1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Podróże
  4. >
  5. Na Maderze rośnie niemal wszystko. Teraz mieszkańcy uprawiają nawet własną kawę i herbatę. Jak to możliwe?

Na Maderze rośnie niemal wszystko. Teraz mieszkańcy uprawiają nawet własną kawę i herbatę. Jak to możliwe?

Dodaj w Google
Dodaj w Google
Najwięcej upraw winorośli znajduje się na północy, w okolicach São Vicente. To stąd pochodzi słynne wzmocnione wino madera. (Fot. Julia Zabrodzka)
Najwięcej upraw winorośli znajduje się na północy, w okolicach São Vicente. To stąd pochodzi słynne wzmocnione wino madera. (Fot. Julia Zabrodzka)

Odsłuchaj artykuł

Bartek Kaftan - Na Maderze rośnie niemal wszystko. Teraz mieszkańcy uprawiają nawet własną kawę i herbatę. Jak to możliwe?

00:00 14:48
15s
0,5 x
15s
Madera, nazywana wyspą kwiatów, to jeden wielki ogród pośród fal oceanu. Ma żyzną, wulkaniczną ziemię, łagodny klimat, a przede wszystkim mieszkanki i mieszkańców, którzy od kilkuset lat dbają o tutejsze rośliny. I sprowadzają nowe – z całego świata.

Spis treści:

  1. Plantacje bananów na Maderze. Jak wygląda życie w bananowym zagłębiu wyspy?
  2. Co uprawia się na Maderze? Od winorośli po egzotyczne owoce
  3. Dlaczego Madera nazywana jest wyspą kwiatów? Historia jej niezwykłych ogrodów
  4. Pierwsza kawa z Madery. Jak powstała niezwykła plantacja na wyspie?
  5. Herbata z Madery. Dlaczego mieszkańcy wyspy zaczęli ją uprawiać?

Tekst pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 10/2026.

Płatek ma niezwykłą barwę. Bordo, purpura, może karmin, gęstą, nieco ziemistą, intensywną, jakby jarzył się wewnętrznym ciepłem. – Kwiat banana. Mówimy o nim „serce”. To mój ukochany kolor – uśmiecha się Susana Ornella. Jest artystką, tworzy grafiki, na ręce, którą dotyka płatka, ma tatuaż: Soy arte viva (Jestem żywą sztuką). Jej najważniejsze dzieło to farma, na której stoimy – rodzinna plantacja bananów w Câmara de Lobos na południowym wybrzeżu Madery. Okolica to bananowe zagłębie: z rdzawych zboczy opadających ku oceanowi strzelają pióropusze zielonych liści. Mało jest piękniejszych upraw.

O roślinie, na której zawiąże się kiść, mówi się tu, że urodziła. O dojrzałej – matka, o odrostach z jej kłącza – córki. Na przekór tej poetyce uprawa bananów pozostaje męskim światem.

– Znam tylko jedną kobietę, która sama założyła farmę – przyznaje Susana. Ona swoją odziedziczyła po tacie. Gdy kilkanaście lat temu podupadł na zdrowiu, potrzebował pomocy w gospodarstwie. Jej brata banany nie interesowały. – A ja przychodziłam tu z tatą, bawiłam się w lewadzie, która doprowadza wodę. Wyrosłam z tej ziemi i nie wyobrażałam sobie, bym mogła ją zostawić. Mam gęsią skórkę, gdy o tym mówię – unosi przedramię, do połowy zakryte brudną gumową rękawicą. Do pracy przy bananach zakładają je wszyscy. Rośliny mają kleisty sok, nie do domycia ze skóry i ubrań.

Susana Ornella na swojej plantacji bananów (Fot. Julia Zabrodzka) Susana Ornella na swojej plantacji bananów (Fot. Julia Zabrodzka)

Plantacje bananów na Maderze. Jak wygląda życie w bananowym zagłębiu wyspy?

– To ciężka robota. Przyuczałem wielu młodych, ale mało który wytrzymał – opowiada Alzirino, prawa ręka Susany. On nauczył się wszystkiego od jej taty. Susana wprowadziła własne porządki, m.in. uprawę organiczną, ale wiele robi się tu po staremu.

Banany rosną na tarasach podpartych murkami z ułożonych bez zaprawy kamieni. To prastara technika. Nocą rozgrzany bazalt oddaje ciepło, co tropikalnym bananom bardzo odpowiada. Potrzebują też mnóstwa wody.

– Zobacz, ile chłoną – mówi Alzirino, rozcina starą łodygę i wyżyma jak gąbkę. Uprawy na południowym, nasłonecznionym wybrzeżu od kilkuset lat nawadniają lewady – wykute w zboczach gór kanały, które transportują wodę z deszczowej północy. Łącznie mają ponad 2000 kilometrów. U Susany zasilają zbiornik w górnej części plantacji. Alzirino otwiera odpływ i puszcza wodę korytem pośrodku, ciska do niego pęk szmat, zzuwa buty i staje na czopie, dociskając go i kierując strumień na jeden z tarasów. – Stopy mam wielkie, za dzieciaka boso biegałem! – śmieje się. Ma 60 lat, na roli pracuje od 50.

– Lubię to. Nie wytrzymałbym w biurze, dzień w dzień przed ekranem – kręci głową. Tu ciągle ma coś do zrobienia: poobrywać kwiaty, wybrać najlepiej rokujące odrosty, usunąć stare rośliny – bo banany, choć przypominają palmy, są bylinami i po wydaniu owoców obumierają. Owocują za to cały rok.

Co dwa tygodnie po kiście przyjeżdża kupiec. Alzirino i Susana gromadzą je wtedy przy domku w sercu plantacji. Ma bielone ściany i dach z terakoty o rdzawej barwie. Dziś służy za składzik, ale Susana ma wobec niego plany. – Chciałabym urządzić wnętrze, zapraszać gości na kawę – opowiada. – W tym domku urodził się mój tata – dodaje. Z drzewka przy ścianie odcina papaję. – Sama tu wyrosła – mówi, trzymając w dłoniach owoc. – To cudownie żyzna ziemia.

(Fot. Julia Zabrodzka) (Fot. Julia Zabrodzka)

Co uprawia się na Maderze? Od winorośli po egzotyczne owoce

– Na Maderze od zawsze coś uprawiano – twierdzi Graça Lopes, przewodniczka po wyspie. – W XV wieku po prostu zboże. To była pierwsza z naszych czterech żył złota. Szybko zastąpiła je trzcina cukrowa, ale potem nasze plantacje zostały przyćmione przez te z Brazylii. Trzecim przebojem stała się w XVII wieku winorośl i wzmocnione wina – opowiada. A czwartym banany? – Czwartym są turyści – śmieje się Graça. – Banany rzucają się w oczy, ale nie są to wielkie uprawy.

– Wielu wyspiarzy ma przydomowe ogródki, a w nich wszystkiego po trochu. Skrawek ziemi i własna żywność nadal dają nam poczucie bezpieczeństwa. To echo nie tak dawnych czasów, gdy od upraw zależało przetrwanie – twierdzi Maria Nascimento, z którą spotykamy się w Canhas. – Zresztą wszędzie, gdzie nas los rzucił, trzymaliśmy się jedzenia. Maderczycy zakładali knajpy, piekarnie, warzywniaki – ciągnie. Za pracą w świat płynęło wielu wyspiarzy, głównie do Wenezueli i RPA. Do drugiego z tych krajów pożeglował jej tata, ściągnął mamę.

Maria urodziła się w Afryce. – Dorastałam za ladą – wspomina. Na Maderze zapragnęła do tego wrócić. – Zamarzył mi się bar. A jemu – wskazuje męża Paula – winnica. I wylądowaliśmy tu – rozkłada ręce, prezentując destylarnię Balancal. Wyrabiają alkohole z maderskich owoców. – On ma swoje kadzie, ja mogę serwować drinki i gadać z ludźmi. Kompromis działa: nadal jesteśmy parą – śmieje się.

Na co dzień głównie sprzątają – przy fermentacji czystość to podstawa – i obierają owoce. Kiedyś z kilkorgiem pracowników przerobili w jeden dzień dwie tony bananów. – Każdy obwąchaliśmy, bo jeden podgniły zepsuje cały nastaw – wspominają. Z bananów robią rum, jako jedna z dwóch destylarni na świecie. Czy jadają je jeszcze dla przyjemności? Paulo kręci głową, Maria twierdzi, że tak. – Ale koleżanki śmieją się, że w krew weszło mi zdejmowanie skórki nożem i nie potrafię już obierać bananów rękami!

Naobierali się też mandarynek – ich skórkami dosmaczają jedną z wersji ginu. Do innych dodają imbir, marakuje, karambole, eksperymentują z fermentowaniem opuncji i flaszowca. – Używamy lokalnych owoców. To smaki i aromaty Madery – zarzeka się Maria. Mają z czego wybierać: mało jest gatunków, które na wyspie nie rosną. – Słychać to nawet w nazwach miasteczek i wsi – dodaje. – Laranjal pochodzi od pomarańczy, Rabaçal od rukwi, nasz Balancal, bo tak nazywa się ten przysiółek, od owsa – wylicza. – No i Funchal, stolica: „Miejsce, w którym rośnie koper”.

Lasy wawrzynolistne spijają wilgoć z powietrza i zaopatrują wyspę w wodę. (Fot. Julia Zabrodzka) Lasy wawrzynolistne spijają wilgoć z powietrza i zaopatrują wyspę w wodę. (Fot. Julia Zabrodzka)

Dlaczego Madera nazywana jest wyspą kwiatów? Historia jej niezwykłych ogrodów

Roślinna jest też nazwa wyspy. – Gdy w 1419 roku wylądowała tu ekspedycja João Gonçalvesa Zarco, cały ląd porastał las. Nazwali go więc Ilha do Madeira, Wyspa Drewna – opowiada Graça.

W mianie tym pobrzmiewa użytkowy stosunek do puszczy: cenne gatunki ścinali dla pni, resztę karczowali pod uprawy. Kolejne pokolenia nie tylko trzebiły zieleń, ale i wzbogacały ją o nowe odcienie, z najdalszych zakątków. – Madera leżała na szlakach statków z Ameryki, Afryki, Azji. Niektóre wiozły sadzonki egzotycznych roślin, a botanicy sprawdzali na wyspie, które z nich przyjęłyby się w Europie – opowiada Graça. I prowadzi nas w miejsce będące kwitnącym świadectwem eksperymentów.

Begonie z Jamajki i chińska glicynia, strelicje z południa Afryki, brazylijskie bromelie i drzewiaste paprocie z Australii. Cała ta menażeria wita nas tuż za bramą, przy białej willi z framugami z wulkanicznego pumeksu i zadaszoną werandą.

– William Reid przybył tu w 1837 roku ze Szkocji. Był chorowitym chłopakiem. Na leczenie, głównie płuc, w XIX wieku przyjeżdżało na Maderę wielu Brytyjczyków. A wraz z nimi ich słynna sztuka ogrodnicza – opowiada Graça. Reid skorzystał na tym podwójnie. Nie dość, że nabrał sił, to zaczął wynajmować krajanom wille i dorobił się kilku hoteli. – Zamieszkał w 1881 roku w Quinta do Bom Sucesso – Graça przystaje przed rezydencją na zboczu ponad Funchal. Ma oszałamiający widok i jeszcze bardziej oszałamiający ogród.

W 1960 roku zamieniono go w ogród botaniczny głównie z bezcennych lasów wawrzynolistnych, wpisanych na listę UNESCO roślin z dalekich krain. Nad fuksjami z Meksyku i japońską kamelią kołysze się araukaria z wyspy Norfolk, z pergoli zwieszają się wielkie kwiaty brazylijskiego kokornaka o barwie surowego mięsa. Liście aloesu z Zimbabwe pęcznieją od mlecznego soku, w gąszczu powojów z Madagaskaru buszują jaszczurki zwabione nektarem.

– My, Maderczycy, mamy rękę do kwiatów. Wtykamy w ziemię gałązkę, a ta puszcza pędy i korzenie – mówi z dumą Graça. Są też botanicznymi kosmopolitami. Na symbol wyspy wybrali strelicję królewską z RPA, barwy Funchal zaczerpnęli od zdobiących ulice drzew z Ameryki Południowej: żółty od tipuan, fiolet od jakarand. A w przydomowych ogrodach mają smaki całego świata. I nie ustają w sprowadzaniu nowych.

Rybacy z portu w Câmara de Lobos łowią pałasze czarne (peixe espada). Te smaczne ryby podaje się na Maderze z gotowanym bananem, a czasami także z sosem z marakui. (Fot. Julia Zabrodzka) Rybacy z portu w Câmara de Lobos łowią pałasze czarne (peixe espada). Te smaczne ryby podaje się na Maderze z gotowanym bananem, a czasami także z sosem z marakui. (Fot. Julia Zabrodzka)

Pierwsza kawa z Madery. Jak powstała niezwykła plantacja na wyspie?

– Spróbujcie níspero – Cipriano wręcza nam po pomarańczowym owocu nieśplika. – O, dojrzała marakuja. Trzymaj! Chodźmy jeszcze po pitangę. No i tamarillo! Jedliście tamarillo? Nie czekając na odpowiedź, rozkraja owoc cyfomandry, czyli drzewiastego pomidora, i podaje nam po połowie. Wgryzamy się w soczysty miąższ: cierpkawy, trochę umamiczny, przedziwny. A Cipriano pędzi dalej, zrywa miękkie gujawy i karmi nimi świnie w zagrodzie. Gdy buszuje po Fazenda Sá, wygląda jak chłopiec w sklepie ze słodyczami.

Rodzina Cipriana prowadzi na Maderze całą sieć sklepów. Ogród na obrzeżach Funchal jest zaś spełnieniem marzeń jego ojca, który w 1956 roku otworzył pierwszy z nich: Pérola dos Cafés. – Tata sprowadzał kawę z Brazylii, Ugandy, Wietnamu – wylicza Cipriano. – Ale żałował, że nie może zaoferować klientom własnej, z Madery. Kilka lat temu pomyślałem: a może by spróbować? – wspomina. I tak powstała pierwsza na wyspie plantacja.

Cipriano prowadzi nas między rzędy krzewów. Jedne są obsypane białymi kwiatkami, na innych czerwienią się już owoce. – Sprowadziliśmy je z Kolumbii, przyjęły się świetnie – opowiada gospodarz. Spora w tym zasługa Nazaria, który dba o plantację. Pochodzi z wyspiarskiej rodziny, która wyemigrowała do Wenezueli. Na Maderze studiował, z dyplomem inżyniera wyjechał na kontrakt do RPA, potem do Peru. Tam poczuł zew ziemi – i na przekór profesji przepracował kilka lat na plantacji kawy. Teraz mieszka w São Vicente, winiarskim miasteczku na północy, ma pasiekę w lesie wawrzynolistnym, ale codziennie przyjeżdża doglądać Fazenda Sá. Powoli szykują się do zbiorów. – Zaczynamy w grudniu – mówi Nazario. – A tę zebraliśmy w styczniu i lutym 2025 roku – podaje nam po filiżance. Pierwsza w dziejach Madery kawa jest łagodna i mało kwaskowa. W chatynce na fazendzie smakuje wyjątkowo.

Herbata z Madery. Dlaczego mieszkańcy wyspy zaczęli ją uprawiać?

Pierwsza maderska herbata jest za to zielona, czuć w niej aromaty marakui i mango. Pijemy ją w Loja do Chá przy brukowanym Praça de Colombo w Funchal. Nélia Alves od ponad 20 lat sprzedaje tu herbaty z całego świata. O własnej pomyślała niedawno.

– Pojechałam na warsztaty do Barcelony – wspomina, nalewając napar. – I usłyszałam, że herbata przyjmuje się wszędzie, gdzie rosną kamelie. Należy do tej samej rodziny. Ściągnęliśmy na próbę 30 krzaków. Najpierw trzymaliśmy je w donicach, na drugi rok przesadziliśmy do ziemi. I wystrzeliły jak głupie! – wspomina. Teraz mają kilkanaście tarasów i własną odmianę na bazie sadzonek z Azorów.

Jak to możliwe, że nikt wcześniej nie wpadł na ten pomysł – i to na wyspie, gdzie od lat wypoczywają Brytyjczycy? – Akurat oni wszędzie wożą własne herbaty. U nas też w kółko piją tylko english breakfast albo earl greya! – śmieje się Nélia. I dodaje: – Madera jest małą wyspą. Górzystą. Niewiele tu miejsca na uprawy, jeszcze mniej na poważne rolnicze eksperymenty. Zwłaszcza teraz, gdy jest boom na nieruchomości. – Oni mieli szczęście, odziedziczyli ziemię w Santo da Serrá. Rodzinne gospodarstwo? – Wyobraźcie sobie, że nie! Ani mąż, ani ja nie mamy chłopskich korzeni – Nélia sama się dziwi, jak to na Maderze możliwe. Ale i oni poczuli zew ziemi.

– Lubię zajmować się roślinami. Pobudzają mnie. Sadzisz je, podlewasz, a one rosną, tyle ci dają i nie chcą nic w zamian – opowiada. – Czasami do nich mówię. Możecie uznać mnie za wariatkę, ale naprawdę w to wierzę: mówię do nich, a następnego dnia widzę, że zakwitły.

– Madera jest małą wyspą – powtarza. – Może w takim miejscu łatwiej przypomnieć sobie, że jesteśmy nie tylko ludźmi. Jesteśmy istotami, tak jak rośliny. Czy tak wiele nas różni? I one, i my potrzebujemy słońca, potrzebujemy ciepła. I kogoś, kto o nas zadba – wylicza. – My troszczymy się o rośliny. A rośliny o nas.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE