1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Małgorzata Zdziechowska na wolontariacie wśród zwierząt

Małgorzata Zdziechowska na wolontariacie wśród zwierząt

Przygotowywanie mleka dla osieroconych kangurów z ośrodka Kangaloola w Australii. (Fot. archiwum prywatne Małgorzaty Zdziechowskiej)
Przygotowywanie mleka dla osieroconych kangurów z ośrodka Kangaloola w Australii. (Fot. archiwum prywatne Małgorzaty Zdziechowskiej)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Małgorzata Zdziechowska, zwana polską Dr Dolittle, już na pierwszym wolontariacie usłyszała, że ma wyjątkowy kontakt ze zwierzętami. Wyjazdom do ośrodków dla dzikich ssaków podporządkowała całe życie. Choć nie ma czasu na zwiedzanie, to dzięki takim podróżom poznaje ludzi z całego świata i nowe gatunki. 

Powiedziałaś ostatnio, że niedawne pożary w Australii zostały przed media wyolbrzymione, ale dobrze, że tak się stało. Co miałaś na myśli? Chodziło mi o to, że przez dużo większe niż zwykle nagłośnienie pożarów w Australii ludzie zaczęli się interesować koalami, bo przede wszystkim o nich była mowa, i cały świat zaczął pomagać tym zwierzętom. Szacuje się, że co roku około 4 tysięcy koali ginie na ulicach albo jest zagryzanych przez psy. Ale dopiero, gdy media zaczęły alarmować, że mogą wyginąć, ludzie zaczęli się nimi przejmować. Cieszę się, że tak wiele osób zaangażowało się w pomoc. Pożary w Australii to, niestety, norma. Gdy byłam w ośrodku dla zwierząt Kangaloola Wildlife Shelter w 2019 roku, codziennie byliśmy gotowi do ewakuacji i jednej nocy ogień był tak blisko, że prawie ją rozpoczęliśmy. Na szczęście udało się opanować żywioł.

Jeśli koala to ambasador zwierząt w Australii, to które zwierzę jest twoim ambasadorem? Lampart. Ale ja kocham wszystkie zwierzaki! Ludzie kombinują: co innego mówią, co innego myślą, a zwierzęta są jakby przezroczyste – od razu widać, że na przykład lepiej nie podchodzić. Praca z nimi bywa trudna, ale na emocjonalnym poziomie komunikacja jest bardzo jasna, prosta i pełna miłości. Zwłaszcza u tych zwierzaków, które potrzebują ludzkiej pomocy. Do ośrodków, w których pracuję, trafia wiele czworonogów w bardzo złym stanie. Kiedyś mieliśmy pod opieką osieroconego wombata, którego mama została zastrzelona. Był tak maleńki, że mieścił mi się w dłoni. Nie miał nawet wykształconych ust, więc ciężko było go żywić. Żeby go utrzymać przy życiu, potrzebna była masa cierpliwości, miłości i czułości. Ale radość, że udało się uratować kolejne życie, daje ogromną siłę do dalszego działania.

Małgorzata Zdziechowska ze swoim ukochanym lampartem Zorro. Zwierzęta, które zostaną na całe życie w ośrodku często są oswajane. (Fot. archiwum prywatne Małgorzaty Zdziechowskiej) Małgorzata Zdziechowska ze swoim ukochanym lampartem Zorro. Zwierzęta, które zostaną na całe życie w ośrodku często są oswajane. (Fot. archiwum prywatne Małgorzaty Zdziechowskiej)

Zawsze czułaś taką miłość do zwierząt? Zawsze. U babci było mnóstwo różnych zwierząt, a w domu miałyśmy z siostrą chomiki, szczura, kota i psy. Przygarnęliśmy na zimę osieroconego jeżyka, którego znaleźliśmy na działce. Mówiłam do niego, głaskałam go, brałam na ręce, a on mnie ciumciał. Ani razu mnie nie ukłuł, a brałam go gołymi rękoma. Na wiosnę wypuściliśmy go na wolność. Odratowaliśmy też żabę z laboratorium, którą przyniósł nam student medycyny, bo mieli ją kroić. Mój chomik żył tyle lat, że weterynarze nie mogli w to uwierzyć i kiedy podawałam wiek Sasanki, dopytywali, czy się aby nie przesłyszeli i jak to możliwe.

Jak zostałaś wolontariuszką? Osiem lat temu pojechałam pierwszy raz do Australii. W Lone Pine Koala Sanctuary w Brisbane zajmowałam się między innymi koalami, kangurami, psami dingo. Od tamtej pory wiedziałam, że nie ma mowy, bym pojechała na wakacje odpoczywać. Pracownicy ośrodka mówili, że mam wyjątkowy kontakt ze zwierzętami. To samo słyszałam na prawie każdym wolontariacie, i to od ludzi, którzy zajmują się dzikimi zwierzętami od 20–30 lat.

Widziałem na filmach, jak z radością głaszczesz lamparty, tarmosisz leniwca czy karmisz mlekiem ważącego z pół tony małego nosorożca. Nie brakuje ci tego w Polsce? W Polsce mam ukochanego kotka Majora Rama i pieska Gidusia u rodziców. One też potrzebują miłości i dają mi mnóstwo radości. To dla mnie najukochańsze zwierzaki na świecie.

Masz za sobą kilkanaście wolontariatów w wielu ośrodkach na świecie. Który najbardziej ci zapadł w pamięć? Za każdym razem czekają mnie spotkania z nowymi zwierzętami, nowe zadania, na każdym wyjeździe wiele uczę się od ludzi, którzy pracują ze zwierzętami od wielu lat. Ostatnio poznałam cztery gatunki, których wcześniej nie widziałam na oczy: niełaz, kanguroszczur myszaty, kanguroszczurnik tasmański i jamraj. Dowiedziałam się też mnóstwo ciekawych rzeczy na przykład o diabłach tasmańskich, które rodzą nawet 30 młodych, ale przeżywa nie więcej niż czworo, bo matka ma tylko cztery sutki. Do pierwszego wolontariatu w ogóle się nie przygotowałam, teraz nie tylko dużo czytam przed wyjazdem, ale też uzupełniam wiedzę po powrocie, kupuję specjalistyczne książki po angielsku.

Jak cię zmieniły te lata wolontariatu? Kiedyś byłam bardzo naiwna. Myślałam, że jeśli ktoś prowadzi ośrodek dla zwierząt, to naprawdę chce im pomóc. A teraz widzę, że nie zawsze tak jest, trzeba bardzo uważać, wybierając ośrodek. Na przykład niektórzy hodują lwy dla pieniędzy. Zabierają lwiątka od mam, żeby przyjeżdżali naiwni wolontariusze, którzy płacą za zakwaterowanie i wyżywienie, i turyści, którzy mogą pobawić się z lwiątkami albo pójść z nimi na spacer. A dorosłe lwy są sprzedawane myśliwym, którzy na nie polują.

Małgorzata Zdziechowska z osieroconymi leniuchowcami w ośrodku dla zwierząt na Kostaryce. (Fot. archiwum prywatne Małgorzaty Zdziechowskiej) Małgorzata Zdziechowska z osieroconymi leniuchowcami w ośrodku dla zwierząt na Kostaryce. (Fot. archiwum prywatne Małgorzaty Zdziechowskiej)

Czytałem, że za tygodniowy pobyt w jednym z ośrodków zapłaciłaś ponad dwa tysiące złotych. W RPA za zakwaterowanie i wyżywienie płaci się około dwóch, trzech tysięcy złotych za dwa tygodnie pobytu. W Boliwii około półtora tysiąca za dwa tygodnie. Do tego dochodzą przeloty i ubezpieczenie, więc jeśli ktoś wyjeżdża na miesiąc lub dłużej, koszty są dosyć spore. Ale te opłaty są zrozumiałe, bo ośrodki nie mają dofinansowania publicznego, żyją z dotacji, a utrzymanie zwierząt kosztuje. W wielu miejscach nie ma turystów, niektórzy właściciele płacą za wszystko z własnych pieniędzy, na przykład w Brazylii para lekarzy (chirurg i anestezjolożka) finansuje przepiękny ośrodek Criadouro Onca Pintada.

Takie wyjazdy to dobry sposób na poznawanie świata?  Nie do końca, bo większość ośrodków położona jest z daleka od wszystkiego i cały czas spędza się w środku. Jednak poznajesz lokalną kuchnię, ludzi z całego świata. Kiedyś po wolontariacie zostawałam kilka dni, by pozwiedzać, teraz już tak nie robię, bo coraz więcej czasu chcę spędzać ze zwierzętami. Każda sekunda z nimi jest dla mnie na wagę złota. W skali roku spędzam na wolontariacie kilka miesięcy, wszystko podporządkowałam tym wyjazdom.

Czy dużo jest na świecie osób, które w taki sposób spędzają wolny czas? Najwięcej jest takich, którzy robią to jednorazowo, z ciekawości. Chcą przeżyć przygodę życia, robią sobie milion selfie i już do tego nie wracają. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jaka to ciężka, brudna i często wyczerpująca fizycznie praca. Wolontariusz przez większość czasu sprząta klatki, zmywa, przygotowuje jedzenie. Poza tym karmimy zwierzaki, organizujemy im zabawy. Kiedy jestem mamą zastępczą, często śpię po kilka godzin dziennie, bo maluchy trzeba karmić także w nocy. Znam kilka osób, które wracają do tego samego ośrodka albo zostały w nim na dłużej, ale nie poznałam nikogo, kto byłby w więcej niż trzech, czterech miejscach.

Czy takie wyjazdy nie męczą? Po wolontariacie padam ze zmęczenia, a zazwyczaj już następnego dnia po powrocie idę do pracy. Ale potem nie myśli się o nieprzespanych nocach czy o tym, jak było ciężko – zostają cudowne wspomnienia, jak pożegnanie z moim ukochanym lampartem, któremu powiedziałam: „Zorruniu kochany, jadę do domu, chodź się pożegnać”, a on przyszedł i polizał mnie po twarzy. Na Tasmanii osierocone wombaty, kiedy sprzątałam u nich w zagrodach, wchodziły mi na plecy i kolana, chciały się przytulać. Ani – dorosła i wielka wombacica – biegła do mnie, żebym ją pogłaskała. Każda taka historia wzbudza uśmiech na mojej twarzy, bo kocham te moje robaczki i na zawsze pozostaną w moim sercu.

Co tak bliska więź z dzikimi zwierzętami ci daje?  Nie potrafię tego nazwać, ale jest to niesamowite. Na przykład to, że dzikie zwierzęta tak ci ufają i pozwalają się zbliżyć do siebie. To obustronne zaufanie, bezwarunkowa miłość. Chcę zarażać ludzi miłością do zwierzaków, dlatego publikuję w sieci filmy, opowiadam o moich wyprawach, prowadzę zajęcia na uniwersytetach dziecięcych, piszę książki o dzikich zwierzętach. Myślę, że jeśli coś kochamy, to dbamy o to. A zwierzaki potrzebują nas, żebyśmy dbali o nie i o środowisko naturalne.

'Świat dzikich zwierząt', Małgorzata Zdziechowska, wyd. Olesiejuk \"Świat dzikich zwierząt\", Małgorzata Zdziechowska, wyd. Olesiejuk

Małgorzata Zdziechowska, polska Dr Dolittle, dziennikarka, autorka książek dla dzieci, a przede wszystkim miłośniczka zwierząt i popularyzatorka idei pomagania im na wolontariatach. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

6 książek, które pomogą lepiej zrozumieć świat zwierząt

Jako czytelnicy książek przyrodniczych chcemy nie tylko wiedzieć, a przede wszystkim rozumieć, jak funkcjonuje natura. Wśród nowości wydawniczych znajdziemy kilka interesujących książek o zwierzętach, które wpisują się w ten nurt. (Fot. iStock)
Jako czytelnicy książek przyrodniczych chcemy nie tylko wiedzieć, a przede wszystkim rozumieć, jak funkcjonuje natura. Wśród nowości wydawniczych znajdziemy kilka interesujących książek o zwierzętach, które wpisują się w ten nurt. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Amatorzy lektur przyrodniczych chcą dziś nie tylko wiedzieć, jak funkcjonuje natura, a rozumieć ją. Oto kilka interesujących książek o zwierzętach, które wpisują się w ten nurt.

„Języki zwierząt”, Eva Meijer, wyd. Marginesy

Jeszcze niedawno w sporze o to, czym człowiek wyróżnia się w świecie zwierząt, wskazywano na umiejętność komunikowania się między sobą przedstawicieli gatunku. Nowoczesne technologie odbierają nam jednak i ten argument, bo dzięki cyfrowym nagraniom naukowcy są w stanie dostrzec w różnych odgłosach fauny systemy języka. Kto by pomyślał, że wzory na skórze kałamarnic zawierają struktury gramatyczne, a papugi mówią sobie po imieniu?! Książka Evy Meijer pełna jest takich rewelacji.

„Języki zwierząt”, Eva Meijer, wyd. Marginesy „Języki zwierząt”, Eva Meijer, wyd. Marginesy

„Pies zawodowiec”, Laura Greaves, wyd. W.A.B.

Znamy je przede wszystkim z agencyjnych przekazów z miejsc katastrof, gdzie psy poszukują ludzi uwięzionych pod ruinami budynków. Czasem widujemy labradora przewodnika na ulicy albo jego kuzyna obwąchującego walizki na lotnisku. Ale „rynek pracy” dla  psów jest dużo większy. Oczywiście, głównie wykorzystuje się ich węch, który pozwala na rozpoznanie trudnej do wyobrażenia liczby zapachów, ale psy sprawdzają się i jako terapeuci, i honorowi krwiodawcy, i jako pomoc dla diabetyków. A za najfajniejszą nagrodę uznają... zabawę z opiekunem. Do poziomu psiego węchu nigdy się nawet nie zbliżymy, ale jeśli chodzi o umiejętności budowania więzi z ludźmi i empatię – powinniśmy brać z nich przykład.

„Pies zawodowiec”, Laura Greaves, wyd. W.A.B. „Pies zawodowiec”, Laura Greaves, wyd. W.A.B.

„Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego podróżnika”, David Attenborough, wyd. Prószyński i S-ka

David Attenborough należy do największych osobowości telewizyjnych nie tylko w Wielkiej Brytanii, skąd pochodzi. Międzynarodową popularność zawdzięcza filmom przyrodniczym, które komentuje swoim niepowtarzalnym głosem. Attenborough zaczynał karierę w połowie lat 50. i właśnie o tych początkach opowiada w książce. Opisuje wyprawy na Madagaskar, na Nową Gwineę oraz do Australii. Zwłaszcza dwa pierwsze kierunki są do dziś mało odkryte, a co dopiero wtedy! Te barwnie napisane  wspomnienia to lektura z gatunku „familijnych” − każdy w rodzinie znajdzie w niej coś dla siebie i na pewno wiele się dowie.

„Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego podróżnika”, David Attenborough, wyd. Prószyński i S-ka „Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego podróżnika”, David Attenborough, wyd. Prószyński i S-ka

„Rok wśród pingwinów”, Lindsay McCrae, wyd. Prószyński i S-ka

Widok pingwinów nieodmiennie wprawia mnie w dobry nastrój, a ich poświęcenie (bo trudno inaczej nazwać trud towarzyszący wysiadywaniu potomstwa) wzrusza. Pingwiny cesarskie (to te największe) wędrują wiele kilometrów po lodzie w drodze do miejsca, gdzie na świat przychodzą młode. Lindsay McCrae, współpracownik słynnego sir Davida Attenborougha, należy do nielicznych, którzy spędzili tak długi czas wśród tych pasjonujących nielotów. Jako operator jest niezwykle czuły na obrazy, co wyraźnie widać w jego książce.

„Rok wśród pingwinów”, Lindsay McCrae, wyd. Prószyński i S-ka „Rok wśród pingwinów”, Lindsay McCrae, wyd. Prószyński i S-ka

„Sekretne życie zwierząt”, Andrzej G. Kruszewicz, wyd. Rebis

Często ludzie zastanawiają się, czy zebra jest biała w czarne paski czy czarna w białe paski − pisze Andrzej G. Kruszewicz. Przyznam, że miałam wyrobione zdanie na ten temat. Jak się zresztą okazało, niesłuszne... A z naszych przekonań na temat zwierząt bierze się wiele niesprawiediwości w ich ocenie. Bo dlaczego o agresywnym mężczyźnie mówi się „goryl”, skoro prawdziwy przedstawiciel tych człowiekowatych, owszem, jest poteżny, ale swoim stadem opiekuje się z czułością? A niezgrabną kobietę nazywa się „klępą”, podczas gdy samica łosia porusza się z gracją, ma długie nogie nogi i długą szyję. Autor, z wykształcenia lekarz weterynarii, z zamiłowania ornitolog i popularyzator wiedzy o zwierzętach, przybliża nam ich charakter i styl życia. A opowiada nie tylko o wspominanych gorylach czy zebrach, ale i bliskich nam pszczołach, mrówkach, kaczkach albo świetlikach. „Sekretne życie zwierząt” to doskonała lektura  dla całej rodziny: dzieci edukuje i uwrażliwia na przyrodę, dorosłym każe się zastanowić, zanim następnym razem powiedzą o kimś, że jest świnią...

„Sekretne życie zwierząt”, Andrzej G. Kruszewicz, wyd. Rebis „Sekretne życie zwierząt”, Andrzej G. Kruszewicz, wyd. Rebis

„Natura natury”, Enric Sala, wyd. Burda Media

„Im większa różnorodność ekosystemów, tym bardziej są one produktywne, stabilne i odporne” - pisze Enric Sala. Mówiąc w uproszczeniu: ginięcie gatunków jest nie tylko smutne, ale i niebezpieczne dla człowieka. Dlaczego? Prowadzi m.in. do zmniejszania się liczebności ryb w stadach, zwiększa ryzyko występowania powodzi oraz ilość chorób odzwierzęcych. Sala jest ekologiem morskim, więc koncentruje się na stanie oceanów, jednak pozostałe środowiska nie są niestety w lepszej kondycji.

„Natura natury”, Enric Sala, wyd. Burda Media „Natura natury”, Enric Sala, wyd. Burda Media

  1. Styl Życia

Monogamia, zdrady, zazdrość… Jak wygląda ptasia „miłość”?

Żurawie, podobnie jak łabędzie, są symbolem milości i wierności. Na zdjęciu żurawie indyjskie (fot. iStock)
Żurawie, podobnie jak łabędzie, są symbolem milości i wierności. Na zdjęciu żurawie indyjskie (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Uosabiają nasze marzenia o lataniu, a czasem też o dozgonnej miłości. Chociaż zwykle mało uważnie się im przyglądamy, ptaki pod wieloma względami przypominają ludzi. Wiele gatunków, dobierając się w pary i wychowując potomstwo, nawiązuje do ludzkich zachowań dużo bardziej niż ssaki, które ewolucyjnie są nam bliższe.

„Papużki nierozłączki”, „dwa gołąbki”, „kochają się jak turkaweczki” – te powiedzenia nie wzięły się znikąd. Myślimy czasem, że wszystkie ptaki są podobne… tymczasem jest to niezwykle zróżnicowany świat, szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę jak ptaki układają swoje życie intymne, jak tworzą „związki”, czy relacje. Co tak naprawdę wiemy o miłosnych zwyczajach ptaków?

Kto jest monogamistą?

Czy ptaki często dobierają się w pary na całe życie?

– Niektóre ptaki rzeczywiście kochają aż po grób, do tego stopnia, że kiedy umiera partner lub partnerka to one bardzo to przeżywają. Gęsi znane są z tego, że reagują na takie wydarzenia żałobą. Niektóre potem znajdują sobie kogoś nowego, a część z nich zostaje wdowcami do końca życia. – wyjaśnia Jacek Karczewski, obserwator ptaków, autor książek („Jej wysokość gęś”), autor audycji radiowych poświęconych ptakom. – Ptaki jednak bardzo różnią się w tych kwestiach, w zależności od gatunku. Tych sposobów na życie mają naprawdę dużo.

Istotne jest to, że aż 90% wszystkich ptaków łączy się w pary – mogą łączyć się na jeden sezon, mogą na kilka sezonów, albo na całe życie. W każdym razie tworzą „związek”. Tylko pozostałe 10% ptaków nie tworzy par – tutaj cała relacja samca i samiczki sprowadza się do bardzo krótkiego momentu zapłodnienia.

Turkawki, kawki, kruki, gołębie, gęsi, albatrosy, bieliki, łabędzie, żurawie, pingwiny – to przykłady ptaków, które zwykle łączą się w pary na całe życie. Niektóre z nich, jak np. łabędzie czy żurawie, stały się legendarne ze względu na „stałość uczuć”.

– Łabędzie stały się symbolem wierności małżeńskiej. Tymczasem nasze łabędzie nieme, najbardziej znane w Polsce, widywane w parkach, wcale aż takie wierne nie są. Okazuje się, że aż 40% par, prędzej czy później się „rozwodzi”. Natomiast łabędzie Bewicka (Cygnus columbianus bewickii), należące do gatunku łabędzi czarnodziobych (bardziej dzikie, u nas tylko przelotem) – mogą być faktycznie symbolem wierności – zaznacza Jacek Karczewski – Są to jedne z najlepiej przebadanych dzikich ptaków, szczególnie jeśli chodzi o ich obyczaje (około 60 lat intensywnych, szczegółowych badań). Na dziesiątki par łabędzi Bewicka zarejestrowano tylko 3 rozstania!

Łabędzie Bewicka (fot. iStock) Łabędzie Bewicka (fot. iStock)

Co ciekawe, wierzono niegdyś, że łabędzie pierze chronią przed zdradą. Dlatego, w dawnych czasach, kobiety wkładały w poduszki swoich mężów i kochanków łabędzi puch, wierząc, że pomoże on zatrzymać ukochanych mężczyzn w ich łóżkach.

Ptasie zdrady

Jacek Karczewski podkreśla, że w przypadku wielu ptasich par zdrada zwyczajnie się opłaca. Zdradzając można zapewnić sobie, w łatwy sposób, przekazanie swoich genów i mieć pisklęta „na boku” bez większego wysiłku.

Wychowanie piskląt to jest ciężka praca. Wyobraźmy sobie kilka takich gęsi, które ciężko pracują, żeby doczekać się dorosłych dzieci. – Zdradzając zapewniam sobie, że ktoś inny wychowa moje dzieci… A ja mam gwarancję tego, że moje geny poszły w świat. Natomiast jestem zwolniony z tych trudnych, wymagających i kosztownych obowiązków rodzicielskich. - Z tego punktu widzenia dla ptasiego samca jest to bardzo wygodne rozwiązanie – tłumaczy Jacek Karczewski.

Zdradzają też samice. Dla nich zysk będzie jednak inny. Partner może mieć np. ukryte wady genetyczne. Na tyle dobrze radził sobie przykładowo w okresie toków (godów), że partnerka nie zauważyła jego niedoskonałości. Dzieci jednak mogą te drobne wady odziedziczyć. – Dlatego być może warto, aby w tej mojej piątce dzieci, jedno było od innego taty. To pisklę ma oczywiście moją część genów, ale druga część należy do innego ojca, co może okazać się dobrym rozwiązaniem – wyjaśnia znawca ptaków. Zdrady opłacają się więc z genetycznego i ewolucyjnego punktu widzenia. Jakby nie było, „zdradzony” partner i tak pomoże samicy w wysiadywaniu jaj i w wychowaniu piskląt.

Gęsi kanadyjskie na spacerze. Wychowanie dzieci jest na tyle dużym wysiłkiem, że być może właśnie dlatego większość ptaków decyduje się na życie parach. (fot. iStock) Gęsi kanadyjskie na spacerze. Wychowanie dzieci jest na tyle dużym wysiłkiem, że być może właśnie dlatego większość ptaków decyduje się na życie parach. (fot. iStock)

 

– Do niedawna uważaliśmy, że ptaki, które łączą się w pary, i są w tych parach, są sobie wierne. Ten obraz wierności ptaków kompletnie zburzyły badania genetyczne, kiedy okazało się, że rodzeństwo, które wychowywane jest w jednym gnieździe, przez jedną mamę i jednego tatę, od strony genetycznej jest dość zróżnicowane – mówi Jacek Karczewski – Samice robią jeszcze jedną rzecz, z której do niedawna nie zdawaliśmy sobie sprawy: podrzucają one jajka do gniazd swoich sąsiadek. I nie mówimy tu o kukułce. Szpaki, jaskółki, dzikie kaczki, gęsi – to też są ptaki, u których często dochodzi do podrzucania jaj do gniazd sąsiadek. Oczywiście dzieje się to wtedy, gdy sąsiadki nie ma w pobliżu…

Badając to, na ile ptaki są rzeczywiście sobie wierne, Jacek Karczewski przytacza pewien (dwuznaczny moralnie) eksperyment, który obala wiele mitów z tym związanych:

Bohaterami tego eksperymentu (zaznaczam, że nie do końca można go uznać za etyczny) były kosy, jedne z moich ulubionych ptaków, wspaniali śpiewacy. Kosy uważane były za monogamistów. Łączą się one w pary, często na wiele sezonów, wspólnie budują gniazdo. Samica składa jaja, które później wspólnie wysiadują. Potem razem opiekują się dziećmi, które z tych jaj się wylęgają. Otóż, w tym eksperymencie wyłapano samczyki, zanim jeszcze partnerki zostały zapłodnione i zaczęły składać jajka do gniazd. Wyłapano kilkanaście samczyków w danej populacji i każdego wysterylizowano… Wydarzyła się jednak rzecz niezwykła. Nie doszło do żadnego rozwodu. Natomiast wszystkie złożone jaja były pełnowartościowe (z embrionami w środku) i ze wszystkich jaj wylęgły się pisklęta. Czyli te wszystkie samiczki jakby wyczuły, że doszło do nieszczęścia i z własnym partnerem nie będą mogły mieć dzieci (jak to odkryły - pewnie się nie dowiemy), albo one i tak by tych samców zdradzały, niezależnie od tego eksperymentu.. Partnerów przecież już miały, a ci partnerzy pomogli im wychować pisklęta.

https://www.youtube.com/watch?v=4axfqloLdn4

On jest tylko mój!

Wróble też są monogamistami. Te sprytne, małe ptaszki, których mamy „pod dostatkiem”, rzadko wzbudzają nasze zainteresowanie. A tymczasem zazdrość, jaką można u tych ptaków zaobserwować, robi niemałe wrażenie.

– Wróblice bardzo nie lubią, kiedy partnerzy je zdradzają. Zdarzają się czasami, wśród wróbli, takie bardzo ambitne samczyki, że gdzieś tam „przyćwierkają” sobie jakąś samiczkę na boku i zakładają drugą rodzinę. Pierwsza partnerka nie wie oczywiście o tej drugiej. I lepiej, żeby nie wiedziała. Bo kiedy się dowiaduje to leci tam z potworną awanturą. Czasami bardzo dramatycznie się to kończy. Wróblica rozwala gniazdo, a jeżeli w tym gnieździe są już jajka to je niszczy. Jeśli są już pisklęta to wyrzuca je z gniazda, czasami zabija. Kończy się to zawsze tym, że partner wraca z podkulonym ogonem do swojej pierwszej „żony” – opowiada Jacek Karczewski o tragicznych skutkach „skoków w bok”.

Okazuje się, że nasze ludzkie statystki, dotyczące wierności i wychowywania przez ojców nie swoich dzieci, bardzo zbliżone są do statystyk jakie notuje się u wróbli. (fot. iStock) Okazuje się, że nasze ludzkie statystki, dotyczące wierności i wychowywania przez ojców nie swoich dzieci, bardzo zbliżone są do statystyk jakie notuje się u wróbli. (fot. iStock)

Zbiorowe gwałty

Do gwałtów najczęściej dochodzi w populacji kaczek, gdzie kaczory słyną ze swojej brutalności. Wystarczy wspomnieć, że wzburzony kaczor w czasie kopulacji potrafi utopić swoją partnerkę...

– Kaczory to są prawdziwe demony seksu – podkreśla Jacek Karczewski. – Kaczki łączą się w pary wczesną jesienią lub późną wiosną. Tutaj też nierzadko dochodzi do zdrad. Wiosną kaczka zakłada gniazdo, składa jaja, zaczyna te jaj wysiadywać i jakby znika z życia kaczora. U niektórych gatunków tropikalnych kaczor opiekuje się również swoim potomstwem. Natomiast w przypadku „naszych” kaczek taka pomoc samca nie występuje (wyjątkiem mogą być miejskie kaczory, które rzeczywiście pomagają partnerkom). Zwykle kiedy zaczyna się czas inkubacji kacze pary się rozpadają. Większość kaczek znika więc z rozlewiska, po którym wciąż pływają pięknie ubarwione kaczory. Jednak te godowe ubarwienia oznaczają, że męskie hormony buzują jeszcze w najlepsze, a kaczory nie bardzo znajdują dla nich ujście. Zdarza się więc, że kiedy na takim jeziorze pływa kilkanaście kaczorów i gdzieś schodzi z gniazda jedna kaczka – może się to dla niej bardzo źle skończyć. Dochodzi w takich sytuacjach do zbiorowych gwałtów, których kaczki czasem nie przeżywają…

Dla kaczki najkorzystniej jest znaleźć sobie szybko partnera, który zapewni jej ochronę. (fot. iStock) Dla kaczki najkorzystniej jest znaleźć sobie szybko partnera, który zapewni jej ochronę. (fot. iStock)

Źródło: WWF Polska, na podstawie podcastu Naturalnie z WWF „Tajemnice ptasiego seksu”.

  1. Styl Życia

Ośrodek Jelonki - czym zajmuje się ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt?

Ania Kamińska z Manią. Lisiczka, wyciągnięta ze studni przez strażaków, jest chora, ma małoocze, zostanie więc już w ośrodku. (Fot. Błażej Badowski)
Ania Kamińska z Manią. Lisiczka, wyciągnięta ze studni przez strażaków, jest chora, ma małoocze, zostanie więc już w ośrodku. (Fot. Błażej Badowski)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Trafiają tu chore, potrącone przez samochód. Maluchy zostawione przez rodziców albo niepotrzebnie od nich zabrane. Anna Kamińska leczy je, karmi, a potem wypuszcza. Bo taki jest cel: przywrócenie ich naturalnemu środowisku. Praca w Ośrodku Jelonki nigdy się nie kończy.

Do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt trafiają chore, potrącone przez samochód. maluchy zostawione przez rodziców albo niepotrzebnie od nich zabrane. Anna Kamińska leczy je, karmi, a potem wypuszcza. Bo taki jest cel: przywrócenie ich naturalnemu środowisku. Praca w Ośrodku Jelonki nigdy się nie kończy.

Najmłodszym mieszkańcem Ośrodka Jelonki jest wyderka. To chłopak. Ma kilka tygodni. I na razie jest bezimienny – Anna nadaje zwierzętom imiona dopiero, kiedy jest już pewna, że będzie dobrze, że wyjdą na prostą. Wyderkę znalazła pewna pani na swoim podwórku. Czekała do rana, miała nadzieję, że matka wróci po dziecko, nie złamała się nawet, kiedy wyderka głośno płakała. Niestety, mama się nie pojawiła, maleństwo wylądowało więc w Ośrodku Jelonki. – To prawidłowa reakcja – mówi Anna Kamińska, która ośrodek prowadzi. – Mniej więcej połowa zwierząt, które trafiają do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt w ciągu roku, zabrana jest z naturalnego środowiska zupełnie niepotrzebnie. Głównie to pisklaki. Młode ptaki, kiedy uczą się latać, muszą przecież opuścić gniazdo. Nauczyć się zbierać pokarm. A nie wiedzą jeszcze, że przed człowiekiem trzeba się chować czy uciekać. Ludzie, zwłaszcza w dużych miastach, widzą te nieporadne maluchy i zabierają, „żeby pomóc”. Uczulamy, żeby tego nie robić, prosimy – ale bezskutecznie. Słyszymy potem tłumaczenia, że w mieście niebezpiecznie, że koty czy samochody, że zwierzęta na pewno by zginęły. A wystarczyłoby przecież przenieść ptaszka kawałek dalej, w krzaki czy na trawnik. Jeszcze gorzej, gdy ludzie biorą zwierzęta do domu i sami próbują karmić, podając nieodpowiednie rzeczy. Ptak, zajączek czy mała sarna dostaje potem biegunki albo przestaje jeść. Dopiero wtedy zaczyna się szukanie miejsca w ośrodku, a my mamy dodatkowy problem.

Sarna Jaśmina została przywieziona w maju jako osesek. W tym roku zostanie wypuszczona. Sarna Jaśmina została przywieziona w maju jako osesek. W tym roku zostanie wypuszczona.

Anna kiedyś pracowała w schronisku w Elblągu. Trafiały tam czasem dzikie zwierzęta. – Zaczęłam je brać do domu, leczyć, pomagać. A w końcu zrodził się pomysł ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt. Dostaliśmy zgodę i tak się zaczęło. Wydaje się, że trzeba mieć do tego solidną wiedzę – przecież inaczej leczy się ptaka ze złamanym skrzydłem, inaczej zajmuje się sarną czy lisem… – Tak, choć kiedy obserwuje się zwierzęta, to dochodzi się do wniosku, że wiedza wiedzą, ale najwięcej daje doświadczenie – mówi Anna. – Zwierzęta dużo nam pokazują, komunikują, czasem jest to cenniejsze niż wiedza z książek czy nawet przekazana nam przez ludzi wykształconych, ale bez doświadczeń w pracy z dzikimi zwierzętami. Z czasem okazuje się, że po prostu już wiemy, co robić.

Bielik Gniewko trafił tu cztery lata temu z połamanym skrzydłem i uszkodzonym barkiem. Dożył swoich dni w Jelonkach. Bielik Gniewko trafił tu cztery lata temu z połamanym skrzydłem i uszkodzonym barkiem. Dożył swoich dni w Jelonkach.

I dodaje: – Nie traktujemy naszych zwierząt jak pupili. Kontakt z człowiekiem to dla dzikiego zwierzęcia na początku wielki stres. Kiedy podajemy leki czy zmieniamy opatrunki, staramy się to robić jak najszybciej, jak najsprawniej, bez zbędnych gestów czy czułego przemawiania. A kiedy widzimy, że mają się lepiej, przestajemy się do nich zbliżać, wchodzić do wolier, przenosimy je na duże wybiegi, gdzie sobie dziczeją. Uczą się chować przed człowiekiem. Ograniczamy do minimum nasz z nimi kontakt. Nie staramy się ich oswajać. Choć oczywiście nie znaczy to, że się do nich nie przywiązujemy. Czasem walka o zwierzę trwa długo, czasem trzeba je odchować od oseska, trudno więc wyłączyć emocje. I zawsze nam ciężko, kiedy przychodzi czas, że je wypuszczamy. Ale jednocześnie są też i radość, i satysfakcja.

Lisiczka Elwira trafiła do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt ze schroniska. Jest w Jelonkach pięć lat. I już zostanie. Zbyt długo była z ludźmi, nie poradzi sobie w środowisku naturalnym. Lisiczka Elwira trafiła do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt ze schroniska. Jest w Jelonkach pięć lat. I już zostanie. Zbyt długo była z ludźmi, nie poradzi sobie w środowisku naturalnym.

Teraz mieszkańców ośrodka jest 156. Z roku na rok ich przybywa. – W 2019 roku przewinęło się około 300 zwierząt – mówi Anna – a w ubiegłym przekroczyliśmy 400. Z tego mniej więcej połowę udaje się przywrócić na łono natury. Jasne, są porażki, czasem trzeba podjąć decyzję o eutanazji, czasem po prostu nic się już nie da zrobić…

Owcę Tosię odkupiła od jej właściciela sąsiadka. Nie mogła się pogodzić z tym, że owieczka skończy jako świąteczny obiad. Przywiozła ją do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt z Podlasia. Owcę Tosię odkupiła od jej właściciela sąsiadka. Nie mogła się pogodzić z tym, że owieczka skończy jako świąteczny obiad. Przywiozła ją do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt z Podlasia.

Jedyne zdrowe osobniki, o których z góry wiadomo, że u nas zostaną, to dziki. Nie możemy ich wypuścić ze względu na ASF (afrykański pomór świń). Reszta wcześniej czy później wraca do środowiska naturalnego – czasem po miesiącu, czasem po roku. A poprzednie wydry – Marcel i Pipa – były z nami dwa lata, niedawno je wypuściliśmy. Wszystko zależy i od gatunku, i od tego, w jakim stanie zwierzę do nas trafi.

Dzik, a właściwie locha, nazywa się Pyza. Przyjechała z Grudziądza dwa lata temu jako maluch. Jelonki będą już zawsze jej domem. Dzik, a właściwie locha, nazywa się Pyza. Przyjechała z Grudziądza dwa lata temu jako maluch. Jelonki będą już zawsze jej domem.

Czy to praca na pełny etat? Ania tylko się śmieje. – Na pełen i jeszcze jeden. 24 godziny na dobę. Choćby karmienie. Różne gatunki jedzą różne pokarmy. Już samo przygotowanie karmy dla całego tego zwierzyńca zajmuje masę czasu.

Chcecie pomóc? Możecie wirtualnie adoptować zwierzaka. A jeśli macie w domu stare koce,poduszki, pościel – wyślijcie do Ośrodka Jelonki. Anna zapewnia, że każda rzecz zostanie wykorzystana.
Skąd bierze na to siłę? – Właściwie nie wiem. Wczoraj źle się czułam, leżałam cały dzień, chłopak pomagał mi w ośrodku. Ale już dziś musiałam wstać, bo tęskno mi było, cały dzień zwierząt nie widziałam. Poszłam je nakarmić. Teraz ledwo żyję, ale było warto.
Zdjęcia: Dorota Leszczyńska, Rafał Kwiatkowski, Błażej Bladowski.

  1. Styl Życia

10 sposobów, aby wyrazić miłość

Walentynki można celebrować na co dzień. (Fot. iStock)
Walentynki można celebrować na co dzień. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Jak wyrazić miłość? Oto 10 sposobów, dzięki którym najbliższe osoby poczują się kochane. Walentynki można celebrować na co dzień.

Jak wyrazić miłość? Oto 10 sposobów, dzięki którym najbliższe ci osoby poczują się kochane. Walentynki można celebrować na co dzień.

1. Okaż wdzięczność. Powiedz wprost, jak bardzo doceniasz obecność tej osoby w swoim życiu.

2. Zaoferuj pomoc. Zapytaj: „Co mogę dla ciebie zrobić, żeby uczynić twoje życie lepszym, radośniejszym, mniej stresującym?”

3. Zamień się w słuch. Znajdź czas i kilka chwil spokoju, aby wysłuchać drugiej osoby całą sobą. Nie komentuj, nie doradzaj. Słuchaj.

4. Bądź wielkoduszna. Wszyscy mamy swoje dziwactwa, nikt z nas nie jest idealny. Doceniaj pozytywne cechy, nie skupiaj się na tym, co niedoskonałe - w ten sposób pokażesz, że naprawdę kochasz.

5. Znajdź czas na chwile beztroski. Kolacja z ukochanym, zabawa z dzieckiem, wypad na zakupy z przyjaciółką... a może po prostu ulubiony serial pod kocem na kanapie? Życie składa się z drobnych przyjemności. Jeśli będziemy stwarzać sobie ku nim okazję, będziemy mieli więcej powodów do wspólnej radości.

6. Podaruj coś bez okazji. To może być drobiazg, ale zrobiony albo kupiony z myślą o tej osobie. Coś, co sprawi że poczuje, że o nim myślisz i jest dla ciebie ważna.

7. Upiecz ciasto lub ugotuj coś pysznego. Przez żołądek do serca - nakarm ukochaną osobę czymś, co lubi najbardziej.

8. Ofiaruj kwiaty bez powodu. Kwiaty to jeden z piękniejszych sposobów na podziękowanie za czyjąś obecność - dzięki nim „Dziękuję za to, że jesteś” brzmi piękniej.

9. Napisz krótki liścik. Mała karteczka zostawiona w kuchni przy ulubionym kubku z ciepłą kawą, liścik miłosny pod poduszką, kartka z pozdrowieniami z wakacji... małe, codzienne wyznanie miłości.

10. Nie bój się słowa "kocham" - słowa mają moc, a to chyba szczególną. Jednak nie wtedy, gdy wypowiadamy je od niechcenia. Wyznanie miłości potrzebuje dotyku, spojrzenia w oczy, intymnej chwili.

 

  1. Styl Życia

Kreciość kreta. Rozmowa z Radkiem Rakiem, laureatem nagrody Nike

Gdybym ja miał sobie jakieś zwierzątko przypisać, nie byłby to rak, lecz borsuk. (Fot. Mikołaj Starzyński//Wydawnictwo Powergraph; rysunki Zofia Różycka)
Gdybym ja miał sobie jakieś zwierzątko przypisać, nie byłby to rak, lecz borsuk. (Fot. Mikołaj Starzyński//Wydawnictwo Powergraph; rysunki Zofia Różycka)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Na ile naprawdę rozumiemy zwierzęta, a na ile tylko przypisujemy im ludzkie cechy, motywacje i dążenia? – pytamy Radka Raka, laureata Literackiej Nagrody „Nike” i… weterynarza.

Przeczytałam u Sigrid Nunez takie spostrzeżenie: „Weterynarze łatwo się irytują, ponieważ w swojej pracy spotykają się z wyjątkowo szeroką gamą ludzkiej głupoty – z której bez wątpienia duża część to antropomorfizacja”. Niestety, jest to zjawisko, z którym spotykam się w mojej pracy bardzo często. Lubimy przypisywać zwierzętom ludzkie motywacje, intencje i cele. Nie do końca dociera do nas, jak złożona jest psychologia zwierząt i jak bardzo odmienna od tego, jak my patrzymy na świat. Opiekunowie kotów, z którymi mam zwykle do czynienia, na przykład często przypisują im złośliwe intencje, bo kot posikuje do łóżka czy drapie meble. Tymczasem on w ten sposób zwykle pokazuje człowiekowi, że ma jakiś problem, z którym sobie nie radzi. Pamiętam taką sytuację: w grudniu pan przyszedł z kotem, który oddawał mocz nie tam, gdzie trzeba. A ponieważ przebadano kota na wszelkie sposoby i okazał się kompletnie zdrowy, jeśli chodzi o ciało, głowiliśmy się długo – wspólnie z opiekunem i behawiorystą – nad tym, co może wywoływać stres u pacjenta. Problem rozwiązał się sam w lutym, kiedy z domu zniknęła choinka... Jak widać, to są czasem rzeczy, które nam mogą wydawać się absurdalne, a dla kota stanowią realny problem. Jego myślenie jest typowym myśleniem magicznym. Na zasadzie: „Jak tańczyłem przed swoją chałupą, to potem spadł deszcz, więc następnym razem jak będę chciał, by spadł deszcz, to też będę tańczył przed chałupą”. Jak to się może przejawiać u kota, że znów wrócę do tych nieszczęsnych dróg moczowych? Kiedy koty mają zapalenie pęcherza na różnym tle, wiąże się to zawsze z dyskomfortem podczas oddawania moczu; kuweta zaczyna się im więc kojarzyć z miejscem, gdzie piecze podczas sikania. Kot myśli: „Jak będę sikał do łóżka, do kwiatka albo na dywan – to mnie nie będzie piekło”. Oczywiście nie jestem behawiorystą i to, co pani opowiadam, to podstawy podstaw; z chęcią bym się dokształcił w tej kwestii.

Jak rozumiem, koty to pana najczęstsi pacjenci? Ponieważ stanowią aż 70 proc. wszystkich moich pacjentów, ich świat jest mi znacznie bliższy i, nie ukrywam, jest też ciekawszy, bo bardziej złożony. Ale wracając do przejawów antropomorfizacji, której nie cierpię – to na przykład okazywanie miłości kotom przez podkarmianie. Jeden mój pacjent był tak gruby, że kiedy chciał spojrzeć w bok, musiał potuptać i odwrócić całe ciało o 90 stopni. A jego opiekun pyta: „No, ale on tak patrzy, jak mogę mu nic nie dać?”. Antropomorfizacja jest według mnie czymś złym i paskudnym, bo jest z naszej strony bardzo egoistyczna – wtedy nie zwracamy uwagi na potrzeby konkretnego zwierzęcia, nie słuchamy, co ma nam do zakomunikowania, albo w zupełnie opaczny i pokrętny sposób interpretujemy jego zachowanie.

Antropomorfizacja to też przypisywanie zwierzętom ludzkich uczuć. Ja bym nie dzielił uczuć na ludzkie i zwierzęce. I nie mówię tego jako psycholog, a jedynie jako obserwator. Z moich obserwacji wynika, że zwierzę tak samo odczuwa przywiązanie, smutek czy nawet nienawiść – i nie jest to bynajmniej zbyt duże słowo w tym kontekście. To często widać, kiedy jest kilka zwierząt w domu.

A miłość pan obserwuje? Ze słowem „miłość” mam pewien problem, bo pod nim każdy rozumie coś innego. Wszystkim chodzi o miłość, a proszę spojrzeć, w jak różny sposób ta miłość jest definiowana. Od fizycznego pociągu, przez bliską relację, po wybór, który rzutuje na nasze całe życie. To są definicje zupełnie inne, a nawzajem się zazębiające i zahaczające o siebie. Ale skoro mnie pani pyta o to, czy jest miłość w zwierzęcym świecie, odpowiem: oczywiście, że jest. Skoro widzimy, jak zwierzę tęskni, kiedy jest pozbawione swojego opiekuna lub gdy ten opiekun umiera – nie je, jest osowiałe i bez chęci do życia – może to świadczyć jedynie o głębi uczuć, jakie żywiło wobec tego człowieka.

Nunez podaje definicję miłości pochodzącą od Rilkego: „dwie samotności, które się nawzajem chronią, dotykają i pozdrawiają”. Podoba mi się ta definicja i tak jak Nunez myślę, że może pasować do relacji opiekun – zwierzę. Zgadzam się, bo to działa w dwie strony. Oczywiście w zdrowej relacji między człowiekiem a zwierzęciem domowym to człowiek powinien bardziej to zwierzę chronić i się nim opiekować. Nie wolno dopuszczać do sytuacji, w której zwierzę bierze na siebie rolę opiekuna czy przewodnika. Z tego potem biorą się te wszystkie agresywne reakcje, zwłaszcza u małych psów. Mój pies, z którym niedawno musiałem się pożegnać, też był niewielkich rozmiarów, ale miał bardzo dobrze poukładane w głowie. Najpierw musiał jednak zrozumieć, że on jest w naszym stadzie członkiem podporządkowanym reszcie i że jego zadaniem jest się cieszyć życiem i nami – od tego momentu minęły jego wszystkie frustracje i diametralnie zmienił się jego komfort życia. Choć zwierzęta też się nami w jakiś sposób opiekują – na przykład poprzez to, że są do nas przywiązane. Kiedy przychodzi do gabinetu opiekun ze zwierzęciem, często widać tę więź, i to jest coś pięknego. A czasem jej nie ma, bo ich charaktery nie są zgrane. Ale to człowiek musi pokonać drogę do zwierzęcia, to on musi chcieć je zrozumieć.

W pana „Baśni o wężowym sercu...” jest cudowny wręcz fragment o kocie: „Kot jest stworzeniem doskonale ziemskim. Nie ma duszy, bo cały mieści się w sobie. W niebo nie spogląda, bo nie ma na niebie nic dla kota ciekawego. Stać się kotem – to zrzucić z siebie skorupy człowieczeństwa, wysmyknąć się pętom sumienia. To jeść, kiedy się jest głodnym, to zabijać, gdy jest taka potrzeba, to brać samicę, gdy nadchodzi czas rui, to umrzeć, gdy nadchodzi śmierć, umrzeć dokładnie i nieodwołalnie, bo nie ma żadnego kociego nieba ani kociego piekła i jeśli ktoś sobie takie rzeczy wyobraża, to niczego o kocie nie zrozumiał”. Staram się w swojej prozie oddzielać siebie i swoje poglądy od tego, co jest podane, nawet jeśli jest to podane w narracji. Natomiast fragment, który pani zacytowała, to jest rzeczywiście jeden z nielicznych, w których mówię swoim własnym głosem. Może to jest właśnie wynik mojej frustracji spowodowanej antropomorfizacją kota, z którą tak często się spotykam w pracy...

Kot często występuje w mitach i legendach. To materia, w której – jako pisarz fantasy – czuje się pan chyba mocno zakorzeniony. Zwierzę w mitach zawsze było, jest i będzie obecne, ale nie jest zwierzęciem per se, czyli takim, które przychodzi do mojego gabinetu. Dlatego na co dzień ja się przełączam między myśleniem racjonalistycznym, które towarzyszy mi w pracy, kiedy mam na sobie fartuch, a myśleniem mitycznym. To jedna z moich cech osobowości, być może coś na kształt schizofrenii intelektualnej, która pomaga mi funkcjonować dobrze na obu tych poziomach. Niektóre zwierzęta, które pojawiają się w „Baśni...”, to są zwierzęta mityczno-symboliczne. Opisany Kocmołuch pełni funkcję zwierzęcia totemicznego, czyli przewodnika głównego bohatera. Jako dziecko nie lubiłem, gdy zwierzę w bajce było przedstawiane jako błazen; Kocmołuch jest trochę błaznem, ale ma też do odegrania bardzo ważną rolę. Rolę, o którą na początku nawet go nie podejrzewałem.

Jako dziecko lubił pan książki o zwierzętach? Od bajek wolałem książki popularnonaukowe. Najlepiej pamiętam jednak „Las Duncton” Williama Horwooda, który opowiadał o kretach. To nie były zwierzątka w przebraniu ludzi, lecz kanibale i wojownicy toczący krwawe walki. Zwierzęta, które się zupełnie zmieniają w czasie rui i których pojmowanie rzeczywistości było czymś tak różnym od mojego, że zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Gdy potem poczytałem więcej o kretach, zrozumiałem, że Horwood wiernie odwzorował ich kreciość. Lubiłem też „O czym szumią wierzby” Kennetha Grahame’a, gdzie wprawdzie zwierzątka są zantropomorfizowane, ale nie do końca. W jednym fragmencie pytają Borsuka, co mają zrobić z wrednym Ropuchem, a on na to odpowiada, że zimą żadne zwierzę nie jest zdolne do aktywności, dlatego trzeba poczekać do wiosny. Żaden człowiek by się w taki sposób nie wyraził. Ale ta książka jest wyjątkiem, bo w dużej mierze zawiera wszystko to, czego nie lubiłem w opowieściach bajkowych o zwierzętach.

Skąd w nas w ogóle ta potrzeba przypisywania zwierzętom cech ludzkich? Może w ten sposób chcemy je lepiej zrozumieć? Albo, ponieważ ich nie rozumiemy, chcemy je sobie oswoić, jako „kogoś takiego jak my”? A może podskórnie czujemy, że coś nas wszystkich łączy? Człowiek jest jedynym gatunkiem na świecie, który wchodzi w tak bliskie interakcje z tak dużą liczbą gatunków. Trzymamy je czy hodujemy nie tylko dlatego, że mamy z nich korzyść, ale też sprawia nam to przyjemność i daje radość. Co więcej, nawet podczas obcowania ze zwierzętami hodowlanymi i tak dochodzi do obserwacji, które popychają nas do tego, że przestajemy je traktować jako przedmioty czy jedynie dostawców żywności. Moja żona opowiadała mi historię, jak jedna kura z małego stadka, które przez jakiś czas było w jej rodzinnym domu, po tym, jak zorientowała się, że zabiera się jej jajka, zniknęła na kilka dni i wróciła z tuzinem kurcząt. Wysiedziała jajka w ukryciu i tak oto oszukała wredny system złodziei jajek. A przecież kury to zwierzęta, o których nie mamy najlepszego zdania, a już na pewno jesteśmy dalecy od tego, by posądzać je o spryt i inteligencję. Obserwacja zwierząt sama z siebie jest fasynująca. Mieszkam w Krakowie, gdzie ptaków jest bardzo wiele, i to nie tylko gołębi, gawronów i kawek. Ale te właśnie widzę najczęściej rano, kiedy siadam do pisania przed oknem kuchennym. Niedawno wypatrzyłem parę gawronów, która się przytulała i pielęgnowała nawzajem swoje piórka. Trwało to bardzo długo i było ujmujące. Widziałem też, jak sroki zarzuciły gołębiowi torbę foliową na głowę, on się biedny szamotał, a one się temu przyglądały. Jeśli ktoś poświęci odrobinę czasu na oglądanie zwierząt, które wydają mu się nudne i nieciekawe, bo widzi je na co dzień, a tak naprawdę ich wcale nie widzi – to może się dopatrzyć rzeczy fascynujących. Nawet dojść do wniosku, że ich życie jest całkiem podobne do naszego, choć chyba teraz sam wpadam w pułapkę ich uczłowieczania. Na pewno jednak daleko odeszliśmy od myślenia o nich jako o mechanizmach pozbawionych uczuć i myśli.

Myślę, że dostrzegamy w zwierzętach czujące istoty najbardziej wtedy, kiedy cierpią i kiedy się cieszą. Mnie poraziła scena z filmu „Gunda” w reżyserii Victora Kossakovsky’ego, w której maciora szuka rozpaczliwie swoich dzieci. A zachwyciła inna, w której krowy w podskokach wybiegają z obory na łąkę. Sam kiedyś na własne oczy widziałem tę dziką radość. To naprawdę robi ogromne wrażenie. Jeszcze na studiach na pytanie: „Jak sobie radzić z cierpieniem zwierząt?”, odpowiadano nam: „No, ale przecież cierpienie zwierzęcia to jest co innego niż ludzkie...”. Przyznam, że przez pierwszy rok, a może i dwa, mojej pracy bezrefleksyjnie to przyjmowałem i realizowałem, ale potem zmieniłem zdanie. Uświadomiłem sobie, że ich cierpienie niczym nie różni się od naszego.

Nie mogę nie spytać o pana nazwisko... Jak wiele raka jest w Raku? W podstawówce koledzy się z tego naśmiewali – do „rak” można zrymować wiele słów, i to niekoniecznie fajnych. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że to mnie w jakiś sposób dookreśla. W książce, którą teraz piszę, typowo fantastycznej, pojawiają się raki i są to bardzo osobliwe stworzenia, ale nie mogę za dużo zdradzać. Powiem tyle, że stworzyłem coś na kształt mitologii.

Moja przyjaciółka postanowiła na święta zrobić bliskim rysunki zwierząt, które nas wyrażają i które w sobie odnajdujemy... I jakie zwierzę w sobie pani odnalazła?

Wydaje mi się, że mam dużo cech psa. Ale lubię też lisy i żyrafy. Bruno Schulz mówił, że on jest psem. Natomiast gdybym ja miał sobie jakieś zwierzątko przypisać, nie byłby to rak, lecz borsuk. Biorę pod uwagę moją tendencję do siedzenia w norze i wychodzenia z niej tylko wtedy, kiedy już absolutnie muszę, silne związki rodzinne i klanowe – tak charakterystyczne dla borsuków. Plus umiłowanie porządku i mrukliwą introwersję. ●

Radek Rak lekarz weterynarii, autor takich książek, jak „Kocham cię, Lilith” i „Puste niebo”. Za najnowszą, „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, dostał Literacką Nagodę „Nike”.