1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. W rytmie flamenco: Jak taniec uczy akceptacji i pewności siebie?

W rytmie flamenco: Jak taniec uczy akceptacji i pewności siebie?

fot. iStock
fot. iStock
Taniec. Dla jednych jest pracą, dla innych źródłem rozrywki lub sposobem na spędzanie wolnego czasu. Może być też niezwykle skuteczną formą terapii, podczas której oswajamy się ze swoim ciałem i uczymy akceptacji. Międzynarodowy Dzień Tańca obchodzony jest na świecie 29 kwietnia. Z tej okazji przypominamy artykuł "W rytmie flamenco" o tym, jak taniec potrafi zmienić całe nasze życie.

Taniec. Dla jednych jest pracą, dla innych źródłem rozrywki lub sposobem na spędzanie wolnego czasu. Może być też niezwykle skuteczną formą terapii podczas której oswajamy się ze swoim ciałem i uczymy akceptacji. 

Tańcząc można wyrazić swoje uczucia i emocje, a z samego ruchu czerpać wiele przyjemności. W efekcie otwieramy się na innych i stajemy się bardziej świadomi swojego ciała. Międzynarodowy Dzień Tańca obchodzony jest na świecie 29 kwietnia. Z tej okazji przypominamy artykuł Aleksandry Nowakowskiej W rytmie flamenco o tym, jak taniec potrafi zmienić całe nasze życie:

Szare sukienki zastąpiła na mieniące się feerią barw, we włosach ma kwiaty, w uszach piękne kolczyki. Flamenco pozwala jej wyrazić najgłębsze emocje. Dla Magdaleny Siweckiej stało się droga na całe życie.

Magdalena jest tancerką, instruktorką i choreografką flamenco. Tańczy od dziecka. W rodzinnym Olsztynie chodziła na zajęcia baletowe i taniec ludowy. Już wtedy marzyła o flamenco, ale udało się dopiero po studiach, w Warszawie. – Wreszcie było mnie na to stać. Wtedy flamenco nie było tak popularne jak teraz, wiec bardzo ucieszyłam się, że znalazłam dobra szkołę. Parłam do przodu uparta jak osioł, po roku pojechałam do szkoły tańca w Sewilli, zaczęłam się uczyć hiszpańskiego. Rozpoczął się ważny rozdział w moim życiu. Flamenco do dzisiaj nadaje mu rytm i sens – mówi.

Język tańca 

Flamenco jest wielowarstwowe. Stoi za nim historia Cyganów, którzy przywędrowali do Hiszpanii najprawdopodobniej z Indii. W wielu miejscach w Europie Cyganie są nadal częściowo wykluczeni społecznie, ale ich osobność i tajemniczość pociąga. Na scenę taniec ten trafił dość późno, z całą otoczką feerii barw, które są znakiem południowohiszpańskiej radości życia. Co zabawne, dziś flamenco jest uważane raczej za taniec pokazowy, dawniej tańczyli go zwykli ludzie, podczas towarzyskich spotkań, tak jak u nas chłopi wywijali mazury, polki czy krakowiaki. – Jest we flamenco coś głęboko autentycznego, to prawda o miłości, rozstaniu, śmierci, o biedzie i tęsknocie za rodzinnym miastem czy ziemią. O tym trudno się mówi, łatwiej to wytańczyć – wyjaśnia Magdalena.

Ten taniec wymaga dyscypliny, czasem tez pokonania progu bólu i zmęczenia. Magdzie pozwolił przetrwać najtrudniejsze chwile po śmierci rodziców, którzy odeszli w tym samym roku. – Następnego dnia prowadziłam zajęcia. Flamenco zawsze mnie stawiało do pionu i nadal tak jest. Mogę rozpaczać, cierpieć, ale gdy mam próbę lub lekcję z uczniami, wstaję i ćwiczę – mówi Magdalena. Podczas tańca trudne do dotknięcia emocje znajdują ujście. Potem przychodzi spokój i ogromna ulga. Flamenco jest oczyszczeniem, ale też radością. – Uwierzyłam, że mogę się cieszyć, a nie ciągle cierpieć. Przestałam czuć wyrzuty sumienia, że żyje i że życie sprawia mi radość – dodaje.

Od rana do popołudnia pracuje jako specjalistka do spraw public relations i promocji. Prawie każdy wieczór ma zarezerwowany na taniec – prowadzi zajęcia w szkole i prywatne lekcje, ma próby z zespołem albo ćwiczy samodzielnie i układa choreografie. Nigdy nie myślała, że flamenco zabiera jej za dużo czasu. Nie, nie czuje zmęczenia, bo taniec daje jej energię, witalność, uporządkowanie życia, inspiracje, impuls, ale też odpoczynek psychiczny.

Czuj, obudź się 

Magdalena nie żałuje ani jednej złotówki wydanej na flamenco. A to poważna inwestycja: koszty kursów, strojów, płyt, biżuterii, a przede wszystkim butów. Dobre hiszpańskie obuwie kosztuje około tysiąca złotych. Tancerz musi mieć porządne buty, bo one są jego instrumentem. – Gdy pierwszy raz byłam w Hiszpanii, schudłam 8 kilo, bo kupiłam sobie buty i nie starczyło na jedzenie. Razem z koleżanką chodziłyśmy do sklepu na degustacje pierogów – wspomina.

Taniec pozytywnie uzależnia, bo uruchamia wewnętrzny proces przemiany. – Flamenco jest szalenie ważne dla mojej kobiecości – mówi Magda. – Kiedyś przeszkadzało mi to, ze mam muskularne nogi, mały biust, nie jestem smukła jak chudziutkie modelki. A teraz czuję, że moje ciało jest piękne w tańcu.

Magdalena sprzed flamenco? Niewierząca w siebie, niedostrzegająca własnych potrzeb, bardzo skromna, szaro-szara, niewidzialna. Dziś świadoma swojej kobiecości, swojego ciała. – Nie boję się spojrzeć w lustro – mówi. – Czerpię przyjemność z patrzenia, jak tańczę. Flamenco przybliżyło mnie do życia i do mnie samej.

Kiedy Magdalena zaczynała tańczyć, pragnęła mieć jak najbardziej skromne sukienki, najlepiej takie, żeby "zlewały się z podłogą". Nie chciała się wyróżniać. Dzisiaj jest widoczna. – Nie zawstydza mnie, że ktoś na mnie patrzy. Zasługuję na piękne kolczyki, piękny makijaż, piękne kwiaty – mówi. Niby proste. Ale nie jest proste. – Zobacz – zauważa Magdalena. – Siedzimy ubrane w szare sweterki. Ale jestem w obcisłych dżinsach, co kiedyś byłoby dla mnie nie do pomyślenia, ale już nie mam problemu z tym, jakie mam nogi. Ciężko pracuje na te mięśnie.

Na zewnątrz akceptacja, zachwyt. A w środku? Dzięki tańcowi ciągle czegoś nowego się o sobie dowiadujesz. Uwalniają się emocje, dochodzisz do prawdy, uświadamiasz sobie uczucia, które trudno nazwać. – W tańcu uczucia się porządkują – mówi Magdalena. – Przecież ciało ma pamieć, pamięta momenty wielkiego bólu i rozpaczy. Słyszę muzykę i na nią reaguję, to się po prostu dzieje. Muzyka wyzwala emocje, a one powodują ruch ciała. Ale mimiki w czasie tańca nie kontrolujemy, kompletnie nie wiem, co się dzieje z moją twarzą. Dlatego z zaciekawieniem oglądam swoje zdjęcia z występów. Zawsze mnie zaskakują.

Flamenco nie każdy potrafi sfotografować – trzeba nie tylko lubić obserwować ludzi i być na nich wrażliwym, ale przede wszystkim chcieć usłyszeć przekaz. A flamenco mówi prawdę, która nie zawsze jest przyjemna. – Tańcem i muzyką chcemy powiedzieć: „czuj, obudź się!”. Dlatego w naszym zespole Café Cortao śpiewamy też o bólu – mówi Magdalena. – Ja sama nie umiem nazwać wszystkiego, co czuję, ale potrafię to zatańczyć. Chcę dalej, głębiej, więcej. Jestem w drodze, która nie będzie miała końca. I to jest cudowne!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

„Otwórz się w lesie” – Kolonie dla Dorosłych powracają

Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Czy tamte czasy obozów i kolonii naprawdę minęły bezpowrotnie? Jeśli tęsknisz za atmosferą kolonijnych wyjazdów, potrzebujesz nowych relacji, brakuje ci interakcji z ludźmi – przemyśl wyjazd na kilkudniową Kolonię dla Dorosłych. Tutaj nie zaznasz dziecięcych rozterek. – To taki powrót do dzieciństwa. Jest jednak duży luz. Ludzie sami budują tę atmosferę i zasady funkcjonowania. Nic nie jest na sztywno – podkreśla Karolina Śmigiel ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Zaczęło się w 2019 roku... i tak się wszystkim spodobało, że czas na powtórkę. Po pandemicznej przerwie Kolonie dla Dorosłych znowu się odbędą.

- Jeśli jesteś w trakcie życiowych zmian, w kieszeni nosisz pytanie Jak żyć na tym świecie? albo po prostu poszukujesz chwili na refleksję i odpoczynek - zabierz swoje wewnętrzne dziecko i przyjedź do nas! – mówi Diana Gaik, jedna z organizatorek ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Projekt organizowany przez Stowarzyszenie Filmowe Dziki Bez to nie tylko czas na relaks na łonie natury, czy wymianę myśli. To również ciekawe warsztaty (z porozumienia opartego na empatii, z tworzenia bliskich relacji, czy… stolarskie warsztaty z troski o siebie), ćwiczenia, rozmowy o książkach, praca z ciałem (joga, Body Thinking) a także gry, dzięki którym można dowiedzieć się czegoś więcej o sobie. Kto prowadzi zajęcia? - Mamy sznyt filozoficzny (wykładowców, studentów), artystów, psycholożki, trenerów, choć dalecy jesteśmy od tradycyjnego treningu, czy coachingu. Bardziej chodzi o poszerzanie swoich horyzontów, zadawanie pytań – opowiada Karolina Śmigiel. – W tym roku warsztaty i ćwiczenia mają być połączeniem refleksji z pracami manualnymi (np. warsztaty z haftowania powiązane ze snuciem opowieści, mówieniem o sobie).

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Głównym akcentem Kolonii będą różnorodne relacje. I tak jak dwa lata temu hasłem przewodnim było „Zamknij się w lesie” to w tym roku przyszedł „czas na otwarcie”. Tym bardziej, że wyjazd jest okazją do zawarcia nowych, ciekawych przyjaźni i nie tylko… Jak zaznacza Diana Gaik: Wiemy, że relacje, które się tam zaczęły, trwają. W tym roku znów puścimy w ruch listy i liściki. Poczta Kolonijna to najważniejszy punkt programu!

Na czym polega jej urok? – Polega na tym, że ludzie piszą sobie liściki. Każdy dostaje na wstępie taką skrzynkę ze swoim zdjęciem i tam wrzuca się innym różne karteczki, zaproszenia. Każdy znajduje ciepłe, miłe słowa. Skrzynki wiszą w świetlicy na ścianie. – wyjaśnia Karolina Śmigiel – To zbudowało dwa lata temu wspaniałą atmosferę na tych koloniach. Potem poczta funkcjonowała dalej. Ludzie wysyłali sobie prawdziwe listy. Część z nich kontynuuje zawarte relacje: przyjacielskie, miłosne. Idea odręcznego pisania bardzo się sprawdziła.

Jakie ludzie mają wspomnienia z zeszłych wakacji? – Cudowne. Mamy wielu uczestników sprzed dwóch lat. Niektórzy jeździli kiedyś w to miejsce na obozy harcerskie – mówi Karolina.

