Pisaliśmy niedawno o koncepcji „happy money”. Szczęśliwe pieniędze to pieniądze, które zarobiłeś w uczciwy sposób, dający ci satysfakcję i niekrzywdzący innych. I które powinny być w ruchu, czyli im więcej ich wydajesz i przekazujesz dalej, tym więcej ich do ciebie przypływa. Tego zresztą uczyła stara dobra gra „Monopoly”. Tymczasem mamy tendencję do tego, by pieniądze gromadzić i po prostu je mieć.
Nam się wydaje, że nie ma końca rozszerzaniu własnego ego. Sądzimy, że przez to, co posiadamy, wszyscy się dowiedzą, jacy to my jesteśmy wielcy i wspaniali. Dla mnie wyjątkowo przedziwną postawą jest sknerstwo, bo są strasznie biedni sknerzy, którzy nawet dziecku zabawki nie kupią, i obrzydliwie bogaci sknerzy, którzy sobie skąpią na wszystkim.

Gdy ktoś ma dobry background psychiczny, jest człowiekiem pogodnym życiowo i zadowolonym z siebie – to nie ma nic złego w tym, że lubi być zamożny, bo wie, po co mu te pieniądze, i umie z nich korzystać – do tego stopnia, że ludziom wokół niego też jest dobrze, bo daje im zarobić w godny sposób bądź też uprzyjemnia im życie. Sądzę, że jeśli się dostaje jakiekolwiek pieniądze, to najfajniej jest troszkę odłożyć, troszkę wydać na rzeczy bardzo potrzebne i troszkę przeputać. Czyli mamy coś w zapasie, a resztę wydajemy na to, co jest nam niezbędne i… zbędne. Na tej „zbędności” zasadza się mnóstwo życiowych przyjemności, jak wyjazdy, książki, smakołyki, fajne ciuchy… Pieniądze mamy też w końcu po to, by było nam w życiu fajnie. Oczywiście jeśli ktoś mało zarabia, to najpierw zaspokaja podstawowe potrzeby i niewiele mu zostaje. Ale nawet 5 złotych można przehulać z przyjemnością.

A jak na nasz stosunek do pieniędzy wpływa kryzys, zwłaszcza gospodarczy?
Kiedy nastaje kryzys, to niezależnie, czego on dotyczy, zawsze jest tak, że jedni na nim stracą, a inni się wzbogacą. Na pewno wzbogaci się ten, kto wyprodukuje teraz rzeczy, na które jest największy popyt. Są ludzie, którzy jakimś siódmym zmysłem wyczuwają okazję i wypełniają miejsce, gdzie jest próżnia. To ogromny talent.

Nie masz wrażenia, że w kryzysie ludzie właśnie zatrzymują pieniądze, tak jakby wstrzymywali na chwilę oddech? Że nie ma tego przepływu?
Owszem, zaobserwowałam to nawet ostatnio. Ludzie się teraz bardzo boją, wielu straciło pracę i szanse na zarobienie na swoje życie. Niektórych zaczęła dotykać bieda. Jedni od razu polecieli do sklepu i kupili mąkę, drożdże i papier toaletowy, a całą resztę wydatków odcięli. I teraz ani ten, co trzyma, ani ten, co mógłby zarobić, się nie bogaci.

Jakie trzeba mieć podejście do pieniędzy, by poradzić sobie najlepiej w kryzysie?
Po pierwsze, pieniądze należy lubić. Kiedy są, dobrze jest z nimi rozmawiać, zwracać się do nich z całą serdecznością, szacunkiem i wdzięcznością, na jakie nas stać. Po drugie, trzeba mieć na nie fajne miejsce, na przykład ładny portfel, trzeba je w nim też ładnie układać, najlepiej w tę samą stronę, według wartości. Po trzecie, należy je puszczać, czyli ich używać. Po czwarte, trzeba mieć poczucie, że się zasługuje na pieniądze, a jeśli mamy poczucie, że nie zasługujemy, to należy się przyjrzeć dlaczego. Bardzo często takie podejście wynosi się z domu. Bo jako dzieci słyszeliśmy na przykład: „Nie kumpluj się z nimi, oni są bogaci, to na pewno złodzieje” albo „Nie koleguj się z nimi, bo są biedni i nic nie mają – to się nie opłaca”. Spora część ludzi, kiedy ich spytasz o stosunek do pieniędzy, mówi: „Nie są dla mnie ważne”. Bo tak wypada powiedzieć. Albo: „Ja tego nie robię dla pieniędzy”, co nie zawsze jest prawdą. Często kobiety deklarują: „Nie dlatego się z nim spotykam, że on jest bogaty”, gdy tymczasem właśnie dlatego się z nim spotyka. Dużo jest w naszej relacji z pieniędzmi zakłamania.

