1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Ucieczka od lęku i niepewności. Dokąd prowadzi nas ego? – wyjaśnia buddyjska mniszka Pema Chödrön

Ucieczka od lęku i niepewności. Dokąd prowadzi nas ego? – wyjaśnia buddyjska mniszka Pema Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Albert Einstein mówił, że „Człowiek jest częścią całości, którą nazywamy wszechświatem. Ograniczony przez przestrzeń i czas, doświadcza siebie samego. Jego myśli i uczucia są oddzielone od całej reszty – swego rodzaju optycznego złudzenia świadomości. To złudzenie jest dla nas jak więzienie, które ogranicza nas do własnych upodobań oraz przychylności dla nielicznych nam bliskich. Naszym celem musi być wyzwolenie się z tego więzienia poprzez rozszerzenie horyzontów naszego rozumienia i współczucia, aż obejmie wszystkie żywe istoty i całą naturę w jej urodzie”.

Jak zauważył Albert Einstein, tragedia traktowania siebie w taki sposób, jakbyśmy byli oddzieleni od innych, polega na tym, że to złudzenie staje się więzieniem. Jeszcze smutniejsze jest to, że perspektywa wolności wytrąca nas z równowagi. Kiedy znikają bariery, a mury zaczynają pękać, nie wiemy, co robić. Potrzebujemy więcej informacji o tym, co się z nami dzieje. Musimy wiedzieć, że dorastaniu towarzyszą strach i dygot, a odpuszczenie wymaga odwagi. Znalezienie odwagi do tego, by udać się w miejsca, które nas przerażają, nie może nastąpić bez współczującego wglądu w  działanie ego. Zadajemy więc sobie pytanie: „Co mam robić, kiedy czuję, że nie mogę poradzić sobie z tym, co się dzieje? Skąd czerpię siłę i w czym pokładam zaufanie?”.

Budda nauczał, że elastyczność i otwartość dają siłę, a  ucieczka od bezzasadności osłabia nas i  przynosi ból. Ale czy rozumiemy, że kluczem jest konfrontacja z nią? Otwartość nie bierze się z opierania się naszym lękom, ale z ich dokładnego poznania. (…)

Poznajemy strategie i przekonania, których używamy do wznoszenia murów. Zadajemy sobie pytania: jakie są historie, które sobie opowiadam?, co mnie odpycha i co mnie pociąga? Zaczynamy interesować się tym, co się dzieje. Nie oceniamy tego, co widzimy, po pro[1]stu patrzymy na tyle obiektywnie, na ile to możliwe. Możemy obserwować siebie z poczuciem humoru, unikając nadmiernej powagi, moralizowania i  zdenerwowania w  związku z  tą obserwacją. Rok po roku szkolimy się w  pozostawaniu otwartym na wszystko,  co się pojawia. Powoli, bardzo powoli pęknięcia w ścianach zdają się rozszerzać i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki bodhiczitta zaczyna swobodnie płynąć.

Wsparciem w procesie odblokowywania bodhiczitty jest nauka trzech władców materializmu. Są to trzy sposoby, które wykorzystujemy do ochrony przed zmiennym, niedającym się zdefiniować światem, trzy strategie, których używamy, aby zapewnić sobie iluzję bezpieczeństwa. Nauka ta stanowi zachętę do tego, żeby zapoznać się ze strategiami ego, żeby wyraźnie zobaczyć, że sposoby, w których szukamy pocieszenia i ulgi, tylko wzmacniają nasze obawy.

Pierwszy z trzech władców materializmu nazywany jest władcą formy. Reprezentuje sposób, w jaki chcemy być postrzegani przez świat zewnętrzny, żeby mieć solidne oparcie. Możemy zacząć zwracać uwagę na nasze metody ucieczki. Co mam robić, gdy jestem niespokojny i  przygnębiony, znudzony lub samotny? Czy „terapia zakupowa” to mój sposób na radzenie sobie? Czy też sięgam po alkohol lub jedzenie? Czy pocieszam się narkotykami lub seksem? Czy szukam przygód? Czy wolę zanurzyć się w piękno natury lub wspaniałe przeżycia, których dostarcza naprawdę dobra książka? Czy wypełniam czas, rozmawiając przez telefon, surfując po sieci lub godzinami oglądając telewizję?

Niektóre z tych metod są niebezpieczne, inne zabawne, jeszcze inne całkiem nieszkodliwe. Tak naprawdę możemy nadużywać dowolnej substancji lub czynności, aby uciec od niepewności. Kiedy uzależniamy się od władcy formy, przyczyniamy się do eskalacji cierpienia. Nie jesteśmy w stanie odczuwać trwałego zadowolenia bez względu na to, jak bardzo się staramy. Natomiast właśnie te uczucia, od których staramy się uciec, stają się silniejsze.

Ból spowodowany przez władcę formy może wyjaśnić historia myszy, która daje złapać się w pułapkę, ponieważ nie może powstrzymać się od zjedzenia sera. Dalajlama dokonuje interesującego zwrotu akcji na bazie tego porównania. Opowiada, że w dzieciństwie próbował w Tybecie łapać myszy nie dlatego, że chciał je zabić, ale dlatego że chciał je przechytrzyć. Mówi, że myszy w Tybecie muszą być mądrzejsze od myszy z innych krajów, bo nigdy nie udało mu się ich złapać. Efekt był taki, że myszy stały się dla niego wzorem oświeconego postępowania. Uważał, że w przeciwieństwie do większości z nas myszy zorientowały się, że najlepszą rzeczą, jaką mogą dla siebie zrobić, jest rezygnacja z krótkotrwałej przyjemności zjedzenia sera na rzecz długotrwałej przyjemności  życia. Zachęca nas do pójścia za ich przykładem.

Bez względu na to, w jaką pułapkę wpadniemy, naszą typową reakcją jest brak zainteresowania tym, co się dzieje. Nie analizujemy w sposób naturalny strategii ego. Większość z nas po prostu bezmyślnie sięga po coś znanego, kojarzącego się z ulgą, a następnie zastanawia się, dlaczego nadal jest niezadowolona. Nowatorskie podejście praktyki bodhiczitty polega na tym, że skupiamy uwagę na tym, co robimy. Nie osądzając, szkolimy się w  przyjmowaniu tego, co się dzieje, z życzliwością. W  końcu możemy postanowić, że rezygnujemy ze starych sposobów krzywdzenia siebie.

Drugi z trzech władców materializmu jest władcą mowy. Ten władca reprezentuje sposób, w jaki wykorzystujemy wszelkiego rodzaju przekonania, żeby dać sobie złudzenie pewności co do natury rzeczywistości. Każdy z  izmów  – polityczny, ekologiczny, filozoficzny czy duchowy – może być przez to niewłaściwie wykorzystany. Polityczna poprawność jest dobrym przykładem tego, jak działa władca mowy. Kiedy wierzymy w poprawność naszego poglądu, patrzymy na skłonności innych ludzi w ograniczony, pełen uprzedzeń sposób.

Na przykład jak reaguję, gdy kwestionowane są moje opinie na temat rządu? Co robię, gdy inni nie zgadzają się z moimi poglądami na temat homoseksualizmu, praw kobiet lub środowiska? Co się dzieje, gdy kwestionuje się moje poglądy na temat palenia i picia? Co robię, gdy nikt nie podziela moich przekonań religijnych?

Osoby, które zaczynają przygodę z buddyzmem, zazwyczaj mają entuzjastyczne nastawienie do medytacji czy nauk buddyjskich. Czujemy się częścią nowej grupy, cieszymy się, że mamy nową perspektywę. Ale czy wtedy oceniamy ludzi, którzy widzą świat inaczej? Czy zamykamy nasze umysły na innych, ponieważ nie wierzą w karmę?

