1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Najpiękniejsze rośliny doniczkowe według dziewczyn z Projektu Rośliny

Najpiękniejsze rośliny doniczkowe według dziewczyn z Projektu Rośliny

Dziewczyny z Projektu Rośliny, Ola Sieńko i Weronika Muszkieta,  wskazały swoje ulubione rośliny doniczkowe i przedstawiły sposoby ich pielęgnacji. (Fot. Projekt Rośliny)
Dziewczyny z Projektu Rośliny, Ola Sieńko i Weronika Muszkieta, wskazały swoje ulubione rośliny doniczkowe i przedstawiły sposoby ich pielęgnacji. (Fot. Projekt Rośliny)
Zobacz galerię 15 Zdjęć
Marzysz o domu wypełnionym zielenią, ale nie wiesz od czego zacząć? Na pomoc przychodzą dziewczyny z Projektu Rośliny, Ola Sieńko i Weronika Muszkieta, które wskazały nam swoje ulubione rośliny doniczkowe i przedstawiły sposoby ich pielęgnacji. 

Dlaczego warto wypełnić swoją przestrzeń zielenią i zaangażować się w jej pielęgnację? O zaletach posiadania roślin domowych można dywagować w nieskończoność. Zieleń nie tylko polepsza samopoczucie, ale też koi nerwy, wzmacnia odporność, zmniejsza odczuwalny poziom stresu i niepokoju, zwiększa produktywność oraz odpręża umysł i ciało. Oprócz tego kolor zielony symbolizuje nadzieję i odnowę po trudnych doświadczeniach. Rośliny w doniczkach to także ważna część wystroju mieszkania. Jeśli marzysz o tym, aby twoje mieszkanie zamieniło się w prawdziwą dżunglę, zachęcamy do skorzystania z poradnika, jaki przygotowały dla nas założycielki Projektu Rośliny, Ola Sieńko i Weronika Muszkieta. Swoją miłość do zieleni postanowiły zamienić w biznes i sposób na życie. Teraz swoją pasją dzielą się z innymi ludźmi. Działają w Internecie i w realu. Prowadzą sklep, prężnie prowadzą swoje media społecznościowe, wydały też poradnik dla tych, którzy podobnie jak one kochają zieleń. Specjalnie dla naszych czytelników wybrały swoje ulubione rośliny oraz wyjaśniły jak należy je pielęgnować

"Przez nasze ręce przewinęły się dziesiątki rozmaitych gatunków roślin – od małych okazów, z uroczymi drobnymi listkami, po wyrośnięte zielone giganty, których liście bez problemu mogłyby zakryć dorosłego człowieka. Lubimy wszystkie rośliny i według nas każda z nich ma w sobie coś wyjątkowego, ale postanowiłyśmy wybrać nasze TOP 6. To rośliny, które podbiły nie tylko nasze serca, ale przede wszystkim serca naszych fanów" - mówią Ola i Weronika.

1. Begonia maculata "Wightii"

Jest to roślina o niesamowitym wybarwieniu – jej rozpoznawalnym znakiem są duże, mieniące się białe plamy, które zdobią podłużne, ciemnozielone liście. Begonia koralowa, bo tak też jest potocznie nazywana, lubi ciepłe oraz jasne stanowiska z rozproszonym światłem. Należy podlewać ją regularnie po lekkim przeschnięciu podłoża. Jest to dobry wybór dla wszystkich tych, którzy lubią rośliny kwitnące – jeśli zapewnimy jej prawidłowe warunki do wzrostu uraczy nas małymi, białymi kwiatkami!

Begonia maculata 'Wightii' (fot. Projekt Rośliny) Begonia maculata "Wightii" (fot. Projekt Rośliny)

Begonia maculata 'Wightii' (fot. Projekt Rośliny) Begonia maculata "Wightii" (fot. Projekt Rośliny)

2. Pilea peperomioides

Dość popularna i rozpoznawalna roślina, która oryginalnie pochodzi z Chin. Nie bez przyczyny potocznie nazywana jest pieniążkiem – jej okrągłe liście są kształtne niczym monety. Zapewnij jej jasne stanowisko z rozproszonym światłem oraz podlewaj wtedy, gdy górna warstwa podłoża przeschnie. Staraj się nie doprowadzać do skrajnych przesuszeń, może to powodować nienaturalne deformowanie się blaszki liścia. To co urzeka nas w pilei najbardziej, to fakt, że jest rośliną niezwykle płodną. Jeśli będziemy gościć ją dłużej w naszym domu zobaczymy, że z czasem dookoła łodygi wyrastać będą małe, roślinne dzidziusie!

Pilea peperomioides (fot. Projekt Rośliny) Pilea peperomioides (fot. Projekt Rośliny)

Pilea peperomioides (fot. Projekt Rośliny) Pilea peperomioides (fot. Projekt Rośliny)

Pilea peperomioides (fot. Projekt Rośliny) Pilea peperomioides (fot. Projekt Rośliny)

3. Senecio rowleyanus (starzec rowleya)

'String of pearls’, czyli sznur pereł – tak nazywany jest ten niezwykły sukulent składający się z połączonych ze sobą zielonych groszków. Idealne warunki, w których powinno się go hodować to południowy parapet z dużą ilością promieni słonecznych. Jego pędy dorastają do bardzo długich rozmiarów, dlatego świetnie czuje się zawieszony np. w makramie lub zwisającej osłonce. Tak jak wszystkie sukulenty nie wymaga dużej ilości wody, ale nie przepada za skrajnym przesuszeniem. Jego groszki robią się wtedy wątłe i pomarszczone. Podlewaj najlepiej od spodu, tak aby pobrał odpowiednią dla siebie ilość wody.

Senecio rowleyanus (fot. Projekt Rośliny) Senecio rowleyanus (fot. Projekt Rośliny)

4. Monstera deliciosa

To nasza królowa wśród roślin doniczkowych! Mimo, że od dłuższego czasu przeżywa swoje odrodzenie, nadal nam się nie nudzi. Uwielbiamy kolor, kształt i strukturę jej liści! Jak sama nazwa wskazuje, ta roślina może sięgać monstrualnych rozmiarów. Monstery rosną bardzo szybko, przygotuj się więc na goszczenie zielonego olbrzyma pod twoim dachem! Zapewnij jej stanowisko o rozproszonym świetle, podlewaj umiarkowanie, ale regularnie, nie doprowadzając do skrajnych przesuszeń podłoża.

Monstera deliciosa (fot. Projekt Rośliny) Monstera deliciosa (fot. Projekt Rośliny)

Monstera deliciosa (fot. Projekt Rośliny) Monstera deliciosa (fot. Projekt Rośliny)

Monstera deliciosa (fot. Projekt Rośliny) Monstera deliciosa (fot. Projekt Rośliny)

5. Ficus lyrata (figowiec lirolistny)

Idealna opcja dla wszystkich tych, którzy marzą o posiadaniu w domu prawdziwego drzewa ficus to majestatyczna roślina o imponująco dużych liściach w ciekawym kształcie. Dorasta do gigantycznych rozmiarów, więc warto mieć to na uwadze przy wybieraniu konkretnego okazu do swojego domu. Fikusy lubią rosnąć w jasnym stanowisku, ale należy pamiętać, aby nie stawiać go w bezpośrednich promieniach słońca – idealne będzie miejsce z rozproszonym światłem. W ciepłe miesiące podlewamy go niedużą ilością wody do dwóch razy w tygodniu, natomiast w miesiące zimowe wystarczy raz na półtora tygodnia.

Ficus lyrata (fot. Projekt Rośliny) Ficus lyrata (fot. Projekt Rośliny)

Ficus lyrata (fot. Projekt Rośliny) Ficus lyrata (fot. Projekt Rośliny)

6. Ceropegia woodii

Ceropegia to roślina, która bez problemu odnajdzie się w każdym domu. Swoją miłość pokazuje nie tylko poprzez liście w kształcie serc, ale też przez swój szybki wzrost. Pomimo tego, że jest półsukulentem lubi być regularnie podlewana. Uwielbia jasne stanowiska z dużą ilością rozproszonych promieni słońca, a także przepuszczalne podłoże. Ceropegia zaliczana jest do roślin nietoksycznych, dlatego będzie idealnym rozwiązaniem dla wszystkich posiadaczy kotów i psów.

Ceropegia woodii variegata (fot. Projekt Rośliny) Ceropegia woodii variegata (fot. Projekt Rośliny)

Ceropegia woodii variegata (fot. Projekt Rośliny) Ceropegia woodii variegata (fot. Projekt Rośliny)

Ceropegia woodii silver glory (fot. Projekt Rośliny) Ceropegia woodii silver glory (fot. Projekt Rośliny)

Więcej informacji znajdziecie na stronie projektrosliny.pl. Zachęcamy również do śledzenia Projektu Rośliny na Facebooku oraz Instagramie (@projektrosliny).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Wanda Wąsowska: "Nawet w najtrudniejszych czasach znajdziesz coś pięknego, jeśli masz pasję"

Wanda Siniarska-Czaplicka Wąsowska, ur. 1931, olimpijka, dwukrotna II wicemistrzyni Polski w ujeżdżeniu, trenerka i działaczka Polskiego Związku Jeździeckiego. Miłośniczka i wybitna znawczyni koni, mentorka i wychowawczyni wielu znakomitych zawodników. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Wanda Siniarska-Czaplicka Wąsowska, ur. 1931, olimpijka, dwukrotna II wicemistrzyni Polski w ujeżdżeniu, trenerka i działaczka Polskiego Związku Jeździeckiego. Miłośniczka i wybitna znawczyni koni, mentorka i wychowawczyni wielu znakomitych zawodników. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Nawet w najtrudniejszych czasach znajdziesz coś pięknego, jeśli masz pasję – mówi olimpijka i najwybitniejsza polska amazonka Wanda Wąsowska. Swoje umiejętności oraz miłość do koni przekazała już ponad 200 wychowankom. Jej życie jest dowodem na to, że jeździectwo buduje wiarę we własne możliwości, a zdobyta w stajni wiedza pomaga pokonywać życiowe zakręty.

Panienki ze szlacheckich dworków chyba nie marzyły o pracy w stajni...
Być może byłam wyjątkiem. Wychowałam się w rodzinnym majątku Niemojewo na Kujawach. Mój ojciec był zamożnym ziemianinem, a mama hrabianką. Miałam wszystko, co można sobie wymarzyć, ale bardziej niż lalki czy lekcje z niemieckojęzyczną boną interesowały mnie zwierzęta. Uwielbiałam rozmawiać ze stajennymi i ludźmi pracującymi w gospodarstwie. Mnóstwo się od nich nauczyłam i dużo im zawdzięczam. Kiedy bona okazała się niemieckim szpiegiem, a cały majątek przepadł, to właśnie wiedza zdobyta przeze mnie w stajniach i oborach pomogła nam przetrwać najtrudniejsze chwile. Po Powstaniu Warszawskim, kiedy nie można było jeszcze wrócić do stolicy, osiedliliśmy się na wsi. Były tam trzy krowy, a ja jako jedyna w rodzinie potrafiłam je wydoić. Z mleka mama robiła sery i masło, które sprzedawała na bazarze. Z tych pieniędzy utrzymywała się cała nasza rodzina. Wiele lat później dostałam pracę jako specjalistka od hodowli krów w stadninie koni „Rzeczna”. Moje podopieczne zdobyły 24 złote medale, 12 srebrnych i 44 brązowe. A ja dzięki temu otrzymałam Srebrny Krzyż Zasługi.

A kiedy w pani życiu pojawiły się konie?
Były w nim od zawsze. W czasach mojego dzieciństwa wszyscy jeździli wierzchem. Kiedy miałam sześć lat, rodzice podarowali mi najspokojniejszego konia w całym majątku, ślepą Baśkę. Jeździłam na niej po okolicznych polach i lasach. To właśnie wtedy po raz pierwszy odkryłam, jak niezwykła więź może powstać między koniem a człowiekiem.

Co takiego jest w tych zwierzętach, że poświęciła im pani całe życie?
Każdego zachwyca coś innego: jednych – wdzięk i uroda, innych – siła i nieprzewidywalność. Dla mnie konie są tak zróżnicowane jak ludzie. Pamiętam doskonale wszystkie, na których jeździłam. Dwadzieścia osiem koni doprowadziłam do konkurencji programu św. Jerzego (to pierwszy konkurs międzynarodowy) i pięć do Grand Prix, czyli do najwyższej klasy ujeżdżenia.

Na koniu Damazym. 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)Na koniu Damazym. 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)

Czego można się nauczyć, przebywając z końmi?
Każdy – czegoś innego. Moim pierwszym koniem ujeżdżeniowym była klacz Kopra, którą do startów w zawodach przygotowywałam bez wsparcia trenerów. Pokazała mi, jaką wartość ma moja codzienna praca. Po trzech latach zakwalifikowałyśmy się do półfinału mistrzostw Polski w ujeżdżaniu. Niewielki kary wałach Damazy dał mi lekcję pokory i cierpliwości. To na nim startowałam na igrzyskach w Moskwie. Zajęliśmy czwarte miejsce w konkursie drużynowym. Był to pierwszy start polskich dresażystów w igrzyskach olimpijskich. Wałachowi Rustanowi zawdzięczam z kolei uznanie i karierę w Stanach Zjednoczonych. Kupiła go ode mnie amazonka z Arizony i przez trzy miesiące w Stanach przygotowywałam ją do startów na Rustanie. W efekcie zakwalifikowała się do młodzieżowej reprezentacji w ujeżdżeniu. A ja zyskałam szacunek tamtejszych jeźdźców i przez lata prowadziłam szkolenia jeździeckie w Arizonie.

Można się wiele dowiedzieć o sobie i swoich możliwościach.
Tak, konie to zwierzęta stadne, które komunikują się za pomocą mowy ciała, dlatego doskonale odczytują ją także u innych zwierząt i ludzi. W naturze to warunek ich przetrwania. Błyskawicznie wyłapują fałsz, strach, bezsilność czy tłumioną agresję. Można się w nich przejrzeć jak w zwierciadle. To mobilizuje do pracy nad sobą, hartuje charakter. Kiedy pochodzenie zablokowało mi drogę na studia, zaczęłam pracować jako stajenna na warszawskim torze wyścigów konnych Służewiec. Czyściłam konie, sprzątałam boksy, a z czasem zaczęłam startować w wyścigach. Konie wyścigowe są pełne energii, czasami trudno utrzymać się w siodle. Spadałam nawet kilka razy dziennie, ale za każdym razem natychmiast się podnosiłam i wracałam w siodło. W życiu było podobnie.

Czy jest koń, który odegrał szczególną rolę?
Najczęściej wspominam chyba ostatniego: pięknego, wysokiego – 177 cm w kłębie, czyli najwyższym punkcie grzbietu – świetnie zbudowanego, karego ogiera, którego kupiłam, kiedy miał zaledwie trzy lata. Nazwałam go Nabucco, jak bohater mojej ukochanej opery Verdiego. Spędził ze mną całe swoje życie. Wytworzyła się między nami niezwykła więź. Bezbłędnie i z daleka rozpoznawał pracę silnika mojego samochodu. Kiedy podjeżdżałam, stajenny już wiedział: Nabucco rży, zaraz wejdzie Wąsowska. Na zawodach ogólnopolskich zawsze plasowaliśmy się w pierwszej trójce. Startowałam na nim do 82. roku życia i do końca sama woziłam go przyczepą na zawody. Był moment, kiedy dawano mi za niego duże pieniądze. Nie sprzedałam, był członkiem rodziny. Odszedł pięć lat temu.

Czy to był moment, w którym przestała pani jeździć konno?
Ależ skąd! Przyczepę sprzedałam, ale konno jeżdżę do dziś. Gdy odszedł Nabucco, następnego dnia moja dawna uczennica Bogna Hupa podarowała mi jednego ze swoich koni. To był piękny, wzruszający gest. Ta klacz wciąż jest ze mną i nadal na nią wsiadam, choć nie są to już treningi sportowe. Jeżdżę, by utrzymać dobrą formę. Kiedy siedzę w siodle, zapominam o wszystkim, także o tym, ile mam lat.

Igrzyska olimpijskie w Moskwie z Damazym, 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)Igrzyska olimpijskie w Moskwie z Damazym, 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)

Ujeżdżała pani konie, ale też trenowała jeźdźców. Co dawało większą satysfakcję?
Jeśli chodzi o treningi, zawsze wolałam pracować sam na sam z koniem niż szkolić jeźdźców. W życiu jednak ciągnie mnie do ludzi, a dzięki swojej pracy poznałam mnóstwo niezwykłych osób. Mam około 200 wychowanków, z czego 92 uczestniczących w wyczynowym sporcie jeździeckim. Z wieloma wciąż utrzymuję kontakt. Katarzyna Milczarek, olimpijka, wielokrotna mistrzyni Polski i zwyciężczyni wielu zawodów międzynarodowych, zaczęła ze mną trenować jako 15-latka. Do dziś systematycznie dzwoni zapytać, jak się czuję. To miłe. Nawiązane w stajni znajomości są ponadczasowe, bo wspólna pasja zaciera różnice wieku.

Jest pani bez wątpienia autorytetem w świecie jeździeckim. Jestem ciekawa, kto był mentorem dla pani.
Zawsze inspirowało mnie życie wujka, rotmistrza Janusza Komorowskiego, brata rodzonego mojej mamy, który był wybitnym jeźdźcem okresu międzywojennego i uczestnikiem igrzysk w Berlinie w 1936 roku. Koń, na którym jeździł, Zbieg, należał do najlepszych w Europie. Niestety wybuchła wojna, a wujek jako uczestnik kampanii wrześniowej trafił do obozu jenieckiego Murnau i nie wrócił już do kraju po wojnie. Jako przedwojenny oficer sanacyjny nie miał czego szukać w komunie. Wyjechał do Londynu i ujeżdżał konie na dworze królewskim. Podczas zawodów w Anglii zaprzyjaźnił się z jeźdźcami z Argentyny, którzy namówili go na podróż do ich kraju. Został tam trenerem dużego klubu wojskowego. Mimo niełatwych czasów, dzięki koniom jego życie było barwne jak scenariusz filmu. Do Polski wrócił dopiero na emeryturze. Nigdy nie miałam okazji z nim trenować.

Komu więc zawdzięcza pani swoje jeździeckie umiejętności?
Po studiach skoków przez przeszkody uczyłam się pod okiem majora Henryka Leliwy-Roycewicza, srebrnego medalisty olimpijskiego z Berlina w 1936 roku, dowódcy batalionu „Kiliński” i zdobywcy budynku PAST-y podczas Powstania Warszawskiego. Niesamowicie przystojny mężczyzna, ogromnie wymagający, człowiek legenda. Nie skończył treningu, dopóki ćwiczona figura nie została wykonana poprawnie zarówno przez jeźdźca, jak i konia. Wpoił mi żelazną dyscyplinę.

Natomiast technik ujeżdżenia uczył mnie Andrzej Orłoś, uznawany za jednego z najwszechstronniejszych polskich jeźdźców. Sposoby szkolenia miał nieszablonowe. Przywiązywał mnie do siodła, żebym nauczyła się prawidłowej postawy, albo kazał trzymać garnek z wodą i galopować na koniu tak, by nie wylać ani kropli. Wszystko po to, by nauczyć się kontrolować dłonie. Ręce jeźdźca muszą być spokojne, konia prowadzi się tzw. dosiadem, czyli pozycją i ciężarem ciała w siodle. To sztuka, którą doskonali się latami.

Uczyła się pani od najlepszych, a potem uczyła sama. Jakie cechy powinien pani zdaniem posiadać mentor?
Przede wszystkim musi być praktykiem, nie teoretykiem. Jeśli uczeń nie może sobie poradzić z koniem, trener powinien wsiąść i pokazać, jak rozwiązać problem. Autorytet buduje się pracą, nie krzykiem. Nie można dobijać uczniów negatywnymi uwagami, ale trzeba mówić prawdę, korygować błędy. Trening zawsze kończę pozytywnym akcentem, czyli takim ćwiczeniem, które jeździec i koń mają już dobrze opanowane. To wzmacnia ich pewność siebie.

Co jeszcze? Dobry trener powinien znać swoją wartość, ale nie może obrastać w piórka, oceniać z góry, segregować uczniów na lepszych, bardziej rokujących i gorszych. Życie pisze zaskakujące scenariusze. Kiedy pracowałam na torze wyścigów konnych w Sopocie, pewnego dnia do stajni przyszedł mały chłopiec z kieszeniami pełnymi drobnych. Uzbierał je, pomagając rybakom rozkładać sieci o świcie. Marek okazał się niezwykle zdolny, w ujeżdżeniu osiągnął najwyższą klasę Grand Prix.

Z Rustanem, lata 90. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)Z Rustanem, lata 90. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)

Sukcesy podopiecznych cieszą bardziej niż własne?
Trudno powiedzieć. Obca jest mi fałszywa skromność, jestem zacięta, lubię rywalizację, na każdą wygraną ciężko zapracowałam. Ale równie sumiennie przykładałam się do treningów swoich uczniów. Często braliśmy udział w tych samych zawodach, ale nie wchodziliśmy sobie w drogę. Oni startowali w kategorii juniorów, ja w seniorach. Jestem tak samo dumna z własnych sukcesów, jak i z osiągnięć Katarzyny Milczarek czy Anny Bienias. Trenowałam je od dziecka, obie zostały multimedalistkami.

Nie każdy jednak nadaje się do jeździectwa. Znam wielu ludzi, którzy uwielbiają konie, ale boją się na nie wsiąść.
Strach jest zrozumiały. To duże, niezwykle silne, płochliwe i czasem nieprzewidywalne zwierzęta. Silny lęk przed nimi jest jednak jedynym ograniczeniem. Nie trzeba mieć żadnych wrodzonych predyspozycji, by czerpać przyjemność z jazdy konnej. Jako trenerka miałam różnych uczniów, ale żadnemu nie powiedziałam, żeby dał sobie spokój z jeździectwem. Nie można zabijać w ludziach pasji i nadziei. Jazda konna to sport bez limitów wieku. Japoński jeździec Hiroshi Hoketsu miał 71 lat, kiedy wystartował na igrzyskach w Londynie w konkursie ujeżdżenia. Królowa Elżbieta wciąż wsiada na konie, ja także.

Jako sportowiec ciągle wyznaczała sobie pani cele i dążyła do ich realizacji. Jakie ma pani teraz?
Dorastałam w czasach, w których ciągle traciliśmy dorobek życia i musieliśmy zaczynać wszystko od nowa, dlatego nie mam w zwyczaju się poddawać. Teraz chcę każdą godzinę życia dobrze wykorzystać, jak najdłużej być samodzielna, przebywać wśród ludzi. Dlatego ćwiczę umysł, grając w brydża i rozwiązuję krzyżówki. Codziennie się gimnastykuję, regularnie jeżdżę konno. Uwielbiam tańczyć! Bywały bale, na których przed północą trzy razy zmieniałam kreacje.

Wanda Siniarska-Czaplicka Wąsowska, ur. 1931, olimpijka, dwukrotna II wicemistrzyni Polski w ujeżdżeniu, trenerka i działaczka Polskiego Związku Jeździeckiego. Miłośniczka i wybitna znawczyni koni, mentorka i wychowawczyni wielu znakomitych zawodników, wandawasowska.kochamkonie.pl.

  1. Zdrowie

Chaber i jego lecznicze właściwości

W płatkach chabrów ukrywają się cenne składniki zdrowotne. (Fot. iStock)
W płatkach chabrów ukrywają się cenne składniki zdrowotne. (Fot. iStock)
Kiedyś chaber bławatek traktowany był jako zbożowy chwast, dziś coraz częściej trafia na rabaty. I nic dziwnego, bo szafirowe, fioletowe albo różowe kwiaty są bardzo ozdobne. A przy tym to właśnie w płatkach ukrywają się cenne składniki zdrowotne.

Mnogość regionalnych nazw chabra bławatka przemawia za tym, że w Polsce od dawna występuje on powszechnie. Niektóre określenia, jak żytny kwiatek, odnoszą się do miejsca występowania, inne, np. kościan czy szczotkarz, wzięły się prawdopodobnie stąd, że łodyga jest dość szorstka w dotyku. W większości jednak honorują kolor płatków, jak modrak, modrzeniec, bławacz, a nawet niebo. I słusznie, gdyż surowcem zielarskim są kwiaty, bogate przede wszystkim w liczne antyoksydanty oraz flawonoidy. Oprócz nich w płatkach rośliny znajdują się również garbniki, sole mineralne (wysokie stężenie potasu, magnezu i manganu), związki gorzkie, śluzy oraz witamina C.

Płatki chabra zbiera się przy suchej i słonecznej pogodzie i suszy się krótko, ponieważ przy przedłużającym się suszeniu tracą swoją przepiękną barwę – bledną na skutek rozpadu niebieskiego barwika, cyjaniny. Wysuszony surowiec trzeba przechowywać w szczelnym opakowaniu, w suchym i zacienionym miejscu, co pozwala na długotrwałe utrzymanie dobroczynnych właściwości.

W starym zielniku i na aptecznej półce

Chaber jest rośliną leczniczą o długiej historii. W starych księgach zielarskich na temat jego właściwości czytamy m.in.: „Krew z nosa i ran tamuje, gdy się go wącha, korzeń chabrowy na szyi nosząc, a proszkiem z niego rany posypuje”. Używano go przy problemach z wątrobą, na ukąszenia żmij czy zapalenie dziąseł. Proszkiem z kwiatów posypywano z kolei trudno gojące się rany.

Chaber zasłużył się także w ludowej „okulistyce”, a dziś nadal można znaleźć go w składzie produktów do zwalczania zapalenia brzegów powiek oraz spojówek. Sprawdza się przy łagodzeniu skutków nadwrażliwości oczu na promieniowanie słoneczne czy – to informacja przydatna dla nas wszystkich – z monitorów komputerowych. Na bazie wyciągu wodnego z kwiatów chabra bławatka produkuje się ponadto krople oczne o działaniu ściągającym i usuwającym podrażnienia.

Naparu z kwiatów można również używać do płukania gardła, ponieważ chaber bławatek działa przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie na błony śluzowe jamy ustnej.

W twojej kosmetyczce

Dobroczynny wpływ wyciągu z chabra bławatka stawia go w rzędzie cenionych składników kosmetycznych. Można go znaleźć m.in. w:

  • kremach i tonikach do skóry trądzikowej i tłustej – działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie i zmiękczająco,
  • kremach pod oczy – łagodzi podrażnienia, zaczerwienienia oraz niweluje widoczne sińce pod oczami,
  • preparatach do cery naczynkowej – wzmacnia naczynia i łagodzi zaczerwienienia,
  • preparatach do cery suchej – zmniejsza łuszczenie oraz przywraca jędrność i elastyczność skóry,
  • szamponach – dzięki dużej zawartości antocyjanów ma właściwości łagodnie myjące oraz pomaga w walce z łupieżem,
  • płukankach do pielęgnacji włosów siwych – niweluje odcień żółci i nadaje włosom jasny, popielatoniebieski kolor,
  • hydrolatach bławatkowych – działa przeciwzapalnie i tonizująco,
  • olejkach eterycznych – są wykorzystywane w przemyśle perfumeryjnym.

Na upalne dni

Chaber to nie tylko roślina lecznicza i składnik używany w kosmetykach, ale także w kuchni. Oto przepis na domową lemoniadę orzeźwiającą z jego dodatkiem:

  • 1/2 l płatków kwiatu
  • 4 l wody
  • miód
  • 2 cytryny lub pomarańcze

Sposób przygotowania:

  • Wodę gotujemy, studzimy i dosładzamy miodem.
  • Płatki chabra wkładamy do słoika, zalewamy wodą i odstawiamy w słoneczne miejsce.
  • Po tygodniu przecedzamy, dodajemy świeżo wyciśnięty sok z cytryn lub pomarańczy. Przelewamy do butelek, wstawiamy do lodówki.
  • Można również dodać kilka kropli.
  1. Psychologia

W czym tkwi źródło naszych codziennych frustracji?

Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Co jest źródłem naszego codziennego stresu oraz co do tego mają pośpiech i poczucie humoru – mówi psycholog dr Anna Braniecka.

Podobno Polki są coraz bardziej wkurzone.
Rzeczywiście, mówi się ostatnio o coraz większej nerwowości kobiet, szczególnie młodych i z dużych miast. To znamienne, bo świadczy o sporych zmianach w społeczeństwie. Kobiety przez wiele stuleci pełniły role pokornych towarzyszek życia, stale zadowolonych strażniczek domowego ogniska. To było niewyobrażalne, żeby mogły wyrazić swoją negację. Podejmowane przez nie próby demonstrowania frustracji czy niezadowolenia były przez społeczeństwo karane, więc się nie opłacały.

Teraz to wszystko się odwróciło. Dlaczego? Po pierwsze, wreszcie „wolno” nam nie mieć dobrego humoru, sprzeciwiać się zastanemu porządkowi. Po drugie, mamy ku temu więcej powodów. Współczesna kobieta spotyka się z rozlicznymi oczekiwaniami społecznymi. Ma być atrakcyjna, opiekuńcza, a jednocześnie skuteczna w tym, co robi. Rozwijać się zawodowo, uczyć się języków obcych, robić szkolenia, być aktywna towarzysko, a jednocześnie spędzać czas z dzieckiem i mężem. Te wszystkie zadania są bardzo trudne do pogodzenia, a niekiedy stoją w stosunku do siebie w sprzeczności. Co gorsza, kobiety często uwewnętrzniają je, czyli traktują jako własne, i wpadają w pułapkę spełniania cudzych oczekiwań. Stąd rodzą się napięcie i frustracja. Na przestrzeni krótkiego okresu nie jest to szkodliwe, ale jeśli trwa zbyt długo, powoduje wyczerpanie psychiczne i fizyczne, które manifestuje się rozdrażnieniem, nerwowością, tym ciągłym wkurzeniem.

I wtedy drobna rzecz może doprowadzić do stanu wrzenia…
Tak, bo staje się iskrą zapalną, za sprawą której dochodzi do wybuchu tłumionego – czasem miesiącami czy latami – gniewu. Ta impulsywna reakcja nie wynika z danego bodźca, czyli np. z tego, że ktoś zostawił brudny kubek, że zakupy są niezrobione, tylko jest efektem skumulowania wcześniejszych stresów.

Ewolucyjnie jesteśmy przystosowani do intensywnych reakcji autonomicznego układu nerwowego, wyrażających się w komunikacie: „walcz albo uciekaj”, które powodują mobilizację całego organizmu. Tyle tylko, że w minionych tysiącleciach człowiek musiał mobilizować się bardzo rzadko, może raz na tydzień, raz na miesiąc – w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia. Teraz uruchamiamy tę atawistyczną reakcję zbyt często, nawet kilka razy dziennie. Kiedy spóźniamy się do pracy, kiedy kolejka w sklepie jest za długa, kiedy z kimś wchodzimy w konfrontację… A nasz organizm nie jest do tego przystosowany. Dlatego po kilku dniach czy miesiącach takiego pobudzania jesteśmy bardziej podminowani.

Można powiedzieć, że frustracja czy złość to sygnał, że robię coś, co nie jest w zgodzie ze mną?
Tak, i zachęcam wtedy do obserwacji swojego ciała i uczuć. Emocje mają swoje funkcje, także informacyjne. Jeśli ciągle jestem podenerwowana, powinnam spytać siebie, co mnie tak uwiera, że nie mogę się uspokoić.

Autor książki „Pochwała powolności” Carl Honoré pisze, że wszystkiemu winien pośpiech dzisiejszych czasów.
Zgadzam się z nim. Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem. Wiecznie za czymś goniąc, przeceniamy wagę pilności niektórych spraw, bagatelizując te najważniejsze. Organizując swój czas, trzeba zawsze pamiętać o tym, by wybierać do realizacji najpierw rzeczy ważne (jak kontakt z dzieckiem, spotkania z bliskimi ludźmi, odpoczynek czy realizowanie istotnych, długoterminowych celów), a potem rzeczy pilne (sprzątanie, zakupy, praca „na wczoraj”). Nieumiejętność ustalania priorytetów to ważny problem dzisiejszych czasów, tym bardziej że często idzie za tym trudność z podejmowaniem decyzji.

A codziennie mamy ich do podjęcia kilka, o ile nie kilkanaście.
Właśnie. Kiedyś człowiek żył w małych społecznościach, od urodzenia wiedział, jak będzie wyglądało jego życie, jakie role ma do wypełnienia, i był spokojny. Teraz mamy większą wolność, mnóstwo możliwości, ale nie bardzo wiemy, jak z nich skorzystać. Mądrość dawnych pokoleń kształtowała się przez stulecia, dlatego ludzie czuli się bezpieczniej, wypełniając przekazywane im skrypty. Oczywiście, lepiej mieć możliwość wyboru i decydowania o sobie, ale dzisiejsze pokolenia płacą za to określoną cenę – obciążenia decyzjami. Nic dziwnego, że niektórzy postanawiają z niczego nie rezygnować, nie wybierać i mieć wszystko. Ale to jest niemożliwe i też rodzi frustrację.

No dobrze, z jednej strony słyszymy, żeby wyrażać siebie, nawet w gniewie, nie tłumić złych emocji, z drugiej strony kosztuje nas to wiele nerwów.
Wyrażając złość, wyrzucamy ją z siebie, ale też w pewien sposób pielęgnujemy. Przeżywając wiele negatywnych emocji, wprowadzamy siebie w negatywny stan, zapominając o pozytywności. A według Barbary Fredrickson, jednej z czołowych przedstawicielek psychologii pozytywnej, by człowiek rozkwitał życiowo, powinien doświadczać pewnej proporcji emocji pozytywnych do negatywnych. Według niej ta proporcja wynosi 3:1, czyli żeby czuć się dobrze, powinniśmy na jedną emocję negatywną przeżywać trzy pozytywne, co nie jest wcale takie proste. Okazuje się, że tylko 25 proc. ludzi tak potrafi. Negatywność stale wkrada się do naszego życia, jest bardziej zauważalna. Pozytywność jest subtelniejsza, czasem niedostrzegalna. Łatwo ją zepchnąć, pominąć i skupić się na negatywności. Ale doświadczając za często negatywności, utrudniamy sobie doświadczanie szczęścia i spokoju.

Psycholog Wayne W. Dyer twierdzi, że antidotum na gniew jest wyeliminowanie myśli „Gdybyś tylko był bardziej taki jak ja”.
Rzeczywiście, osoby spokojne, odporne na złość, mają zdolność do decentracji, czyli potrafią sobie wyobrazić położenie drugiej osoby i przyjąć, że jej nastawienie, jej rozumienie danej sprawy może być zupełnie inne niż ich. Z kolei ludzie, którzy mają skłonność do złości, skupiają się na swoim punkcie widzenia i reagują wzburzeniem, kiedy inni zachowują się inaczej niż oni. Umiejętność radzenia sobie ze złością, ale też z rozczarowaniem, to w dużym stopniu umiejętność przyjęcia perspektywy drugiej osoby i jej uszanowania.

Dyer wspomina też o poczuciu humoru…
Tak, humor jest jak najbardziej wskazany, zwłaszcza taki, który polega na dystansowaniu się do swojego „ja”, czyli na umiejętności śmiania się z samych siebie. Jednak kiedy już wejdziemy w stan silnego podenerwowania, trudno nam dostrzec komizm sytuacji. Dlatego poczucie humoru warto stosować prewencyjnie, posługiwać się nim często, wręcz nawykowo, aby zyskać zdrowy dystans do trudnych, stresujących zdarzeń.

Obecnie coraz bardziej popularne są rodzaje oddziaływań bazujące na dalekowschodnich systemach filozoficzno-religijnych. Na przykład stosowanie różnych interwencji opartych na uważności umysłu, czyli Mindfulness. To bardzo dobry sposób wyciszania się, uspokajania, zwiększania świadomości i akceptacji swoich przeżyć. Jest on w dużym stopniu oparty na regularnych praktykach medytacyjnych. Problemem współczesnego człowieka jest bowiem funkcjonowanie w trybie działania, czyli ciągłego redukowania niespójności pomiędzy tym, jak jest, a jak chcemy, żeby było, czyli między stanem realnym a stanem pożądanym czy oczekiwanym. Myślimy: „Dlaczego nie jest tak, jakbym chciała?”, „Co zrobić, żeby było inaczej?”. Praktyka uważności mówi o tym, żeby zrezygnować z trybu działania i przerzucić się na tryb bycia. Czyli być obecnym w rzeczywistości – nie rozważać, czy nam się podoba czy nie, po prostu przeżywać ją taką, jaka jest. Badania pokazują, że nauczenie się takiego funkcjonowania, opartego na dostrzeganiu każdej chwili, bez ciągłego oceniania i wybiegania myślami w przyszłość, może przynieść ogromne korzyści dla naszego zdrowia psychicznego.

  1. Styl Życia

Las na receptę

Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Dawniej podczas zarazy królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej. Teraz znów to robimy, wracamy do lasu – mówi Katarzyna Simonienko, doktor psychiatrii, przewodniczka kąpieli leśnych, autorka książki „Lasoterapia”.

Co pani czuje, gdy wchodzi do lasu?
To zależy, z jaką głową tam wchodzę. Kiedy jestem bardzo zapracowana, idę do lasu, by na chwilę się zresetować, odpocząć. Wnoszę więc do niego mnóstwo splątanych myśli, stopniowo robi się ich coraz mniej, aż pojawia się spokój. Innym razem już od początku czuję energię i zaciekawienie, bo mam wolny dzień, dobry humor i wchodzę do lasu z nastawieniem: co mnie dziś zaskoczy? Czasem przepełnia mnie radość, czasem – refleksyjność. Las też się zmienia... Parafrazując – nie można wejść dwa razy do tego samego lasu. Mam wrażenie, że nawet ten sam las i ta sama w nim ścieżka, którą idę, nigdy nie są takie same.

Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)

Wiele osób boi się lasu. W literaturze i kinie las jawi się jako złowrogi, można się tu zgubić. Z jakimi reakcjami spotyka się pani najczęściej?
Na szczęście wśród osób, z którymi wybieram się na leśne wyprawy w ramach lasoterapii, strach pojawia się najrzadziej, ale się pojawia. Przychodzą na przykład osoby, które mają niewiele wspólnego z lasem, a chciałyby się przełamać i go lepiej poznać. Takie podejście zwykle wiąże się z tym, co nam się wpaja na temat lasu w dzieciństwie lub późniejszym życiu – że to miejsce niebezpieczne i że może nas tam spotkać wiele złego zarówno ze strony przyrody, jak i ludzi. Jeśli najbliższe środowisko nasiąka taką niechęcią do przyrody – że to tylko kleszcze, komary i inne choroby – w dziecku pojawia się opór lub niechęć. Choć niekiedy dzieje się też odwrotnie – na zasadzie buntu i tego, że zakazane pociąga.


Jeżeli las jest czymś, czego nie znamy i nie rozumiemy, to rzeczywiście może przerażać. Nie tylko dzieci. Kiedy byłam na zjeździe International Forrest Therapy Days w Finlandii, pojawił się nawet pomysł, by relaksować się w lesie, rozstawiając namiot z wydrukiem drzew od środka. Wielu uczestników w ogóle nie miało doświadczenia kontaktu z lasem naturalnym, dzikim, jakim jest nasza Puszcza Białowieska. Było dla nich nie do pojęcia, że u nas są żubry i wilki. Moja koleżanka Basia Bańka, też przewodniczka po Białowieskim Parku Narodowym, powiedziała wtedy: „Ale nie da się nauczyć pływać, jeśli człowiek się nie zamoczy”. To nic, że las jest dziki, on ma swoje zasady. Wystarczy je poznać – mam tu na myśli choćby zwyczaje mieszkających w nim zwierząt – i nie ma co bać się ataku wilka czy żubra, przy zachowaniu odpowiedniego dystansu i szacunku są to fantastyczne spotkania. Nie warto też rezygnować z bycia w przyrodzie z powodu obaw przed złapaniem kleszcza, którego spotkać można także w mieście. Lepiej zapoznać się z profilaktyką.

Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)

Część z nas wchodzi do lasu jak do świątyni. Część wchodzi do niego jak do siebie, do domu. Dla pani las to dom czy świętość?
Osobiście łączę oba podejścia. Dziś czuję się tu bardzo swobodnie, choć doskonale pamiętam moment, kiedy jako już dorosła osoba po raz pierwszy weszłam do Puszczy Białowieskiej i miałam wrażenie, że nie jestem u siebie. Dobrze znałam lasy hodowlane, w których bioróżnorodność jest skromna i gdzie niewiele mnie mogło zaskoczyć, natomiast w puszczy poczułam ogromny respekt i szacunek do przyrody. Pojawiła się chęć, by zgłębiać ten ekosystem. Im więcej się dowiadywałam na temat puszczy, tym mniej się jej obawiałam i bardziej się zaprzyjaźniałyśmy.

Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)

Las to dziś moje miejsce pracy i relaksu, ale też świątynia. Bywa, że nadal czuję się w niej jak mrówka. Dla nas, ludów praindoeuropejskich, symbol drzewa czy gaju zawsze był święty i pojawiał się w bardzo wielu kulturach. U Słowian wierzono w święte drzewo, wokół którego powstał świat. Tak samo było w kulturach nordyckich, gdzie czczono ogromny jesion Yggdrasil, który był osią świata i łączył różne rzeczywistości – ludzi, duchów i istot nadprzyrodzonych. Jest nawet termin axis mundi – „oś świata”, w wielu kulturach wyobrażana przez drzewo, które gałęziami wrasta w niebiosa, a korzeniami w świat podziemny, łącząc je ze sobą oraz z ziemią, czyli światem doczesnym.

Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)

W kulturze chrześcijańskiej jest ogród rajski, a w nim drzewo poznania dobra i zła. Słowianie wierzyli, że wśród drzew, w świętych gajach, słuchają nas bogowie, chrześcijanie – że las jest dziełem Stwórcy, czyli jest doskonały taki, jaki jest. W naszym kręgu kulturowym, który jest nie tylko słowiański, lecz także chrześcijański, mamy więc możliwość obcowania z prawdziwym sacrum.

W książce „Lasoterapia” pisze pani, że już jako dziewczynka czuła pani więź z lasem, którą wzmagały opowieści o Robin Hoodzie. Dla niego las był schronieniem, ale i ucieczką. Dziś, w czasach pandemii, las znów pełni te funkcje. Nigdy nie bywałam tak często w lesie jak ostatnio.
Wielokrotnie w różnych kryzysowych sytuacjach uciekaliśmy do lasu. Robin Hood to piękna legenda z czasów średniowiecza, ale przypomnijmy sobie choćby naszych partyzantów w trakcie drugiej wojny światowej. W dawniejszych czasach, kiedy panowała zaraza, królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej, żeby nie zachorować. I teraz znów to robimy.

Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej. (Fot. iStock)Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej. (Fot. iStock)

Las nam daje poczucie bezpieczeństwa, i to są atawistyczne, czyli bardzo pierwotne reakcje, które przypływają do naszej świadomości z przyczyn ewolucyjnych. Jako gatunek wychowaliśmy się na sawannie, potem przenieśliśmy się do lasu i właściwie wyprowadziliśmy się z niego dopiero około 200 lat temu do dużych miast. My wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego kiedy tylko do niego wracamy, pojawiają się w nas sygnały, że nasze podstawowe potrzeby zostaną zaspokojone: od wyżywienia, przez to, że będzie woda, po drewno, które da nam schronienie i ciepło ogniska. Naturalnie gdyby ktoś z nas zmuszony był nagle, z godziny na godzinę, zacząć żyć w lesie, prawdopodobnie nie wiedziałby, jak się do tego zabrać, ale gdzieś głęboko w naszej podświadomości jest informacja, że to jest możliwe. Nic dziwnego, że niejako z automatu zaczynamy się odprężać, gdy tylko wchodzimy między drzewa.

A skoro jesteśmy przy temacie pandemii – las jest bezpiecznym miejscem także dlatego, że jest tu mniejsze ryzyko zakażenia się koronawirusem. Po pierwsze, swobodnie można zachować dystans, nawet mimo tego, że obecnie w lasach są tłumy. Po drugie, jest świeże powietrze, a po trzecie, drzewa i roślinność wydzielają substancje antywirusowe wzmacniające naszą odporność.

Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)

Jest pani lekarzem psychiatrą, przyrodniczką i przewodniczką kąpieli leśnych. Co te perspektywy wnoszą do pani wiedzy na temat wpływu lasu na nasze samopoczucie?
Punktem stycznym tych profesji jest praca ze stresem. Jako psychiatra i jako przyrodnik mam tym większą świadomość tego, jak kojąco przyroda wpływa na nasz system nerwowy. Obecnie to ogólnie dostępna wiedza naukowa, nie tylko intuicyjna.

Dziś, jeśli z różnych przyczyn nie mogę wysłać pacjentów na zorganizowane treningi relaksacyjne, mogę po prostu wysłać ich do lasu, bo wiem, jak wiele dobrego kontakt z przyrodą robi dla odporności, psychiki oraz wielu innych systemów i układów w naszym ciele. Las nigdy nie zastąpi leków, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z kliniczną depresją. Nie wyleczy ze wszystkich chorób, ale może być świetną profilaktyką, uzupełnieniem klasycznego leczenia oraz narzędziem rehabilitacji. W dodatku jest za darmo i nie powoduje żadnych niekorzystnych interakcji. Jeśli traktujemy dziką przyrodę z odpowiednim szacunkiem i wiedzą.

Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)

  1. Styl Życia

Plecionkarstwo: rzemiosło na odpuszczenie –  rozmowa z Łucją Cieślar

Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak materiały prasowe Serfenty)
Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak materiały prasowe Serfenty)
„Wartość pracy ludzkich rąk to niedoceniany temat” – mówi Łucja Cieślar, która razem z Pauliną Adamską i Anną Krężelok współtworzy Stowarzyszenie Serfenta. Od ponad trzynastu lat dziewczyny badają i poznają społeczność polskich plecionkarzy, opowiadają o pięknym, zakorzenionym w wiejskim krajobrazie rzemiośle.  Wspólnie z mistrzyniami plecionkarstwa uczą, jak wyplatać kuferki z rogożyny czy wiklinowe kosze.

Trzynaście lat temu Stowarzyszanie Serfenta ruszyło w Polskę w poszukiwaniu…no właśnie kogo i co zamierzaliście odnaleźć na zaplanowanym wzdłuż Wisły szlaku. Co was zaskoczyło w tej podróży i czy jest coś, czego odnaleźć już się po prostu nie da?
Tak, trzynaście lat temu Serfenta wyruszyła w podróż, która w pewien sposób trwa do dziś. Rozum i serce, w których to wszystko się zaczęło, należą do Pauliny Adamskiej. Paulina to etnolożka, która z paczką przyjaciół i nauczycielem Zdzisławem Kwaskiem z Uniwersytetu Ludowego Rzemiosła Artystycznego ruszyła na szlak pełen przygód, jadąc wzdłuż rzeki Wisły - materiały plecionkarskie lubią wodę. Chcieli znaleźć tradycyjnych plecionkarzy i plecionkarki, którzy rzemiosło w rodzinach mają od pokoleń i mają swoje rodzinne albo regionalne sposoby na wyplatanie. To się doskonale udało – z częścią z tych osób, współpracujemy do dziś. Przede wszystkim odnaleźli wtedy niesamowitych ludzi, a w dalszej kolejności niesamowite kosze i materiały, z których wyplata się w Polsce.

(Fot. materiały prasowe Serfenty)(Fot. materiały prasowe Serfenty)

Zwieńczeniem podróży, która była kluczowa dla całej waszej edukacyjnej działalności, jest wydana w tym roku, w nowej szacie graficznej książka „Kosze. Opowieści o podróży plecionkarskim szlakiem Wisły”. Co znajdziemy w tej publikacji i dlaczego zdecydowałyście się na wydanie przekładu w języku japońskim?
Opisaliśmy to wszystko w książce - jest ona trochę podróżnicza, trochę detektywistyczna, a trochę etnograficzna. Aby dać mały posmak tego, o czym to jest – proszę sobie wyobrazić taką sytuację, jedziesz samochodem i widzisz gdzieś koszyk przy domu więc zatrzymujesz samochód lub zatrzymujesz się gdzieś po prostu i pytasz ludzi – nie wyplata tu ktoś koszyków? Albo bardziej swojsko i przyjaźnie – nie plecie tu ktoś? Robota prawdziwie detektywistyczna! Wzruszamy się, kiedy wspominamy te początki. Kiedyś naprawdę nie myślałyśmy, że nasze działania, warsztaty, kosze i opowieści zawędrują tak daleko, jak ma to miejsce dziś, trzynaście lat później.

Już od kilku lat współpracujemy z Japonią i sprzedajemy kosze z Polski do Tokio – jesteśmy z tego ogromnie dumne. W Serfencie pracujemy w trójkę i to, że dzięki naszej codziennej prace kosze mistrzów przeszły drogę z małych miejscowości i wsi, aż do Japonii – to jest nasza ogromna duma i radość. Dlaczego akurat do Japonii? To kraj, który docenia rzemiosło i rzemieślników, a także naturalne materiały i precyzję wykonania. Taki właśnie mamy plecionkarski skarb w Polsce! To tak naprawdę kilka lat naszej pracy, które swój mocny punkt miały w grudniu zeszłego roku – razem z naszym partnerami w Tokio przygotowywałyśmy festiwal „Kosze z Polski w Tokio” – i tutaj kryje się sekret tłumaczenia podsumowania naszej książki na Japoński. To była ogromna przygoda i wyzwanie! Osobiście Japonia bardzo nas fascynuje i pociąga. Byłyśmy już w Japonii, prowadziłyśmy tam także warsztaty polskiego rzemiosła i planujemy więcej podróży – niestety pandemia bardzo to ogranicza, na przykład w tej chwili Japonia jest całkowicie zamknięta dla podróżujących. Opowiem jeszcze ciekawostkę – w Japonii jest taki narodowy program „żywy skarb kultury”, w którym opieką obejmuje się samych rzemieślników i wspiera ich pracę. Chciałabym, żebyśmy w Polce też taki mieli, to jest piękne, możemy się od siebie dużo nauczyć.

Zespół Serfenty: Anna Krężelok, Paulina Adamska, Łucja Cieślar. (Fot. Kateryna Ziulkovska/materiały prasowe Serfenty)Zespół Serfenty: Anna Krężelok, Paulina Adamska, Łucja Cieślar. (Fot. Kateryna Ziulkovska/materiały prasowe Serfenty)

Na stronie serfenta.pl zamieściłyście trzypunktowy manifest, który wytycza trzy najważniejsze obszary działalności stowarzyszenia. Chciałabym, żebyśmy pokrótce przeszły przez każdy z tych punktów, ponieważ zawierają się w nich najważniejsze elementy waszej misji. Punkt pierwszy to ochrona dziedzictwa narodowego. Czy możesz opowiedzieć o Lucimi oraz koszu „kabłącoku”?
Kosz kabłącok to naprawdę wyjątkowy kosz. Choć tak właściwie każdy z koszy u nas ma w sobie coś unikatowego, czasem jest to materiał – jak np. torba z rogożyny, czasem splot. Kosz kabłącok wyplatany ze świeżej wikliny, to kosz specjalny ze względu na swoją konstrukcję – kiedy dobrze się przyjrzeć, stoją za nim całe pokolenia myśli technicznej jego twórców. Ludzie od zawsze chcą sobie usprawnić pracę, dlatego ten kosz przeznaczony tradycyjnie na zbiory, ma płaską tylną ścianę – można go wygodnie oprzeć na biodrze, nawet jeśli jest ciężki. Ma wygodny „kabłąk” czyli rączkę, za którą można do chwycić albo powiesić na ścianie (dziś ludzie chętnie używają go na kwiaty doniczkowe). Ma nóżki, które izolują go od podłoża, ma pękaty „brzuch” i budowane nieregularnie dno. Umiejętność wyplatania tego kosza wpisaliśmy na listę niematerialnego dziedzictwa kultury – to unikatowa umiejętność, a kosz prezentujemy teraz na całym świecie – od Skandynawii po Japonię. Co ważne – zrobiliśmy to razem ze społecznością wsi Lucimia, w której się kabłącoki wyplata. Zaangażowałyśmy we wpis lokalne władze, społeczność plecionkarzy w różnych pokoleniach – i udało się! Wielka w tym była pomoc naszej przyjaciółki i plecionkarki, Todzi Sowińskiej. Była wspaniałą osobą, którą również poznaliśmy podczas naszych badań 13 lat temu i przez wszystkie te lata ogromnie się przyjaźniłyśmy. Zorganizowałyśmy w Lucimi warsztaty wyplatania kosza kabłącoka dla różnych grup – nawet dla grupy plecionkarek z Norwegii! To była egzotyczna przygoda dla wszystkich. Wielu z naszych mistrzów i mistrzyń to wspaniałe osoby z niezwykłymi umiejętnościami, ale też z ogromnym sercem dla wszystkich, którzy się interesują ich pracą. Wspomnę też dwie plecionkarki, mistrzynie wyplatania z rogożyny – Helenę i Stefanię, z którymi spotkanie to zawsze ogromna przyjemność i co tu kryć – zabawa, bo energii mają one więcej od nas, dużo młodszych kobiet! Chciałabym też być taka aktywna jak będę miała 80 lat.

Drugi punkt to pomaganie plecionkarzom w sprzedaży ich wyrobów. Jesteście łączniczkami między plecionkarkami i plecionkarzami a resztą świata. Nie tylko odkrywacie artystów, którzy kultywują to rzemiosło, ale co równie istotne, wprowadzacie do sprzedaży wytwarzane przez nich własnoręcznie produkty. Kiedy rozmawiałam z Magdą Bojarowską, etnografką, która razem z tatą i bratem prowadzi w Warszawie Dom Sztuki Ludowej, usłyszałam że sami twórcy bardzo często zbyt nisko wyceniają swoje wyroby, ponieważ nie traktują ich w kategoriach sztuki. Z kolei klienci, przyzwyczajeni do niskich cen w sieciówkach, nie rozumieją dlaczego, „taki sam” kuferek z rogożyny czy słomiany kosz rozrostowy do pieczenia chleba, kosztuje u was kilkakrotnie więcej. Jak przekonywać, zarówno rzemieślników, jak i odbiorców, że plecionkarstwo nie może być tanie.
To jest bardzo ważna część naszej pracy, widzimy dużą potrzebę rozmawiania o tym – z klientami ale też z plecionkarzami i plecionkarkami, którzy z nami współpracują. Jest tu kilka istotnych punktów, o których czuję, że muszę powiedzieć. Każdy kosz jaki widzimy – obojętnie czy w sieciowym sklepie, na targu czy w fancy butiku – został wypleciony ręcznie przez konkretną osobę. Być może jest to rzemieślnik w Azji, który wyplata z trawy morskiej albo liści palmy - nie ma maszyny, która wyplata – za koszem, torbą, kapeluszem zawsze stoi człowiek. Wartość pracy ludzkich rąk to niedoceniany i wciąż nie dyskutowany głośno temat, choć pojawiają się takie akcje jak np. „wartość szycia”.

Często ktoś mnie pyta – a ile godzin wyplata się taki kosz? Wtedy czuję przestrzeń do rozmowy i zaczynam od początku – od ręcznego ścinania materiału, na przykład sierpem/kosą ścina się słomę, a żeby ściąć rogożynę czyli pałkę wodną, trzeba wejść do stawu i spędzić tam całe godziny. To jest tak zwana „niezapłacona praca”, bo klienci od lat przyzwyczaili się, że koszyk można kupić nawet w dyskontach, za np. 20 zł. Skutkiem tego rzemieślnicy obniżają też swoje ceny, żeby w ogóle być konkurencyjni na rynku – a tak być nie może. Dużo mówimy o trwaniu rzemiosła i przekazywaniu go następnym pokoleniom – kto będzie chciał kontynuować pracę, gdzie za godziny zbierania, czyszczenia materiału i wyplatania dostanie 20-30 zł? To jest po prostu niemożliwe. Rozmawiamy też o tym z rzemieślnikami i same też dbamy o to, żeby ceny były dla nich zadowalające. Oczywiście balansujemy pomiędzy możliwościami klienta a faktyczną wartością pracy, szukamy złotych środków. Jeszcze jeden ważny aspekt jest taki, że z ogromnym smutkiem i przykrością mówię – to jest rzemiosło, które odchodzi, większość rzemieślników, z którymi współpracujemy to seniorki i seniorzy. Teraz jeszcze jesteśmy przyzwyczajeni, że wiklinowych koszy jest bardzo dużo, ale za 10 lat ta sytuacja bardzo się zmieni. Już teraz mamy w swoich zbiorach kosze, które są ostatnimi istniejącymi egzemplarzami – i uważamy, że również dlatego plecionkarstwo powinno być towarem ekskluzywnym. Obserwujemy ten proces też w innych krajach, często dopiero utrata czegoś uświadamia nam, jak to jest ważne. My chcemy to uprzedzić, być o krok wcześniej, mówić o tym już teraz. Na koniec wszystkich zapraszam na warsztaty – kiedy samemu wyplecie się kosz albo choć tacę z rogożyny – w ciągu kilku godzin - docenia się te produkty i patrzy na każdy kosz zupełnie inaczej! To bardzo rozwijające doświadczenie!

Punkt trzeci to dzielenie się wiedzą i umiejętnościami. Staracie się edukować klientów dzięki merytorycznym postom na Instagramie oraz przejrzystym opisom każdego produktu w waszym sklepie, dzięki którym można się dowiedzieć, w jaki sposób każda rzecz trafiła do waszej oferty, jak i przez kogo została zrobiona. Czy możecie opowiedzieć nieco więcej o warsztatach, które organizujecie oraz innych formach dzielenia się z innymi waszą wiedzą i doświadczeniem z zakresu plecionkarstwa?
Z przyjemnością, bo każde warsztaty to dla nas wielka przyjemność dzielenia się zgromadzoną wiedzą i pasją. Przez tych 13 lat zorganizowałyśmy już ich mnóstwo – kiedyś próbowałam to policzyć, ale nie udało mi się (śmiech). Dzielenie się wiedzą o plecionkarstwie polskim i światowym to nasza misja i też nasza codzienna praca – warsztaty, wykłady, prelekcje online, webinary, pokazy i wszystkie inne możliwe formy przekazu wiedzy. Warsztaty prowadzimy dla grup ale też indywidualne – można z nami nauczyć się wyplatać z bardzo nieoczywistych materiałów – z ręcznie ścinanej słomy, z unikatowej rogożyny (czyli pałki wodnej) ale też z bardziej popularnej wikliny. Czasami mamy też warsztaty wyjątkowe – np. wyplatanie z korzenia świerka. Przez lata same szkoliłyśmy swoje umiejętności i teraz już prowadzimy warsztaty kompleksowo. Co to znaczy? Po pierwsze - mamy gotowe do wyplatania materiały, takie jak pałka wodna, słoma czy wiklina, których pozyskanie wcale nie jest proste. Ścinka pałki wodnej czyli tzw. „rogożynowe żniwa” to ogromne przedsięwzięcie i pierwszy raz zrealizowałyśmy ją w 2019 roku! To daje nam dostęp do materiału ścinanego ręcznie, dobrej jakości – uczestnicy nie muszą szukać go w stawie, jest już przez nas przygotowany. Warto też wspomnieć, że słomę żytnią do wyplatania wcale nie tak łatwo zdobyć, trzeba ją też ściąć ręcznie i przygotować, ale też i rolników uprawiających żyto jest coraz mniej. Poddałyśmy też procesowi projektowania narzędzia naszych mistrzów – zwykle przygotowywali je sobie sami, swoimi siłami – i mamy specjalne igły do wyplatania ze słomy i z rogożyny, drewniane formy. Dlatego teraz już możemy zapraszać na warsztaty, gdzie wszystko mamy dostępne, materiały, narzędzia, opowieści, kosze, naukę techniki i przyjemną atmosferę. Zapraszamy wszystkich, którzy chcą odpocząć przy wyplatania i spróbować tego rzemiosła do Cieszyna, gdzie mamy piękną salę warsztatową. Ale też działamy w całej Polsce (i nie tylko), mamy grupę instruktorów i instruktorek i dojeżdżamy do każdego miejsca, które zamówi warsztaty dla grupy. Czasem prowadzimy warsztaty grupowe mistrzowskie z mistrzynią lub mistrzem, wtedy stajemy się dodatkowo łącznikiem i przekaźnikiem – mistrzowie są świetnymi plecionkarzami, ale nie wszyscy są też nauczycielami. Pilnujemy wtedy każdego etapu pracy, pomagamy jako prawa i lewa ręka, czasem też tłumaczymy dla osób z innych krajów, którzy przyjeżdżają do naszych mistrzów. Jak to wszystko opowiadam po kolei to uświadamiam sobie po raz kolejny jaka to była długa i złożona droga do takich warsztatów, jakie teraz możemy proponować, cieszymy się więc za każdym razem, kiedy ktoś chce tę wiedzę zdobyć!

Choć na samym początku plecionkarstwo pełniło ściśle utylitarną funkcję, a z wikliny konstruowano sieci samołowne, więcierze do łowienia ryb, ule, łubianki oraz oczywiście kosze, to plecionkarze dbali także o ich walory estetyczne, szczególnie w wyplatanych ze słomy obrzędowych niedźwiedziach czy „dziadach śmiguśnych”. W latach 60. XX w. Władysław Wołkowski, projektował niezwykłe i wielokrotnie nagradzane za granicą, meble z wikliny, a w Polsce popularne były słomiane maty wieszane nad łóżkiem. W waszym sklepie również pojawiają się bardziej osadzone we współczesnym wzornictwie projekty, jak chociażby słomokulka. Czy myślicie o tym, żeby rozszerzyć waszą ofertę właśnie o takie produkty? Bardziej dekoracyjne, a mniej praktyczne.
Uwielbiamy Wołkowskiego i zawsze polecamy jego muzeum w Olkuszu! Tak, myślimy o tym dużo, zwłaszcza podczas warsztatów, które prowadzimy dla Akademii Sztuk Pięknych – współpracowałyśmy już m.in. z Wydziałem Form Przemysłowych w Krakowie, a teraz mamy współpracę z ASP w Katowicach. Kiedy widzimy pomysły studentów i studentek bardzo mamy chęć na nowoczesne produkty – widzimy też w takich nowych drogach trwanie rzemiosła. Po współpracy z dr. hab. Anną Szwają, z którą razem przygotowałyśmy cykl warsztatów dla studentów w Krakowie, prezentowałyśmy efekty na wystawie „Sploty na fali” oraz na innych wystawach – można było je zobaczyć na festiwalach designu jak Łódź Design Festiwal czy Gdynia Design Days. Widzimy podczas takich wydarzeń jak plecionkarstwo wzbudza zainteresowanie, jak jest potrzebne i widzimy w tym również jego przyszłość, współpracujemy też z grupą Nów. Nowe Rzemiosło.

Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak/materiały prasowe Serfenty)Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak/materiały prasowe Serfenty)

Z jednej strony szukamy zupełnie nowych dróg dla tradycyjnych form – na przykład wspomniana słomokulka to kosz przeprojektowany przez nas. Z tradycyjnego kształtu zmieniłyśmy go w wygodną osłonkę dla domowych roślin zielonych – słoma w zestawieniu z nimi pięknie wygląda. Ostatnio zaczęłyśmy też współpracę z firmą Wave Wood dla której projektujemy i zmieniamy tradycyjny produkt - rogożynowe klasyczne kapelusze przeprojektowuję w nowoczesne i modne daszki do plażowania i surfowania. To jest bardzo ciekawa droga dla rzemiosła, chcemy nią iść. Zwracamy też uwagę na produkty ponadczasowe – np. najbardziej klasyczna torba shopper z rogożyny wygląda absolutnie nowocześnie i stylowo we współczesnych, modnych aranżacjach, pomimo że jest koszem tradycyjnym. Takie „mixy” też lubimy!

W książce Doroty Borodaj „Ręcznie zrobione” znalazłam takie zdanie, które powiedziałaś. „Plecionkarstwo jest bardzo sensualne. Każdy materiał ma swój charakterystyczny zapach i specyficzną fakturę. Nawet jeśli dobrze go już poznasz, to potrafi zaskoczyć, jakby czuł, czy jesteś zrelaksowana, czy siadasz do pracy napięta i zaczynasz się siłować”. Czego, oprócz samego rzemiosła, nauczyło cię plecionkarstwo?
Ciekawe pytanie! Uważam, że wyplatanie pobudza wszystkie zmysły. Faktury, dźwięki, zapachy, dotykanie przez wiele godzin naturalnego materiału – to wszystko ma wpływ na osobę wyplatającą. Plecionkarstwo nauczyło mnie, że głowa może odpocząć, kiedy ręce pracują – w tych szybkich i napiętych czasach, a także w czasie pandemii i wzmożonego kontaktu online, to jest naprawdę bardzo potrzebne, odprężające i dające spokój. Kiedy prowadzę warsztaty wsysa mnie w inną czasoprzestrzeń i nie zauważam, kiedy mijają godziny. Przypominam często uczestniczkom i uczestnikom, żeby coś pili, bo jak się wkręcą, to zapominają pic i jeść! Po pierwszych chwilach, kiedy ma się wrażenie „nie umiem” nagle pyk! i ręce łapią rytm. To jest wspaniały i przyjemny moment. Co ciekawe prowadzenie warsztatów i obserwacje uczestniczek i uczestników dały mi taką refleksję – wyplatanie jest też trochę terapią. Może to zabrzmi śmiesznie, ale przychodzimy na warsztaty z różnymi oczekiwaniami – względem siebie. Chcemy, żeby wyszło od razu idealnie, tak jak mistrzyni, która wyplata od 40 lat. No i wtedy się spinamy, mocujemy z materiałem – a to nie jest rzemiosło siłowe. To jest rzemiosło na… odpuszczenie i wyczucie. Trzeba sobie odpuścić perfekcyjność i pozwolić sobie na błędy i eksperymenty, a na koniec siebie pochwalić – zrobiłaś, zrobiłeś swój pierwszy w życiu kosz! Świetnie Ci poszło, jest najpiękniejszy! Tego mnie nauczyło plecionkarstwo – nic na siłę. Zapraszam na warsztaty, chciałabym się tym doświadczeniem podzielić z jak największą grupą ludzi i pokazać im, jak przez pracę rąk docieramy do spokoju serca.