Prawda jest taka, że pieniądze są niezbędne do życia, a poza tym dają nam satysfakcję, bo są w tym świecie jednak miernikiem tego, czy pracowałam, czy coś zrobiłam albo czy mi się udało. Dlatego jeśli pieniądze mamy, to dobrze, a jak ich nie mamy, to już trochę źle.

Ale czy pieniądze stanowią o naszej wartości?
Dla bardzo wielu osób – tak. Dla niektórych – wprost przeciwnie. Najlepiej byłoby to wypośrodkować. Ludzie, którzy potrafią zarabiać w sposób zdrowy, mogą się ze swoich pieniędzy cieszyć i dobrze ich używać. Inni – jak to się mówi – zabijają się dla nich, a potem nie mają nawet czasu ich użyć, ucieszyć się z nich. Albo nie umieją się z nich cieszyć. Bo jeśli będą mieli lexusa, to minie ich bentley, a kiedy kupią sobie bentleya, to minie ich rolls-royce, no a kiedy już będą jechać rolls-royce'em, to nad nimi przeleci prywatny odrzutowiec… Oczywiście, zawsze można się ucieszyć, że ktoś ma aż tyle, pod warunkiem że dobrze z tego korzysta. Natomiast jeśli w środku zawiść cię skręca i nie uśniesz w spokoju, póki nie przebijesz marką samochodu sąsiada, to nigdy nie będziesz czerpać z pieniędzy radości.

Mówisz, by pozwolić sobie na bogactwo. A co, jeśli czujemy i wiemy, że ewidentnie jesteśmy przepłacani? Inni pracują od nas ciężej i dłużej, a jednak nie proponują im takich stawek jak nam? Cieszyć się czy uważać za niesprawiedliwość i starać się innym to jakoś wyrównać?
A to zależy od człowieka. Ci, którzy mają adekwatne poczucie własnej wartości, mogą to przyjąć i zrobić z tego dobry użytek, czyli posłać gdzieś dalej. Ale jeśli ktoś jest słaby i nieukonstruowany, uzna pewnie, że mu się należy, a potem się zdziwi, bo już nie dostaje. Znam ludzi, którzy nie potrafią się pogodzić z tym, że nie są już na szczycie. A inni mówią sobie: „E tam, przynajmniej raz udało mi się przespać w Ritzu” i pójdzie sobie do pensjonatu w Kołobrzegu, i też będzie w nim szczęśliwy.

Czyli można by podsumować tak: nauczmy się akceptować, kiedy dają nam pieniądze, nawet jeśli oferują za dużo, ale też gdy nam je zabierają. Na takiej samej zasadzie, jak cieszymy się, kiedy znajdujemy pieniądze, ale też uznajemy, że fair jest je czasem zgubić.
Dokładnie tak. A jeśli dobrze nam się wiodło przed kryzysem, a po kryzysie wiedzie nam się gorzej – cóż, takie są koleje. Opowiem ci pewną historię. Przyszły do mnie kiedyś dwie siostry, których ojciec był bardzo bogaty. Miał powodzenie w interesach, więc za zarobione pieniądze kupił córkom mieszkania. Aż nagle okazało się, że to, co produkowała jego fabryka, przestało być kupowane. Po prostu skończył się popyt. Znajomi mu doradzali: „Sprzedaj szybko maszyny i towar, a to, co z tego dostaniesz, złóż na koncie. Będziesz miał kapitał do końca życia”. Ale on się uparł – bo ta fabryka to była jego wielkość. Powiedział: „Będę produkował dalej”. I jeszcze dokupił kilka maszyn. No i kolejny raz splajtował. Żona zgodziła się sprzedać swoje futra, by ratować fabrykę, ale to nic nie pomogło. Wtedy zwrócił się do córek z żądaniem, by sprzedały swoje mieszkania, bo przecież dostały je od niego. I one przyszły do mnie, bym im powiedziała, czy mogą nie sprzedawać i nie pomagać w ten sposób tatusiowi. Spytałam tylko o jedno: czy prawnie mieszkania są ich. Tak. „No to w żadnym wypadku! Powiedzcie mu, żeby się wypchał. To są wasze mieszkania, które dostałyście w prezencie. Jesteście mu za to bardzo wdzięczne i tyle”.

Jeśli ktoś nam daje, to nie może żądać, żebyśmy oddali – bo w ten sposób chce zaburzyć przepływ?
Właśnie – gdy dał, nieprzymuszony, i skoro chcieliśmy od niego przyjąć, to jest to teraz nasze. Chyba że znowu pojawia się w naszej głowie ta myśl: „nie zasługuję”. Warto zrobić wtedy porządną terapeutyczną pracę nad tym, dlaczego wiecznie mam takie poczucie.

U podnóża skąpstwa też leży przekonanie: „nie zasługuję”?
Absolutnie tak. Skąpstwo cechuje osoby o tzw. osobowości anankastycznej – one niczego nie wypuszczają: uczuć, pragnień, prawdy. To taki człowiek z czopkiem w pupie.

Mówisz: miejmy szacunek do pieniędzy. Jeśli szanujemy naszego partnera, to chcemy z nim być, ale też pozwalamy mu odejść.
Zgadza się. Ale przede wszystkim go lubimy. Dlatego nie bądźmy ani niewolnikami pieniędzy, ani ich właścicielami. Bo one płyną, płyną przez cały świat.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Styl Życia

Sukces w biznesie, w pracy i w życiu? Możesz go osiągnąć!

Klucz do sukcesu to radość, lekkość i przepływ. Kiedy w taki sposób działasz, wszystko dzieje się naturalnie. (Fot. Getty Images)
Klucz do sukcesu to radość, lekkość i przepływ. Kiedy w taki sposób działasz, wszystko dzieje się naturalnie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czym właściwie jest sukces? Jakie warunki sprzyjają dotarciu do tego miejsca? Kiedy możemy powiedzieć „mam to” i czy wszyscy posiadamy predyspozycje, by tego doświadczyć? David Hawkins obala mity na temat sukcesu i zapewnia, że jest on dla ciebie.

Taki też tytuł – „Sukces jest dla ciebie” – nosi wydana pośmiertnie książka Hawkinsa, doktora nauk medycznych, nauczyciela duchowego i wykładowcy. David Hawkins był też niewątpliwie człowiekiem sukcesu. Wykonywał różne zajęcia – i w każdym z nich brylował. Wdrażał innowacyjne rozwiązania, z łatwością przyciągał klientów, pomnażał majątek. Odczuwał satysfakcję i radość. Zdobycie bogactwa i sławy jest według niego dziecinnie łatwe: „to tak banalne, że z bólem patrzę na ludzi walczących, cierpiących i poświęcających się bezowocnie, kręcących się w kółko, podczas gdy z góry wiadomo, że obrana ścieżka z pewnością doprowadzi ich do porażki”.

Według autora zdobywanie dóbr i apanaży, powszechnie łączonych z pojęciem sukcesu, a często i szczęścia, przypomina sytuację z małpą zamkniętą w klatce, przed którą położono banany. Małpa dokładała wszelkich starań, by dosięgnąć smakołyku przez pręty. Również wtedy, kiedy drzwi klatki zostały otwarte – wyciągała łapę tak mocno, że omal nie zwichnęła sobie barku. Tymczasem wystarczyło oderwać na chwilę wzrok od łupu, rozejrzeć się i wyjść… Pewnie znamy niejedną taką historię w ludzkim świecie: zmiana percepcji, moment „aha!” i wszystko staje się proste. Nie trzeba nadwerężać się, napierać. Co zatem sprawia, że tylu ludzi zachowuje się trochę jak ta małpa w klatce, próbująca zdobyć banany?

Zdaniem Davida Hawkinsa pomyliliśmy skutek z przyczyną. To, co na zewnątrz, z tym, co w środku. Zapomnieliśmy, że szczęście płynie z satysfakcji, z zachwytu. Że znalezienie otwartych drzwi ma większą wartość niż sięgnięcie po banany. Że najważniejsze jest nasze wewnętrzne mistrzostwo – reszta jest jego naturalną konsekwencją. „Szczęście przychodzi samo, gdy reprezentujemy sobą pewne jakości, żyjemy w określony sposób i mamy określone podejście do życia” – czytamy w książce Sukces jest dla ciebie”.

Puść w ruch kulę

Przyjęło się, że sukces to pieniądze i rozpoznawalność (bądź wysokie stanowisko) i życie w luksusie. A co z licznymi przypadkami celebrytów, którzy, mając to wszystko, odchodzą skłóceni z życiem? Co z menedżerami wysokiego szczebla, którzy nigdy nie wyłączają telefonu, a garnitur zdejmują tylko do snu? Czy wciąż są ludźmi sukcesu czy jego niewolnikami? A może ich życie nie ma nic wspólnego z sukcesem? Może doświadczają właśnie porażki?

Wygląda na to, że klucz do sukcesu to radość, lekkość, przepływ. Kiedy w taki sposób działasz, wszystko dzieje się naturalnie. Autor „Sukcesu” przyrównuje ten proces do obserwowania puszczonej w ruch kuli śnieżnej, która, tocząc się, rośnie i nabiera rozpędu. Zupełnie inaczej dzieje się, gdy zaczynamy się siłować. Wtedy – cóż – zgodnie z prawami fizyki pojawia się przeciwsiła.

W jednej ze swoich znanych książek, „Siła czy moc”, David Hawkins omawia różnice między tytułowymi pojęciami. Twierdzi, że moc jest czymś, co mamy w sobie. I że zawsze wygrywa z siłą. Podaje przykład Mahatmy Gandhiego – swoją postawą przezwyciężył siłę imperium brytyjskiego, które w tamtych czasach wydawało się niezłomne. „Władało jedną trzecią kuli ziemskiej, ale pokonał je «rachityczny», ważący czterdzieści kilogramów człowiek, którego władze imperium pogardliwie nazywały «kolorowym»” – pisze Hawkins. Skąd pochodziła jego moc? Z uniwersalnych zasad i praw, takich jak wolność i równość wszystkich ludzi.

Jak to się ma do naszych biznesów, naszych relacji zawodowych? Nauczyciel stawia sprawę jasno: mistrzostwo wynika z intencji, z dobrej woli. Nasi klienci, partnerzy biznesowi czują tę intencję. Na jakimś głębszym poziomie potrafią rozpoznać, jaka jest twoja dominująca wartość, postawa; z czym do nich wychodzisz. Czy lubisz to, co robisz, i prawdziwie się w to angażujesz. Czy jesteś życzliwy tym, których spotykasz na swojej drodze. Czy ważniejsze są dla ciebie zyski, obliczenia komputerowe czy ludzkie uczucia. „Niektóre rzeczy są bezcenne, a ludzie nie darują tym, którzy tego nie szanują” – kwituje i dodaje, że jedną z tych rzeczy jest zaufanie.

Przeszkody na drodze do sukcesu? Wygórowane ambicje, chciwość, duma. Chwile, kiedy uznajemy, że idzie nam tak dobrze, że nie musimy specjalnie liczyć się z innymi: obojętniejemy na ich potrzeby, zapominamy o ich wkładzie w nasze osiągnięcia, zaczynamy traktować ludzi przedmiotowo, nie potrafimy przyznać się do błędu. Stajemy się zbyt ważni, by podrzędny pracownik czy klient mógł nam zawracać głowę. „Prawdziwa moc człowieka sukcesu pochodzi z traktowania drugiej osoby jak człowieka” – podkreśla Hawkins. I przypomina: sukces nie jest naszą własnością! Nawet jeśli uważasz, że do wszystkiego doszedłeś sam, sukces jest konsekwencją tego, że spełniasz jakieś ludzkie potrzeby, że ktoś reaguje na to, co masz do zaoferowania. Że śledzi, kupuje, korzysta… Dlatego tak ważna jest wdzięczność. Sprawdzanie, czy ego nie próbuje zawłaszczyć i zepsuć tego, co przyciąga do nas ludzi. Czy nie zaprzedajemy się, nie oddajemy naszej mocy.

To sport, to gra

„Ludzie, którzy skupiają się jedynie na zysku, często na tym tracą”, „zyski są usprawiedliwieniem dla wyzysku”, „sukces to być istotą ludzką w pełni” – czytamy u Hawkinsa. Pięknie, tylko co z pieniędzmi? Mamy udawać, że są nieważne, że możemy się bez nich obejść? Oczywiście, że nie!

„Nie ma większej frajdy od zarabiania pieniędzy” – przyznaje bez fałszywego wstydu Amerykanin. „To sport. To gra. Przynosi dużo satysfakcji, także uzasadnionej. Czemu nie mielibyśmy zarabiać tyle, ile chcemy?”. Warto sprawdzić jednak, co nami kieruje, co jest na pierwszym planie, bo „sukces powstaje w sercu, a zysk w głowie”.

Duże pieniądze nie są nieodzownym składnikiem sukcesu. Doktor Hawkins przekonał się o tym kilka dekad temu. Pracując jako psychiatra, opracował plan leczenia (oparty na suplementacji i wyeliminowaniu określonych pokarmów z diety), który zapobiegał pewnej przypadłości neurologicznej. Badał zagadnienie przez długie lata, a wnioski i wytyczne zamieścił w książce. Tyle że środowisko medyczne nie było zainteresowane jego odkryciami, specjalistyczne czasopisma odmówiły publikacji artykułów na ten temat. Dieta, witaminy? To wydawało się zbyt proste, za mało naukowe! David Hawkins nie zarobił na swoich odkryciach, nie przyniosły mu one rozgłosu ani nagród. Ale tak, czuł satysfakcję. Bo oddał się temu projektowi, zrobił, co do niego należało, co uważał za słuszne. „Moje doświadczenie było pełne samo w sobie. Wszystko, co by się wydarzyło w związku z tym «na zewnątrz», byłoby tylko wisienką na torcie, a nie samym tortem” – wspomina. I dodaje, że nie osiągniemy sukcesu, sprzeniewierzając się sobie. Sukces przychodzi, gdy stoimy na straży naszych wartości. Gdy kierujemy się sercem.

Serce w biznesie? Dla wielu to jakieś mrzonki. Przedsiębiorcy raczej zwykli szczycić się tym, że twardo stąpają po ziemi, że nie popadają w sentymentalizmy. To przecież coś dla mięczaków i frejerów... Zdaniem Hawkinsa taka postawa świadczy o niemożności odróżnienia siły od mocy. Bo oznaką tej ostatniej jest właśnie otwarte serce! „W biznesie serce z kamienia jest bardzo kosztowne. To katastrofa. Nic nie zmarnuje biznesu równie szybko” – ostrzega. Mało tego: uważa, że otwarte serce niesie ze sobą wolność i niezwykłą wytrzymałość, odporność na przeciwności. Kiedy pozwalamy mu się prowadzić, kiedy żyjemy w zgodzie ze sobą, czego mielibyśmy się obawiać?

Swobodni i skromni

Ludzie sukcesu są więc autentyczni, wierni sobie i życzliwi innym. Silni swoją łagodnością. Czerpiący głęboką satysfakcję z tego, czym się zajmują – niezależnie od zysków. Zdaniem Hawkinsa są też rozluźnieni, swobodni i skromni. Potrafią być szczęśliwi w swojej niszy, nie potrzebują wyróżniać się, obnosić ze swoimi osiągnięciami. „Gdy już mamy to «w środku», nigdy nie musimy demonstrować niczego «na zewnątrz»” – przypomina nauczyciel. Jesteśmy jak mistrz karate, który nie wychodzi przecież na ulicę wystrojony w czarny pas i nie wdaje się w bójki. Co jeszcze charakteryzuje ludzi sukcesu? Wysoka kreatywność! I tak – to słynne „coś”, co wielu nazywa charyzmą i co jest niczym innym jak pewnym rodzajem obecności. Tacy ludzie zawsze są we właściwym miejscu – w sobie, w danej chwili. Nie próbują niczego wymusić, nawet swoje cele traktują... cokolwiek umownie. Bo wiedzą, że ważniejsza jest droga, radość z wykonywanej czynności. „Znam artystów, którzy przez wiele lat pracowali nad tym samym obrazem, i pisarzy, którzy przez wiele lat pracowali nad tą samą powieścią” – wyznaje autor książki „Sukces jest dla ciebie”. „Po co mieliby się spieszyć, skoro sam proces sprawiał im przyjemność?”.

A co z tzw. konkurencją? Czy mamy udawać, że jej nie ma? Robić swoje, nie oglądając się na innych i licząc na to, że klienci wybiorą właśnie nas? Patrz na konkurencję – radzi Hawkins – ale nie jak na wroga czy rywala. Ci ludzie nie występują przeciwko nam, co najwyżej rzucają wyzwanie temu, co w sobie nosimy, stymulują naszą kreatywność. Spójrz na nich jak na osoby nadające tempo rozwojowi, będące źródłem cennych inspiracji. Podobnie zresztą możesz podejść do tzw. niesprzyjających okoliczności, do trudnej sytuacji rynkowej. Masz wybór, czy potraktować ją jako próg nie do przeskoczenia, czy jako wyzwanie, które pozwoli ci sięgnąć do ukrytych zasobów, otworzyć się na nowe rozwiązania. Znów zależy od tego, co jest twoją wewnętrzną rzeczywistością. I znów można tu przywołać przykład mistrza karate – on nie panuje nad przeciwnikiem, tylko nad sobą...