1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Życie w Domu na Wschodzie

Dom na Wschodzie i jego gospodarze Joanna i Marek oraz trójka ich dzieci. (Fot. Archiwum prywatne Joanny i Marka)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Nie Mazury, nie Bieszczady. Podlasie! Joanna i Marek Jacelowie przyjechali tu ponad dziesięć lat temu na weekend. Zakochali się w ciszy, spokoju, dzikiej urodzie puszczy. Postanowili tu zamieszkać, założyć rodzinę, prowadzić agroturystykę. Jak spełnia się marzenia, jak pokonuje wyzwania i jak wygląda życie na Podlasiu?

Dom na Wschodzie położony jest w otulinie Puszczy Białowieskiej, w pobliżu zalewu Siemianówka. Agroturystyka znajduje się w pewnej odległości od samej wsi, wśród łąk i lasów. Mój GPS wybiera nietypowe, malownicze trasy, więc jechałam tu polnymi drogami. Do „domu dla gości”, jak nazywają go Joanna i Marek, trafiłam bez problemu, ale już znalezienie gospodarzy nie było takie proste. Trzeba przejść jeszcze około stu metrów i minąć niewielki lasek, żeby zobaczyć gospodarstwo wrośnięte w podlaski krajobraz – dom otoczony drzewami, a wokół białe połacie pól. Bezkresna przestrzeń. Do tej pory znałam to miejsce tylko ze zdjęć na Instagramie, w rzeczywistości jest jeszcze bardziej malowniczo.

Usiedliśmy w kuchni połączonej z salonem przy długim stole pomalowanym w drzewa i leśne zwierzęta. Pod stołem na posłaniu zgodnie ułożyły się dwa psy, a rudy kot usiadł na wolnym krześle i łaskawie dał się głaskać. W salonie półki uginają się od książek, ściany zdobią obrazki, ikony, makaty. Jest gęsto, kolorowo, domowo. Kanapa z miękkimi poduszkami i kocem kusi, żeby położyć się i patrzeć na śnieg za oknem, ale podejrzewam, że domownicy nie mają do tego zbyt wielu okazji. Zatkała się zmywarka, a na sylwestra przyjechało 21 gości, dla których trzeba ugotować kolację.

Dom Joanny i Marka. (Fot. Archiwum prywatne Joanny i Marka)
Wnętrze przestrzeni wspólnej w domu dla gości. (Fot. Archiwum prywatne Joanny i Marka)

Joanna i Marek pochodzą z Łodzi. Ona studiowała prawo, on – informatykę. Potem pracowali w różnych zawodach, ale intensywne miejskie życie nie dawało im satysfakcji. „Byliśmy zmęczeni i chcieliśmy odciąć się od nadmiaru bodźców. Chcieliśmy po prostu mieszkać w lesie, wszystko jedno gdzie”, mówi Joanna. „I na początku z tej desperacji zamieszkaliśmy w domku na działce moich rodziców 20 kilometrów od Łodzi”. To miało być tymczasowe rozwiązanie, ale w sumie zostali tam dwa lata. Czasem było tak zimno, że woda zamarzała i rano, przed pracą, jeździli kąpać się na basen. Minusy rekompensowały im jednak spacery po lesie i możliwość spędzenia popołudnia w ciszy, na własnym tarasie. Mieli taki zwyczaj, że na każdy dłuższy weekend ruszali gdzieś w Polskę. Na kilka wolnych listopadowych dni 2011 roku los rzucił ich na Podlasie.

„Po prostu wpisałam w wyszukiwarkę »dom drewniany agroturystyka« i znalazłam wolne pokoje we wsi jakieś 30 kilometrów stąd”, dodaje Joanna. Przyjechali i przepadli.

Życie na Podlasiu – miejsce na dom

Włócząc się po okolicy, stwierdzili, że to, co do tej pory uważali za naturę, nie ma nic wspólnego z dzikością. Podmiejskie lasy są uporządkowane, pocięte drogami. Każdy kawałek jest taki sam. Na Podlasiu urzekły ich całe połacie praktycznie niezamieszkanego terenu. Mnóstwo dzikich zwierząt: żubry, jelenie, łosie. Tu po raz pierwszy widzieli je w naturze. Wystarczył ten jeden listopadowy weekend, żeby wiedzieli, że to jest ich miejsce na Ziemi. Potem przyjeżdżali tu jeszcze kilkakrotnie w poszukiwaniu domu. Przejechali Podlasie wzdłuż i wszerz najpierw samochodem, potem na rowerach. Wreszcie znaleźli gospodarstwo, w którym teraz mieszkają. Dom nie był wprawdzie drewniany, jak marzyli, tylko murowany, a całość w fatalnym stanie, bo od kilkunastu lat nikt tu nie mieszkał, ale był idealnie położony, z dala od innych zabudowań, w pobliżu puszczy. Niedługo później udało im się nabyć jeszcze kawałek ziemi w pobliżu. Kupili dwa stare domy z bali i cztery stodoły, z których jedna datowana jest na 1863 rok. Powstał z nich dom z duszą, wypełniony meblami znalezionymi na podlaskich strychach i targach staroci, z dużymi kaflowymi piecami, które tworzą przytulny swojski klimat. To tu teraz mieszkają goście. „Staraliśmy się nawiązać do podlaskiego stylu. Jednak domy, które kiedyś budowano na Podlasiu, były małe, miały niziutkie progi, a tu musieliśmy stworzyć miejsce, które ma pięć pokoi i przestrzeń wspólną dla gości. Dlatego wykorzystaliśmy do tego dwa domy, które jeszcze zostały dodatkowo podwyższone” – mówi Joanna.

Joannę i Marka tak bardzo zajęła budowa domu, że zapomnieli o rozreklamowaniu tego miejsca. Ich najstarszy syn miał wtedy dwa miesiące. Wszystko działo się na wariackich papierach. Marek zaprosił na otwarcie agroturystyki Adama Struga, kompozytora i śpiewaka. „Napisałem do Adama, w ogóle go nie znając, z pytaniem, czy zagra na naszym otwarciu. I zgodził się. Dużo mu zawdzięczamy, bo powiedział o nas swoim znajomym”, mówi Marek. Goście zaczęli przyjeżdżać… i wracać, bo miejsce jest piękne, klimatyczne, a Joanna gotuje pyszne wegetariańskie posiłki. Wykorzystuje do tego warzywa i zioła z własnego ogródka uprawianego bez użycia chemii oraz produkty od lokalnych rolników. Joanna zawsze marzyła o tym, żeby gotować dla innych, myślała nawet o otwarciu małej restauracji. Spełnia się teraz, przygotowując wegetariańskie dania, które są połączeniem kuchni podlaskiej ze smakami całego świata. Pełnym aromatycznych ziół i przypraw.

Widok z okna na las i częstych miejscowych gości, żubry. (Fot. Archiwum prywatne Joanny i Marka)
(Fot. Archiwum prywatne Joanny i Marka)

Podlaskie drogi

Turyści pytają czasem o atrakcje w okolicy. Joanna odpowiada, że największą atrakcją jest... brak atrakcji. Tu przyjeżdża się po to, żeby odpocząć od wszystkiego. Pobyć na łonie natury, zanurzyć się w puszczy. „Spacery po puszczy są nieporównywalne z żadnym innym lasem w Polsce. Ona jest naprawdę niezwykła. Można tam spędzać godziny, chodząc i obserwując. Robimy to z dzieciakami, kiedy tylko możemy. Polecamy wycieczki do ścisłego rezerwatu z przewodnikiem. Mamy tu wspaniałych specjalistów, którzy potrafią dzielić się wiedzą i oczarować dzieci światem puszczańskich roślin i zwierząt”, mówi Joanna.

Piękna jest także podlaska architektura. Warto zobaczyć Krainę Otwartych Okiennic. To szlak wiodący przez wsie Trześcianka, Soce i Puchły, miejscowości położone w dolinie Narwi. Są tu stare domy, zabudowania gospodarcze i świątynie z bogatymi zdobieniami. Niezwykła ornamentyka w formie nad- i podokienników, okiennic, a także dekoracyjnego oszalowania elewacji jest pamiątką po dawnym osadnictwie rosyjskim. „Warta zobaczenia jest też droga wzdłuż granicy, od Jałówki w stronę Kruszynian – mówi Marek. – Wiadomo, że ludzie lubią też jeździć do Białowieży, zobaczyć muzeum, pójść na kawę i ciastko”.

Granica

Joanna i Marek zamieszkali tu, szukając ciszy i spokoju. Pewne sytuacje spadają na nas jednak, czy tego chcemy, czy nie. Choć ich agroturystyka leży poza strefą zamkniętą, sytuacja na granicy zburzyła naturalny rytm życia mieszkańców Domu na Wschodzie. „Kiedyś zadzwoniła do nas sąsiadka i powiedziała, że się pali. Włożyliśmy buty i pobiegliśmy do niej. Bez zastanowienia. Było jasne, że po prostu trzeba gasić pożar. To podobna sytuacja. Ktoś potrzebuje pomocy, więc pomagasz. Nie zastanawiasz się nad tym. To jasne jak słońce, że gdy ktoś przewróci się na drodze, nie przechodzisz obojętnie obok”, mówią zgodnie gospodarze domu.

Na początku byli w szoku. Nikt nie spodziewał się, że coś takiego może się wydarzyć. Nie interesowali się polityką, ale, jak mówią, zostali do tego zmuszeni. Mieszkają na odludziu, więc do ich domu nigdy nie zapukali uchodźcy. Zdarzało się to jednak u ich znajomych, którzy mieszkają w strefie. Na początku można było spotkać uchodźców w lokalnej Biedronce czy idących ulicą. Szli drogami, nie wiedzieli, co ich czeka. Teraz to już się w ogóle nie zdarza, ukrywają się, bo wiedzą, że gdy ktoś ich znajdzie, zostaną wywiezieni z powrotem na Białoruś. Boją się ludzi, nawet tych, którzy chcą im pomóc. Joanna i Marek nie chcieli się narażać i zwracać na siebie uwagi, więc pomagali uchodźcom poza strefą zamkniętą. Porzucili swoje obowiązki, swoje życie, oddali czas i siły. „Były takie dni, że wychodziliśmy do lasu tak często, że miałam głupawkę ze zmęczenia, z braku snu”, opowiada Joanna. Na początku sami kupowali wodę, jedzenie, batony, robili z tego paczki dla uchodźców, ale turyści przestali przyjeżdżać i kończyły im się pieniądze. Wtedy zorganizowali zbiórkę, która spotkała się z ogromnym odzewem. „Ogarnięcie tych rzeczy, tysiąca paczek, które ludzie nam przysyłali, z czego połowę trzeba było oddać, bo się nie nadawały do lasu, zajmowało nam długie godziny. Potem zaczęli przyjeżdżać wolontariusze. Pomagali nam robić pakiety, które można było zabrać do lasu”, mówi Marek.

„Teraz sytuacja się trochę stabilizuje, bo uchodźców jest mniej. Natomiast to, co mamy w głowach, nigdy już nie zniknie. To, że nie da się w nocy spać, gdy myśli się o tym, że ludzie, dzieci marzną lesie. Nie można skupić się na swoich obowiązkach, do tego jeszcze państwo nie daje nam pracować, strasząc uchodźcami. Tymczasem ludzie, którzy nie zajmują się tym tematem i nie mieszkają w strefie, żyją normalnie, tak jakby nic się nie działo”, mówi Joanna.

Przed sylwestrem Dom na Wschodzie miał komplet gości, jednak dwa, trzy, cztery tygodnie wcześniej nie było nikogo. Przyjeżdżali tylko ludzie, którzy już tu bywali, znali gospodarzy i chcieli w ten sposób udzielić im wsparcia. „Gdybyśmy nie mieli takich stałych gości, byłoby ciężko. Widzimy, jak agroturystyki w okolicy stoją puste. To nieporównywalne z poprzednimi latami. Kiedyś w każdy jesienny weekend mieliśmy komplet. Próbujemy zachęcać ludzi do przyjazdu przez media społecznościowe, ale ciężko jest to robić, gdy samemu nie jest się w dobrym nastroju”, mówią gospodarze.

Czas na naukę. Domowa edukacja w Domu na Wschodzie. (Fot. Archiwum prywatne Joanny i Marka)
Domowe brownie. Joanna spełnia kulinarne marzenia gości. (Fot. Archiwum prywatne Joanny i Marka)
Ściany Domu zdobią ikony autorstwa Marty Jamróg z Jasielskiej Pracowni Ikon. (Fot. Archiwum prywatne Joanny i Marka)

Dom pełen dzieci

Trójka dzieci Joanny i Marka uczy się w domu. Ich najstarszy syn ma osiem lat, młodszy jest w zerówce, córka to czterolatka. „Już dawno podjęliśmy decyzję, że chcemy uczyć dzieci w domu, według naszych wartości i przekonań”, mówią rodzice. W okolicy jest cała grupa dzieci, które nie chodzą do systemowej szkoły, korzystają z edukacji domowej. Dzieci regularnie się spotykają, ale nie po to, żeby się wspólnie uczyć, tylko po to, żeby się bawić, budować relacje w grupie. „Wymyślamy im różne aktywności, jednak niezwiązane z nauką, bo dzieci są w różnym wieku. Marek uczy ich pszczelarstwa. Robimy różne prace plastyczne lub chodzimy do puszczy”, mówi Joanna. Sytuacja na granicy sprawiła, że Joanna i Marek mieli mniej czasu dla dzieci. „W całym tym koszmarze, który dzieje się wokół nas, jest jedna wspaniała rzecz. Poznajemy dużo ludzi, którzy mają wspaniałe serca i morze empatii. W ten sposób również nasza patowa sytuacja z dziećmi została zauważona przez innych. Teraz kilka razy w tygodniu przyjeżdżają wolontariusze z całej Polski i prowadzą dla nich fajne zajęcia, na przykład warsztaty plastyczne albo muzyczne. Możemy je spokojnie oddać na kilka godzin”, mówi Marek.

Są różne sposoby na to, żeby pomagać, tak naprawdę teraz wystarczy przyjechać tu, na Podlasie. Gościnne domy czekają, a w puszczy życie toczy się swoim stałym rytmem.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze