1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Mama na urlopie. Katarzyna Błażejewska-Stuhr o wakacjach z dziećmi

Mama na urlopie. Katarzyna Błażejewska-Stuhr o wakacjach z dziećmi

Katarzyna Błażejewska-Stuhr (fot. Andrzej Szopa)
Katarzyna Błażejewska-Stuhr (fot. Andrzej Szopa)
Wielu osobom wydaje się, że posiadanie małych dzieci oznacza wczasy w kurorcie albo wyjazd na działkę. Katarzyna Błażejewska-Stuhr widzi to zupełnie inaczej. A swoich synków uczy doceniać lokalne smaki.

Minimalistycznie z dzieckiem

Tylko raz wybrałam się na nieminimalistyczny wyjazd z dzieckiem. Mój starszy synek Staś miał wtedy cztery tygodnie, pojechałam z nim na konferencję naukową. Zabrałam przewijak, cały zestaw kosmetyków do mycia, wanienkę, sprzęt do wyparzania butelek, bo odciągałam mleko, żeby móc uczestniczyć w wykładach. Ciężarówka rzeczy... Po tym doświadczeniu stwierdziłam, że coś jest nie tak i nie będę więcej w ten sposób podróżować. I jak się okazało – to możliwe! Malutkie dzieci myłam potem w umywalce, a większe pod prysznicem. Zminimalizowaliśmy także ilość kosmetyków, na wyjazdach używam tego samego mydła do mycia co dzieci i ich maści z witaminą A jako kremu.

Wiadomo, że dla dziecka bierze się więcej ubrań niż dla dorosłego, ale przyznam, że mnie nie przeszkadza, jeśli chłopcy pochodzą w brudnych strojach. No i, co zabawne, ilość bagażu maleje przy kolejnym dziecku.

Kupa piachu i nuda

Zauważyłam, że moi chłopcy w podróży chętniej bawią się tym, co znajdą w lesie i na spacerze niż przywiezionymi zabawkami. Kiedy jedziemy za miasto, budują bazy i szałasy z patyków i gałązek. Mogą w nich siedzieć godzinami. To dla nich ciekawsze niż nawet tyrolka, którą zainstalował dla nich dziadek! Teraz dodatkowo mamy na działce górę wykopanej ziemi. Chłopcy kopią w niej labirynty dla mrówek, tory wyścigowe. Nie chcą nawet słyszeć o tym, że ta góra zniknie... Uważam, że zostawienie dzieciom wolności, a nawet przestrzeni do nudy jest bardzo wartościowe.

Na talerzu

W podróży stawiamy na kuchnię lokalną, lubimy z całą rodziną chodzić na miejscowe targi i próbować tego, czego u nas nie ma. Do mieszkania wybieramy też zazwyczaj nie hotele, a miejsca, w których jest kuchnia, więc możemy sami gotować, co na pewno ułatwia karmienie dzieci.

Jedzenie bierzemy ze sobą tylko na czas podróży. Choć ostatnio zaczęłam też wozić chleb żytni razowy, bo na przykład we Włoszech trudno o takie pieczywo. Moi synowie są bardzo otwarci na nowe smaki. Starszy dopiero po pójściu do szkoły dowiedział się, że można nie lubić ryb. Oczywiście nigdy nie zmuszam dzieci do jedzenia tego, na co nie mają ochoty, co najwyżej zachęcam i proponuję. Na pewno wynika to z mojego zawodu i podejścia do jedzenia w ogóle.

Towarzysze podróży

Wcześniej wydawało mi się, że wraz z pojawieniem się dzieci podróże trzeba będzie zawiesić, ale okazało się, że to nieprawda! Ostatnio pojechaliśmy nawet na tournée teatralne z zespołem mojego męża. To był świetnie spędzony czas, rodzinne przedpołudnia i wieczory ośmioletni Staś chciał spędzać w kulisach. Myślę, że rodzice często nie doceniają dzieci, a wystarczy ich traktować jak partnerów, żeby wspólne wyjazdy były naprawdę fajne. U nas w rodzinie panuje taki zwyczaj, że opowiadamy dzieciom, co można zobaczyć w danym miejscu, i one mówią, co chcą zobaczyć, a my wybieramy kolejny punkt do zwiedzania. Wtedy wszyscy mają poczucie, że są wysłuchani.

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka, mama Stasia i Tadzia.

Uczta małego alergika Katarzyna Błażejewska-Stuhr Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy wszystko, co ważne, można mieć za pieniądze? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Tak myślimy, skoro nie liczymy na ludzi, ale stawiamy na polisy, lokaty, kredyty. Ale co tak naprawdę możemy mieć za pieniądze, a co tracimy, chcąc za wszystko płacić? No i czym jest kultura daru – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jeśli pieniądze są dla nas najważniejsze, to, jak pisze dr Tim Kasser w „The High Price of Materialism” (Wysokiej cenie materializmu), czeka nas przygnębienie i lęk. A Barry Schwartz, psycholog, twierdzi z kolei, że kupowanie nie daje frajdy, bo męczy koniecznością wyboru. Ale my nie mamy czasu czytać, musimy zarabiać, bo liczą się pieniądze i udane transakcje. Nawet w związkach zaczynamy patrzeć na zysk…
Na szczęście nie wszędzie i nie zawsze da się zamienić relacje międzyludzkie na transakcje finansowe. Ale prawdą jest, że coraz częściej nawet ślub zastępuje coś na kształt umowy spółki, która określa, co każda ze stron powinna dostarczyć, definiuje strategię wzajemnego wspierania karier i osiągania celów, zasady podziału zysków i strat. Brakuje jednak w tej umowie słów o emocjonalnej więzi i wspólnym życiu. I gdy partner wspólnik zostaje w tyle – rozwiązujemy umowę i szukamy lepszego strategicznie inwestora. Budowanie takich relacji/transakcji także z krewnymi, znajomymi, lekarzami, nauczycielami, którzy zaspokajają nasze potrzeby, rychło doprowadzi do tego, że naszym wspólnym doświadczeniem będzie tylko wielka samotność, rozpacz i poczucie bezsensu.

Nie uciekniemy od tego, że potrzebujemy bliskich, bezpiecznych, a także miłosnych związków, by pozostać przy zdrowych zmysłach. Ale wygląda na to, że zanim się w tej sprawie opamiętamy, staniemy się konglomeratem rywalizujących ze sobą, samotnych konsumentów, dla których posiadanie jak największej ilości pieniędzy i jak największej ilości transakcji będzie jedynym celem bytowania na tej planecie.

Z badań psycholożki Kathleen Vohs wynika, że ci, którzy nastawiają się na zarabianie pieniędzy, przestają zwracać uwagę na relacje, nie cenią tego, co nie ma wymiaru materialnego, przekonani o swojej samowystarczalności nie potrzebują ludzi i stają się nieufni.
Rynek i konsumpcjonizm nie działają na rzecz międzyludzkich związków, bo na nich nie można zarobić. Związki więc zanikają, zamieniają się w pseudorelacje uprawiane w sieci internetowej i telefonicznej.

Godzinę temu ktoś mnie zaczepił na ulicy. Nie pamiętałem człowieka. Wiedziałem tylko, że to jakiś dobry znajomy sprzed lat. Gdy w końcu ustaliliśmy, skąd się znamy, zadzwonił mój telefon. Odruchowo odebrałem. Jak wytresowana małpa. Uznałem, że osoba, której akurat w tym momencie gdzieś tam, w innej, nie mojej czasoprzestrzeni przyszło do głowy, żeby do mnie zadzwonić i wcina mi się w niepowtarzalną chwilę mojego realnego życia, jest ważniejsza od kogoś, kogo nie widziałem od lat i z kim właśnie rozmawiam. No i prawie wszyscy tak robimy – ktoś oferuje nam żywy, realny kontakt, rozmowę, a my uciekamy w popłochu, pokazując swoim zachowaniem: „Daj mi spokój, ja tam mam ważniejsze sprawy i ważniejszych ludzi”. Komórki używamy do teleportowania się ze wszystkich niewygodnych – bo wymagających wysiłku wejścia w realny kontakt – sytuacji. Spontaniczne kontakty z ludźmi coraz częściej nas przerażają. Bo nie mamy na nie umowy, paragrafów, zabezpieczeń, bo nie wiemy, co mamy dostarczyć, co ma być nam dostarczone, ile to będzie trwać i jaki jest tego cel. Relacje wirtualne i transakcje są bezpieczniejsze.

Tylko dlatego odbieramy telefon i odpisujemy na mejle?
Starsi już prawie zapomnieli, a wielu młodszych nigdy nie zaznało poruszającego, fascynującego i wspierającego klimatu realnych spotkań z innymi ludźmi. Zamiast pobyć i porozmawiać z tymi, którzy nas otaczają, wchodzimy na Facebooka, żeby sprawdzić, ile dostaliśmy lajków za ostatni wpis. Nie wiemy, że tak budujemy swoją przyszłą samotność. Wirtualne relacje nie wymagają uważności, słuchania, ryzyka wyrażania uczuć na gorąco, refleksu, zdolności do empatii i kompromisu. Nie łączą się z ryzykiem usłyszenia bezpośrednich i krytycznych komentarzy na temat naszych spontanicznych zachowań. Jedynym ryzykiem jest to, że znikniemy z sieci, ale też w sytuacji braku rzeczywistych związków to perspektywa naprawdę przerażająca.

Sieć nie jest też wolna od transakcji.
Na domiar złego można łatwo ulec pokusie sprzedawania sieciowej, nieskrępowanej, wolnej i spontanicznej twórczości i tożsamości. Piszemy atrakcyjnego bloga, wielu go czyta i poleca, więc szybko pojawia się reklamodawca, który chce na stronie umieścić baner. A potem ktoś inny proponuje product placement. Wtedy nasza autentyczność w sieci stanie się kompletną mistyfikacją. Ilu blogerów za pieniądze zachwala jakieś ubrania, restauracje, samochody czy rowery? Komercja rządzi siecią w znacznie większym stopniu, niż nam się zdaje.

Wracając do tego, co można kupić i co chcielibyśmy mieć. Z badań wynika, że za bliskością nie tęsknią ci, którzy mają pieniądze. Oni wolą ubezpieczenia, lokaty i kredyty.
Ci, którzy nie odczuwają tęsknoty za autentycznymi i bliskimi związkami z ludźmi, z pewnością „zamulają się” jakimś erzacem. Im bardziej będziemy bezradni w nawiązywaniu więzi i budowaniu relacji, tym większa będzie nasza potrzeba ubezpieczania się na wszystkie możliwe sposoby i ewentualności. Wiadomo, że rozbudowana rodzina najefektywniej zwiększa poczucie bezpieczeństwa, które jest naszą wrodzoną potrzebą. Ale my takich rodzin nie mamy, nie mamy więc poczucia bezpieczeństwa i dlatego tak wiele reklam odwołuje się do niej, wmawia nam, że potrzebujemy ciągle czegoś nowego dla zapewnienia go sobie.

Najlepszym konsumentem jest więc singiel.
Na to wygląda. Bo człowiek im bardziej samotny, tym bardziej uzależniony od rozmaitych produktów, w tym od produktów ubezpieczeniowych. Realizując się tylko w pracy i w sieci, resztę rzeczy musimy sobie kupić. A więc musimy sobie kupić bezpieczeństwo – w postaci kamer, płotów, drzwi przeciwwłamaniowych i ochroniarzy, a także ubezpieczeń, lokat, kart kredytowych i prawników. Musimy sobie kupić rzeczywisty kontakt z drugim człowiekiem: zrozumienie, dyskrecję, lojalność i wsparcie – w postaci coachingu, mentoringu lub psychoterapii. Iluzję bycia ważnym i obdarzonym szacunkiem możemy nabyć w drogich hotelach i restauracjach. Iluzję przynależności kupujemy, słono płacąc za członkostwo w ekskluzywnych klubach. A iluzję bliskości, zachwytu, oddania, wdzięczności, intymności i miłości – na bogatym rynku usług seksualnych. W Japonii są domy publiczne, w których można sobie kupić dowolny typ relacji seksualnej, w dowolnych przebraniach i dekoracjach. Witająca cię tam osoba jest o wiele bardziej przewidywalna niż współmałżonek, a nawet kochanka. Zawsze powie to, czego zażyczył sobie klient w skrupulatnie opracowanym scenariuszu: że kocha, że tęskni, że nie może żyć bez niego, że pragnie. Bardziej przewidywalny i bezpieczny może być już tylko robot zaprogramowany na zaspokajanie naszych niedojrzałych i neurotycznych potrzeb. I nic nie musimy już z siebie dawać poza opłacaniem rachunków.

Tak konsumowana samotność kosztuje dużo. Więcej niż rodzina i dzieci. Ale mimo że nie zaspokaja ważnych potrzeb, ma dla coraz większej liczby ludzi nieodparty urok. Może dlatego, że zaspokaja naszą wrodzoną potrzebę, którą jest... lenistwo.

A może to postęp? Relacje w sieci, pieniądze na ubezpieczenie. I po co zawracać sobie głowę prawdziwą miłością czy przyjaźnią?
Rynek z pewnością byłby zadowolony. Ale na szczęście ludzie mają świadomość i niezbywalne potrzeby psychiczne. Potrzeby bycia ważnym, wybranym, upragnionym, szanowanym, bezpiecznym i kochanym w realnych związkach nie da się na dłuższą metę oszukać. Tylko do czasu możemy śnić zbiorowy sen konsumpcyjnego spełnienia i bezpieczeństwa. Prędzej czy później nasze niezaspokojone potrzeby nas obudzą. Nawet gdy się ich wyprzemy, to się odezwą w postaci dolegliwości i chorób ciała. A wtedy nie pozostanie nam nic innego, jak kupić sobie robota pielęgniarkę.

Co się dzieje z dziećmi, które patrzą na to, co wyczyniamy?
Jeśli widziały tylko nasze plecy pochylone nad laptopami, to z pewnością nie odczuwają z nami silnej więzi. Młoda, inteligentna, nowoczesna matka powiedziała mi niedawno, że jest entuzjastką maksymalnej ilości dodatkowych zajęć dla dzieci, bo to odciąga je od komputera. W trakcie rozmowy okazało się, że w domu sama spędza wiele godzin przy laptopie, bo to część jej pracy, i nie ma czasu ani pomysłu na robienie czegokolwiek z synkiem. Nawet relacje z dziećmi nabierają charakteru transakcji: „Ja ci opłacam wiele atrakcyjnych zajęć dodatkowych, dostarczam to, co najlepsze na rynku dziecięcych warsztatów rozwojowych, i muszę na to wszystko zarobić. Ty nie zawracaj mi więc głowy. Masz być fajnym dzieckiem, którym się mogę pochwalić i które szybko się uniezależni i zacznie robić karierę”. I nikt już nie pyta o bliskość, miłość, wdzięczność i szczęście.

Jak ratować siebie i swoje dzieci?
Postawić na budowanie relacji – dawać im nasz własny czas i uwagę, a nie czas i uwagę kupione dla nich od innych. Najtrudniejszym testem sukcesu w tej sprawie jest zdolność potomstwa do opieki nad chorymi i starzejącymi się rodzicami. Ale im bardziej zaawansowany technologicznie kraj, tym gorzej dzieci zdają ten test. Tam kultura transakcji najskuteczniej wypiera kulturę relacji. Powstają ogromne luksusowe getta kampusy dla starych ludzi, świetnie obsługiwanych przez fachowców, ale... Ich lokatorów nikt nie odwiedza. Bo dzieci kultury transakcyjnej swoje zobowiązania wobec rodziców realizują w zgodzie z tym, czego się od nich nauczyły: „Organizuję wam opiekę, rehabilitację i warsztaty rozwojowe dla seniorów. Muszę na to zarobić i kontynuować moją karierę. Nie zawracajcie mi więc głowy i bądźcie grzecznymi staruszkami”. Warto pamiętać, że dzieci są jak walizka: co włożysz, to wyjmiesz.

Pieniądze pomagają nam pokonać lęk, samotność. A więc może przytulanie tych, którzy wszystko przeliczają, sprawi, że przestaną myśleć tylko o kasie?
Dobra intuicja. Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje. Stąd coraz większe powodzenie coachingu, mentoringu, treningów interpersonalnych, szkoleń i warsztatów rozwijających miękkie, psychologiczne kompetencje, a także grup terapeutycznych i psychoterapii indywidualnej. Wprawdzie wygląda to na kupowanie relacji, ale dla wielu to konieczny początek uświadomienia sobie prawdziwych potrzeb. Dzięki inwestycji w relacje możemy się obudzić z odrętwienia i poczucia pustki, przypomnieć sobie z całą mocą, że prawdziwe i głębokie związki z ludźmi są naszym największym kapitałem i zabezpieczeniem. Ci, którzy choć raz doświadczyli, że to nasycony uwagą czas spędzany z bliskimi jest największym dobrem, zawsze o tym będą pamiętać.

  1. Retro

Była miłością życia Johnny’ego Casha, a stała się „tą drugą” – prawdziwa historia Vivian Liberto

Małżeństwo Johnny'ego Casha i Vivian Liberto trwało 13 lat. Para rozwiodła się w 1966 roku. Na wieść o śmierci muzyka w 2003 roku Vivian zareagowała następującymi słowami: „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być”. (Fot. materiały prasowe)
Małżeństwo Johnny'ego Casha i Vivian Liberto trwało 13 lat. Para rozwiodła się w 1966 roku. Na wieść o śmierci muzyka w 2003 roku Vivian zareagowała następującymi słowami: „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być”. (Fot. materiały prasowe)
Z miłości życia Johnny’ego Casha stała się „tą drugą”. Żyła w cieniu sławnego muzyka, samotnie wychowując jego córki, gdy ten jeździł w trasę i korzystał z uroków życia. W opinii publicznej funkcjonowała jedynie jako dodatek do męża. Jaka była naprawdę? Czy rzeczywiście zawistna i zazdrosna? Oto prawdziwa historia Vivian Liberto.

Choć znał tylko cztery akordy, był niekwestionowaną ikoną muzyki country. Johnny Cash przez życie szedł zygzakiem, najczęściej pod prąd. Miał mentalność wyrzutka i zbaczał z każdej drogi. „Był dokumentnie pokręcony, ale walczył ze sobą” – wspominali koledzy z zespołu. Do tego miał słabość do kobiet, dla których był pociągający nie tylko jako muzyk, ale też mężczyzna o wizerunku buntownika.

Historia miłości Johnny’ego Casha i June Carter jest tak bajkowa, że wydaje się aż niemożliwa. A jednak – spotkali się na scenie, oboje po przejściach, zakochali się w sobie od razu. Potem on przeszedł duchową przemianę. Ludzie ich uwielbiali. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla Vivian Liberto, zapomnianej pierwszej żony Casha i matki jego czwórki dzieci: córek Rosanne, Kathy, Cindy i Tary? Samotnej we własnym domu, okaleczonej psychicznie, zmagającej się z niekończącymi się obowiązkami, natrętnymi fanami pukającymi do drzwi, a także wieczną nieobecnością i uzależnieniami męża. Teraz, gdy ludzie dopiero zaczynają słuchać pokrzywdzonych kobiet, jest najlepszy czas, aby opowiedzieć jej historię, bo prawdziwe życie Vivian było romantyczne i oszałamiające, trudne i ważne, a przy tym niezwykle filmowe.

Urodziwa Teksanka Vivian Liberto od razu przykuła uwagę Johnny'ego Casha. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. (Fot. materiały prasowe)Urodziwa Teksanka Vivian Liberto od razu przykuła uwagę Johnny'ego Casha. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. (Fot. materiały prasowe)

„Nigdy nie przestanę Cię kochać”

Vivan Liberto przyszła na świat 23 kwietnia 1934 roku w San Antonio w Teksasie. Jej rodzice, Tom i Irene, pochodzili z Sycylii. Ojciec był niezwykle surowym, zdewociałym katolikiem, a matka uzależnioną od alkoholu gospodynią domową. Z tego względu Vivian musiała szybko dorosnąć: zajmować się domem, gotować, sprzątać. Robić wszystko to, czego nie była w stanie zrobić jej mama. Gospodarowania nauczyła się natomiast w katolickiej szkole dla dziewcząt im. Saint Mary w San Antonio. Ciężkie dzieciństwo było jednak dopiero początkiem…

Liberto i Cash poznali się na torze wrotkowym w 1951 roku, gdy Vivian miała 17 lat, a Johnny był młodym adeptem Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych stacjonującym przez krótki czas w San Antonio. Brunetka z ciemnymi oczami od razu przykuła jego uwagę. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Zaczęli razem jeździć, flirtować, a potem odprowadził ją do domu. Młody, przystojny chłopak w mundurze zrobił na Vivian ogromne wrażenie.

Widywali się przez 3 tygodnie, zanim Johnny został wysłany do Niemiec Zachodnich. Wtedy zaczęli pisać do siebie listy, niemalże codziennie. Byli wręcz zamroczeni miłością. „Moja Najdroższa”, „Mój Aniele”, „Moja Kochana”, „myślę o tobie dzień i noc”, i tak bez końca… Później uczucia przekazywali sobie na taśmach. Johnny nagrywał piosenki, nad którymi pracował. „Czy jestem jedynym, który będzie Cię miał do końca świata? Czy będzie inny kochanek, który skradnie miłość, która jest moja?” – śpiewał. Jedna z wiadomości szczególnie chwyciła Vivian za serce:

„Witaj, Vivan. Jak się ma moja ukochana? Ja mam się dobrze, ale jak zwykle tęsknie za Tobą… Ja zawsze bardzo za Tobą tęsknię, Viv. To nie to samo, co bycie z Tobą, ale chcę powiedzieć Ci kilka rzeczy. Najważniejsze jest to, że Cię kocham. Tak, Vivian, bardzo Cię kocham. Już niedługo, będziemy razem na zawsze. Nie będziemy już dłużej liczyć dni. Trzymaj te drogocenne listy, dopóki nie będziemy razem. Tak wiele dla mnie tutaj znaczą. Będę o Tobie myślał, póki znów nie będziemy razem i nigdy nie przestanę Cię kochać. Kocham Cię, Vivian”.

Zaręczyny również odbyły się listownie. Johnny wysłał nawet pierścionek. Gdy po tysiącach listów i długim rozstaniu wrócił do domu, było to dla nich wielkim przeżyciem. Desperacko chcieli być razem i się pobrać. Ślub odbył się 7 sierpnia 1954 roku w San Antonio. Wydali na niego wszystkie oszczędności, a potem pojechali na miesiąc miodowy do Memphis, gdzie również się przeprowadzili. Johnny otrzymał wtedy ofertę pracy w fabryce samochodów. Kolega miał gitarę, więc zaczęli się spotykać i grać. Codziennie pojawiali się również w wytwórni Sun Records u Sama Phillipsa, dopóki ten ich nie wysłuchał.

Zaraz po ślubie Vivian zaszła w ciążę. Gdy zamieszkali w małym mieszkaniu w Memphis byli bardzo biedni. Nie mieli nawet pieniędzy na jedzenie. Vivian zawsze podkreślała, że były to najtrudniejsze, ale również najlepsze, najszczęśliwsze czasy w jej życiu. Sielanka nie trwała jednak długo. Miesiąc po przyjściu na świat Rosanne ukazał się pierwszy album Casha i wszystko się zaczęło. Johnny zaczął koncertować i jeździć w trasy. Gdy pierwszy raz wyjechał, Vivian była przerażona wizją, że zostanie sama w domu z dzieckiem. Ponadto, 6 tygodni po porodzie zaszła w ciążę z Kathy. Zawsze mówiła, że chce mieć szóstkę dzieci, jednak to, co działo się wokół zaczęło ją przytłaczać. „Jak sobie poradzę z dwójką niemowlaków?” – zastanawiała się.

Nagle zrodziła się ogromna sława, a Johnny Cash stał się jedną z największych nowych gwiazd muzyki country. Był bardzo popularny, prawie jak Elvis, z którym stawiano go w jednym szeregu. Nastąpił klasyczny efekt śnieżnej kuli, wszystko działo się niesamowicie szybko. Pierwszy wielki hit Casha, „I Walk The Line”, piął się na listach przebojów. Tekst opowiadał o miłości do Vivian: „Masz sposoby, aby mnie zatrzymać przy sobie. Dajesz mi powody do miłości, której nie mogę ukryć. Dla Ciebie spróbowałbym nawet odwrócić bieg rzeki. Jesteś moja, dlatego nie zbaczam z kursu”.

Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Stan ten trwał przez dość długi czas. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. Wszystko było bardzo napięte, ale mimo tras i prób Johnny znajdował czas dla rodziny. W 1957 roku małżeństwo Cashów opuściło Memphis i przeprowadziło się do Encino w Kalifornii, w dolinie Los Angeles. Ich trzecia córka Cindy miała wtedy kilka miesięcy, a Johnny dostał propozycję zagrania w filmie „Pięć minut na życie”. Jego menadżer wymyślił, że wejście w kino będzie kolejnym krokiem w jego karierze. Film nie odniósł jednak sukcesu, a Cash nie sprawdził się jako aktor. Mimo to, rodzina została w LA. Vivian myślała wtedy, że gdy przeprowadzą się do Kalifornii, mąż będzie występował w telewizji, grał w filmach i wracał co noc do domu. Rzeczywistość okazała się nieco inna. Johnny chodził na obiady z szefami, potem robił program w TV, trasę i dodatkowo promował siebie. Australia, Tasmania, Nowa Zelandia, Alaska, Pitticollac Cove – co chwilę nowe miejsce. Miała męża który był bardzo sławny i podróżował, a ona zostawała w domu z dziećmi – kompletnie sama, bez żadnej pomocy. Było jej wtedy niezwykle trudno. Ponadto nie była przygotowana na taki rozgłos i uwagę publiczną. Była skromną dziewczyną, której zależało na życiu rodzinnym. Jej system przyjmował sławę jako upokorzenie.

Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. (Fot. materiały prasowe)Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. (Fot. materiały prasowe)

Raj, który zamienił się w piekło

Kolejnym etapem w ich życiu było zamieszkanie w małej wiosce Casitas Springs. W 1961 roku zbudowali ogromny, odizolowany od świata dom na wzgórzu, pośrodku niczego. Był to wiejski zamek ukryty przed ludźmi, a wokół otaczały ich biedne domki niższej klasy średniej. Vivian była wtedy w ciąży z Tarą, którą urodziła tuż przed przeprowadzką. Poród był niezwykle trudny. Mówiła, że już nie chce mieć więcej dzieci. Była w szpitalu kilka dni, a gdy wróciła do domu, Johnny znów pojechał w trasę. Kolejny raz została sama, tym razem już z czwórką dzieci. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. Pewnego dnia wrócił, ale nie był sobą. To był początek jego uzależnienia od narkotyków i alkoholu.

Relacje Johnny’ego i Vivian znacznie się pogorszyły. On wracał do domu później niż obiecywał, najczęściej nad ranem i pod wpływem środków odurzających. Ona wykorzystywała spóźnienia przeciwko niemu. Wtedy zaczynały się kłótnie. W ich życiu pojawiła się również June Carter, a Johnny zaczął coraz bardziej oddalać się od żony i dzieci. Wszyscy widzieli, że po prostu szuka sposobu, aby odejść na dobre. Wyjeżdżał na coraz dłuższy czas, praktycznie w ogóle nie było go w domu. Mijały urodziny dzieci, rocznice ślubu, święta, a on się nie pojawiał. Gdy przyjeżdżał po długiej nieobecności, dochodziło do starć. Pojawiły się też niezauważalne wcześniej różnice. Vivian była wściekła, nie chciała być już cichą kurą domową, a Johnny nie znosił kłótni.

Vivian zamknęła się w sobie. Zaczęła się bać, że straci męża, co przerodziło się w ogromny lęk i niechęć. Niewiele jadła, praktycznie cały czas spała, zamartwiała się, traciła na wadze, wypłakiwała oczy. Zgryzota prowadziła ją prosto ku śmierci. Nie wiedziała jak znaleźć Johnny’ego, żeby z nim porozmawiać. Można było zadzwonić do kolegów z zespołu lub kogoś z kim współpracuje – był to jedyny sposób na kontakt. Starała się być silna, ale jednocześnie rozpadała się w środku. Bywała wściekła, przerażona, niespokojna, porażona żalem. W domu brakowało poczucia bezpieczeństwa, panował chaos. Nie było wychowania, tylko ciągła obawa, że Vivian sobie coś zrobi. „Kiedy wracałam ze szkoły, zastanawiałam się, czy mama jeszcze żyje. To było popieprzone. Tak nie powinno się wychowywać dzieci” – wspominają córki, dla których był to wyjątkowo mroczny czas.

Gdy Johnny wyruszał w trasę koncertową, Vivian zostawała sama z dziećmi. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. (Fot. materiały prasowe)Gdy Johnny wyruszał w trasę koncertową, Vivian zostawała sama z dziećmi. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. (Fot. materiały prasowe)

Trudnym momentem w życiu Vivian był również rok 1965, kiedy Johnny został aresztowany w El Paso za posiadanie narkotyków. Pigułki znaleziono w futerale na gitarę. Vivian poszła z nim do sądu, a gdy wychodzili z budynku, ktoś zrobił im zdjęcie, które trafiło na okładki gazet. Wtedy zaczęły się plotki o tym, że Vivian jest czarnoskóra. Na południu w latach 60. poślubienie czarnej kobiety było niedopuszczalne. Małżeństwo walczyło więc z nienawiścią i prześladowaniem. Odwołano nawet wszystkie koncerty Casha, więc aby móc występować, muzyk musiał sądownie udowodnić, że Vivian jest kobietą rasy kaukaskiej.

Cała ta sytuacja dotknęła jej najgłębszych ran, które tkwiły w niej od dzieciństwa. Znowu przestała sypiać. Pewnego dnia powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. W 1966 roku złożyła pozew o rozwód z nadzieją, że Johnny wróci do domu. Myślała, że mąż w końcu się opamięta, ale wszystko obróciło się przeciwko niej – ku jej zaskoczeniu zgodził się bez zastanowienia. Po 13 latach małżeństwo Cashów dobiegło końca.

„Miała wybór: położyć się i umrzeć, albo iść dalej – wybrała to drugie”

W 1968 roku zaczęła życie na nowo. Nie wiadomo skąd miała na to siłę. Znalazła dom w dobrej lokalizacji, ponownie wyszła za mąż. Jej wybrankiem został Dick Distin, policjant z Kalifornii, przy którym w końcu czuła się bezpiecznie i mogła mieć wszystko pod kontrolą. Dobrze wiedziała, że prędzej czy później Johnny poślubi June, dlatego ona chciała zrobić to pierwsza. Po prostu nie mogła być sama. W tym czasie rozwijała pasje: taniec, ogrodnictwo, malarstwo. Organizowała spotkania i przyjęcia dla rodziny i przyjaciół, żyła pełnią życia. Najważniejsze było mieć zajecie, bo gdy była zajęta, nie myślała. „Radzę sobie lepiej, kiedy o pewnych sprawach nie myślę” – mówiła.

Pewnego dnia Vivian powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. (Fot. materiały prasowe)Pewnego dnia Vivian powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. (Fot. materiały prasowe)

Po rozwodzie dla ludzi stała się nikim, przestano ją dostrzegać. Opinia publiczna przedstawiała ją jako kobietę, którą Johnny musiał zostawić, żeby się ratować, oczyścić i rozpocząć nowe, lepsze życie u boku June Carter, z którą ożenił się w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. To właśnie June była tą, która uratowała go od narkotyków. To z nią dzielił miłość do muzyki, występował, jeździł w trasę. Publiczność ich uwielbiała, a program „The Johnny and June Show” był niezwykle popularny, natomiast Vivian popadła w zapomnienie. „Nie potrafiła pomóc ani sobie, ani Johnny’emu”, „Inna kobieta pomogła mu wyjść z choroby gorszej niż rak” – pisano w gazetach.

Podczas wywiadów Carter mówiła, że mają siódemkę dzieci. Tak naprawdę mieli tylko syna, Johna. June miała jeszcze dwie córki z poprzedniego małżeństwa, Carlene i Rosie. To bolało Vivian najbardziej. Wychowanie dziewczynek było dla niej ogromnym wysiłkiem, robiła to całkiem sama, bez niczyjej pomocy. Było jej ciężko słuchać, jak nowa żona jej byłego męża najzwyczajniej w świecie przywłaszcza sobie jej dzieci. Do tego nie mogła nic zrobić, nie miała jak tego sprostować opinii publicznej. Zawsze mawiała: „Zobaczycie, pewnego dnia napiszę książkę”. June mogła bez końca mówić mediom „To są nasze dzieci”. Vivian nie miała tego przywileju, a bardzo zależało jej na tym, aby ludzie widzieli w niej matkę, dostrzegli jej rolę. Pozwalając June mówić tak, Johnny ponownie łamał Vivian serce.

W późniejszych latach Vivian starała się żyć pełnią życia. Mieszkała w Venturze, często widywała się z córkami i ich rodzinami. Była pełna energii, ale już dawno straciła radość życia. Nie śmiała się, widać było, że cierpi. Było jasne, że nadal kocha Johnny’ego, i tylko jego. Zawsze go kochała. I nigdy o nim nie zapomniała, a jej obecny mąż dobrze o tym wiedział. Gdy 15 maja 2003 roku zmarła June, Vivian spotkała się z Johnnym, aby poprosić go o zgodę na napisanie i publikację książki. Chciała w końcu opowiedzieć światu swoją historię. „Powinnaś to zrobić” – powiedział. Cieszyła się, że uzyskała jego aprobatę, bo wiele dla niej znaczył.

Kilka miesięcy później Johnny dołączył do June, a Vivian ponownie doświadczyła straty na oczach całego świata. „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być” – mówiła. W tym czasie można było odczuć, że ludzie woleliby wymazać ją z życiorysu męża. Było to dla niej podwójnie trudne.

Johnny Cash poślubił June Carter w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. (Fot. BEW Photo)Johnny Cash poślubił June Carter w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. (Fot. BEW Photo)

„Wybaczyłam Johnny’emu i June”

W książce „I Walked The Line”, którą napisała pod koniec życia, wybaczyła byłemu mężowi i jego drugiej żonie. Zmarła po nieudanej operacji na raka płuc. W końcu stała się wolna – od cierpienia, poniżenia, smutku, żalu, odrzucenia i tego wszystkiego co ją spotkało. Odeszła kochając Johnny’ego całym sercem. Mówiła, że nigdy nikogo nie kochała tak jak jego. „Kochała do szaleństwa, była wspaniałą przyjaciółką. Była zdyscyplinowana, zawzięta i kreatywna. Próbowała różnych rzeczy, dzięki którym czuła się potrzebna i ważna dla świata, była niesamowitą kobietą z talentami i apetytem na życie” – wspominają córki.

Jesienią 2005 roku miała odbyć się premiera głośnego „Spaceru po linie” z Joaquinem Phoenixem i Reese Whiterspoon w rolach głównych. Film portretuje Vivian niezgodnie z rzeczywistością, jako tę okrutną, zawistną i zazdrosną. Tę niestabilną psychicznie, która miała wieczne pretensje do męża i stała mu na drodze do szczęścia. Vivian przeczuwała, że produkcja nie postawi jej w dobrym świetle i dlatego chciała stąd zniknąć. „Film przedstawiał ją inną niż była, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek próbował ją wcześniej poznać”, „Ten film by ją zabił” – mówiły rozgoryczone córki.

Prawdziwą pamięć o Vivian Liberto Cash Distin przywraca dokument „Moja kochana Vivian” w reżyserii Matta Riddlehoovera, który od niedawna można obejrzeć w kinach. Jest to historia opowiedziana z perspektywy czterech córek Cashów: Rosanne, Kathy, Cindy i Tary, które dzielą się z widzami swoim spojrzeniem na ówczesne rodzinne problemy. Mówią o emocjach, miłości, samotności i strachu, przedstawiając relację rodziców z zupełnie nowej, nieznanej ludziom perspektywy. Zabierają widzów w romantyczną, ale również niezwykle traumatyczną podróż po doświadczeniach kobiety, która w świadomości ludzi przez długi czas funkcjonowała jedynie jako dodatek do sławnego męża.

"Historia mojej matki często była gubiona lub interpretowana w sposób błędny, służący mitowi" – mówi najstarsza córka Cashów, Roseanne. "Ten film, opowiadający o prawdziwej Vivian Liberto, a nie jej hollywoodzkiej wersji, jest bolesny, a jednocześnie pełen współczucia, rozdzierający, ale prawdziwy. Pomimo tego, że ogromnie chroniła swoją prywatność, myślę, że pragnęła, aby jej historia została opowiedziana, a jej miejsce w historii mojej rodziny zostało uznane z szacunkiem i miłością” — dodaje.

  1. Moda i uroda

#cottagecore – Maria Antonina z Instagrama 

Erdem, lato 2021 (Fot. Imaxtree)
Erdem, lato 2021 (Fot. Imaxtree)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Modna od kilku sezonów estetyka lat 70. XX w., inspiracja folklorem, docenianie rękodzieła oraz zwrot ku modzie odpowiedzialnej sprawiły, że niszowy cottagecore, o którym do niedawna wiedziały jedynie młode użytkowniczki mediów społecznościowych, stał się jednym z najgorętszych trendów sezonu.  

Długie sukienki z bufkami i kwadratowym dekoltem, wyplatane koszyki, kapelusze z szerokim rondem oraz drewniaki, a to wszystko na tle leśnej polany, łanów zboża, świeżo wypieczonego chleba i truskawek zebranych z przydomowego ogródka…

Cottagecore - pragnienie spokojnego i prostego życia

Cottagecore (znany również pod nazwami Farmcore i Countrycore) to prężnie rozwijający się w social mediach trend, którego estetyka została zainspirowana romantyczną interpretacją wiejskiego stylu życia, harmonią z naturą, baśniowymi podaniami i ludowymi wierzeniami. Wielu ekspertów zajmujących się analizą trendów zauważyło, że popularność cottagecore jest z jednej strony spowodowana rosnącym sprzeciwem wobec zasad kapitalistyczno-konsumpcyjnego społeczeństwa, z drugiej związana jest ze wzrostem zainteresowania zrównoważonym rozwojem i wellness. Koncepcja cottagecore odzwierciedla pragnienie spokojnego i prostego życia z dala od technologii i zgiełku wielkich miast, choć życie cottagecore toczy się przede wszystkim w mediach społecznościowych. Trend, który zachęca do powrotu do bardziej tradycyjnych aktywności i cyfrowego detoksu największą popularnością cieszy się na na platformach społecznościowych takich jak TikTok czy Instagram (tag #cottagecore został użyty ponad dwa miliony razy).

Rodarte, lato 2021 (Fot. Imaxtree)Rodarte, lato 2021 (Fot. Imaxtree)

Beccaria, lato 2021 (Fot. Imaxtree)Beccaria, lato 2021 (Fot. Imaxtree)

Wygląda na to, że cottagecore wyraża tęsknotę za prostym życiem i powrotem do korzeni, niż faktyczną chęć odcięcia się od nowoczesnej technologii i udogodnień. Nic dziwnego, że cottagecore zaczął zdobywać ogromną popularność w 2020 roku, gdy w trakcie globalnego lockdownu tempo życia nagle zwolniło, a większość chciała przenieść się do świata, w którym jedynymi obowiązkami były pielęgnacja ogrodu czy pieczenie ciasta. Wielu miłośnikom trendu spodobał się przede wszystkim ekologiczny aspekt cottagecore: popularyzowanie zakupów z drugiego obiegu, własnoręczne wytwarzanie kosmetyków, uprawa przydomowego ogródka, pieczenie chleba, wspieranie rękodzielników i rzemieślników, etyczna moda i lokalna produkcja.

Cottagecore - z Instagrama na wybiegi

Jak w przypadku każdego innego trendu, wykreowanego przez ulice, czy media społecznościowe, cottagecore został zauważony przez znane domy mody i szybko zagościł na wybiegach wiosna/lato 2021. Aby przekonać się, że cottagecore przestał być niszowym trendem popularnym wśród młodych użytkowniczek TikTok czy Instagrama, wystarczy spojrzeć na ostatnie kolekcje takich projektantów jak Ann Sui, Batsheva, Ulla Johnson, Molly Godard czy Erdem. W ostatnim czasie powstało też wiele nowych marek, które doskonale wpisują się w kategorię cottagecore i oferują sukienki - zwiewne, baśniowe, uszyte z naturalnych tkanin, z bufiastymi rękawami, marszczonymi kwadratowymi dekoltami i falbanami, inspirowane modą regencyjną i serialem “Bridgerton”. Modne są sukienki gładkie i proste, przypominające XIX-wieczne koszule nocne oraz sukienki wzorzyste (najbardziej pożądane wzory to oczywiście motywy roślinne, ale także kratka Vichy i groszki). Nieodłącznym elementem estetyki cottagecore są wyplatane dodatki - słomkowe kapelusze z szerokim rondem i koszyki w stylu Jane Birkin, barwne chusty wiązane na włosach tak, jak robiła to Michalina Wisłocka i aksamitne kokardy, wianki wyplatane z kwiatów, sznurowane trzewiki albo drewniaki. Najpopularniejszymi markami cottagecore są między innymi Hill House Home, Doen, Cia Lucia, Christy Dawn, Mie, Sea New York i Campo Collection.

Za pierwszą ikonę trendu cottagecore uważana jest dziś Maria Antonina, która pod koniec XVIII w. zleciła budowę Hameau de la Reine, rustykalnej posiadłości na terenie parku pałacowym Wersalu, inspirowanej naturalizmem w sztuce i architekturze oraz filozoficznym trendom ukształtowanym pod wpływem hasła "powrotu do natury" głoszonego przez szwajcarskiego filozofa Jean-Jacques Rousseau. Kompleks budynków inspirowanych flamandzką i normańską architekturą oraz przylegająca do niego łąka z jeziorem, zaprojektowany został przez ulubionego architekta królowej, Richarda Mique'a oraz malarza Huberta Roberta. Na terenie Hameau de la Reine znajdowały się budynek gospodarczy, (gospodarstwo miało produkować jajka dla królowej), mleczarnia, gołębnik, buduar, stodoła, młyn i wieża w kształcie latarni morskiej. Dziś brakuje dowodów, które jednoznacznie wskazywałyby, że Maria Antonina czy jej dworzanie przebywający na terenie Hameau de la Reine, przebierali się w stroje chłopów, pasterzy czy rolników. Wiadomo na pewno, że rustykalna i idylliczna posiadłość stała się ulubionym miejscem królowej, w której organizowane były kameralne przyjęcia.

  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku odnaleźć własną drogę?

Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
W trosce o przyszłość dzieci wielu rodziców wywiera na nich presję wyboru studiów, które zagwarantują im dobrą pracę. Tymczasem miniony rok pokazał iluzoryczność takiego podejścia. Jak zatem wspierać dziecko w planowaniu jego przyszłości? O wskazówki poprosiliśmy wykładowcę akademickiego i pisarza Mikołaja Marcelę.

Rok temu rozmawialiśmy o tym, jak mądrze wspierać decyzje nastolatków dotyczące wyboru zawodowej drogi. Jak pandemia zmieniła twoją perspektywę?
Pandemia zmieniła sposób, w jaki patrzymy na wiele kwestii. To, co wydawało się niemożliwe jeszcze rok temu, zostało wprowadzone w życie z dnia na dzień: zdalna edukacja, zdalna praca na szeroką skalę, przeniesienie naszego funkcjonowania do sieci w jeszcze większym stopniu niż wcześniej. To doświadczenie wywrze wpływ na kształt rynku pracy, a przez to na myślenie o wyborze zawodowej drogi życiowej. Pandemia nauczyła nas, że – by przypomnieć słowa amerykańskiego futurologa Alvina Tofflera – w XXI wieku najważniejszą zdolnością w pracy i poza nią będzie zdolność do uczenia się, oduczania i uczenia się na nowo. Warto więc wspierać młodych ludzi w ich wyborach i tworzyć im warunki do wyrabiania w sobie tej zdolności.

W jaki sposób?
Pozostawiając im jak największą autonomię działania, wspierając, gdy zajdzie taka potrzeba, i prowadząc z nimi otwarty dialog. Próba planowania młodym ludziom ich przyszłości z pewnością nie jest najlepszym rozwiązaniem. Jak widzieliśmy w ostatnim czasie, jedno wydarzenie może bardzo poważnie zmienić kształt naszej rzeczywistości. Do tego dochodzą takie procesy, jak postępująca automatyzacja i rozwój uczenia maszynowego, które jeszcze bardziej namieszają w świecie w najbliższych latach. Jeśli jednak ktoś podąża za tym, co budzi jego entuzjazm i co ma dla niego sens, odnajdzie się w każdych warunkach. I w tym przede wszystkim powinno się pomagać młodym ludziom.

Teoria autodeterminacji sugeruje, że mamy trzy podstawowe potrzeby psychiczne: kompetencji, autonomii i bycia z innymi ludźmi. Jeśli są one zaspokojone, jesteśmy zmotywowani, produktywni i szczęśliwi. Jeśli nie możemy ich zaspokajać, jesteśmy zdemotywowani, nieefektywni w działaniu i nieszczęśliwi.

Wrócę jeszcze do pandemii i wynikających z niej ograniczeń kontaktów. Czy dla młodzieży naprawdę dużo się w związku z tym zmieniło, czy jako dorośli wyolbrzymiamy problem?
Zmieniło się bardzo dużo. U niektórych są to zmiany na lepsze, u niektórych na gorsze. Ograniczenie kontaktów źle zniosły osoby, które są ekstrawertyczne, to musiał być dla nich duży problem, choć myślę, że wielu nastolatków sobie całkiem dobrze poradziło, patrząc na młodych ludzi w okolicach, w których mieszkam. Na dobre wyszło to tym, którzy męczyli się w szkole.

Czyli komu?
Na przykład introwertycy – dla nich to pewnie świetny czas. Myślę, że skorzystały również osoby, które mają w domu przestrzeń do samorozwoju i których rodzice mają mało rygorystyczny stosunek do edukacji. Znam wielu młodych ludzi, którzy w ostatnich miesiącach odkryli nowe zainteresowania, podjęli się projektów, które odkładali, bo nigdy nie było na nie czasu.

Największy wpływ pandemia ma jednak na edukację jako taką. Jestem przekonany, że po jej zakończeniu nie będzie już powrotu do dawnej szkoły. I dobrze.

Uważasz, że szkoła cyfrowa to błogosławieństwo? Znam opinie, że to przekleństwo...
Jak dla mnie błogosławieństwo, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. Przeniesienie „modelu pruskiego” do Internetu to koszmar – zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów. Siedzenie po siedem godzin przed ekranem i słuchanie przemawiających nauczycieli nie ma oczywiście żadnego sensu i jest stratą czasu. Natomiast wykorzystanie możliwości, jakie daje edukacja cyfrowa, konkretnych narzędzi i zasobów w sieci – to już zupełnie inna historia.

Zresztą powinniśmy zacząć zupełnie inaczej myśleć o Internecie i świecie cyfrowym w kontekście edukacji, i nie tylko. Temu zagadnieniu razem z Zytą Czechowską, Nauczycielką Roku 2019, poświęciliśmy naszą nową książkę „Jak nie zgubić dziecka w sieci. Rozwój, edukacja i bezpieczeństwo w cyfrowym świecie”.

I jak widzicie nastolatki? Czy życie online ograniczyło ich zainteresowania?
Nie sądzę. Młodzi ludzie już od dawna nie dzielą świata na ten online i ten offline. Uczą się i rozwijają swoje zainteresowania dzięki Instagramowi czy Redditowi, oglądając filmy na YouTubie, słuchając piosenek i podcastów na Spotify. I grają w gry, gadając przy tym na Discordzie. Warto mieć to wszystko na uwadze, kiedy krytykujemy młodzież za to, że siedzi zbyt długo w Internecie. Podobnie jak należy pamiętać o korzyściach, jakie płyną chociażby z gier komputerowych. W ostatnich dekadach bardzo często demonizowaliśmy wpływ gier na umysły młodych ludzi, niemniej grając w nie, uczą się bardzo wielu rzeczy.

Czas okołomaturalny to moment, gdy rodzice szczególnie wywierają wpływ na decyzje dotyczące przyszłości nastolatków. Teraz, gdy siedzimy w domach, cierpliwości do siebie mamy coraz mniej. Czy którymkolwiek rodzicom udaje się w ogóle powstrzymać od sterowania dziećmi?
Myślę, że nawet całkiem sporej grupie rodziców to się udaje. Nie widzę żadnego sensu w wywieraniu presji w takich kwestiach. W poprzednich książkach pisałem sporo o tym, jak jest to szkodliwe w dłuższej perspektywie.

Ostatni rok pokazał, że nie ma w obszarze zawodowym niczego stałego. Jakie wnioski powinni z tego wysnuć rodzice nastolatków?
Że nikt nie wie, co przyniesie przyszłość i jakie zawody będą wtedy potrzebne, a jakie znikną z rynku. Yuval Noah Harari w książce „21 lekcji na XXI wiek” przekonuje, że warto inwestować w rozwijanie podstawowych umiejętności, które nazywa „4K”.

Od czego to skrót?
Komunikacja, kooperacja oraz kreatywne i krytyczne myślenie. W przyszłości kluczowe będą też zdolność do samokształtowania siebie, konsekwentnego rozwoju osobistego oraz umiejętność wymyślania planu na siebie, także pod względem zawodowym.

A jak młodych uczyć tego „wymyślania siebie”?
By młodzi mogli się tego wszystkiego nauczyć, muszą mieć jak najwięcej czasu i przestrzeni dla siebie. Obecnie czasach to jedna z najtrudniejszych rzeczy do zrobienia, ale według mnie rodzice powinni przede wszystkim odpuścić sobie bycie idealnymi rodzicami i pozwolić dzieciom prowadzić ich własne życie.

Dziś niemal wszyscy rodzice przyszłych studentów chcą, żeby ich dzieci wybrały kierunki studiów związane z IT, ostatecznie grami komputerowymi. Czy to mas sens?
Ma to sens w przypadku osób, dla których IT i gry komputerowe są ważne w życiu. Z drugiej strony obawiam się, że dla wielu z nich – zwłaszcza tych bardzo zaawansowanych – studia mogą się okazać rozczarowaniem. Natomiast nie ma to sensu w przypadku osób, które zupełnie się tym nie interesują. Jeśli nastolatek kocha pisać, niech przyjdzie do nas na sztukę pisania na Uniwersytecie Śląskim. Jeśli chce walczyć o prawa zwierząt w przyszłości, niech zdaje na prawo. Jeśli kocha malować, niech wybierze Akademię Sztuk Pięknych, a jeśli fascynuje go biologia – biologię.

Niech każdy robi to, co jest mu bliskie i do czego czuje się stworzony, a nie studiuje to, co „powinno się” studiować. Wtedy naprawdę będziemy mieli lepszy świat i szczęśliwszych ludzi. Według mnie to jest bardzo proste i w sumie zastanawiam się, jakim cudem możemy o tym dalej dyskutować.

Czy naprawdę warto zachęcać dziecko, żeby było pisarzem, aktorem czy filozofem? Życie online sprawiło, że zaczynamy myśleć, że sztuka to grafika komputerowa, a koncertem jest transmisja z czyjejś kuchni. Szybko zgubiliśmy potrzeby kulturalne.
Nie wiem, czy to zły czas dla poetów i filozofów – sam jestem m.in. magistrem filozofii i nie jest mi z tym źle, a nawet całkiem mi to pomaga. A co do potrzeb kulturalnych, mam wrażenie, że oglądamy, słuchamy i czytamy więcej niż kiedykolwiek wcześniej. To też kwestia wymyślenia niektórych rzeczy na nowo, otwierania się nowych przestrzeni. Różne instytucje proponują rozwiązania, o których do tej pory pewnie nie myślały. Ostatnio widziałem billboard Opery Śląskiej, która zaczęła oferować usługę VOD.

Pamiętajmy, że koniec jest zawsze nowym początkiem. Dlaczego nie pomyśleć o potencjale aktorstwa na YouTubie czy TikToku? Judi Dench w czasie lockdownu zaczęła tworzyć viralowe nagrania na TikToku ze swoim wnukiem. Myślę, że to też może być nowe otwarcie dla kultury i sztuki, czego chyba coraz bardziej potrzebowaliśmy w ostatnich latach.

Mikołaj Marcela, dr nauki humanistycznych, nauczyciel akademicki, współautor i współkoordynator kierunku sztuka pisania na Uniwersytecie Śląskim. Pisarz i autor tekstów piosenek.

  1. Styl Życia

Wychować syna na feministę

Świat naszych synów jest wciąż pełen stereotypów, a do „prawdziwej męskości” prowadzi jedna, sztywno wytyczona droga. Chłopcy wciąż słyszą, żeby "nie płakać", że „nie wolno zachowywać się jak baba”, a „kolor różowy nie jest męski”. Odbiera się im prawo do bycia sobą. Aurélia Blanc w książce „Jak wychowa syna na feministę” daje podpowiedź, jak wychować chłopca, który: wie, że kobiety i mężczyźni są równi, potrafi zadbać o siebie, nie krzywdząc innych, potrafi kochać i nie boi się okazywać uczuć.

Fragment książki „Jak wychowa syna na feministę” Aurelii Blanc, tłum. Adriana Celińska, wyd. Znak Koncept. Wybór i skróty pochodzą od redakcji.

Był piękny letni wieczór. Spotkaliśmy się w gronie najbliższych przyjaciół. Było ciepło, sączyliśmy piwo i prowadziliśmy ożywione dyskusje. W tamtym czasie (nie tak znów odległym) nikt z nas jeszcze nie miał dzieci. To jednak one, choć wciąż nienarodzone, zdominowały naszą rozmowę. Jeden z naszych znajomych mimochodem rozpętał prawdziwą awanturę, gdy na dzień dobry wyraził zgorszenie widokiem nastolatek spacerujących w krótkich spodenkach: „Szczerze? Wyglądają jak dziwki. Jeśli kiedykolwiek będę miał córkę, nie ma takiej możliwości, żebym pozwolił jej wyjść z domu w takim stroju!”. W jednej chwili przyjemna nasiadówka przerodziła się w zażartą kłótnię.

Większości moich kolegów (i koleżanek) uznało, że naszą rolą jako przyszłych rodziców jest ochrona córek. A dokładnie ich cnoty. Choć te, o które tak się martwiliśmy, jeszcze się nie narodziły. „Wyobraź sobie, że twoja córka zachodzi w ciążę w wieku piętnastu lat!” „Co zrobisz, gdy odkryjesz, że zamieściła swoje nagie zdjęcia w sieci?” „Z córką nigdy nie zaznam spokoju. Czy widzieliście, jak się teraz ubierają dziewczyny?! Nic dziwnego, że pakują się w kłopoty!” To mi uświadomiło, że tym razem nie chodzi wyłącznie o niestety dość powszechny slut-shaming przebijający z ich słów. Uświadomiłam sobie wtedy – i cały czas to sobie uświadamiam – że w podobnych dyskusjach chłopcy należą do wielkich nieobecnych! Zawsze (lub prawie) tak jest, gdy wypływa ten temat.

Spróbuj i się przekonaj na własnej skórze: rozpocznij rozmowę o życiu seksualnym nastolatków i zobaczysz, że wszyscy natychmiast zaczną mówić o… dziewczynach, dziewczynach i jeszcze raz dziewczynach. O niebezpieczeństwach, które na nie czyhają, przedwczesnych ciążach, molestowaniu, agresji seksualnej, prostytuowaniu się nieletnich (bo tak, w temacie dziewczyn i seksu, najczęściej dominuje pryzmat zagrożeń). A chłopcy? Puf, zniknęli. Nie ma ich. Co zmusza do zadania sobie następujących pytań: czy dziewczyny uprawiają seks same ze sobą (czy między sobą)? Zachodzą w ciążę za sprawą Ducha Świętego? Są gwałcone przez… ba! No właśnie, kto je gwałci?

Martwimy się, że pewnego dnia nasze córki zostaną napadnięte, choć nawet przez myśl nam nie przejdzie, że to nasi synowie mogą być agresorami. Boimy się, że zostaną zwyzywane od „dziwek”, nie zastanawiając się nawet, czy to czasem nie nasi chłopcy je znieważą. Za wszelką cenę chcemy je uchronić przed nastoletnią ciążą, ale niezbyt nas niepokoi, że nasi synowie mogą zostać nastoletnimi ojcami (przy okazji zauważmy, że to wyrażenie, w odróżnieniu od budzących grozę „nastoletnich matek”, nie trafia do nagłówków gazet). W kwestii zarówno seksu, jak i życia uczuciowego wciąż całą odpowiedzialnością obarczamy dziewczyny. Nigdy nie kwestionujemy sposobu, w jaki wychowujemy chłopców. I jest to powód do wstydu.

Przemoc na tle seksualnym ma swoją płeć

Każdego roku kolejne instytucje prowadzą badania, które potwierdzają: w miażdżącej większości aktów przemocy na tle seksualnym ofiarami są kobiety, sprawcami zaś – mężczyźni. Weźmy na przykład raport francuskiego Krajowego Instytutu Badań Demograficznych (INED) opublikowany w 2016 roku: we Francji przemocy seksualnej doświadcza rocznie ponad pół miliona kobiet (580 000) i niecałe dwieście tysięcy (197 000) mężczyzn (statystyki nie uwzględniają przypadków molestowania ani ofiar ekshibicjonizmu). Co roku średnio zgłasza się dziewięćdziesiąt trzy tysiące przypadków gwałtów lub usiłowania gwałtu na osobach dorosłych, w których ofiarami są w 96% kobiety. W dziewięciu na dziesięć przypadków napastnikami są mężczyźni.

Tak się przedstawia sytuacja nie tylko w przypadku gwałtów, lecz także innych napaści na tle seksualnym (obmacywanie, ekshibicjonizm, molestowanie itd.): w 2017 roku na dwadzieścia dwa tysiące trzystu skazanych za przestępstwa seksualne 98% stanowili mężczyźni.

Niedawny raport Wysokiej Rady ds. Równości Kobiet i Mężczyzn ujawnił, że 100% kobiet przynajmniej raz w życiu padło ofiarą molestowania i/lub przemocy seksualnej w środkach transportu publicznego. Gwizdy, sprośne uwagi, natarczywie lubieżne spojrzenia, obelgi, obmacywanie pośladków… W 2016 roku szeroko zakrojona międzynarodowa ankieta pokazała, że we Francji 65% kobiet pierwszy raz doświadczyło „ulicznego nękania” przed ukończeniem piętnastu lat, a 82% między jedenastym a siedemnastym rokiem życia. Powszechne zjawisko – kobiety nie zaprzeczą! – w którym znów stroną czynną są prawie wyłącznie… mężczyźni.

Przemoc seksualna nie jest ani przypadkiem, ani zrządzeniem losu

Jakie z tego płyną wnioski? Trzeba nauczyć dziewczyny przynajmniej tego, jak się bronić. Przede wszystkim uwrażliwiać je, żeby uważały na postawę, zachowanie, ubrania, miejsca spotkań… Słowem, powinny wziąć własną wolność w nawias.

Od najmłodszych lat dziewczynki wiedzą, że ryzyko gwałtu jest jak najbardziej realne: wcześnie dowiadują się, że ich ścieżki życiowe mogą skrzyżować się na parkingu z drogą niebezpiecznego typa. Żeby uniknąć pożarcia w całości przez bestię, powinny zostać w domu, gdzie jest bezpiecznie.

Tyle że gwoli ścisłości do większości gwałtów dochodzi w domu (ofiary lub napastnika). W 74% przypadków sprawca należy do rodziny ofiary – często jest jej (byłym) partnerem. Nagle uświadamiamy sobie, że zamykanie dziewczyn w domach jest złe, bo przed niczym ich nie chroni. Jeśli naprawdę chcemy zapobiegać gwałtom, lepiej powiedzieć córkom, że w ich najbliższym otoczeniu czai się największe niebezpieczeństwo. Że ofiary nigdy nie ponoszą winy za przemoc, której doświadczyły. A przede wszystkim nauczmy chłopców, żeby powstrzymali się od aktów agresji. Gwałt nie jest bowiem domeną chorych, niezrównoważonych facetów: popełnia go Pan Każdy, który pochodzi z każdego środowiska społecznego, bez wyjątku. Wbrew powszechnemu mniemaniu, sprawcy agresji seksualnej rzadko są chorzy psychicznie. W 2009 roku badanie przeprowadzone w jedenastu europejskich krajach wykazało, że mniej niż 7% oskarżonych o gwałt cierpiało na zaburzenia natury psychiatrycznej. Zresztą gwałt nie jest pochodną frustracji, jak się powszechnie uważa.

W badaniu przeprowadzonym w 1990 roku na stu czternastu mężczyznach skazanych za gwałt, 89% przyznało, że przed aresztowaniem regularnie uprawiało seks przynajmniej dwa razy na tydzień. Wiele eksperymentów, jak na przykład ten przeprowadzony w 2004 roku przez czterech amerykańskich naukowców, wykazało, że za skłonnością do gwałtu kryje się żądza dominacji, a nie przyjemność seksualna. Innymi słowy, sprawcy nie gwałcą, dlatego że mają potrzebę lub ochotę na seks, popycha ich żądza dominacji. „Inne badania udowodniły, że mężczyzn przejawiających skłonności do przestępstw na tle seksualnym lub tych, którzy je popełnili, pociąga władza i automatycznie utożsamiają ją z seksem” – podkreśliła Noémie Renard w swoim eseju En finir avec la culture du viol [Skończmy z kulturą gwałtu]. Trzeba przypominać, że to nie ofiary, a już na pewno nie ich zachowanie, prowokują gwałciciela. Żeby obalić ten utarty mit Centrum Edukacji i Zapobiegania Przemocy Seksualnej przy amerykańskim Uniwersytecie Kansas, zorganizowało w 2017 roku wystawę zatytułowaną: Jak byłaś ubrana? Wystawiono na niej ubrania, jakie miało na sobie osiemnaście kobiet w chwili, gdy zostały zgwałcone: szorty, sukienka, koszulka polo… czyli zupełnie zwyczajne ciuchy. W 2007 roku amerykańska badaczka Theresa Beiner przeanalizowała korelację między seksownym strojem a molestowaniem. W rezultacie udowodniła, że nie ma między nimi żadnego związku, że kobiety nie były molestowane ze względu na to, jak były ubrane. Tym, którzy wciąż mają wątpliwości, przypominam, że gdyby to kobiecy strój popychał sprawców do łamania prawa, plaże stałyby się scenami masowych gwałtów, a kraje, w których kobiety są zmuszane do zakrywania całego ciała, nie odnotowywałyby żadnych aktów przemocy seksualnej. Tak jednak nie jest.

Rozmawiajmy o przemocy seksualnej z naszymi synami

Choć nie zapominamy przestrzegać córek przed przemocą na tle seksualnym, której mogą paść ofiarą, nigdy (albo bardzo rzadko) nie podejmujemy tego tematu w rozmowach z synami. Jakby ich to zupełnie nie dotyczyło. Ale przecież ten problem dotyczy przede wszystkich ich.

Po pierwsze – o czym była mowa wcześniej – dlatego, że sprawcami przemocy seksualnej w przeważającej większości są mężczyźni. Oczywiście nie wszyscy mężczyźni są gwałcicielami (na szczęście!). Nie wiadomo jednak, którzy mogą – lub mogliby – dopuścić się złamania prawa. We Francji nikt nigdy nie przyjrzał się temu z bliska. W swoim eseju Noémie Renard przypomina jednak, że istnieją potwierdzone dane, wyniki badań przeprowadzanych za granicą, głównie w Stanach

Zjednoczonych. Z nich dowiadujemy się, że od 5% do 13% mężczyzn użyło siły lub wykorzystało stan upojenia alkoholowego lub narkotycznego, żeby wykorzystać swoją ofiarę – albo usiłowało wykorzystać. Równie licznej grupie (do 27%) zdarzyło się wywierać presję, aby przymusić partnerkę do seksu: szantaż, groźby zerwania itd. Zakłada się, że od 10% do 20% mężczyzn obmacywało kobietę bez jej zgody. „Ogólnie rzecz ujmując, z badań wynika, że 25–43% mężczyzn przyznaje, że przynajmniej raz w życiu uciekło się do agresji seksualnej lub ­stosunku pod przymusem” – podsumowuje Noémie Renard.

Jeśli nie chcemy, żeby nasi synowie zasilili szeregi agresorów seksualnych, musimy ich wyczulić na powyższe kwestie, mimo że nie napawa nas to entuzjazmem. „Trudno tłumaczyć córce, »jak nie dać się zgwałcić«, bo nie chcemy jej sobie wyobrażać w roli ofiary. Perspektywa wyjaśniania synowi, jak „nie gwałcić”, jest jeszcze boleśniejsza, bo nie chcemy w nim widzieć napastnika” – zauważyła niedawno Carina Kolodny w liście otwartym do „rodziców nastolatków” opublikowanym na łamach „Huffington Post” i zatytułowanym: La conversation que vous devez avoir avec votre fils à propos du viol [Rozmowa o gwałcie, jaką musisz przeprowadzić z synem]. Rozmawiajmy z chłopcami o przemocy seksualnej. Jest to tym bardziej konieczne, że sami także mogą paść jej ofiarą. W 2016 roku szeroko zakrojona ankieta Contexte de la sexualité en France (CSF) pokazała, że 15,9% kobiet przyznaje, że doświadczyła próby wymuszenia albo wymuszonego stosunku seksualnego; było tak również w przypadku 4,5% mężczyzn. W styczniu 2018 roku raport francuskiego Narodowego Obserwatorium ds. Ochrony Dzieci ujawnił, że wśród nieletnich 22% skarg na przemoc seksualną wnieśli chłopcy. W 2016 roku złożyli 19% doniesień o gwałcie i 23% o molestowaniu i agresji seksualnej. Jest to jedynie czubek góry lodowej, bo instytucja przypomina, że „zgłaszanych jest mniej niż 10% aktów przemocy seksualnej”. Nie pozwólmy naszym synom samotnie mierzyć się z problemem przemocy seksualnej, która ich dotyka: w roli sprawców, lecz również ofiar.

Uszanowanie zgody – tego się uczy

Co odróżnia zabawę od agresji? Podryw od molestowania? Gwałt od stosunku? Odpowiedź jest oczywista: zgoda partnera. Ostatnio często się na ten temat dyskutuje, choć zasada jest prosta: nie znaczy nie. Moje ciało należy do mnie, podobnie jak moja seksualność, i nikt nie ma prawa mnie dotykać bez mojej zgody. W definicji wszystko wydaje się jasne. Niestety rzeczywistość jest zgoła odmienna. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że kobiety masowo padają ofiarami agresji seksualnej?

„Statystyki gwałtów lub usiłowania gwałtu są przerażające, a w liczbach kryją się faceci, którzy nawet nie są świadomi, że dopuścili się gwałtu” – uważa artysta D’de Kabal. Od 2016 roku kwestia zgody stała się centralnym zagadnieniem jego Laboratorium dekonstrukcji męskości. W trakcie warsztatów D’ de Kabal trafia w sedno: „Wymagamy od mężczyzn, żeby pytali kobiety o zgodę, a przecież nawet nie potrafią sami siebie o nią zapytać. Jeśli chcemy rozwiązać problem przemocy, według mnie trzeba zacząć właśnie od tego”.

W społeczeństwie, które uważa, że mężczyźni myślą tylko o seksie, zostało powszechnie przyjęte – zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety – że zgoda mężczyzn jest oczywista. Co wyjaśnia, dlaczego tylu mężczyzn nigdy nie zadało sobie trudu, aby zakwestionować własne pożądanie („Czy naprawdę mam na to ochotę? W ten właśnie sposób?”). Tłumaczy to także, dlaczego mężczyzna, na którym kobieta wymusi stosunek, nigdy nie użyje słowa „gwałt”… choć przecież to jest gwałt.

Innymi słowy, jeśli chcemy walczyć z przemocą seksualną, uczenie, czym jest zgoda, to absolutna podstawa – zarówno w przypadku dziewczynek, jak i chłopców.

Zacznijmy rozmawiać z nimi o zgodzie jak najwcześniej, nie czekajmy, aż wejdą w okres dojrzewania. „Czym jest intymność? Kto ma prawo cię dotykać? Takie pytania dziecko powinno sobie stawiać już od przedszkola” – radzi edukator seksualny Alexandre Chevalier. W tym celu posługujmy się językiem i przykładami odpowiednimi dla ich wieku. Rozumienie „zgody” jako pozwolenia w sensie prawnym może nie być oczywiste, zwłaszcza w wypadku bardzo małych dzieci. Dlatego właśnie Alexandre Chevalier proponuje, żeby sięgać po konkretne przykłady codziennych sytuacji, niekoniecznie związanych z seksem. „Można na przykład powiedzieć: »Gdy będziesz spał, twoja młodsza siostra obetnie ci włosy. Podoba ci się to? Zgadzasz się?«. Można także poruszyć kwestię wymuszenia: »Wyobraź sobie, że chodzisz do szkoły, ale nie masz żadnych przyjaciół w klasie. Pewnego dnia jeden z kolegów namawia cię, żebyś coś ukradł ze sklepu, i obiecuje, że wtedy będzie twoim kumplem. Co zrobisz? Może przystaniesz na jego propozycję, ale czy działając pod presją, twoja zgoda będzie autentyczna?«” – podpowiada Alexandre Chevalier. Powyższe przykłady z życia codziennego nie tylko mają tę zaletę, że są zrozumiałe dla dzieci, lecz pokazują także, że konieczność wyrażenia zgody dotyczy różnych sfer życia, nie tylko seksualności. Nie zmuszajmy dzieci do całowania (lub bycia całowanym) wbrew ich woli. W Wielkiej Brytanii ten komunikat próbuje przekazać Lucy Emmerson, szefowa stowarzyszenia Sex Education Forum [Forum edukacji seksualnej]. W 2014 roku temat wzbudził liczne kontrowersje po drugiej stronie kanału La Manche, wielu rodziców uznało jej zalecenia za zbyt ekstremalne. Jednak, co wyjaśnia Lucy Emmerson podczas licznych publicznych wystąpień, zmuszając dzieci do kontaktów fizycznych, mówimy im nie wprost, że ich ciało do nich nie należy i że dorośli mogą z nimi zrobić cokolwiek tylko zechcą, nawet jeśli dziecko nie wyrazi zgody. Jeśli nasz syn lub córka nie chce pocałować dziadków na dzień dobry, nie ma najmniejszych powodów do paniki: możemy wymuszone „buziaki” zastąpić przesyłaniem całusa dłonią w powietrzu lub „papatkami”. Mamy prawo odmówić kontaktu fizycznego, co wcale nie oznacza, że musimy przy okazji wyjść na gburów!

Zgoda: w pięciu krokach

1. Jest dobrowolna: ustępowanie (pod wpływem szantażu) nie jest zgodą.

2. Jest wyrażana w sposób jasny: milczenie nie oznacza zgody. W razie wątpliwości lepiej zapytać i się upewnić.

3. Udziela jej osoba, która jest w stanie ją wyrazić: innymi słowy, jeśli ktoś śpi, jest pijany, nieprzytomny lub nie może się wypowiedzieć (z powodu na przykład wypadku lub niepełnosprawności), nie może wyrazić zgody.

4. Jest konkretna: zgody udziela się konkretnej osobie i dotyczy ona konkretnego czynu, a także konkretnej chwili. Fakt, że raz się zgodziliśmy, nie oznacza, że jutro będzie tak samo.

5. Może zostać unieważniona: mamy prawo anulować naszą zgodę lub wycofać się na każdym etapie stosunku płciowego.

Zmieńmy wyobrażenia związane z gwałtem

Najpierw dowiedzmy się, czym jest „kultura gwałtu”… żeby ją skuteczniej zwalczać. Kultura gwałtu – termin utworzony w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych – obejmuje całokształt „postaw i przekonań – najczęściej błędnych, lecz szeroko rozpowszechnionych i trwale wpisanych w struktury społeczne – służących negowaniu i legitymizowaniu męskiej agresji seksualnej wobec kobiet”. Jesteśmy jej częścią, na przykład, gdy insynuujemy, że ofiary przemocy seksualnej to najczęściej kłamczuchy niesłusznie oskarżające napastników (choć w rzeczywistości fałszywe zarzuty stanowią zaledwie od 2% do 10% wszystkich doniesień14; identyczna proporcja obowiązuje też w przypadku innych przestępstw). A także, kiedy bezrefleksyjnie zgadzamy się z twierdzeniem, jakoby Iksińska została zgwałcona, bo przecież sama się o to prosiła (i do wyboru: bo ubrała się zbyt seksownie, bo piła alkohol, bo umawiała się z chłopakiem). Również wtedy, gdy uważamy, że kiedy kobieta mówi „nie”, to naprawdę myśli „tak”. Wszystkie powyższe mity związane z gwałtem nieuchronnie przyczyniają się do obwiniania ofiar (więc zniechęcają do zwierzeń i składania zeznań) i rozmywania odpowiedzialności sprawców (którzy mogą sobie spokojnie dalej żyć, a nawet wciąż bezkarnie gwałcić). Sprawiają, że nasze społeczeństwo bagatelizuje gwałt, a wręcz go toleruje. Problem polega na tym, że kultura gwałtu jest bardzo głęboko zakorzeniona w naszej świadomości i systematycznie przenika do kultury popularnej. Żeby to zmienić, musimy:

• zacząć wierzyć ofiarom;

• przestać je obwiniać;

• wytykać powszechne, lecz błędne przekonania tradycyjnie związane z przemocą seksualną (nie wszyscy napastnicy są zwyrodniałymi potworami, większość to zwykli faceci);

• przypominać naszym dzieciom, że nigdy nikomu nie muszą się odwdzięczać seksem w podziękowaniu za przysługę (nawet jeśli druga strona jest troskliwa, daje prezenty lub się ją kocha);

• wyjść z friendzone (z ang. friend zone) – ten dość mglisty termin, popularny zwłaszcza wśród nastolatków, oznacza sytuację, gdy jedna osoba marzy o głębszym związku z drugą, która jednak woli, aby ich stosunki pozostały na przyjacielskiej stopie. Można powiedzieć, że ktoś „wpakował się w friendzone”. Zjawisko podtrzymuje kulturę gwałtu, bo sugeruje, że pod pretekstem bycia miłym (zazwyczaj chłopak) może oczekiwać od dziewczyny seksu w ramach wdzięczności. Mimo to ten wątek regularnie pojawia się w serialach, u youtuberów, a w konsekwencji na szkolnych korytarzach…

Powiedzmy wprost: gwałt jest agresją seksualną. Alexandre Chevalier podkreśla, że w dziedzinie relacji z drugą osobą i granic tego, co można, a czego nie, wiele kwestii wciąż pozostaje (bardzo) rozmytych. W trakcie warsztatów zdarza mu się spotkać młodych, dla których wymuszony stosunek oralny nie jest postrzegany w kategoriach gwałtu, lecz „gry wstępnej”. Zabawy seksualne, agresja… wszystko się radośnie miesza. Żeby rozgraniczyć pojęcia, zazwyczaj bazuje na obowiązujących przepisach prawnych i zachęca, aby iść w jego ślady, nawet w gronie rodzinnym, na przykład w trakcie komentowania bieżących wydarzeń lub dyskusji na ten temat.

Można wyjaśnić, że:

• kiedy dochodzi do penetracji (także palcem lub przedmiotem) bez zgody zainteresowanej osoby, to dochodzi do gwałtu, czyli przestępstwa zagrożonego karą pozbawienia wolności;

• kiedy pozwalamy sobie na gesty o podłożu seksualnym, niezależnie od tego czy dochodzi do fizycznego kontaktu z drugą osobą (obmacywanie, ekshibicjonizm), a druga strona nie wyraża na nie zgody, mamy do czynienia z agresją seksualną i także jest to czyn zagrożony karą pozbawienia wolności;

• kiedy używamy słów i/lub gestów o charakterze seksualnym, które krępują, zastraszają lub poniżają drugą osobę, jest to forma molestowania seksualnego – także ścigana prawnie.

Podważajmy słuszność własnych wyobrażeń.

„Musimy opracować nowy język mówienia o problemie przemocy seksualnej. Dotyczy to także wielu osób dorosłych, którym brakuje jasności. Mając to na uwadze, jak możemy oczekiwać, że dzieci nie będą mieć z tym problemu?” – pyta Alexandre Chevalier. Trudno się z nim nie zgodzić. W marcu 2016 roku stowarzyszenie Mémoire traumatique et victimologie [Pamięć traumatycznych zdarzeń i wiktymologia] przeprowadziło sondaż, żeby dowiedzieć się, jak Francuzi postrzegają gwałt: dwóch na dziesięciu ankietowanych uważa, że jeśli kobieta mówi „nie”, to myśli „tak”. Natomiast dla 61% Francuzów i 65% Francuzek mężczyźnie „więcej trudności nastręcza kontrolowanie własnych popędów niż kobiecie”. Ta koncepcja jest powszechnie podtrzymywana przez stereotypy płciowe. I przypomina, dlaczego tak ważna jest jak najwcześniejsza dekonstrukcja wyobrażeń odnośnie do „męskiego” i „żeńskiego”. Jeśli chcemy skończyć z księżniczkami i rycerzami, to nie dla przyjemności zabawy w ikonoklastów, lecz dlatego, że z tych właśnie wyobrażeń wyrasta przemoc seksualna.

Aurelia Blanc, „Jak wychować syna na feministę”, wyd. Znak Koncept