Problem nie tkwi w samych przekonaniach, ale polega na tym, jak ich używamy, aby poczuć się pewnie i przekonać innych, że się mylą, albo jak je wykorzystujemy do tego, aby uniknąć poczucia niepokoju związanego z brakiem wiedzy o tym, co się dzieje. Przypomina mi to człowieka, którego znałam w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, a którego pasją było protestowanie przeciwko niesprawiedliwości. W chwili zażegnania konfliktu człowiek ten pogrążał się w swego rodzaju mroku. Kiedy pojawiał się nowy powód do demonstrowania oburzenia, znowu wpadał w ekscytację. (…)

Nawet uzasadnione przekonanie, że mamy rację, może sprawić, że wpadniemy w sidła władcy mowy. Jeśli jednak zauważymy, że zaczynamy pałać świętym oburzeniem, to pewny znak, że posunęliśmy się za daleko i że nasza zdolność do dokonywania zmian słabnie. Przekonania i ideały stanowią prostą drogę do stawiania murów.

Trzeci władca – władca umysłu – stosuje strategię najbardziej wyrafinowaną i podstępną ze wszystkich władców. Wchodzi do gry, gdy staramy się uniknąć niepewności poprzez ucieczkę w odmienne stany świadomości. Istnieje na to wiele sposobów. Możemy wykorzystywać do tego narkotyki, sport, zakochiwanie się albo praktyki duchowe. Te szczególne stany uzależniają. Tak dobrze jest uwolnić się od naszych prozaicznych doświadczeń. Chcemy więcej. Na przykład osoby rozpoczynające praktykę medytacyjną często oczekują, że dzięki treningowi będą mogły wyjść poza ból zwykłego życia. Jest co najmniej rozczarowujące, gdy słyszą, że powinny sięgać w głąb rzeczy, jednocześnie pozostając otwartymi na nudę i na rozkosz.

Czasami, nie wiadomo dlaczego, ludzie mają niesamowite doświadczenia. Niedawno pewna prawniczka opowiedziała mi, że kiedy stała na rogu ulicy i czekała na zmianę świateł, stało się coś niezwykłego. Nagle jej ciało zaczęło się rozszerzać aż do momentu, gdy stało się tak ogromne jak cały wszechświat. Instynktownie poczuła, że ona i kosmos stanowią jedno. Nie miała wątpliwości, że to prawda. Wiedziała, że nie jest oddzielona od wszystkiego innego, jak wcześniej przypuszczała.

Nie trzeba dodawać, że to doświadczenie wstrząsnęło jej przekonaniami i sprawiło, że zadała sobie pytanie, co robimy z naszym życiem, spędzając tyle czasu na próbach ochrony naszego iluzorycznego terytorium. Zrozumiała, że ta niefortunna postawa prowadzi do wojen i przemocy, których jest coraz więcej na całym świecie. Problem pojawił się, kiedy postanowiła trzymać się swoich doświadczeń, gdy chciała je odzyskać. Zwykłe postrzeganie nie było już satysfakcjonujące: sprawiło, że odczuwała niepokój i brak kontaktu. Czuła, że jeśli nie będzie mogła pozostać w tym odmiennym stanie, wkrótce po prostu umrze.

W latach sześćdziesiątych znałam ludzi, którzy codziennie brali LSD, wierząc, że pozwoli im to utrzymać stan uniesienia. Tymczasem to wypalało ich mózgi. Nadal znam mężczyzn i kobiety, którzy są uzależnieni od zakochiwania się. Tak jak Don Juan nie mogą znieść, kiedy początkowy blask zaczyna gasnąć. Cały czas szukają kogoś nowego.

Nawet jeśli doświadczenia szczytowe, na granicy mistycyzmu, pokazują nam prawdę i potwierdzają sens wykonywanych praktyk, to w zasadzie nie są one niczym wielkim. Jeśli nie potrafimy zintegrować ich ze wzlotami i upadkami naszego życia, jeśli będziemy się ich kurczowo trzymać, będą nam przeszkadzać. Możemy uważać, że te doświadczenia są ważne, ale potem musimy pójść dalej i nauczyć się dogadywać z sąsiadami.

Wtedy nawet najbardziej niezwykłe spostrzeżenia mogą mieć wpływ na nasze życie. Jak powiedział dwunastowieczny tybetański jogin Milarepa, gdy usłyszał o szczytowych doświadczeniach swojego ucznia Gampopa: „Nie są one ani dobre, ani złe. Medytuj dalej”. Problemem nie są same stany, tylko ich uzależniające właściwości. Nieuniknione jest, że jeśli coś idzie w górę, kiedyś musi zejść w dół, a jeśli schronimy się we władcy umysłu, jesteśmy skazani na rozczarowanie.

Każdy z nas ma różne nawykowe taktyki uciekania przed życiem takim, jakie jest. Krótko mówiąc, takie jest przesłanie trzech władców materii. Ta prosta nauka to, jak się wydaje, biografia każdego z nas. Kiedy używamy tych strategii, tracimy zdolność do radowania się czułością i zdumieniem, do których mamy dostęp nawet w najbardziej prozaicznych sytuacjach. (…)

Fragmenty pochodzą z książki Pemy Chödrön „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Zdrowie jest w głowie - zapewnia Deepak Chopra, propagator ajurwedy i mistrz duchowy

Aby osiągnąć miejsce spokoju, zdrowia i pogodzenia z rzeczywistością, trzeba dotrzeć do samego źródła świadomości. Deepak Chopra, amerykański propagator ajurwedy i mistrz duchowy, twierdzi, że jest ono dostępne zawsze i dla każdego, ale tylko w teraźniejszości. (Fot. BEW Photo)
Aby osiągnąć miejsce spokoju, zdrowia i pogodzenia z rzeczywistością, trzeba dotrzeć do samego źródła świadomości. Deepak Chopra, amerykański propagator ajurwedy i mistrz duchowy, twierdzi, że jest ono dostępne zawsze i dla każdego, ale tylko w teraźniejszości. (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nazywany jest najwybitniejszym amerykańskim rzecznikiem ajurwedy i mistrzem duchowym. Bywa krytykowany za swoje antynaukowe poglądy, które można znaleźć w jego książkach sprzedających się na całym świecie w milionowych nakładach. A przecież Deepak Chopra mówi to, co wiemy od dawna – że umysł jest w stanie zarówno wpędzić nas w chorobę, jak i z niej wyciągnąć.  

Nazywany jest najwybitniejszym amerykańskim rzecznikiem ajurwedy i mistrzem duchowym. Bywa krytykowany za swoje antynaukowe poglądy, które można znaleźć w jego książkach sprzedających się na całym świecie w milionowych nakładach. A przecież Deepak Chopra mówi to, co wiemy od dawna – że umysł jest w stanie zarówno wpędzić nas w chorobę, jak i z niej wyciągnąć.  

„Śmierć czeka każdego z nas. Nigdy nie jest za wcześnie, by ją poznać” – uważa Deepak Chopra. Tym zdaniem odwraca popularne powiedzenie, że śmierć zawsze przychodzi za wcześnie. Ona zawsze przychodzi o czasie, chociaż prawie nigdy nie jest ochoczo witana. Zdaniem Chopry to brak zgody, wiedzy i świadomości wywołuje opór – nie tylko przed śmiercią, ale również przed odkryciem tkwiących w każdym z nas zdolności do samoleczenia i uzdrawiania.

Po pierwsze: świat materialny nie istnieje

Chopra urodził się w 1946 roku w New Delhi w Indiach. Ponad 20 lat później wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, by zrealizować swoje marzenie i zostać lekarzem. Po otrzymaniu licencji uznał, że klasyczna medycyna nie jest wystarczająca. „Przekonałem się, że każdy lekarz winien leczyć nie tylko ciało, ale również psychikę chorego. Bo często źródło choroby mieści się w jego umyśle. Sukces leczenia może tkwić w samym pacjencie, w jego myślach, pozytywnym patrzeniu na świat, w chęci wyzdrowienia” – napisał w książce „Twórzmy zdrowie”. Po rozczarowaniu zachodnią medycyną zainteresował się ajurwedą, czyli hinduską medycyną naturalną.

W Ameryce jest znany jako mistrz duchowy i główny propagator ajurwedy. Prowadzi fundację propagującą leczenie holistyczne. Założył  też centrum zdrowia i odnowy biologicznej The Chopra Center of Wellbeing w Carlsbadzie w Kalifornii. Głośno było o jego przyjaźni z gwiazdą popu – Michaelem Jacksonem. Po śmierci artysty skrytykował  w mediach powszechny w Stanach Zjednoczonych kult lekarzy w nadmiarze faszerujących swych pacjentów lekami i budujących z celebrytami toksyczne relacje oparte na wzajemnym uzależnieniu.

U podstaw wszelkich poglądów Chopry stoi przekonanie, że świat materialny nie istnieje albo raczej istnieje jako całość połączona z naturą, ziemią i powietrzem, której nie można odseparować. W książce „Przyszłość Boga. Praktyczne rozważania o współczesnej duchowości” Chopra przywołuje słowa pewnego mistrza, wypowiedziane do ucznia: „Fizyczny świat jest bardzo przekonujący. Wydaje się solidny i wiarygodny. Jak można z niego uciec? Uświadamiając sobie, że ten świat jest tak naprawdę wytworem twojego umysłu. Bez tego fizyczny świat owija się wokół ciebie niczym sieć. Ale wszystkie sieci mają oka. Znajdź jedną taką dziurę i wyskocz przez nią”. Podpiera swoje twierdzenia najnowszymi odkryciami fizyki kwantowej i nazywa wszystkie byty materialne (w tym ludzi) strukturami energetyczno-informacyjnymi.

Jeśli Chopra ma rację, to należy uznać, że choroba, myśl czy nieszczęście nie jest niczym innym jak energetyczno-informacyjną strukturą, taką samą jak fale radiowe. W takim traktowaniu rzeczywistości Chopra upatruje nieograniczonych możliwości radzenia sobie z przeciwnościami losu, jak choroby, i zupełnie swobodnego wpływania na własną codzienność.

Po drugie: świadomość jest w teraźniejszości

Aby osiągnąć miejsce spokoju, zdrowia i pogodzenia z rzeczywistością, którego nie należy mylić z uległością czy poddaniem, trzeba dotrzeć do samego źródła świadomości. Zdaniem Chopry jest ono dostępne zawsze i dla każdego, ale tylko w teraźniejszości. Oznacza to, że wspominanie, rozpamiętywanie, wylewanie żali i pretensji, przeżywanie minionych chwil, snucie planów czy wybieganie myślami w przyszłość – stoją w sprzeczności ze świadomością. „To, na czym skupiamy uwagę – rozwija się. Jeżeli naszą uwagę przyciągają sytuacje i emocje negatywne, wtedy wrastają one w naszą świadomość. Świadomość jest zbiorem tego wszystkiego, na co kierujemy uwagę. U niektórych osób uwaga przerzuca się z jednego małego niepowodzenia na drugie i wtedy drobne, negatywne odczucia, same w sobie nieważne, w końcu tak narastają, że dają świadomość stałego przemęczenia. Stan ten znany jest psychiatrom, którzy codziennie spotykają pacjentów uskarżających się na łagodną depresję i stany nieokreślonego niepokoju” – pisał w książce „Twórzmy zdrowie”, definiując to, co jest jego zdaniem początkiem każdej choroby. Gdy zniekształcona, zaburzona świadomość stale się pogłębia, w końcu przybiera postać konkretnej choroby ciała lub psychiki. Rozwiązaniem jest praca z umysłem.

Po trzecie: myśli są jak cząsteczki w polu kwantowym

Zanim jakakolwiek myśl zostanie zwerbalizowana, jest doświadczana jako intencja, pragnienie wyrażenia siebie, swojego odczucia, stanu lub reakcji na to, co zobaczone, zapamiętane, usłyszane czy doświadczone w inny sposób. Myśl zatem jest impulsem. A jeśli nasza świadomość, ale też skupienie może wywoływać określone doznania w ciele, a nawet choroby – może być również sposobem na leczenie i samouzdrawianie. Niedowierzający mogą w ciągu pół minuty przeprowadzić znany eksperyment: zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie świeżą, żółtą i soczystą cytrynę. A teraz wyobraźcie sobie, że została przecięta na pół i za chwilę kwaśny sok zostanie wyciśnięty prosto na wasz język. Wyobraźcie sobie ten kwaśny smak. Wizualizacja wyżej opisanych czynności spowoduje, że w jamie ustnej pojawi się więcej śliny. Tak oto myśl wpływa na ciało.

Chopra sięga jednak dalej i odwołuje się do pola kwantowego. Atomy, chmury cząsteczek elementarnych, kwarki, bozony i lepiony – są tak małe, że nie sposób ich zmierzyć. Wiemy o ich istnieniu, ponieważ pozostawiają za sobą ślad w akceleratorach. Ślad możliwy do zobaczenia wyłącznie wtedy, gdy się go obserwuje. „A zatem, patrząc na pole kwantowe, zauważamy, że ilekroć na nie spojrzymy, cząstki na mgnienie oka się w nim pojawiają. Ilekroć zaś odwracamy od nich uwagę, znikają” – zauważa Chopra w książce „Prawo obfitości i bogactwa”. Jego zdaniem umysł porusza wszelką materią. Także tą w naszym ciele. Myśli i uczucia tworzą w mózgu cząsteczki, które komunikują się z resztą ciała. Jeśli odczuwamy silny strach, nasze hormony – w tym przypadku kortyzol i adrenalina – wysyłają zupełnie inny komunikat niż, gdy jesteśmy zakochani (wtedy działa oksytocyna). „Co więcej, każda myśl, obraz czy odczucie wymagają, aby mózg pokierował sygnałami elektrycznymi i reakcjami chemicznymi, które tworzą most nad synapsami – przerwami między komórkami mózgu. Te substancje chemiczne znajdują się w stanie ciągłej zmiany. Są tworzone i niszczone tysiące razy na sekundę, aby zawsze nadążać za stanem twojego umysłu, który również ciągle się zmienia”  – pisze w książce „Przyszłość Boga”. Czy zdajemy sobie sprawę z tego, jak wielką moc mają nasze myśli i emocje?

Wniosek: obserwacja – podstawowe narzędzie

Z książek i wykładów Chopry można dowiedzieć się o wielu czynnikach zapewniających zdrowie rozumiane jako dobrostan, bogactwo i szczęście: regularnym, wegetariańskim odżywianiu się, odpoczynku czy porzuceniu papierosów i alkoholu. Jednak jego głównym przesłaniem jest skupienie się na polu świadomości.

Jeśli niematerialna myśl będąca impulsem energetyczno-informacyjnym łączy się z umysłem, a ten wywiera wpływ na ciało, które porusza się w świecie, oddziałując z kolei na innych ludzi i naturę, należy uznać, że wszystko i wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Nie mistyczną, dostrzeganą przez oświeconych nicią. Ale jedną planetą, od której zależy nasze przetrwanie; wodą, którą pijemy; roślinami, dzięki którym mamy pożywienie, lekarstwa i odzież. Założenie, że człowiek odłączył się od całości, pozostaje niezależny w swoich wyborach, życiu i sposobie jego przeżywania, prowadzi do odrzucenia łączności z innymi i światem, a w konsekwencji do szeregu chorób, w tym coraz powszechniejszych, zwanych cywilizacyjnymi.

Najsilniejszym narzędziem umożliwiającym odrzucenie iluzji, przywiązania do ego, ale też niepokoju, stresu i innych chorobotwórczych postaw jest zdaniem Chopry obserwacja. By ją doskonalić, poleca korzystać z medytacji, która zmusza ciało do bezruchu i pozwala wyciszyć się umysłowi. Chodzi o dostrzeganie i czucie prostych spraw, takich jak jabłko, które za chwilę mamy ugryźć; kolor oczu człowieka, z którym rozmawiamy; zapach skóry ręki, którą podnosimy, by przewrócić stronę w gazecie.

Chociaż Chopra uchodzi za mistyka, który stoi w opozycji do odkryć współczesnej medycyny, powtarza on tylko to, co mistrzowie w każdym kręgu kulturowym – jesteśmy drobną cząstką świata, która śni sen o byciu Bogiem. I jak sam podkreśla:

„Cokolwiek umysł człowieka potrafi sobie wyobrazić, to umysł człowieka może osiągnąć”

  1. Styl Życia

Trzy rodzaje lenistwa – co o naszym „niechceniu” mówi buddyjska mniszka Pema Chödrön?

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Lenistwo jest cechą typową dla ludzi. Niestety, blokuje energię czuwania i podważa pewność siebie oraz siłę. Są trzy rodzaje lenistwa  – nastawienie na wygodę, utrata nadziei i „nic mnie to nie obchodzi”. Wszystkie trzy przyczyniają się do utknięcia w wyniszczających nawykowych schematach postępowania. Jednakże analizowanie ich z wnikliwością niweluje ich moc.

W ogrodzie łagodnej czystości. Niech cię bombardują orzechy kokosowe przebudzenia. Chögyam Trungpa Rinpocze
Pierwszy rodzaj lenistwa – nastawienie na komfort – wynika z dążenia do unikania wszelkich niedogodności. Chcemy odpocząć i mieć święty spokój. Ale ciągłe uspokajanie się, lulanie staje się nawykiem, a my popadamy w znużenie i zniechęcenie. Jeśli pada deszcz, jedziemy pół przecznicy, byle tylko nie zmoknąć. Gdy zaczynają się upały, od razu włączamy klimatyzację. Gdy boimy się przeziębienia, od razu włączamy ogrzewanie. W ten sposób tracimy kontakt z esencją życia.

Zawierzamy szybkim zmianom na lepsze i uzależniamy się od natychmiastowych efektów.

Ten szczególny rodzaj lenistwa sprawia, że stajemy się agresywni. Każda niedogodność wywołuje w nas oburzenie. Wybuchamy, kiedy zepsuje się samochód, kiedy nie ma wody lub prądu, kiedy musimy siedzieć na twardym. Nastawienie na wygodę tłumi naszą wrażliwość na zapachy, widoki i dźwięki. Sprawia też, że ciągle jesteśmy niezadowoleni. Jednak z jakiegoś powodu w głębi serca od zawsze wiemy, że same przyjemności nie są drogą do trwałego szczęścia.

Drugim rodzajem lenistwa jest utrata nadziei. Ogarnia nas poczucie beznadziei, pojawia się myśl: „o, ja biedny”. Czujemy się tacy poszkodowani, że do niczego się nie nadajemy. Siedzimy przed telewizorem, jemy, pijemy i palimy, bezmyślnie oglądając kolejne programy. Nie możemy zmusić się do zrobienia niczego, co pozwoli przyjrzeć się, dlaczego straciliśmy ducha. Nawet jeśli zdołamy podnieść się i otworzymy okno, robimy to bez przekonania. Wykonujemy zewnętrzny gest przebicia się przez lenistwo, ale pozostaje w nas poczucie beznadziei. Te gesty podkręcenia lub przebijania się są jednak przejawem utraty nadziei. Wciąż mówimy do siebie: „Jestem do niczego. Nie ma dla mnie żadnej nadziei. Nigdy mi się to nie uda”. Więc tak naprawdę nie odpuszczamy. Zapo­mnieliśmy, jak sobie pomóc. Brakuje nam wiedzy na temat tego, co przyniesie nam prawdziwą ulgę.

Trzeci rodzaj lenistwa, „nic mnie to nie obchodzi”, jest charakterystyczny dla poczucia żalu. Pokazujemy światu środkowy palec. Ten stan jest podobny do utraty nadziei, ale znacznie trudniejszy. Utrata nadziei ma w sobie pewien rodzaj miękkości i wrażliwości, natomiast „nic mnie to nie obchodzi” jest agresywne i prowokujące. „Świat jest popieprzony. Nie daje mi tego, na co zasługuję, więc po co się przejmować?” Idziemy do baru i pijemy cały dzień, a jeśli ktoś odezwie się do nas, reagujemy z agresją. Albo zasuwamy zasłony, kładziemy się do łóżka i naciągamy koc na głowę. Jeśli ktoś próbuje nas rozweselić, niech Bóg ma go w swojej opiece! Grzęźniemy w poczuciu niedocenienia i się poddajemy. Nie szukamy drogi wyjścia. Chcemy tylko siedzieć i pogrążać się w mroku. Używamy lenistwa jako sposobu na zemstę. Taki rodzaj lenistwa może łatwo przekształcić się w obezwładniającą depresję.

W takich przypadkach korzystamy z trzech nawykowych metod. Nazywam je trzema jałowymi strategiami – atakowania, pobłażania i ignorowania.

Szczególną popularnością cieszy się jałowa strategia atakowania. Kiedy uświadomimy sobie własne lenistwo, zaczynamy siebie potępiać. Krytykujemy i zawstydzamy siebie za to, że się pocieszamy, że użalamy się nad sobą czy nie wstajemy z łóżka. Pogrążamy się w poczuciu niegodziwości i winy.

Równie powszechna jest jałowa strategia pobłażania. Usprawiedliwiamy swoje lenistwo, a nawet pochwalamy je. „Taki po prostu jestem. Nie zasługuję na dyskomfort i niedogodności. Mam mnóstwo powodów, żeby się denerwować albo spać całą dobę”. Mogą nas nękać poczucie zwątpienia w siebie i wrażenie nieadekwatności, ale przekonujemy samych siebie do tego, żeby zaakceptować nasze zachowanie.

Strategia ignorowania jest dość skuteczna, przynajmniej przez jakiś czas. Dezintegrujemy się, odlatujemy, popadamy w odrętwienie. Robimy wszystko, co możliwe, aby zdystansować się od nagiej prawdy o naszych przyzwyczajeniach. Działamy na automatycznym pilocie i po prostu unikamy zbyt uważnego przyjrzenia się temu, co robimy.

Praktyki treningu umysłu wojownika to czwarta opcja oświeconej strategii. Jest to metoda polegająca na doświadczaniu w pełni tego, czemu się opieramy – bez wchodzenia w żadną z trzech jałowych strategii. Zaczynamy wnikliwie przyglądać się każdemu z trzech rodzajów lenistwa. Dzięki treningowi bodhiczitty uczymy się nie tłumić oporu poprzez kontakt z fundamentalną miękkością i bezzasadnością naszego istnienia, zanim stwardnieje. Robimy to z wyraźną intencją, żeby nasze lgnięcie do ego zmniejszało się, a nasza mądrość i współczucie wzrastały.

Ważne jest, aby zdawać sobie sprawę, że zazwyczaj nie chcemy zajmować się lenistwem ani żadnym innym nawykiem. Chcemy pobłażać, ignorować lub potępiać. Chcemy dalej korzystać z trzech jałowych strategii, ponieważ kojarzą się nam z poczuciem ulgi. Chcemy nadal uciekać w pocieszanie się, w opowiadanie sobie bez końca, że straciliśmy nadzieję, lub w rozmyślanie nad fatalizmem postawy „nic mnie to nie obchodzi”.

W pewnym momencie możemy jednakże poczuć zainteresowanie i zacząć zadawać pytania typu: „Dlaczego cierpię? Dlaczego nie ma żadnej poprawy? Dlaczego moje niezadowolenie i nuda narastają z roku na rok?”.

Właśnie wtedy możemy przypomnieć sobie nasze szkolenie. Właśnie wtedy możemy poczuć, że jesteśmy gotowi do eksperymentowania ze współczującą postawą wojownika. Właśnie wtedy zaczyna mieć sens wskazówka, żeby pozostać z miękkością i nie twardnieć.

Dlatego zaczynamy przyglądać się naszemu lenistwu i bezpośrednio doświadczać jego istoty. Poznajemy nasz strach przed dyskomfortem, nasz wstyd, nasze pretensje, naszą nudę i zaczynamy rozumieć, że inni czują to samo. Zwracamy uwagę na historie, które sobie opowiadamy, i zauważamy, że powodują napięcie w naszym ciele. Kontynuując praktykę, zaczynamy rozumieć, że już nie musimy wierzyć w te historie. Praktykujemy tonglen, medytacje w pozycji siedzącej oraz inne praktyki bodhiczitty, żeby otworzyć się na niewinność energii emocjonalnej. Zaczynamy odczuwać pewien rodzaj czułości, zdając sobie sprawę z tego, że każdy daje się złapać tak jak my i że każdy z nas może być wolny.

Lenistwo nie jest ani szczególnie przerażające, ani wspaniałe. Ale ma tę podstawową cechę życia, która zasługuje na to, by doświadczyć jej taką, jaka jest. Być może w lenistwie znajdziemy pewną irytującą, wibrującą właściwość. Możemy odczuwać ją jako nudną i przytłaczającą lub wrażliwą i otwartą. Cokolwiek odkryjemy, zgłębiając to dalej, nie znajdziemy nic, czego moglibyśmy się trzymać, nic solidnego… tylko bezzasadną energię czuwania.

Proces doświadczania lenistwa bezpośrednio i pozawerbalnie jest transformujący. Uwalnia ogromną energię, która na ogół jest blokowana przez nawyk uciekania. Kiedy bowiem przestajemy opierać się lenistwu, nasza tożsamość osoby leniwej zaczyna się całkowicie rozpadać. Bez nakładanych przez ego klapek na oczach nabieramy nowej perspektywy, poszerzamy pole widzenia. W  ten sposób lenistwo  – lub jakikolwiek inny demon  – wprowadza nas w życie pełne współczucia.

  1. Psychologia

Kontakt z ciałem daje nam w życiu oparcie – przekonuje Wojciech Eichelberger

Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
W jakim świecie żyjemy, jeśli nie w realnym? Prawda jest szokująca: większość życia spędzamy bez kontaktu z rzeczywistością, w wirtualnej iluzji tworzonej przez nasz własny umysł. Jedynym sposobem ucieczki z tego matriksa jest urealnienie się. A to można osiągnąć tylko przez ciało – tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mówiliśmy o tym, jak ważna dla budowania oparcia w sobie jest świadomość ciała. A dziś? Porozmawiamy o ważnym skutku zaakceptowania i uświadomienia sobie ciała, czyli o urealnieniu. Urealnienie to pozostawanie w zmysłowym kontakcie z tym, co tu i teraz. Bez zaprzyjaźnienia się ze swoim ciałem nie sposób tego doświadczać. Bo im lepiej uświadamiane jest ciało, działają nasze zmysły, tym większa szansa na pełny kontakt ze światem i życiem. Ludzki umysł ma dwie opcje. Może tworzyć wyobrażeniowe światy, w czym jest niewyczerpany, albo otwierać się na realny, zmysłowy świat. W tym też jest niewyczerpany. Umysł pozbawiony ciała i zmysłów oddałby się całkowicie tworzeniu wirtualnych światów.

Zajmowałby się sam sobą? Przeżywał to, co produkuje, produkował to, co przeżywa – i można by go dowolnie programować. Trafnie to zilustrował film „Matrix”. By uczynić ludzi bezbronnymi wobec manipulacji, siły zła pozbawiały ich kontroli nad własnymi umysłami i trzymały w specjalnych kapsułach podłączonych do komputera. Ich mózgi przyjmowały każdy program, który w nich instalowano. Tymczasem antymatriksowe siły dobra toczyły walkę o przebudzenie uśpionych umysłów, o ludzkie ciało i zmysły, o urealnienie, o godność i suwerenność.

Tak więc gdy mamy nikłą świadomość ciała, nasz mózg ma zbyt wiele swobody i przestrzeni dla tworzenia własnego świata, w którym wszystko może być urojone. Dlatego to, na ile i jak często nasz umysł bywa w kontakcie z rzeczywistością, jest bardzo ważnym kryterium zdrowia psychicznego. Wszystko to nie oznacza, że powinniśmy  przestać cokolwiek sobie wyobrażać. To byłaby wielka strata. Chodzi tylko o to, żeby nam się myśli i wyobrażenia nie myliły z rzeczywistością, żeby używać ich celowo i świadomie. By żyć lepiej, pełniej, realniej – a więc mniej stresująco – musimy nauczyć się kontrolować i redukować spontaniczną działalność wyobrażeniową naszego mózgu, nasz mózgowy spam. Niezastąpionym, zasługującym na najwyższy szacunek sojusznikiem w tej sprawie jest ciało.

Wystarczy wrócić do ciała i wszystko się urealnia. Ale jak wrócić? Najprościej przez oddech, który jest niezbędnym warunkiem urealnienia. Zasila energią zmysły i otwiera nas na świat. Ale uświadomienie sobie oddechu urealnia nas przede wszystkim w przestrzeni samego ciała. Potrzebny jest krok dalej: ciało może urealnić nas w przestrzeni zewnętrznej.

Jak to się dzieje? Poprzez zmysły, które w każdej sekundzie dostarczają mózgowi tysiące megabitów danych. Jeśli mamy dobrze uświadomione ciało, to otwierając się na tę rzekę informacji, możemy danej sytuacji doświadczyć takiej, jaka jest – zanim emocje, oceny i interpretacje ją zniekształcą. To otwiera drzwi percepcji na upragnione chwile szczęścia, na bycie tu i teraz.

Dlaczego to takie trudne? Bycie tu i teraz to w istocie najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. Oczywiście najpierw musimy odpuścić naszą wirtualną iluzję. A to łatwe nie jest. Przyjrzyjmy się, co się dzieje z człowiekiem we śnie. Na intensywne marzenie senne można spojrzeć jak na rodzaj krótkotrwałej psychozy, chwilę matriksa. We śnie ciało i zmysły zostają odłączone, więc mózg może sobie poszaleć i zajmować się sam sobą. Śpiący na ogół nie zdaje sobie sprawy, że śpi, jest przekonany, że sen jest prawdą, że uczestniczy w realnej sytuacji. Dopiero wtedy, gdy we śnie dzieje się coś bardzo groźnego, gdy pojawia się cierpienie, zaczynamy szukać ratunku.

I się budzimy? To druga faza ratowania się. Pierwsza to uświadomić sobie, że śnimy. Wówczas do tego, co się dzieje we śnie, nabieramy nieco dystansu, a nawet możemy się tym trochę bawić. Jednak ostatecznym wyzwoleniem jest obudzić się – włączyć ciało i zmysły. Gdy umysł powraca do zmysłowej rzeczywistości, senna iluzja znika i odczuwamy ogromną ulgę. Marzenia senne spełniają jednak różne pożyteczne funkcje. Największym naszym kłopotem są sny na jawie, które śnimy czasami przez większość dnia i nawet o tym nie wiemy.

 
 

Będę adwokatem diabła: co złego jest we śnie na jawie? Jawa bywa trudna do zniesienia, łatwiej się żyje, jak sobie człowiek nieco pofantazjuje. Jeśli świadomie tworzymy wyobrażeniową odskocznię od trudów i zagrożeń dnia, to nic złego. Gorzej, gdy śnienie na jawie staje się nieświadomą, nawykową, a czasami wręcz obsesyjną ucieczką od życia. Wtedy możemy tak dalece utracić kontakt z rzeczywistością, że jedynym bezpiecznym dla nas miejscem będzie szpital psychiatryczny. Jeżeli chcemy prawdziwie doświadczać życia, komunikować się z ludźmi i reagować na sytuacje, które się nam wydarzają, musimy być urealnieni. Żyjemy w świecie realnym, który dzielimy z innymi. Nasze ciała i zmysły – w przeciwieństwie do wypaczonych egoizmem umysłów – łatwiej się dogadują co do kształtu rzeczywistości. To wspólne wszystkim ludziom doświadczenie życia i świata jest podstawą wszelkiego kontaktu, porozumienia i relacji. Dlatego w doświadczeniu ciała i zmysłów spotykać się możemy wszyscy bez względu na rasę, religię, przekonania, wiek czy płeć. Jeśli ktoś, odrzucając ciało, nie wchodzi na to wspólne forum, pozostaje samotny i nieszczęśliwy, zamknięty w swoim wirtualnym świecie.

Może jestem pesymistką, ale mam wrażenie, że ludzie głównie przebywają w swoich światach, śnią. A na tym wspólnym placu tylko od czasu do czasu się ktoś pojawia... ...i rozglądając się wokół, stwierdza, że tu nikogo nie ma! To prawda. Myślowo-wyobrażeniowa produkcja naszych mózgów ma wielką wydajność, siłę i żywotność. Jest bowiem wprzęgnięta w nieustanne podtrzymywanie iluzji naszego ego – oddzielenia od wszechświata i stwórcy. Konstruowanie i utrzymywanie tej budowli to mnóstwo roboty. W efekcie pozostaje nam tak mało czasu i energii, że nawet przestajemy odczuwać potrzebę urealnienia. Dlatego po tym świecie chodzą głównie osoby, które zamiast płynąć rzeką życia, pogrążają się we własnych skołowanych myślach.

Co to znaczy, że potrzeba czasu i energii na urealnienie się? Potrzeba sił i determinacji, by tak radykalnie zakwestionować wszystko, co o sobie i o świecie przywykliśmy myśleć. Trzeba energii, wiary i determinacji, by podjąć trud uświadamiania sobie ciała, oddechu, codziennych ćwiczeń zmierzających do wyciszenia umysłu. To ciężka praca, czasami długi i żmudny proces. Na szczęście nasze wysiłki zaczynają procentować. Gdy coraz wyraźniej zdajemy sobie sprawę, że koszmar nam się tylko śni, zaczynamy odczuwać ulgę. A gdy to się stanie, już nic nas nie powstrzyma, prędzej czy później się obudzimy.

Pełen kontakt łapiemy dopiero, gdy ciało jest w pełni uświadamiane? Gdy ciało jest częściowo uświadamiane, mamy częściowy kontakt z rzeczywistością. To stan, w którym znajduje się większość z nas. Nawykowy somnambulizm. To tak, jakbyśmy patrzyli na świat przez okulary zrobione z kliszy, na której są zapisane obrazy nakładające się na to, co widzimy. Zniekształcenia istnieją tylko na kliszy, ale nam się wydaje, że są wiernym obrazem rzeczywistości. Gdy wydarzy się w naszym życiu coś, co sprawi, że owa klisza się odklei, bywa to bardzo bolesne, ale po jakimś czasie czujemy, że się opłaciło. Bo zniekształcony obraz świata generuje cierpienie.

Dlatego tęsknimy za urealnieniem, a nawet prowokujemy czasami sytuacje, które nas urealniają. Przeczuwamy, że to nas zbliża do prawdy o nas samych i świecie. Ciało jest nam do tego niezbędne. Jest prawdziwą kotwicą dla umysłu. Bo ciała na szczęście nie można przenieść ani w przeszłość, ani w przyszłość. Jest dokładnie tu. Więc jeśli chcesz się urealnić, wyjdź ze swego wewnętrznego kina i zwróć uwagę na swoje rzeczywiste ciało. Jest do usług.

Jak urealnienie ma się do obecności? Obecność jest końcową stacją procesu urealniania się. Obecność jest stanem umysłu, który osiągamy, gdy się urealnimy. Urealnianie się wymaga dyscypliny i praktyki. Jeśli chcemy być zdrowi, chcemy, by nasze życie nie niosło niepotrzebnego cierpienia własnej produkcji, to powinniśmy się urealniać i zmierzać do stanu obecności. Ci, którzy są obecni, mają do świata i ludzi stosunek zmysłowy i miłosny. Są rozsmakowani, zasłuchani, zachwyceni i zakochani we wszystkim, np. w widoku i smaku czereśni, w chlebie i winie, w dotyku ciała, w szumie morza, w strukturze piasku. Urealnianie się to zakochiwanie się w świecie. Obecność to miłość świata do świata.

  1. Styl Życia

Zmiana jest podstawą naszego życia – tłumaczy buddyjska mniszka Pema Chödrön

</a> Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Budda nauczał, że istnieją trzy główne cechy ludzkiej egzystencji: nietrwałość, bezinteresowność oraz cierpienie lub niezadowolenie. Według Buddy życie wszystkich istot jest naznaczone przez te trzy cechy. Uznanie ich za prawdziwe poprzez własne doświadczenia pomaga nam odnaleźć spokój w tym, co jest – pisze Pema Chödrön w najnowszej książce „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

Kiedy po raz pierwszy wysłuchałam tego nauczania, wydało mi się akademickie i odległe. Gdy jednak zachęcono mnie do skupienia uwagi – do zaciekawienia się tym, co dzieje się z  moim ciałem i  moim umysłem – coś się zmieniło. Na podstawie własnego doświadczenia mogłam zaobserwować, że nic nie jest statyczne. Moje nastroje zmieniają się nieustannie jak pogoda. Zdecydowanie nie mam kontroli nad tym, jakie myśli lub emocje pojawiają się, ani nie mogę powstrzymać ich przepływu. Po bezruchu następuje ruch, a  ruch wraca do bezruchu. Nawet najbardziej uporczywy ból fizyczny zmienia się, jak przypływy i odpływy, gdy skupiam na nim uwagę.

Nowe nastawienie pojawia się wtedy, gdy zaczynamy dostrzegać, że wczoraj było wczoraj, a teraz już go nie ma; dziś jest dziś i teraz jest nowe. Tak jest – każda godzina, każda minuta się zmienia. Jeśli przestajemy obserwować zmiany, to przestajemy postrzegać wszystko jak nowe. Dzigar Kongtrul Rinpocze
Czuję wdzięczność dla Buddy za wskazanie, że to, z czym zmagamy się przez całe życie, można traktować jako zwykłe doświadczenie. Życie nieustannie przynosi wzloty i upadki. Ludzie są nieprzewidywalni, podobnie jak sytuacje i jak wszystko inne. Święci, grzesznicy, zwycięzcy, przegrani – wszyscy znamy ten ból, gdy przytrafia nam się to, czego nie chcemy. Czuję wdzięczność za to, że ktoś zobaczył prawdę i wykazał, że nie odczuwamy bólu z powodu naszej osobistej niemożności naprawienia sytuacji.

Pierwszą oznaką istnienia jest to, że nic nie jest statyczne i  niezmienne, że wszystko jest ulotne i  nietrwałe. Wszystko jest w toku. Wszystko – każde drzewo, każde źdźbło trawy, wszystkie zwierzęta, owady, ludzie, budynki, to, co żywe i nieożywione, cały czas się zmienia, z minuty na minutę. Nie musimy być ani mistykami, ani fizykami, żeby to wiedzieć. Jednak na poziomie osobistego doświadczenia nie przyjmujemy do wiadomości tego podstawowego faktu. Oznacza to, że życie nie zawsze toczy się po naszej myśli. Oznacza to, że jest strata, ale jest i zysk. Ale nam się to nie podoba.

Kiedyś zmieniałam pracę i dom w tym samym czasie. Odczuwałam niepewność, niepokój, bezzasadność. Pożaliłam się Trungpie Rinpocze, że mam problem ze zmianami, w  nadziei, że powie coś, co pomoże mi w  pracy nad tym. Popatrzył na mnie jakby pustym wzrokiem i powiedział: „Zawsze jesteśmy w procesie zmiany”. A potem dodał: „Jeśli możesz się z tym zwyczajnie pogodzić, nie będziesz miała żadnych problemów”.

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe) Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)

Wiemy, że wszystko jest nietrwałe, wiemy, że wszystko się kończy. Chociaż tę prawdę jesteśmy w  stanie zaakceptować na poziomie intelektualnym, to jednak w sferze emocjonalnej odczuwamy głęboko zakorzenioną niechęć. Chcemy stabilności, oczekujemy jej. W  naturalny sposób poszukujemy bezpieczeństwa. Wierzymy, że możemy je znaleźć. Doświadczanie nietrwałości w życiu codziennym jest źródłem frustracji.

Każdego dnia wykorzystujemy naszą aktywność jak tarczę chroniącą nas przed fundamentalną niejednoznacznością sytuacji, w  jakiej się znajdujemy. Zużywamy ogromną ilość energii, próbując uchronić się przed nietrwałością i śmiercią. Nie podoba nam się, że nasze ciała zmieniają się z  upływem czasu. Nie podoba nam się, że się starzejemy. Boimy się zmarszczek i zwiotczałej skóry. Używamy kosmetyków pielęgnacyjnych tak, jakbyśmy naprawdę wierzyli, że nasza skóra, włosy, oczy i zęby mogą w jakiś cudowny sposób uciec od prawdy o nietrwałości.

Nauki buddyjskie mają na celu uwolnienie nas od tego ograniczonego sposobu odnoszenia się do rzeczywistości. Zachęcają nas, żeby stopniowo i w pełni zanurzyć się w zwyczajną i oczywistą prawdę o zmianie. Uznanie tej prawdy nie oznacza, że widzimy tylko to, co ponure. Oznacza, że zaczynamy rozumieć, że nie tylko my przestajemy się z tym wszystkim wyrabiać. Już nie wierzymy, że są ludzie, którym udało się uniknąć niepewności.

Inną oznaką istnienia jest brak niezmiennego ja. Jako istoty ludzkie przemijamy tak samo jak wszystko inne. Każda komórka naszego ciała podlega ciągłym zmianom. Myśli i  emocje nieustannie pojawiają się i znikają. Na czym opieramy przekonanie, że jesteśmy kompetentni lub że jesteśmy beznadziejni? Na tej ulotnej chwili? Na wczorajszym sukcesie czy porażce? Trzymamy się utrwalonego przekonania o tym, kim jesteśmy, i to nas paraliżuje. Tymczasem nic i nikt nie jest niezmienne. To, czy zmiany są dla nas źródłem wolności, czy też źródłem straszliwego niepokoju, robi istotną różnicę. Czy mijające dni przynoszą coraz więcej cierpienia, czy też zwiększają naszą zdolność do odczuwania radości? To jest ważne pytanie.

Czasami brak niezmiennego ja nazywany jest brakiem duszy. Te słowa mogą wprowadzać w błąd. Budda nie sugerował, że znikamy albo że możemy wymazać naszą osobowość. Pewien uczeń zapytał kiedyś: „Czy doświadczanie braku niezmiennego ja nie sprawia, że życie traci blask?”. To nie jest tak. Budda zwracał uwagę na to, że twarde przekonania, jakie mamy na swój temat, mianowicie, że jesteśmy niezmienni i oddzieleni od innych, są boleśnie ograniczające. Możemy przez to występować na scenie naszego życia, nie wierząc aż tak gorliwie w  postać, którą gramy.

Kłopot polega na tym, że traktujemy siebie tak poważnie, że nadajemy sobie aż tak absurdalne poczucie ważności. Uważamy, że mamy prawo irytować się na wszystko, poniżać siebie lub myśleć, że jesteśmy mądrzejsi od innych. Poczucie własnej ważności wyrządza nam krzywdę, zamyka w ciasnym świecie naszych upodobań i niechęci. W końcu znudzimy się na śmierć sobą i naszym światem. W końcu nigdy nie znajdziemy zadowolenia.

Mamy dwie możliwości do wyboru: albo zakwestionujemy nasze przekonania, albo nie. Albo zaakceptujemy nasze dotychczasowe wersje rzeczywistości, albo zaczniemy je odrzucać. W  opinii Buddy ćwiczenie się w otwartości i ciekawości, a także w rezygnacji z założeń i przekonań to najlepszy sposób, w jaki możemy przeżyć nasze życie.

Mówiąc wprost, brak niezmiennego ja oznacza elastyczną tożsamość, która przejawia się w dociekliwości, zdolności do adaptacji, poczuciu humoru, chęci do zabawy. To nasza umiejętność odnalezienia spokoju bez wiedzy o wszystkim, bez rozgrywania wszystkiego, bez żadnej pewności co do tego, kim jesteśmy ani kim są inni. (…)

Jak mamy zamiar przeżyć to krótkie życie? Czy będziemy doprowadzać do perfekcji umiejętność walki z niepewnością, czy też będziemy doskonalić się w odpuszczaniu? Czy będziemy uparcie trzymać się przekonania „Ja jestem taki, a ty taki”? Czy też mamy zamiar wyjść poza ten ograniczony sposób myślenia? Czy możemy rozpocząć trening wojownika, aspirując do ponownego połączenia się z  naturalną elastycznością naszego bytu i pomagając innym robić to samo? Jeśli zaczniemy iść w tym kierunku, otworzą się przed nami nieograniczone możliwości.

Nauczanie o  braku niezmiennego ja podkreśla znaczenie naszej dynamicznej, zmieniającej się natury. To ciało nigdy nie czuło się dokładnie tak samo jak teraz. Ten umysł kreuje myśl, która, chociaż może wydawać się powtarzalna, nigdy więcej się nie pojawi. Mogę powiedzieć: „Czyż to nie wspaniałe?”. Ale zazwyczaj nie doświadczamy tego jako czegoś wspaniałego, lecz raczej jako coś denerwującego, co sprawia, że walczymy o swoje. Budda w swej szczodrości pokazał nam alternatywę. Nie jesteśmy uwięzieni w tożsamości sukcesu lub porażki ani w żadnej innej tożsamości, ani w tym, jak widzą nas inni, ani w tym, jak widzimy siebie sami. Każda chwila jest wyjątkowa, nieznana, zupełnie nowa. Dla praktykującego wojownika brak niezmiennego ja jest powodem do radości, a nie strachu.

  1. Psychologia

Co potrafi nasz umysł? Jak działa? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
W pracy, w domu wciąż wymaga się od nas jeszcze i jeszcze. Przydałby się jakiś dodatkowy zasób, z którego moglibyśmy czerpać. Czy to prawda, że na co dzień wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości mózgu? Jak sięgnąć po te 90 pozostałych? I co ma z tym coś wspólnego psychoterapia? – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak to jest z mózgiem? Badania zebrane w „50 wielkich mitach psychologii popularnej” Scotta O. Lilienfelda, Stevena Jaya Lynna, Johna Ruscio i Barry’ego L. Beyersteina nie potwierdzają, że mamy w nim jakiś ukryty potencjał. Ale chcemy wierzyć, że jednak on tam jest. Nie jestem neurobiologiem ani neurokognitywistą, tylko psychoterapeutą, i dlatego zajmuję się umysłem, a nie mózgiem. Programem, jak można by powiedzieć, a nie samym komputerem, którym w tym ujęciu nazwałbym mózg. Ale też z mojego doświadczenia wynika jasno, że to właśnie umysł decyduje o tym, co może mózg. On mu to nawet dyktuje! To umysł decyduje o tym, jak postrzegamy siebie i świat, a więc co myślimy. Źródłem umysłu jest oczywiście kultura, w której żyjemy, język, którym mówimy, ale też emocje i wydarzenia z życia, wątki biograficzne, a więc to, czym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeuta. I myślę – na co mam wiele dowodów – że to umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. Przyszedł do mnie prezes firmy z wypaleniem zawodowym i depresją. Jego mózg stracił zdolności kreatywne i firma, którą stworzył, popadła w stagnację. Stał się drażliwy, a nawet agresywny, co psuło mu kontakty z pracownikami i niszczyło atmosferę w domu. Zapytałem go o marzenia i o plany, które musiał porzucić dla swojej wyczerpującej pracy. Okazało się, że od dziecka marzył o grze na fortepianie. Poradziłem mu, że jeśli chce odzyskać siły i kreatywne możliwości umysłu, powinien wziąć sobie sześciomiesięczne wolne i w tym czasie zająć się przede wszystkim fortepianem. Pojawił się po pół roku, szczęśliwy i rozpromieniony, o wiele lat młodszy. Okazało się, że zrobił tak, jak mu doradzałem, i że dalej poświęca nauce gry na fortepianie dwie godziny dziennie. W międzyczasie wyzdrowiał – pokonał depresję, twórczo zreorganizował firmę i podniósł ją na zupełnie inny poziom. Znakomicie też poprawił swoje relacje ze współpracownikami i z rodziną.

Odzyskał zdolności kreatywne, dodając sobie zajęć? Gdy nasze ciało nabiera nowych umiejętności, a na pewno gra na fortepianie tego wymaga, mózg musi te nowe umiejętności „zapisać”. Związane jest to z powstawaniem większej ilości połączeń między neuronami. Te zazwyczaj mają ich kilka, a mogą wielokrotnie więcej. Powstaje więc sieć, która być może jest tym właśnie ukrytym potencjałem. Tak czy inaczej, ucząc się nowych rzeczy, rozwijamy umysł i mózg. Mamy też – słuszne zresztą – poczucie, jakbyśmy stali się mądrzejsi. Myślę, że gdybyśmy zbadali mózgi ludzi przed psychoterapią i po niej, to okazałoby się, że zmieniła się ich aktywność. Badania mózgów ludzi kreatywnych, które miałem okazję zobaczyć, wykazały, że kreowanie nowych wizji i rozwiązań jest powiązane z inną niż przeciętna aktywnością elektryczną kory mózgowej.

Ale gdy podłączono mózg do urządzeń pozwalających obserwować jego pracę (EEG, PET, fMRI), nie znaleziono nieaktywnych obszarów. Może nie chodzi o zwiększenie aktywnego obszaru, ale o rodzaj tej aktywności? A mówiąc znów o umyśle, adepci psychoterapii wprost stwierdzają: „Czuję, że mózg mi się otworzył. Że mam więcej przestrzeni w głowie. Jakbym więcej widział, czuł i przede wszystkim rozumiał”. Te obserwacje są trafne. Oddają to, co – upraszając – można ująć tak: łatwiej myśleć, gdy nie przeszkadzają w tym trudne emocje, kompleksy czy lęki, a nawet fobie. One zdecydowanie zmieniają nasze widzenie świata i relacje – także ze sobą. Przyszła do mnie bardzo światła osoba, pani profesor, nauczycielka akademicka, która panicznie bała się kotów. W trakcie terapii okazało się, że jej trudne doświadczenia z dzieciństwa zainstalowały w jej umyśle program, który kazał jej kojarzyć wszystkie kocie cechy z karą i odrzuceniem. W dzieciństwie nie wolno jej było się bronić, walczyć o swoje, korzystać z wolności, bawić się, poszukiwać komfortu i przyjemności, zajmować się swoim ciałem itd. Gdy zdała sobie z tego sprawę i przy mojej pomocy zmieniła ten program, otwierając się na swoje wcześniej wyparte potrzeby i możliwości, jej życie się zmieniło. Zaczęła dawać sobie więcej uważności i troski. Odpuściła też innym, bo miała wreszcie siebie pod opieką.

A więc czasem mamy w głowie za dużo lęku, by postępować mądrze, czyli na przykład zadbać o siebie czy po prostu móc skupić się na nauce i pracy. To częsta sytuacja, kiedy przepracowanie trudnych emocji i wydarzeń sprawia, że człowiek nie ma problemów z zadbaniem o swoje sprawy, z koncentracją, z nauką, z jąkaniem się, z migreną czy nawet z dysgrafią. Dzieje się tak, bo znikają filtry, które zakłócały mu poznanie świata i szczere relacje z innymi.

W autobiografii „Mózg i serce, magiczny duet” neurochirurg James R. Doty opisuje, jak będąc chłopakiem, opanował zasady uspokajania ciała i umysłu, co pomogło mu zostać lekarzem, a potem profesorem. Zyskał nie tylko zdolność do błyskawicznej koncentracji, ale też posługiwania się intuicją. Ale nic by z tego nie było, gdyby nie pokonał kompleksów, a wstydził się nawet śmiać, bo uważał, że ma straszne zęby. Moje doświadczenie psychoterapeuty potwierdza badania i obserwacje Doty’ego. Mózg potrafi przekształcać się pod wpływem umysłu, a więc pracując nad umysłem, możemy doprowadzić do pozytywnych zmian we własnych neuronalnych drogach. I on tego dokonał już jako dziecko, ucząc się przez wiele wakacyjnych tygodni metody uspokajania umysłu. A potem, kiedy jako lekarz wychodził ze spustoszeń po zawale mózgu i odzyskiwał sprawność. Opowieść Doty’ego jest także niezbitym dowodem na to, że świadomość nie jest produktem mózgu, lecz że jest wobec mózgu pierwotna. A więc siła umysłu decyduje o tym, w jakim stopniu wykorzystamy nasz potencjał.

No właśnie, najważniejsze pytanie na dziś to: jak domowymi metodami sięgnąć po ten ukryty potencjał umysłu czy mózgu? Warto wiedzieć, że umysł może być nastawiony na to, aby poszukiwać, być otwartym na świat i na nowe. Ale może też być konserwatywny i bronić się przed zmianami. W przeciwieństwie jednak do komputerów mamy samoświadomość i ona nam pomaga przeprogramować nasze umysły. Wielu z nas z tej szansy, jaką daje bycie człowiekiem, korzysta, i to często nieświadomie. Dla przyjemności czyta dużo, i to także autorów o kontrowersyjnych poglądach. Próbuje zrozumieć to, co awangardowe, a nawet skandalizujące w sztuce. Nie żeby podziwiać, tylko żeby wiedzieć. Podróżuje, poznaje inne kultury i dziwne egzotyczne obyczaje. Interesuje się rozwojem nauki, filozofuje. Medytuje, uprawia wymagające dyscypliny sportu, udaje się na odosobnienia lub pielgrzymki. Ci zaś, których umysły są raczej konserwatywne, czyli chcący się kontaktować wciąż z tą samą opowieścią o świecie, nie mają nowych wyzwań ani nowej wiedzy do zasymilowania. Nie ma więc powodu, by neurony w ich mózgach zatrudnić do cięższej pracy, a więc uruchomić ten dodatkowy potencjał.

Po dniu pracy w dzielnicy biurowców zmuszać się do nowego?! Gdy ciągną nas seriale, jakiś kryminał, może wino... Wierzymy też, że skutecznie uczyć się można do 20. roku życia. Zarówno mózg, jak i umysł pozostają plastyczne przez całe życie. Nigdy nie jest za późno, aby coś inaczej zobaczyć, zrozumieć, zmienić się. Bycie otwartym pomaga, bo trzymanie się starych rozwiązań w zmieniającym się świecie skazuje nas i ludzi wokół na fiasko, na zamieszanie i cierpienie. Pamiętajmy o tym, bo nasz umysł – zwłaszcza w sytuacjach kryzysu – ma tendencję do sięgania po stare rozwiązania. A my nie dostrzegamy, że te sprawdziłyby się w tamtych realiach, a dziś spowodują dodatkowy kłopot. Na przykład kiedy nastolatek domaga się swobody, zaufania i szacunku, to co robią rodzice? Na ogół przykręcają śrubę, sięgając po rozwiązania konserwatywne: „Musimy zabronić, musimy więcej wymagać, musimy zdyscyplinować, byliśmy zbyt pobłażliwi”. Choć problem wydaje się stary jak świat, to szybko okazuje się, że stare sposoby nie zdają egzaminu. Bo młody człowiek wzrastał w świecie zupełnie różnym od świata, w którym wzrastali jego rodzice, np. od czasu gdy nauczył się posługiwać komputerem, miał nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy. Rodzice są imigrantami w świecie elektronicznych mediów, a młodzi się w tym świecie urodzili. Wiele wskazuje na to, że mają inaczej ukształtowane mózgi. Ich umysły konstruują inny obraz świata, inną prawdę o nim.

No i rozbolała mnie głowa. Zażyję tylko tabletkę i… Na szczęście nie rozmawiamy o empatii, bo wtedy – odradzałbym. Badania brytyjskie dowodzą, że paracetamol zmniejsza zdolność do rozumienia i reagowania na potrzeby i uczucia innych. To, co w układzie nerwowym oraz w mózgu odpowiada za odczuwanie bólu fizycznego, odpowiada też za współodczuwanie z innymi. Połkniesz tabletkę i może nie być dla ciebie jasne, czemu partner marudzi, a przyjaciółka płacze.

Ale kiedy boli głowa, również trudno o empatię. Zaskakujące, jak wiele czynników może wpływać na to, co myślimy, a nawet czego oczekujemy. Na przykład szefowa, którą często boli głowa, będzie więcej wymagać od pracowników, ale mniej ich rozumieć. A możemy mówić o paracetamolowym stylu zarządzania w Polsce, biorąc pod uwagę ilość spożywanych leków przeciwbólowych. Polacy konsumują około dwóch milionów tabletek rocznie. Ale Wisły kijem nie zawrócimy.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Ciekawostka

Jak pisze Ałbena Grabowska, dr nauk medycznych, neurolożka i pisarka: Półkule mózgowe ze sobą współpracują, ale też zazwyczaj jedna dominuje. Jeśli nie ma między nimi połączenia, to np. śmiejemy się, gdy coś nas rozbawi, choć nie wiemy czemu. Jeśli z kolei są równorzędne, to piszemy obiema rękami tak samo sprawnie, ale też nasz umysł może znacznie więcej, bo jedna myśl toruje drogę drugiej, a to podstawa geniuszu. Ten dar miał malarz i wizjoner Leonardo da Vinci.