fbpx

Coś tu nie gra! – felieton Hanny Samson

Coś tu nie gra! – felieton Hanny Samson
fot.123rf

Słyszeliście ostatnio w przestrzeni publicznej takie słowa, jak „idea” lub „misja”? Albo choćby zwykłe „dobro wspólne”? Chyba przestaliśmy ich używać. Pewnie niedługo o nich zapomnimy. Bo po co nam właściwie pojęcia, które już nie pasują do rzeczywistości?

Czytam po raz drugi „13 pięter” Filipa Springera. I po raz drugi ta książka mnie porusza, wciąż nie mogę zrozumieć, czemu godzimy się na to, żeby o wszystkim decydował zysk? Czemu nie dbamy o to, żeby świat był lepszy i to w dodatku dla wszystkich? Czemu prawo własności ma być ważniejsze od sprawiedliwości społecznej?

Nie chcę pisać o polityce, zapewne wszyscy wiemy, jak ona dziś wygląda i do jakich prowadzi dewastacji. Chcę jedynie wspomnieć o ludziach, którym w XX-leciu międzywojennym w Warszawie chciało się myśleć, działać, angażować czas i energię w rozwiązywanie problemów społecznych – i to mimo polityków i rządów. Opowiada o nich Filip Springer, a jego książkę czyta się jak powieść sensacyjną, w której łatwo odróżnić dobro od zła, co dzisiaj chyba często nie jest dla nas takie proste.

„Przedwojenna Warszawa to pęd ku nowoczesności, kapitał, klasa, potęga i wpływy” – Springer cytuje słowa Tomasza Gomoły, współtwórcy filmu „Warszawa 1935”, w którym zrekonstruowano przedwojenną Warszawę: ulice, domy, witryny sklepowe. Na ekranie przechadzają się mężczyźni w dobrych garniturach i kobiety w zwiewnych sukienkach. Taki obraz przedwojennej stolicy mamy w głowach, ale nie jest to obraz prawdziwy, a w każdym razie niepełny. Bo w Warszawie żyło również 20 tysięcy bezdomnych, i to według oficjalnych danych, a pewnie drugie tyle niezarejestrowanych. Ich liczba rosła w kryzysie wraz ze wzrostem bezrobocia, które łatwo prowadziło do eksmisji. Część eksmitowanych popełniała samobójstwo, czasem samobójstwo rozszerzone, o czym wzmiankowano w gazetach i tyle. Kilkanaście tysięcy ludzi mieszkało w dwóch największych schroniskach na Żoliborzu i Annopolu, inni w mniejszych ośrodkach, we wszystkich panowały dramatyczne warunki. W jednej izbie gnieździło się kilka rodzin, nie było prądu i kanalizacji, po wodę trzeba było chodzić kilkadziesiąt metrów. Ale władze nie widziały problemu, a przynajmniej nie próbowały go rozwiązać.

I właśnie tutaj pojawiają się Teodor Toeplitz, Stanisław Tołwiński, Stanisław Szwalbe i jeszcze kilku. Sami nie mają problemów z mieszkaniem, więc to nie własny interes ich napędza. Widzą dramat innych i zakładają Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową, która ma budować domy nie dla zysku, tylko dla ludzi. Muszą zdobyć tanie kredyty, co nie jest łatwe, choć państwo ich udziela, lecz głównie bogatym, którzy budują luksusowe kamienice na wynajem. Władza nie wspiera WSM i można by się załamać, ale Toeplitz, Tołwiński i inni działają dalej, a domów – choć powoli – przybywa. I to nie byle jakich, te domy i ich otoczenie są tak pomyślane, żeby mieszkańcom dobrze się tu żyło.

Czytam książkę Springera i myślę nie tylko o tych ludziach, którzy sami nie mieli szans poprawić swego losu, ale także o Toeplitzu, Tołwińskim i innych społecznikach: gdzie jesteście? Co się z nami stało? Czy naprawdę własne zyski są najważniejsze? Czy nie warto myśleć o tym, jaki świat tworzymy i chcemy tworzyć, a nie jedynie o tym, jak się w nim urządzić? Springer otwiera nam oczy również na absurdy współczesnej polityki mieszkaniowej, której podstawą są te same błędy, co w przeszłości. Nadal najważniejszy jest zysk, a nie prawo ludzi do mieszkania.

„W ciągu ostatnich dziesięcioleci, kiedy przychodzi do wyboru, po czyjej stanąć stronie – bogatych czy biednych, potężnych czy słabych, robotników czy przedsiębiorstwa, mężczyzn czy kobiet – ekonomiści kierują się niemal zawsze jednym i tym samym. To, co dobre dla bogatych i potężnych, jest prawie zawsze dobre dla gospodarki” – pisze Szwedka, Katrine Kielos w książce „Jedyna płeć”. Kielos wykazuje, że obowiązująca wizja gospodarki nie jest jedyną możliwą, a w dodatku nie przystaje do rzeczywistości ani do naszych potrzeb. U podstaw gospodarki rynkowej leży bowiem przekonanie, że każdy człowiek nastawiony jest na własny zysk i jeśli mu w tym nie przeszkadzać, to będzie konkurować z innymi i napędzać gospodarkę. Chce mieć więcej i więcej, i w dodatku więcej niż inni. A uczucia, troska o innych, wspólnota? A Toeplitz i Tołwiński? W teoriach ekonomii nie istnieją. W teoriach ekonomicznych dla człowieka liczy się tylko zysk. Egoizm i chciwość są w cenie, bo prowadzą do wzrostu PKB. Ale czy na pewno tylko o to nam chodzi?

Abdykowaliśmy na rzecz rynku w wielu ważnych sprawach. Nie musimy myśleć i podejmować decyzji. Rynek decyduje za nas. Nie opłaca się budować tanich mieszkań? To nie budujemy. „Niechaj gdy nas nie będzie, będzie las przez nas zachowany i posadzony” – postulował Toeplitz. Kto dzisiaj o to dba? Po nas choćby potop.

Mężczyźni od wieków dawali sobie prawo, by działać we własnym interesie. Kobiety miały działać na rzecz innych – przypomina Kielos. Czy różnice biologiczne sprawiają, że kobieta jest bardziej przystosowana do nieodpłatnej pracy domowej? Nie. W dodatku uważa się, że nieodpłatna praca kobiet nie ma znaczenia dla gospodarki. A przecież bez niej mężczyźni nie mogliby funkcjonować w pracy bez ograniczeń – zauważa szwedzka autorka. A gdyby uznać, że sfera reprodukcji i pracy opiekuńczej jest integralną częścią tworzenia PKB? Tę pracę da się wycenić. I nie tylko kobiety mogą – albo muszą – się nią zajmować.

Kobiety godzą pracę zawodową z domem, co nie jest proste. A gdyby uznać, że człowiek w pewnym okresie życia zwykle chce mieć dzieci, a te wymagają opieki, moglibyśmy inaczej organizować rynek pracy. Nie mówcie, że się nie da, skoro tego nie sprawdziliśmy.

Toeplitz uważał, że „miasto może być dziełem sztuki, na którego ukształtowanie winna mieć wpływ decydujący świadoma wola człowieka”. A gdyby tak samo pomyśleć o świecie, nim zetniemy kolejne drzewo?