fbpx

Kto tak naprawdę przegrał wybory w USA? – felieton

Kto tak naprawdę przegrał wybory w USA? - felieton
fot.123rf

Od wyborów prezydenckich w Ameryce minął już prawie miesiąc. Połowa narodu, która w listopadzie zagłosowała na Hillary Clinton, nadal szczypie się z nadzieją, że wydarzenia sprzed miesiąca były tylko złym snem.
Media, zażenowane swoją zupełnie nietrafioną prognozą wyniku wyborczego, biją się teraz w pierś i szukają odpowiedzi na pytania postawione za późno. Czy Donald Trump jest w stanie wygrać wybory? Czy Hillary Clinton jest w stanie wybory przegrać? Wśród ludzi o poglądach prodemokratycznych, wynikających z wiary w siłę i majestat instytucji, na czele których w obecnych czasach mogą zasiadać kobiety, odpowiedzi były jasne – Nie i Nie.

Jakie to wszystko było naiwne. Podobnie jak naiwne wydają się teraz argumenty o końcu polityki tożsamości w Ameryce. Głośno mówi o tym zresztą sam Bernie Sanders – kandydat Demokratów w prawyborach prezydenckich.

Tożsamość była, jest i będzie. Zmęczenie debatą o prawach mniejszości, o potrzebie wyrównania szans mężczyzn i kobiet, czy o prawach rozrodczych nie jest znakiem, że tożsamość straciła na znaczeniu. Wręcz przeciwnie. To nic innego, jak znak, że po wielu latach wyciszonej i zmarginalizowanej egzystencji, na scenę wraca tożsamość “człowieka białego”.

W ogromnym oczywiście uproszczeniu świat “człowieka białego” jest klarowny, bowiem oparty na wartościach chrześcijańskich. Rola mężczyzny i kobiety w swoim głównym założeniu dyktuje, by mężczyzna objął rolę przywódcy, podczas gdy kobieta skupi się na odpowiedzialności za rodzinę. Mniejszości rasowe są akceptowalne, jeśli wyznają tę samą wiarę i system wartości. Wyższość wówczas mimo wszystko ma mężczyzna biały. Mniejszości seksualne są sztucznym wytworem współczesnych rozpasanych elit.

W tym świecie, przebudzonym z długiego letargu, nie było miejsca na kobietę-przywódcę. I nigdy nie będzie. Komentatorzy amerykańskiej sfery publicznej, znajdujący się nadal w lekkim stanie szoku, nie są jeszcze gotowi zmierzyć się z tą trudną i brzydką prawdą. Stąd zresztą sklecone w panice teorie o końcu polityki tożsamości. Warto podkreślić, że żaden argument próbujący wyjaśnić zwycięstwo Donalda Trumpa nie jest nieistotny. Wręcz przeciwnie. Nie ulega wątpliwości, że tożsamość, na której Demokraci oparli całą swoją kampanię, była złudną strategią. Bieda i bezrobocie w Ameryce wkradają się wszędzie. Dopadają zarówno białych, jak i kolorowe mniejszości, mężczyzn i kobiety. Wielu wyborców Trumpa można jednak było skutecznie wyrwać z transu, w który wpadli przysłuchując się retoryce zaczerpniętej z ulotek Ku Klux Klanu. Nie udało się tego zrobić z prostego powodu – nikt nie chciał uwierzyć, że w 2016 roku Ameryce przyjdzie zmierzyć się ze starymi demonami.

Jednym z tych demonów, obok rasizmu, jest wrodzona niechęć wobec kobiet dążących do władzy. Nikt nie mógł wymyślić bardziej symbolicznego scenariusza pojedynku płci, do którego miało dojść. Kobieta o nieprzeciętnej inteligencji, samodyscyplinie, wiedzy i politycznym doświadczeniu naprzeciw mężczyzny, który na publicznym stanowisku nie spędził nawet jednego dnia, niewiele wiedział o świecie, a biznes zbudował na pieniądzach odziedziczonych po ojcu. Wybór, jak za zamierzchłych czasów, okazał się prosty. Wygrał niedoświadczony mężczyzna.

W tej sytuacji warto zadać więc pytanie – czy Hillary Clinton miała szansę na wygraną? Wielu, w tym ja, wierzyło, że tak. Nawet nam nie udało się jednak uniknąć uwłaczających stereotypów. Komentatorzy z lewa i prawa niczym papugi powtarzali argument o chłodnym i trudnym do zaakceptowania usposobieniu Clinton. Dziennikarskie lenistwo sprawiło, że niewiele czasu poświęcono jej faktycznym politycznym osiągnięciom, zarówno z czasów, gdy była senatorem z Nowego Jorku, jak i okresu, gdy piastowała urząd Sekretarza Stanu w administracji Obamy. Ba! Nie mówiono nawet o jej konkretnych porażkach. Konstruktywna krytyka oznaczałaby bowiem, że jej polityczna pozycja została zauważona i doceniona. Clinton musiała sama powtarzać wszystkim o swoim ogromnym doświadczeniu, na co wielu reagowało z nieskrywaną niecierpliwością. Nawet jej wyborcy żartowali, że czas przestać się przechwalać, ponieważ nie pomaga to ocieplić jej chłodnego wizerunku.

Zdarzały się momenty w trakcie kampanii, gdy Clinton podkreślała swoją rolę matki i babci. Nie było w tym nic złego, jednak niektóre kobiety, w tym również mnie, bolało to, co oczywiste – kandydatkę zmuszano, by zrekompensowała czymś własne ambicje. Posiadanie rodziny miało pokazać, że Clinton ma też “normalne” potrzeby. Jakby chęć spełnienia się w roli najważniejszego przywódcy świata była czymś nienaturalnym. W tej kwestii bardzo zawiodły inne kobiety – wiele z nich zagłosowało na Trumpa. Niektóre dlatego, że łatwiej im było zaakceptować wredną twarz status quo niż odwagę kobiety, która przypomina im o własnych stłamszonych ambicjach.

Ciężko znaleźć kobietę, która walcząc o własną przyszłość, często z myślą również o przyszłości swojej rodziny, nie spotkała się z krytyką ze strony innych kobiet. Ilekroć piszę o feminizmie, mam w głowie obraz mojej mamy, która wychowywała mnie samotnie, jednocześnie pracując i ciągle się kształcąc. Nie ukrywam, że zawsze rozpierała mnie duma, gdy mówiłam o jej wykształceniu i późniejszej pracy. Nie dlatego, że dyplom jest wartością samą w sobie, ale dlatego, że mama uzyskała go pomimo trudnej sytuacji. Zrobiła to dla siebie i dla mnie. Mimo to, do tej pory siedzi w niej nieuzasadnione poczucie winy. A wszystko dlatego, że przez całe życie borykała się z krytyką innych kobiet, które widziały w niej matkę realizującą swoje plany kosztem rodziny. Próbowano jej wmówić, że czas spędzony na zajęciach był przejawem egoizmu, który nie przystoi kochającej matce. Włos się jeży na myśl, jak okrutne i zawistne potrafią być kobiety wobec siebie.

Historycznie kobietom udawało się uzyskiwać większe prawa, gdy walczyły razem. Tym razem tego zabrakło. Można już chyba zaryzykować tezę, że Hillary Clinton nie mogła wygrać tych wyborów. Nie dlatego, że ma na nazwisko Clinton. Te same kobiety, które w listopadzie nie oddały na nią głosu, w 1992 roku ochoczo głosowały przecież na jej męża. Clinton nie mogła wygrać, ponieważ spora część amerykańskiego społeczeństwa nadal nie wyobraża sobie kobiety prezydenta. Przysłowiowy szklany sufit jeszcze nie pękł. Niestety, również za sprawą innych kobiet.

unnamed


Katarzyna Czernik:
absolwentka dziennikarstwa i stosunków międzynarodowych na UCD w Dublinie. Pisze dla Dziennika.pl, bloguje dla amerykańskiego The Huffington Post. Zajmuje się tematyką praw kobiet oraz grup LGBTQ, feminizmu (również w szeroko pojmowanej pop kulturze) oraz polityki międzynarodowej, zwłaszcza w USA.