Dzikość serca. Spotkanie z biebrzańską wiedźmą, czyli Agnieszką Zach

Dom i obejście Agnieszki Zach wyglądają jak siedziba wiedźmy. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

O świcie, wśród mgieł, usłyszysz klangor żurawi. W gęste od upału południe podpatrzysz, gdzie chłodzą się łosie. Jeśli pójdziesz za tą przewodniczką, zielony, tętniący żywioł Biebrzy zagarnie cię tak, że zapomnisz o mieście, betonie i wi-fi.

Pewność siebie tracisz po kilku sekundach od wejścia za nią do lasu. Zostaje, razem z butami, gdzieś na szosie, w bagażniku samochodu, ostatniego łącznika z cywilizacją. Szybko przestajesz myśleć o tym, co tam. Skupiasz się już tylko na rdzawej wodzie wśród wełnianki, torfowca i turzyc, w którą zapadasz się po kolana, i ściganiu gołych łydek Agnieszki, migających ci przed oczami. Instynkt podpowiada, żeby stawiać kroki tam, gdzie ona, w końcu biega po tych bagnach całe życie, więc wie, co robi. I właśnie wtedy, gdy stajesz dokładnie tam, gdzie przed chwilą stała ona, zarywa się pod tobą zielony kobierzec i bagno zasysa cię w brunatną czeluść. Zapadasz się po biodra w grzęzawisku, jego zimno zapiera ci dech i już wiesz, że „serce w gardle” to nie metafora. Przez sekundę czujesz, że umierasz. Agnieszka z półuśmiechem przygląda ci się znad krawędzi dołu. – Umarłaś? Nie? No, to teraz połóż się powoli na brzuchu i ostrożnie wyleź.

Słuchasz się, kładziesz, wyłazisz. Mokra i szczęśliwa czujesz się tak, jakbyś się dopiero przed chwilą narodziła.

Podlaska magia

Agnieszka jest jak Biebrza – nieuregulowana, specyficzna i nie dla każdego. Odejdzie w pół słowa, gdy rozmówca powtarza rzeczy bez znaczenia. Wali prosto w oczy, co myśli, i specjalnie się z tobą nie zgodzi, by sprawdzić, czy bronisz swoich racji z serca.

– Babcia mi powtarzała: „Jak wszyscy lecą, to nie znaczy, że ty też musisz. Nie oceniaj, patrz. Czekaj, co się stanie”. Więc patrzę i sprawdzam. Mówią o mnie „adwokat diabła”, bo jak wszyscy są przeciw komuś, to ja go bronię. Bo może wszystkiego o nim nie wiemy? Moje ulubione pytanie to: „A dlaczego?”.

Wycieczka z nią to nie zwykły spacer po lesie, tylko wyprawa, także w głąb siebie. I nie każdy może być na nią zaproszony.

– Jeśli nie mam z kimś chemii, to mu podziękuję i skieruję do innego przewodnika. Dla malkontentów nie mam czasu. Ale jeżeli się zgadzamy, najpierw cię zapytam, o czym marzysz. Wtedy mogę pokazać ci Biebrzę „dobraną” pod ciebie. Taką, która odpowie na twoje potrzeby. Nie klepię formułek, nie popisuję się wiedzą. Nigdy nie idę tak samo tą samą trasą. Tu nie chodzi o kasę, tylko o to, żeby w tych ludziach coś stąd zostało.

Chcesz zobaczyć łosia, wielką rybę albo poczuć ogromną przestrzeń? Agnieszka ma w głowie łosi grafik, wie, gdzie i kiedy stoi która klępa („O, teraz Matylda będzie na polanie, Agata wieczorem wyjdzie na przesiekę”), dwumetrowego suma żerującego o zachodzie słońca pod mostem w Osowcu wypatruje jak ulubionego pieska, a z punktu widokowego, na który cię zabierze, zobaczysz panoramę, jakiej nie ma nigdzie indziej na tym kontynencie – blisko 600 km kw. bagien, torfowisk i meandrów Biebrzy. Miliony ptaków, królestwo łosia, bobra i wilka, kraina storczyków i rosiczek – podlaska czysta, żywa magia.

– Biebrza wchodzi w krwiobieg. Ile ja tu już ludzi naściągałam, przyjechali, zakochali się, domy pokupowali! Ale to nie dla tych, co boją się pobrudzić albo pryskają chemią, jak tylko zobaczą komara. Jednak jak zaufasz i dasz się tu dobrze poprowadzić, zobaczysz cuda. I może dowiesz się cudów o sobie.

Agnieszka o Biebrzy mówi jak wszyscy miejscowi: „Ona”. Rzeka jest osobą, ma swoje nastroje i kaprysy, daje i zabiera. Jeśli ją uszanujesz, może cię nagrodzi.

– Pierwszego turystę – obcokrajowca – poprowadziłam dwa dni po zdaniu egzaminu na przewodnika. Zabrałam go na Biały Grąd, szłam po drodze po krawędzie gumiaków w wodzie, pokazywałam, gdzie ma za mną jechać busem. Była wczesna wiosna, „złoty czas”, wszędzie błękit i turzyce złote. Woda rwała przez groblę, chłop zaciskał palce na kierownicy aż do białości, ale zaufał, że go przeprowadzę. Potem mówił, że był nad Amazonką, jeździł po Azji, ale takich emocji nigdzie nie przeżył. I latami wracał.

Wtedy na Białym Grądzie rzeka nagrodziła ich oboje – do Agnieszki, która kurs na przewodnika biebrzańskiego zrobiła trochę dla żartu i zabicia czasu, dotarło, że Biebrza może dać jej pracę, która stanie się jej życiem. Poszła więc za tym, co czuje, tak jak robiła przez całe życie. I z trójką dzieci – samotna matka po rozwodzie – sprowadziła się do Trzciannego, do wpół zrujnowanego domu, bo tylko na taki było ją stać. Ale to, co dla innych jest ekstremum, dla niej to po prostu codzienność.

Urodzona dla natury

Wychowywała się w rodzinnym gospodarstwie w podlaskiej Piątnicy jako środkowe z piątki dzieci, więc nikt jej specjalnie nie rozpieszczał. – Zabawek nie miałam, jak raz znalazłam jakąś plastikową rybkę, od razu ją zakopałam, żeby nikt mi jej nie zabrał. Sama motałam lalki z gałganków, prawdziwą dostałam dopiero na dziesiąte urodziny od koleżanki ze szkoły.

Od zabawek ważniejsza jednak była miłość do natury, którą odziedziczyła po kobietach ze swojego rodu.

– Prababka leczyła ludzi ziołami, przyjeżdżali do niej z daleka. Babcia, niezwykła kobieta, ciągała mnie po łąkach, plotła mi pierścionki ze słomy i czapki z tataraku. Opowiadała legendy o każdym ziółku. Na przykład że nazwa „firletka poszarpana” jest stąd, że jako jedyna ofiarowała swoje płatki, kiedy Matka Boska chciała podetrzeć pupę Jezuskowi… Uczyła, które zioło na co, czego z czym łączyć nie można. Mama agronom, wszystkim w koło pomagała, matka chrzestna – aptekarka, u niej w Lipsku spędzałam całe miesiące, włócząc się nad Biebrzą…

Szybko się okazało, że Agnieszka lubi nie tylko rośliny. Ma rękę także do zwierząt.

– Pierwszy poród w chlewie odebrałam, gdy miałam siedem lat. Rodziców nie było, prosięta miały zalane drogi oddechowe, robiłam im sztuczne oddychanie. Wszystkie przeżyły. Parę lat później dwa dni siedziałam w kojcu z maciorą i prosiakami. Szalała po porodzie i nikogo poza mną nie dopuszczała. Spałam z głową na jej brzuchu i pilnowałam, żeby nie podeptała małych.

Potem były konie, które pokochała do obłędu, przez lata każdy grosz wydawała na jazdy. Tak nauczyła się je rozumieć, że po skończeniu szkoły rolniczej pracowała z tymi znarowionymi, najtrudniejszymi. A jeździła jak przyklejona do siodła, brała przeszkody bez strzemion i nie dała się zrzucić z grzbietu w żadnej grze w końskiego berka.

– Śmiałam się, że mam to po matce, która – nie umiejąc jeździć – dosiadała folblutów, pełnej krwi anglików, najbardziej szalonych, dyrektorskich koni z PGR-u.

Oprócz koni pokochała także mężczyznę, wyszła za niego, urodziła trójkę dzieci. Ale życie z uzależnionym od alkoholu okazało się zbyt ekstremalne nawet dla niej.

– Bywam apodyktyczna, ale wcale nie muszę rządzić. Świetnie się czuję, kiedy komuś służę. Ale temu, komu chcę i kto ma – według mnie – moc. Potrafię być bardzo oddana, ale nie pozwolę sobą pomiatać, wymagam dla siebie szacunku.

Agnieszkę nazywają biebrzańską wiedźmą. Nie dlatego, że czaruje, tylko dlatego, że wie. (Fot. Agnieszka Rodowicz)
Agnieszkę nazywają biebrzańską wiedźmą. Nie dlatego, że czaruje, tylko dlatego, że wie. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

Pod rękę z intuicją

Rozwiodła się, gdy najstarsza córka miała dziesięć, a najmłodsza dwa lata. Wynajęła dom za 150 zł miesięcznie, dywany przymarzały do podłogi, łazienkę i kanalizację robiła sama. Na utrzymanie rodziny zarabiała, pracując z końmi i w pracowni witraży. I właśnie wtedy doszła do wniosku, że najwyższy czas, by zainwestować w siebie. – Zrobiłam prawo jazdy. I wygrałam zakład z kolegą, który obiecał, że jak zdam za pierwszym razem, da mi starego garbusa. Zabytek w doskonałym stanie. Ile ja się wtedy nim najeździłam, nazwiedzałam!

Pomarańczowy garbus śmigał po drogach Podlasia, bo Agnieszkę jak zwykle nosiło. I jak zwykle stawała tam, gdzie zaprowadziła ją intuicja. Raz kazała jej się zatrzymać na obiad w agroturystyce na Carskim Trakcie, dawnej drodze, która przecina nadbiebrzańskie lasy łączące Łomżę z carską twierdzą Osowiec.

– Usiadłam, a kobitka bez pytania stawia przede mną pierogi i mówi: „Jedz, robaczku”. Zatkało mnie, ale jem. A potem wychodzi druga i pyta: „A u Króla Biebrzy byłaś?”. Ja na to: „A kto to jest Król Biebrzy?”. No i po chwili zamiast wracać do dzieci, jechałam z obcymi ludźmi, nie mając pojęcia gdzie i po co…

Okazało się, że to była jazda po nowe życie. Bo u Króla Biebrzy Krzysztofa Kawenczyńskiego – który blisko 20 lat temu porzucił życie warszawskiego antykwariusza i przeniósł się w biebrzańskie ostępy – Agnieszka zyskała kolejną wskazówkę od opatrzności.

– Nigdy nie robiłam planów. Naturalne było, że coś się działo i za tym szłam. Tak stało się i teraz – w dwóch domach Króla, wypchanych po sufit muzealną etnografią i ludową sztuką, okazało się, że umiem nazwać każdy przedmiot. Zaczął mnie przepytywać i wyszło na to, że wiem, co trzeba, także o zwierzętach i roślinach. Przecież całe życie tym nasiąkałam! No i Król mówi: „Ale ty masz wiedzę, musisz przewodnika zrobić”.

Najpierw się śmiała, ale pomyślała, że co jej szkodzi, pozna nowych ludzi, będzie fajnie. Na egzaminie na przewodnika po Podlasiu (zdało pięcioro na 15 podchodzących) bawiła się tak dobrze, że komisja stwierdziła: „Ta to sobie zawsze da radę”. Potem zrobiła papiery na prowadzenie ludzi po samej Biebrzy. No i chwilę później miała pierwszego klienta na Białym Grądzie.

– Dwa dni ze mną chodził, był zachwycony. Pomyślałam: „Jest robota, trzeba się sprowadzić nad Biebrzę”. A że możliwości finansowe miałam żadne, wynajęłam dom, który miał spalone piętro, wiecznie śmierdziało spalenizną. Półtora roku tam mieszkaliśmy, dzieci miały do szkoły cztery kilometry pieszo, zimą po śniegu i błocie. I wtedy pojawiło się marzenie, które nazwałam „Mój dom moją twierdzą”.

Osiem lat później, dzięki pomocy rodziców i mnóstwa przyjaciół, „twierdza” Agnieszki stoi w Kuleszach, niedaleko Goniądza i jej ukochanej Biebrzy, którą pokazuje turystom także pod wodą (razem z Mirkiem Kobeszką z Biebrzańskiego Klubu Płetwonurków stworzyli jedyny w Polsce turystyczny szlak podwodny Po Drugiej Stronie Lustra). Poza dwójką dzieci, 13-letnią Darią i 18-letnim Adamem (najstarsza Wiktoria mieszka już na swoim), w domu słychać kota, trzy psy (w tym dwa wilczaki czechosłowackie, krzyżówki owczarka i wilka) i okazyjnie to, co wpadnie w ręce Agnieszki i domaga się pomocy: wydrę, bociana, jeże, dudki, młodego szpaka, którego odrzucili rodzice. Cztery razy w roku gra tu też szaleńczo energetyczna muzyka, bo Agnieszka w przylegającej do domu Stodole Snów organizuje Biebrzańską Wiosnę, Lato, Jesień i Zimę z Piosenką.

Bosonoga królowa

– Raz jest na koncertach 50, innym razem 200 osób, śpią w stodole, u mnie w domu, w ogrodzie są namioty, ognisko. Śmieję się, że robię „tarło w stodole” – jest tak gęsto, że ludzie są bardzo blisko jeden drugiego, ocierają się o siebie. Widzę czasem panikę w oczach tych, którzy się przyzwyczaili do dwóch metrów przestrzeni osobistej, że jak to tak blisko?! Ano specjalnie, bo żyjemy w dobie emocjonalnych rękawiczek gumowych, nikt nikogo nie chce już dotykać, czuć. A inaczej się czegoś nowego o świecie i sobie nie dowiesz. A już na pewno nie wtedy, gdy patrzysz w monitor komputera. Według Agnieszki wiedza nie przychodzi od patrzenia, tylko od czucia i przeżywania. Dlatego sama od kwietnia do października chodzi boso („W butach nie poczuję pod stopą zaskrońca i go rozdepczę”). Butów nie zakłada nawet wtedy, gdy ją niesie do miasta. Bo zawsze żyje po swojemu.

– Już nic nie muszę nikomu udowadniać. Dostałam łomot od życia, ale każdy policzek, kopniak mnie stworzył. Nie poszłam w samounicestwienie, wstałam, robię swoje. Wreszcie znam swoją wartość i sama nadaję rytm moim dniom. Ludzie mogą mnie zaakceptować albo niech nie patrzą w moją stronę.

Agnieszka Zach wśród wełnianek na podlaskim bagnie (Fot. Agnieszka Rodowicz)
Agnieszka Zach wśród wełnianek na podlaskim bagnie (Fot. Agnieszka Rodowicz)

Ci, którzy chcą iść z nią do lasu, muszą zaakceptować, że idą tak, jak ona każe – czyli często też boso. Po wyprawie z Agnieszką wyglądają jak po Rajdzie Dakar. I czują, że przeżyli coś równie ekstremalnego.

– Jak przyjeżdżają, boją się ubrudzić, wejść w krzaki, w błoto, wziąć robaka do ręki. Jak wyłażę z bagna i pokazuję im, jaką piękną mam pijawkę na nodze, pół wycieczki mi mdleje. Albo prowadzę ich tak, że zaliczają dziesięć dołów torfowych i pływają w każdym. Kiedy wprowadzam kogoś na bagno i zaczyna tonąć, przez chwilę myśli, że umiera. Ale to przeżyje, podaję mu rękę albo kij. Wtedy przychodzi euforia: „Udało się, nie było się czego bać!”. A ja pytam: „I co, żyjesz, nie było tak źle?!”. „No tak”.

I wtedy oboje są szczęśliwi. Ten, co się uratował z bagna – po takim doświadczeniu już nic go nie zaskoczy. A Agnieszka – bo kolejnej osobie pokazała, że to sam strach jest najgorszy, obezwładnia i nie pozwala zmierzyć się z tym, czego się boimy. Nie można na nim poprzestawać, trzeba iść dalej.

Agnieszka Zach, licencjonowana przewodniczka po Biebrzy, zwana biebrzańską wiedźmą. Nie dlatego, że czaruje, tylko dlatego, że jest „tą, która wie”. Bo o lęgach i lotach ptaków, zwyczajach łosi i wilków, ziołach i obrzędach ludowych wie wszystko. Jest płetwonurkiem, lata na paralotni, jeździ motocyklem, prowadzi warsztaty zielarskie, z robienia witraży, zajęcia edukacyjne dla dzieci i spływy dla nurków oraz płetwonurków. Pracuje nad projektem Stwórcy – fotografuje piękne spracowane dłonie artystów i rzemieślników.