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Letnicy i letniczki spędzą ten czas w Stanicy Harcerskiej Polewicz - 55 km od Warszawy, nad rzeką Wilgą (termin 19-22 sierpnia). Wyróżnikiem Kolonii jest prostota i minimalizm - nocować można niczym w harcerskim obozie - w drewnianych domkach lub pod namiotem. Kuchnia wegetariańska. Jak deklarują organizatorzy: „Dbamy o swoją ciekawość. Chętnie szukamy dziury w całym i rozmyślamy o fundamentalnych sprawach. Nawadniamy się z różnych źródełek: filozofii, psychologii, literatury. Trochę się potykamy. Przypominamy sobie, że nie musimy być doskonali. Wyciszamy szumy w swoich głowach. Wspólnie kontemplujemy samotność. Tulimy swoje zmartwienia. Minimalizujemy scrollowanie ekranów. Myślimy ciałem i słuchamy muzyki z sosnami. Pozwalamy sobie na robienie niepotrzebnych rzeczy.”

Idea kolonii dla dorosłych powoli rozkwita. Może nie w tak oryginalnym wydaniu, ale ogłoszenia już się pojawiają. – Zaczęliśmy dwa lata temu i wtedy byliśmy jedyni – wspomina Karolina. Niektórzy organizatorzy proponują dorosłym wspólne wyjazdy z dziećmi, z rodziną, jednak Stowarzyszenie ma inne podejście – Chcemy, żeby to była taka własna przestrzeń, czas tylko dla siebie. Warto pomyśleć o takim prezencie, sprawionym tylko sobie.

  1. Styl Życia

Repair café, adopcja słoni i ekolektury – ekologiczne ciekawostki miesiąca

Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Co słychać na świecie pod kątem ekologii? Oto nasz wybór ekologicznych ciekawostek miesiąca.

E-mail od burmistrza

Jak przekonać ludzi, by zredukowali mięso w diecie? Pomysły są różne. Na przykład burmistrz Nowego Jorku wysłał do mieszkańców miasta e-maile. Można w nich przeczytać, że jedzenie mniejszej ilości mięsa jest lepsze i dla każdego z nas, i dla planety. Są też konkretne wskazówki – opracowane z kampanią World Animal Protection – pokazujące, jak to zrobić w praktyce. Skąd pomysł? To część strategii OneNYC. Chodzi o walkę z kryzysem klimatycznym, a także poprawę zdrowia mieszkańców.

Sąsiedzkie naprawianie

O holenderskich repair café pisałam kilka miesięcy temu. Bo pomysł narodził się w Amsterdamie w 2009 roku. W kawiarenkach naprawczych spotykają się ludzie, którzy mają zepsuty sprzęt gospodarstwa domowego, sportowy czy inny (także ubrania) – z tymi, którzy kochają majsterkować i, po sąsiedzku i z pasji, naprawiają. Pomysł z Holandii rozszerzył się niemal na cały świat. W 2010 roku powstała międzynarodowa fundacja Repair Café, która pomaga tworzyć takie miejsca. W Polsce pierwsze powstały w Pile, Warszawie i Katowicach. Ale teraz jest już cała sieć. Są i „ogólnonaprawcze”, i specjalistyczne. Na przykład Rowerowe Love w Bielsku-Białej czy Szkutnia Veolia w Chorzowie. Jeśli chcecie znaleźć tę najbliższą was, zajrzyjcie na kawiarenkinaprawcze.pl.

Słonie zagrożone

Wyobrażacie sobie, że wasze praprawnuki słonie będą znać tylko z obrazków w książeczkach? To niestety możliwe. Słonie wymierają. Wszystkie gatunki słoni: afrykański sawannowy, afrykański leśny i indyjski, 25 marca zostały wpisane do czerwonej księgi Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), w której wylicza się gatunki zagrożone. Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. W najgorszej sytuacji są afrykańskie słonie leśne – w ciągu ostatnich 90 lat ich populacja zmniejszyła się aż o 80 proc. Afrykańskich sawannowych – o 60 proc.

Słonie zabijane są przez kłusowników dla kłów i dla skóry, która stanowi składnik pseudo-medykamentów. Zmniejsza się też naturalna przestrzeń, w której żyją te zwierzęta – lasy i sawanny. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! – zachęca WWF. „Adopcyjny rodzic” dostaje certyfikat z imieniem własnym i podopiecznego. Drobiazg? Nie. Realna pomoc.

Ekolektury

Jak się kochają

Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)

To jest opowieść o miłości. Wśród ptaków. Napisana przez człowieka, który na ptakach zna się jak w Polsce mało kto – to doktor Andrzej G. Kruszewicz, ornitolog i dyrektor warszawskiego zoo. Zaczyna się od wyjaśnienia, dlaczego samce są piękniejsze od samic, dowiadujemy się też, dlaczego ptaki śpiewają, a kolejne rozdziały to opis obyczajów godowych poszczególnych gatunków. Są swojskie kukułki, wróble i bociany, a także rajskie ptaki czy dzioborożce. „To tylko próba uchylenia zasłony skrywającej naprawdę wielkie tajemnice, które czekają na swoich odkrywców – pisze autor. – Każdy uważny obserwator może we własnym ogrodzie czy pobliskim parku obalić istniejące teorie i sformułować nowe. Wystarczy patrzeć i rozumieć, co się widzi”. W zrozumieniu książka doktora Kruszewicza na pewno nam pomoże.

Korzenie i nasiona

Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)

Joergen posadził kasztanowiec na farmie w Iowa. Każdego 21. dnia miesiąca robił mu zdjęcie. Potem ten dziwny obowiązek przejął jego syn. Potem syn syna. Ma, który do amerykańskiej ziemi obiecanej przyjechał z Szanghaju, na podwórku domu w Wheaton w Illinois zasadził morwę. Leonard każdemu ze swoich dzieci, jeszcze przed ich narodzinami, wybierał drzewo. A te rosły razem z jego synami i córkami. Są Ray i Dorothy, dla których drzewa, przynajmniej na początku, nie znaczą nic. Jest Douglas, któremu figowiec w Tajlandii ratuje życie. A on spłaca dług.

Opowieści jest dziewięć. Każda nieskończona. Niedopowiedziana. Każda z drzewem w tle. A może w roli głównej? Wreszcie wszystkie te historie się splatają. Tworzą opowieść o Ziemi. O nas. O przyszłości i o katastrofie. Poruszające. Świetnie napisane.

Dzikie życie

Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)

Matka Markusa zachorowała. Stwardnienie rozsiane. Patrzył, jak gaśnie. Nie umiał poradzić sobie z własnym cierpieniem – aż odkrył bieganie. To dało mu i zapomnienie, i szczęście. Aż przyszła kontuzja. Żeby poradzić sobie z kolejną klęską i pustką, Markus wyprowadził się do lasu, dzikiego lasu w szwedzkim regionie Jämtland. Spędził tam samotnie cztery lata. Ten czas go uratował. Pozwolił usłyszeć własne myśli. Pogodzić się z tym, co nieuniknione. Teraz ma dwa życia. W jednym jest mężem i ojcem. W gospodarstwie – też na łonie natury, ale z pralką, lodówką i ciepłym prysznicem. Jego drugie życie to nadal las. Do którego ucieka, z którym zapoznaje swoje córki. I nas. Ta książka to prosty przewodnik po „dzikim życiu”. Jak przygotować legowisko z gałęzi świerku, jak się ubrać, żeby zimą nie marzły stopy, jak ugotować na ognisku owsiankę. Piękne zdjęcia do książki zrobiła żona Markusa Frida. Warto.

  1. Styl Życia

Czy zabraknie nam wody?

My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
Odkręcasz kran… i nic. Sucho. To na razie, przynajmniej w Polsce, nam nie grozi, ale istotne jest sformułowanie „na razie”. Bo klimat się ociepla, a ilość słodkiej wody na kuli ziemskiej zmniejsza. Co możemy zrobić, żeby nie dopuścić do katastrofy? Warto o tym pomyśleć. 17 czerwca obchodzimy Światowy Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszą. Rozmawiamy z dr Jarosławem Suchożebrskim z Katedry Geografii Fizycznej Uniwersytetu Warszawskiego.

Co jakiś czas namawiają nas, żebyśmy pomagali budować studnie w Sudanie. I wiele osób się w to angażuje, wpłaca jakąś sumę – w poczuciu komfortu. Ratujemy Sudan, ale przecież nasze studnie nigdy nie wyschną, a w kranie zawsze będzie woda. Nawet jeśli jest susza, to przyjdzie deszcz, rzeki wzbiorą i będzie dobrze. Czy rzeczywiście będzie dobrze?
W tym roku mieliśmy sytuację wyjątkową, a właściwie taką, która powinna być normą. Czyli po długim okresie suchych wiosen wreszcie wiosna była mokra, więc na chwilę zażegnało to groźbę suszy. Ale już znowu zaczęło się robić sucho, opada poziom wody, zaraz znowu będzie problem.

Na czym właściwie polega ten problem? Przecież w końcu przyjdzie deszcz, żyjemy w takim klimacie, że deszcze u nas padają, częściej niż w Sudanie.
Problem polega na tym, że w naszym kraju pomimo mniej więcej stałej sumy opadu w ciągu roku, zmienia się ich rozkład w czasie i przestrzeni. Coraz częściej zdarza się tak, że mamy miesiąc czy dwa prawie bez deszczu i pojawia się problem suszy, a potem w ciągu kilku dni spadnie tyle opadu, ile powinno pojawić się w sumie w danym miesiącu. I nagle po suszy pojawiają się powodzie. A jeżeli mamy gwałtowne opady deszczu, to woda – głównie na obszarach miejskich, gdzie jest gęsta zabudowa, a podłoże jest uszczelnione – bardzo szybko spływa. Szybko spływająca woda nie zdąży wsiąknąć i zasilić wód podziemnych, czyli nie podniesie ich poziomu. A głównie właśnie z wód podziemnych korzystamy, by zaspokajać nasze potrzeby komunalne, szczególnie w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Czyli nawet jeśli są opady, ale gwałtowne, to poziom wód podziemnych może cały czas opadać. To jedna sprawa. A druga – z roku na rok powtarzają się bezśnieżne zimy. To, co w dużej mierze zasila wody podziemne, to woda z topniejącego śniegu. Roztopy odgrywają bardzo dużą rolę w zapewnieniu odpowiedniej ilości wody w glebie na wiosnę, dla roślinności. Jeśli mamy bezśnieżną i bezdeszczową zimę, to te zasoby ulegają uszczupleniu i pojawia się problem suszy w rolnictwie.

I ma to związek ze zmianami klimatu, o których w ostatnim czasie dużo i głośno mówimy?
Tak, do tego dochodzi coraz wyższa średnia temperatura w ciągu roku. Chłodna wiosna w tym roku może być dla niektórych argumentem, że nic się nie dzieje, że żadnych zmian klimatu nie ma. Tylko pamiętajmy o tym, że mieliśmy bardzo ciepłą zimę. W kolejnych miesiącach średnia temperatura była wyższa niż w ciągu wielu lat. Chłodna i dość mokra wiosna nas uspokoiła, myślimy, że nie ma problemu, ale on jest. Narasta od wielu lat. Nawet jak się zdarzy rok czy dwa lata „normalne”, to nie załatwia sprawy, bo w skali kuli ziemskiej, ale też i naszego kraju, średnia temperatura rośnie.

A gdyby zabawił się pan w proroka: co nas czeka w najbliższym czasie?
Zawsze najtrudniej jest być prorokiem i to jeszcze wieszczącym nie najlepiej. Ale to, co można powiedzieć z dużą pewnością, tu hydrolodzy i klimatolodzy są zgodni: czeka nas nasilenie zjawisk ekstremalnych. Czyli burze z gwałtownymi opadami powodującymi powodzie, a potem długie okresy z suszą. Na to musimy być przygotowani i w miastach, i na wsi.

Ale możemy chyba liczyć na to, że w końcu wielkie mocarstwa się dogadają i wdrożą energiczny program naprawczy, żeby przeciwdziałać ocieplaniu się klimatu skuteczniej niż do tej pory?
Powiem szczerze, że ja tu jestem sceptykiem. Ta kula śnieżna już nabrała tempa, już się toczy i naprawdę trudno będzie ją teraz zatrzymać. Musiałoby to być jakieś rzeczywiście radykalne działanie, żeby zahamować wzrost średniej temperatury na kuli ziemskiej. Spójrzmy na to, co dzieje się z pokrywą lodową na morzach i oceanach. Lody Arktyki czy Grenlandii topią się coraz szybciej. Znikają lodowce górskie. To proces, który nabiera tempa i chyba nie da się go już powstrzymać. Raczej musimy się przyzwyczajać i adaptować do zmian klimatu. Bo ich nie zatrzymamy. Możemy co najwyżej próbować je spowalniać.

A co możemy zrobić my, zwykli ludzie, żeby w codziennym życiu jakoś ratować sytuację? Nauczyliśmy się już, żeby zakręcać kran podczas mycia zębów. Robimy to i często do tego sprowadza się nasza „pro-hydrologiczna” działalność.
To jest najprostsze i bardzo skuteczne! Oszczędzamy w ten sposób wodę słodką, a to z nią jest problem. My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej.

Która jest nam niezbędna do życia.
Tak, to prawda. Oszczędzanie wody to jedno. Drugie to próba magazynowania tej wody, czyli jej retencjonowania. Najprostszy zaś sposób na jej magazynowanie, to pozwolić wodzie swobodnie wsiąkać. Zawsze mówię – ze smutkiem – że Polacy są fanami kostki bauma. Wszystko jest nią wykładane albo zalewane asfaltem. Sami niejako w ten sposób napędzamy problem, bo pozwalamy, żeby woda szybko odpływała z naszego otoczenia. Nie chcemy, żeby nas zalewało. Ale w ten sposób przesuwamy jedynie problem gdzie indziej. Czyli nas nie zaleje, woda odpłynie do kanalizacji i kłopot będzie gdzieś dalej, zaleje sąsiadów.

Z drugiej strony każdy chce dojść do domu suchą nogą, nie po błocie.
Zgadza się, ale są rozwiązania pośrednie. Nie musimy całej działki wykładać kostką bauma. Dla mnie kompletna zgroza to budowane teraz te osiedla, które nazywam kurnikami – betonowa kostka wszędzie i trzy metry kwadratowe wybiegu gdzieś za domami. A potem ludzie na tym betonie ustawiają rośliny w donicach i to ich jedyna zieleń. Woda, która spadnie podczas deszczu, nie ma gdzie wsiąkać, odpływa więc po powierzchni, zalewa garaże, powoduje powstanie powodzi miejskich.
Czyli kolejna rzecz to rozszczelnianie tych zabetonowanych powierzchni – dla miast to najlepszy sposób na radzenie sobie nie tylko z powodziami, ale i z suszami. Bo jeśli uda nam się skierować wodę do gleby, do wód podziemnych, to rośliny będą dłużej miały z czego czerpać i w ten sposób łagodzimy skutki suszy.
No i pieśń przyszłości – recykling wody, czyli wykorzystanie wody zużytej. Przykład: większość wody w naszym gospodarstwie domowym zużywana jest w toalecie, pod prysznicem, do mycia naczyń i prania. Ale woda z pralki czy zmywarki, szczególnie z procesów płukania, mogłaby być wykorzystywana do spłukiwania toalety. Do tego celu nie potrzebujemy przecież wody o jakości wody pitnej. Tak się gdzieniegdzie już dzieje.

Gdzie?
To na razie rozwiązania drogie, więc stosunkowo rzadko stosowane.

Rozumiem, że to jest kierunek, którym będziemy iść w przyszłości?
Tak. Kolejny i dużo łatwiejszy sposób to gromadzenie i wykorzystywanie deszczówki. Ona też może być używana nie tylko do podlewania ogródków, ale też np. do spłukiwania toalet. Powinniśmy dążyć do tego, żeby tego typu rozwiązania stały się powszechne.

Woda jest nam niezbędna do życia. Teoretycznie wszyscy to wiemy. Nikt nie wyobraża sobie, żeby mogło jej zabraknąć – a to przecież całkiem realne. Nie chcę nikogo straszyć, ale warto mieć tego świadomość. Troszczmy się więc o wodę!

  1. Styl Życia

Ewa Pajor – drobna, ale waleczna

Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Jest jedną z najbardziej cenionych piłkarek na świecie. Gra w ataku i na boisku potrafi zdziałać cuda. Ale też poza nim, bo historia 24-letniej dziś Ewy Pajor to świetny przykład na to, jak niemożliwe staje się możliwe. 

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 8/2020).

Pod koniec kwietnia, w czasie izolacji, doszło do historycznego wydarzenia. Media donosiły, że Ewa Pajor, od kilku lat grająca w kobiecej Bundeslidze, przedłuża kontrakt z klubem VfL Wolfsburg na warunkach, których nie zaproponowano dotąd żadnej innej zawodniczce na świecie. W kontrakt wpisano klauzulę odstępnego w wysokości miliona euro. Gdyby Ewę chciał odkupić inny klub, właśnie tyle musiałby za nią zapłacić. To najwyższy transfer w historii kobiecej piłki nożnej. Przed Polką rekordzistką była Francuzka Kadidiatou Diani ze… 150 tys. euro odstępnego. Ktoś mógłby zaoponować, że milion euro to i tak śmieszna kwota w porównaniu z transferami gwiazd męskiego futbolu, gdzie już parę lat temu przekroczono trudną do wyobrażenia granicę 200 mln. Tak, historia sukcesu Ewy to po części opowieść o tym, jak bardzo różni się sytuacja zawodowych piłkarek i piłkarzy, o przepaści trudnej do przeskoczenia. Ale to jednocześnie opowieść dająca sporo nadziei, symbol zmian, których właśnie jesteśmy świadkami. A w oderwaniu od potężnej napędzanej przez astronomiczne zyski machiny, jaką jest dziś piłka nożna, po ludzku dowód na to, ile zdziałać mogą marzenia w połączeniu z talentem i ciężką pracą.

Siła sióstr

Za bramkę służyły im albo kołki wbite w ziemię, albo ramka zbita z deszczułek oparta o ścianę obory u kolegi Patryka, który był szczęśliwym posiadaczem piłki, więc to od niego zależało, kiedy będą grać. Czasu wolnego nie było zresztą bardzo dużo, przy tak dużym gospodarstwie, jakie prowadzili rodzice Ewy. Trzeba było pomagać przy krowach i na polu. Ich rodzinna miejscowość Pęgów, między Łodzią a Koninem, to w sumie kilkanaście gospodarstw. Wokoło łąki, pola: mnóstwo miejsca na uprawianie sportów. Zimą urządzali sobie z dzieciakami mecze hokeja na zamarzniętym stawie (kije wycięli sami z kawałków drewna, do dzisiaj zostały w domu na pamiątkę), ale piłka nożna była szczególnie ważna. W ich rodzinie najbardziej wkręcone były w futbol dziewczyny, ona i trzy siostry, jedynego z piątki rodzeństwa brata bardziej interesowało gospodarstwo. A one nie przepuszczały w telewizji żadnego ważnego meczu. Oglądały wyłącznie męskie drużyny, bo zwyczajnie innych w telewizji nie pokazywano. Grać lubiły wszystkie, ale złożyło się tak, że to Ewa straciła dla piłki głowę. Można jej było powtarzać: „Wracaj ze szkoły pierwszym autobusem do domu!”, a i tak, kiedy biegała po boisku, zapominała o wszystkim innym. O kurtce, czapce. Pamięta, że spodnie praktycznie zawsze miała brudne na kolanach. Już wtedy było widać, jaka jest szybka. Dziś różni ludzie, którzy pamiętają ją z tamtego okresu, wspominają, że niektóre jej akcje na boisku wyglądały wręcz komicznie. Że kiedy dorywała się do piłki, zostawiała wszystkich w tyle.

Ewa jest w trzeciej, może nawet drugiej klasie podstawówki. Grają akurat przeciwko szóstoklasistom, wielu z nich jest od niej – dosłownie – dwa razy większych. W pewnym momencie piłka z całą siłą uderza ją prosto w twarz. Trener zerka z niepokojem, podchodzi: „W porządku? Jesteś cała? Schodzisz?”. Decyzja zajmuje jej tylko chwilę. Ewa wyciera twarz: „Nie, gram dalej”.

– Drobna, ale waleczna – śmieje się dzisiaj. – Nigdy nie odpuszczałam.

I podkreśla, jak wiele zawdzięcza trenerowi Piotrowi Kozłowskiemu. Człowiekowi, dzięki któremu dzieciaki ze szkoły w maleńkim Wieleninie nie tylko lubiły lekcje WF-u, ale i wygrywały – w różnych dziedzinach – w turniejach na poziomie wojewódzkim, a nawet ogólnokrajowym. I który słowem się nie zająknął, kiedy drobna dziewczynka oznajmiła, że chce grać w nogę z samymi chłopakami. Po prostu dał jej szansę, a potem, kiedy dziesięcioletnią Ewą zainteresował się Medyk Konin, jeden z najmocniejszych i najsłynniejszych kobiecych klubów w naszym kraju, woził ją cierpliwie do Konina na treningi, mecze, zgrupowania. Drugą z osób, które miały na Ewę ogromny wpływ, jest Nina Patalon. Znana postać kobiecego futbolu. Trenerka Medyka, selekcjonerka reprezentacji Polski, jedyna kobieta w naszym kraju z licencją UEFA Pro, Koordynatorka Szkolenia Piłki Nożnej Kobiet PZPN. Walcząca o polskie piłkarki jak lwica.

Relacja Ewy z nią jest wyjątkowa, bo też Nina Patalon jest świetna nie tylko w wyłuskiwaniu i szlifowaniu talentów. Wiele z jej podopiecznych, żeby grać w klubie, musi opuścić rodzinne strony, a słynna trenerka je wychowuje i się nimi opiekuje.

Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)

Skok w dorosłość

Przepłakały całą drogę do Konina. 12-letnia Ewa razem ze starszą o rok siostrą Pauliną umówiły się, że przeprowadzają się i zamieszkają w bursie we dwie, tak będzie raźniej. Paulina specjalnie dla Ewy zmieniła szkołę. Kolejne lata spędzone w Medyku Konin to także sporo łez, ale i spektakularne sukcesy. Pajor – znowu rekord – miała 15 lat i 133 dni, kiedy zadebiutowała w ekstralidze. Strzelała bramki, będąc w jednej drużynie z trzydziestoparoletnimi, doświadczonymi zawodniczkami. Po dwóch mistrzostwach i trzech pucharach Polski dostała z Niemiec propozycję, żeby przejść do Bundesligi. Szansa nie tylko na granie z największymi gwiazdami kobiecego futbolu, ale też w warunkach, na jakie piłkarki w Polsce nie mogą liczyć. Kilkukrotnie większy zespół trenerów, fizjoterapeutów, obsługi technicznej, opieka lekarska, cała infrastruktura. Nie mówiąc już o tym, że w naszym kraju zawodniczki w zdecydowanej większości klubów nie mają szans, żeby utrzymać się z grania.

Ewa wiedziała, że takim klubom jak Wolfsburg się nie odmawia, ale też miesiącami zbierała się do decyzji o kolejnej przeprowadzce, jeszcze dalej od bliskich. Wyjechała, mając 18 lat, w środku lata. Z Pauliną. Umówiły się tak samo, jak wtedy, kiedy jechały do bursy. Że się wspierają, razem będzie łatwiej. Ewa mówi, że dzięki Paulinie zdołała w ogóle przetrwać ten początkowy czas.

Poziom był niesamowicie wysoki, na boisku wciąż słyszała, że ma grać mocniej. Tymczasem dopadł ją kryzys zdrowotny. Badania wykazały, że ma poważną anemię. To ten moment, kiedy postanowiła zrewolucjonizować dietę, przekonała się, jaki ma wpływ na formę. I jeszcze oczy – sama się dziwi, najwyraźniej grała „na pamięć”, bo widziała naprawdę słabo, nie pomagały już żadne soczewki. Klub skierował ją do specjalistów, okazało się, że ma poważne problemy ze stożkiem rogówki, do tej pory przeszła dwie operacje. Po drodze, mimo tych przeszkód, z zawodniczki, która adaptowała się do nowych warunków, Pajor wyrosła na bohaterkę. W ubiegłym sezonie zdobyła 24 bramki w 19 meczach. Od pięciu lat mieszka w żyjącym piłką i motoryzacją (ze względu na fabrykę Volkswagena) Wolfsburgu, ale jest też gwiazdą polskiego futbolu. Gra w reprezentacji kraju, ich cel to awansować do najbliższych mistrzostw Europy.

Jak najszybciej

Przyznaje, że kiedy trafiła do Niemiec, marzyła tylko o tym, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Koleżanki w dobrej wierze dopytywały, jak się ma, a ona robiła wszystko, żeby jak najpóźniej wejść do szatni i jak najszybciej się z niej potem ulotnić. Nie miała odwagi się odezwać. Dzisiaj potrafi z tego żartować. Do Pęgowa tęsknić będzie zawsze („Cała nasza rodzina jest bardzo emocjonalna. Do tej pory, jak wyjeżdżam od rodziców, jest płacz, tacie jeszcze trudniej się powstrzymać od łez niż mamie”), ale też życie weszło na odpowiednie tory. Jej siostra w Niemczech ułożyła sobie życie, nadal lubią ze sobą spędzać wolny czas. Ewa podziwia słynne piłkarki, kibicuje im w walce o lepsze warunki w kobiecym futbolu. To wspaniale, że wykrzykują głośno, co myślą. Ona sama, zgodnie ze swoją naturą, mówi niewiele, ale uważa, że walka na boisku robi swoje. Bywało, że jeszcze w Polsce za plecami słyszała: „Babochłopy z Medyka!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. Wierzy, że mentalność da się zmienić nawet z dnia na dzień. Wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się mecze ekstraklasy. Na kobiecym mundialu to, jak Brazylijki grały z reprezentacją Francji w samej Brazylii, oglądało ponad 35 mln kibiców. Ludzie chcą po prostu oglądać dobry sport.

Ewa: – Mężczyźni mają więcej siły, ale tak naprawdę niczym innym się ich piłka nie różni. My też potrafimy świetnie grać technicznie, strzelić piękną bramkę. Trzeba nas tylko zacząć oglądać.

Wie doskonale, jak potężna jest siła przykładu. W pierwszej klasie podstawówki była w szkole jedyną piłkarką. To było ważne doświadczenie, bo w mieszanych składach dziewczynki dobrze się rozwijają, mniej więcej do 15. roku życia mogą konkurować z kolegami. Ale kiedy Pajor podstawówkę kończyła, uzbierała się cała drużyna dziewczyn. Jej szkolny trener Piotr Kozłowski dzisiaj szkoli również piłkarki.

Ostatnio odezwała się do niej na Instagramie pięciolatka. Pytała, co robić, żeby być taka jak Ewa.

  1. Styl Życia

Rafting – adrenalina i kontemplacja

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Adrenalina i kontemplacja. Praca zespołowa i rywalizacja. Okazja do wyjścia poza strefę komfortu. To tylko kilka powodów, dla których warto spróbować raftingu. Dziennikarka Jolanta Maria Berent sprawdziła to na własnej skórze w Słowenii.

Na rynku rozwojowym znajdziesz kilka sposobów na to, żeby zmierzyć się z tym, co cię blokuje, powstrzymuje przed sięganiem po więcej. Chodzenie po rozżarzonych węglach, łamanie strzały grdyką czy deski ciosem karate. To ćwiczenia obliczone na wykonanie pewnego kroku – nie tyle ku przepaści, co w stronę własnej siły, pewności siebie. Sygnał dla podświadomości, że otwierasz się na nowe. Że – owszem, możesz odczuwać lęk, ale gotowa jesteś go przekroczyć.

Mimo to kiedy podczas wyjazdu z grupą dziennikarzy do Słowenii zaproponowano nam rafting – spływ pontonem po rwącej, górskiej rzece (piękna, szmaragdowa Socza plus Alpy Julijskie) – początkowo nie paliłam się do tego pomysłu. Woda nie jest moim ulubionym żywiołem, a do tego lało jak z cebra. Sam koordynator wyjazdu odradzał przedsięwzięcie. I wtedy zapaliła mi się lampka: cóż za wspaniała okazja, żeby spotkać się z tym żywiołem! Jak mogłabym ją zmarnować?

Jakoś to będzie

Z naszej pięcioosobowej grupy na udział w wyprawie decyduje się poza mną tylko jedna osoba. Wsiadamy do busa podstawionego przez organizatorów spływu, jedziemy do miejsca, gdzie dostajemy niezbędne wyposażenie: gumowe buty, dwie części kombinezonu, kask, kapok. Gdzie się przebrać? Jak to gdzie? Na brzegu rzeki! Zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Próbuję porozumieć się z sąsiadem – okazuje się, że to nauczyciel grupy młodych uczniów szkoły ogrodniczej z Belgii. Są lepiej przygotowani niż ja: mają ręczniki i stroje kąpielowe. Ktoś uprzedził ich, że pod kombinezonem może zostać tylko dolna część bielizny. Nas nie. OK, dodatkowa bariera do przekroczenia. Jakoś to będzie.

I jakoś jest – na polanie, do której dojeżdżamy, nawet się specjalnie nie zasłaniamy. W końcu każdy jest zajęty sobą i rozpracowywaniem poszczególnych części ekwipunku. Koleżanka przekonuje mnie, że zamek w kombinezonie powinien się zasuwać od spodu. Rezultat: zakładamy strój na lewą stronę. Jakoś to będzie – uczepiłam się tej mantry.

Przewodnik woła grupę do pontonu, udziela niezbędnych instrukcji. Jak siedzieć, gdzie trzymać nogi, jak operować ciałem. Jak chwycić wiosło, jak nim poruszać. Co zrobić, kiedy wpadnie do wody. Wreszcie: jak postępować, kiedy trafi tam któryś z członków załogi. Jeśli to twój sąsiad, wciągasz go z powrotem za kapok. Jeśli ty, układasz się stopami w stronę nurtu – mówiąc bardziej obrazowo, „nogami do przodu”. W szeregach wyczuwa się lekki niepokój. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Podejrzewam, że to część przedstawienia, że Theo (prosi, żeby koniecznie podać jego imię) celowo podkręca atmosferę. Tak czy inaczej adrenalina jest już na odpowiednim poziomie – możemy wyjść z pontonu i znieść go po stromej skarpie na brzeg rzeki. Pierwszy kontakt z wodą robi wrażenie. Jest zimna, jest wzburzona. Jest mokra. Szarpie pontonem, rzuca nim w górę i w dół, obraca. Pokazuje, kto tu rządzi.

Z wodą nie przelewki

Sprawdzamy, jak wprawki „na sucho” przekładają się na prawdziwe wiosłowanie. Czy my w ogóle mamy wpływ na cokolwiek. Okazuje się, jak ważne jest utrzymanie odpowiedniego rytmu, synchronizacja z towarzyszami podróży. Niezłe ćwiczenie dla zespołu – uczy zgodnego działania we wspólnym celu. Każda ręka się liczy, każdy ma swój wkład. Uczymy się figury zwanej piramidą: wszystkie wiosła piórami do góry, łączymy je nad głowami, wydajemy okrzyk bojowy. Kiedy zaczynamy się czuć nieco pewniej, pojawia się element rywalizacji – wyścigi z innymi załogami. Inna konkurencja: kto kogo skuteczniej ochlapie, wzbijając wiosłem fontanny. Nie ma gdzie się schować, woda z każdej strony! I jeszcze fotograf, podążający w kajaku naszym tropem, w poszukiwaniu co bardziej atrakcyjnych ujęć...

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji. Co jakiś czas przewodnik prosi, żeby oprzeć wiosła na kolanach. Milknie. To te odcinki rzeki, na których nie trzeba z nią walczyć. Rozluźniamy się, pozwalamy, by nas niosła. Podziwiamy potęgę gór wokół, nasycenie kolorów. Zwłaszcza że wyszło słońce. Theo opowiada o okolicznych wodospadach i jaskiniach, o wydarzeniach związanych z tym miejscem. Podczas I wojny światowej przez dolinę Soczy przechodziła linia frontu, armie włoska i austriacko-węgierska stoczyły tu dwanaście krwawych bitew. Do tych miejsc i wydarzeń nawiązuje Hemingway w „Pożegnaniu z bronią”. Jest też wątek kinematograficzny – okazuje się, że w okolicy kręcono zdjęcia do drugiej części „Opowieści z Narnii”. Przypominam sobie dreszczowiec „Dzika rzeka”, w którym Kevin Bacon prześladował płynącą pontonem po Kolorado Meryl Streep. Theo potakuje: zawsze jakiś psychopata może się czaić za krzakiem. Zdaje się, że już nawet nastolatkowie mu nie wierzą.

Skacz i nie myśl

Tymczasem największe dreszcze dopiero przed nami. Właściwie była to typowa cisza przed burzą. Przewodnik zapowiada kolejny punkt programu: za chwilę będzie odliczał, na „trzy” wszyscy mamy wyskoczyć. Nie wierzę własnym uszom, to musi być kolejny żart! Ale nie: wygląda na to, że oczekuje się od nas skoku na głęboką wodę. No, chyba że nie jest tu zbyt głęboka. Na hasło „trzy” wciąż siedzę w pontonie, zajęta wewnętrzną walką. Jakaś część mnie mówi, że po co, że to głupie: nie muszę ryzykować, udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Ale jest i inna, która twierdzi: „Nie jesteś gorsza. Co ci zależy. Masz kapok. Jeśli tego nie zrobisz, pożałujesz. Doświadczenie będzie niepełne. Teraz albo nigdy!”. Skaczę i... nie jest zbyt miło. Uwierzyłam, że – skoro jesteśmy blisko brzegu – woda będzie płytka. Nie jest. No ale od tego między innymi jest przewodnik – żeby wciągnąć wszystkich za kapoki z powrotem do środka.

Z czym zostajesz? To może być duma i ulga. Przypływ energii. Poczucie świeżości (nie tylko z powodu wody w butach). Na pewno satysfakcja: że spróbowałaś czegoś nowego, że dzieliłaś z innymi to doświadczenie, dołożyłaś swoje wiosło (czyli poczucie sprawczości). Ale też, że zaufałaś. Wodzie, przygodzie, innym ludziom. Sobie. Że dałaś radę. Z ręcznikiem czy bez. Właściwie to mogłabyś teraz przenosić góry. Tylko po co? Wygląda na to, że są na swoim miejscu.