Przeprowadzka do Senegalu

fot. iStock

Historia Joanny Wieczorek-Dieng brzmi jak streszczenie filmu przygodowego.
Zaczęło się od wielkiego pragnienia zmiany i biletu w jedną stronę. Skończyło się Afryką za oknem, mężem szamanem i nowymi pomysłami na życie. Ale przede wszystkim przekonaniem,
że zawsze da sobie radę .

Po kilkunastu latach postanowiłaś odejść z korporacji i udać się w podróż do Azji z biletem w jedną stronę. Jednak w końcu osiadłaś w Afryce. Dlaczego Senegal?

Afryka nigdy nie była na mojej liście życiowych kierunków. Owszem, byłam tam kilka razy, ale głównie na północy, w Egipcie i Maroku, oraz na wschodzie w Erytrei. Trzy lata temu z biletem w jedną stronę wyruszyłam po nowe życie na wyspie Bali, ale po drodze się zakochałam. Na Bali dotarłam, choć nie osiadłam tam na dłużej. Z kolejnym biletem w jedną stronę poleciałam do Senegalu, do Ousmane’a, którego poznałam w Azji. I tu zaczęłam swoje nowe życie.

Wiele osób przyznaje, że zmiana miejsca zamieszkania budzi w nich nowe aspekty i umiejętności, których wcześniej nie znali albo z których nie korzystali. Czy doświadczyłaś tego w Afryce?

Mieszkam w Senegalu prawie trzy lata. Tu napisałam pierwszą w życiu książkę, czyli odkryłam dar pisania. Zaczęłam aktywnie działać, prowadząc zajęcia z jogi i warsztaty. Wcześniej nie wiedziałam, jak wykorzystać swoją kreatywność. Przez lata pracy w korporacji marzyłam o realizacji własnych wizji i pomysłów, ale nie miałam energii, żeby do tego doprowadzić. W Afryce wzięłam się do konkretnego działania. Senegal nauczył mnie też dużo o mnie samej, oświetlił słabości, poskromił iluzje. Nauczyłam się płynąć z nurtem i na bieżąco modyfikować plany i marzenia. Bardziej wyluzowałam. Odpuściłam kontrolę, idę za tym, co czuję. Dynamika miejsca dodała mi wiatru w skrzydła, jego energia mnie uziemiła, a barwne tkaniny zmieniły kolorystykę garderoby. Dziś nie mogę się obejść bez żółtego, jest dla mnie łącznikiem ze słońcem, dodaje energii i ociepla relacje międzyludzkie. Senegalczycy to bardzo pracowity naród, prowadzą zakłady stolarskie, robią metaloplastykę, szyją ubrania lub handlują butami ustawionymi na poboczu. Każdy stara się jak może zarobić na życie.

Ta atmosfera udzieliła się i tobie?

W Senegalu nauczyłam się, że sobie poradzę, że jestem wytrwała, że mimo wielu trudności mam siłę, by iść do przodu i rozwijać swoje plany. Że życie mi sprzyja i zawsze pojawi się pomoc, inspiracja, ważna osoba, gdy będę potrzebować. Na początku było mi trudno. Przechodziłam osobisty survival, dużo czasu spędzałam sama, mój partner rzadko był w domu, do tego dochodziła obca mi kultura i moja szczątkowa znajomość francuskiego, który jest tu urzędowym językiem. Ten trud mnie uaktywnił do poszukiwania sposobów na ruszenie z miejsca, poznanie ludzi i przypomnienie sobie podstaw francuskiego z czasów liceum.

Co było dla ciebie największym wyzwaniem?

Miałam dość stereotypowy ogląd Afryki jako miejsca niezwykłej przyrody i safari, ale też biedy, kataklizmów, malarii i żądzy dyktatorów. Trudno mi było zaakceptować hałas Dakaru, spaliny ze starych samochodów, których jest większość na ulicach,
i wszechobecny plastik. Praktycznie nie ma tu śmietników, więc ludzie po zjedzeniu batonika na ulicy wyrzucają opakowanie na ziemię. Na początku bardzo bolał mnie ten widok, z czasem zrozumiałam, że nie mogę winić tych ludzi. Współczesna cywilizacja daje dużo rzeczy w nadmiarze, nie oferując w zamian sposobu na ich utylizację. Oczywiście są służby, które sprzątają miasto, są projekty na oczyszczanie i edukację, ale każda zmiana wymaga czasu. Podoba mi się tutejsza naturalność ludzkich zachowań, np. karmienie odsłoniętą piersią w busie, banku czy sklepie. Obok siedzą mężczyźni, ale nikogo to nie razi, a Senegal to kraj w 96 proc. muzułmański. Ale to islam w wersji afrykańskiej.

Twój mąż jest tradycyjnym uzdrowicielem…

Nazywam go miejskim szamanem, bo ubiera się tak jak my, po europejsku. Czasami zakłada afrykański strój Boubou: długą tunikę do kostek i spodnie z tego samego materiału. Jego praca polega na uzdrawianiu, czyli przepędzeniu złych duchów, które powodują u człowieka chorobę lub niepowodzenie w życiu. To jest jego umiejętność, talent czy dar. Od 13. roku życia widzi i komunikuje się z dżinami, duchami, które ja określam energiami Ziemi. Ousmane dostaje w śnie informację o problemie człowieka i sposobie uzdrowienia, może to być zioło, modlitwa, potrzeba określonego działania i wiele innych. W Senegalu jest duży szacunek do praktyk religijnych. Uzdrowiciele uważani są za pośredników między Allahem a ludźmi. Trzeba być uważnym przy wyborze osoby, bo sporo jest oszustów.

A jakie są senegalskie kobiety?

To, co widać na pierwszy rzut oka, to ich uroda i proste jak struna plecy. Senegalki bardzo dbają o siebie, dzieci, męża i dom, zwłaszcza te z biedniejszych rodzin, gdzie jest silny tradycyjny podział ról domowych. Wierzą, że kobieta powinna być opanowana w emocjach, łagodna w manierach, słodka w mowie, by przyjemnie się z nią przebywało. Swoje frustracje, łzy i żale może wypłakać poza domem. Ale przedsiębiorczym Senegalkom, lokalnym businesswoman, bliżej jest mentalnie do naszego sposobu myślenia, stylu zachowania i działania.

Odkąd tu przyjechałam, myślałam, jak przekazać Polkom tutejszą energię, moc żywiołów, jak nakarmić je ciepłem słońca i serdecznością mieszkańców. Stworzyłam program wyjazdów, podczas których można uczestniczyć w spotkaniach tematycznych z Senegalkami i celebrować życie. Senegal ma dużo do pokazania i zaoferowania, ma 500 km linii brzegowej, a codzienny widok oceanu w Dakarze inspiruje do działania.

Joanna Patrycja Wieczorek-Dieng, podróżniczka, autorka książki „Wszystkie Barwy Słońca – historia prawdziwa własnoręcznie uszyta”, wyd. Edipresse. Organizuje pobyty prywatne, tematyczne i firmowe w Senegalu. Prowadzi e-sesje coachingowo-mentoringowe. Więcej na www.joannawieczorek.com

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »