1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Jak zachowanie rodziców wpływa na dziecko

Jak zachowanie rodziców wpływa na dziecko

fot.123rf
fot.123rf
Nie da się nie popełniać błędów, nie przenosić na dzieci kalki swoich zachowań. Rodzicielstwo to taki moment w życiu – chyba najlepszy na zmiany – gdy bardzo wiele zależy od tego, jacy my jesteśmy.

Wydawać by się mogło, że dziecko to czysta, niezapisana kartka. To złudzenie, w które my – rodzice – bardzo chcielibyśmy wierzyć. Część zapisała za nas natura, dziedzictwo przekazywane w genach, kawałek pisze życie, a my – czy się to nam podoba, czy nie – bezwiednie stawiamy w tej historii a to komentarz, a to przecinek czy kropkę. A nasze przekonania i lęki? To właśnie one, bezwiednie, lądują w opowieściach naszych dzieci.

Rodzi się dziecko, dorasta, poznaje świat – wszystko przy dźwiękach powtarzanej jak mantra zasady: „Będę lepszym człowiekiem, dla mojego dziecka. Nauczę je, jak uczciwie i dobrze żyć, nie pozwolę, by ktoś zaszczepił w nim idee, które niszczą, hamują, szkodzą”. Otwartość, empatia, tolerancja. Ale bardzo często zapominamy, że choćbyśmy stanęli na głowie i stworzyli najwspanialszy program wychowawczy, to na nic – jeśli sami nie pozbędziemy się swoich lęków i uprzedzeń. Bo dzieci zawsze uczą się najwięcej, naśladując dorosłych.

Dziecko przejmuje nasze zachowania

Złapaliście się kiedyś na tym, że dziecko wiernie kopiuje wasze powiedzonka lub narzekanie? To bywa jak zimny prysznic dla rodzica, gdy czterolatek z pełną powagą na prośby o posprzątanie pokoju krzyczy: „O matko, nie wytrzymam tego dłużej”. Skąd u niego taki pomysł? Zastanówmy się… Racja, nie musimy się zastanawiać.

Oprócz przekonań czy ideologii, które siłą rzeczy przekazujemy dziecku, w jego głowie najmocniej utrwala się nasze codzienne zachowanie. Krytykowanie innych, poczucie wyższości, brak empatii. A skoro mama lub tata tak robią – to przecież nie może być w tym nic złego. Sami ciągle powtarzają, że nie wolno robić złych rzeczy… To nasz największy grzech. Nieświadomie przekazujemy dzieciom naszą złość, zmęczenie życiem, frustrację. To, że szkoda czasu (tego tak cennego podczas zabieganego dnia) na drugiego człowieka, nie swoje sprawy, oglądanie zachodów słońca i zbieranie liści w drodze powrotnej z przedszkola. Że są rzeczy ważniejsze – choć nie do końca potrafimy je określić i dostrzec. To dla nas, rodziców, najtrudniejsze, bo przecież robimy to bezwładnie i jednocześnie tak bardzo chcemy tego uniknąć.

Lęki rodziców

przyzwyczajenia silniejsze od nas, mocno zakorzenione. Gdy byliśmy dziećmi, baliśmy się wielu rzeczy: ciemności, robali, tego, że się zgubimy – i dziś nadal się boimy. Wydaje nam się, że nasze dziecko też będzie się bało. Najłatwiej zapobiegać, prawda? Tyle że dopóki z całym impetem nie wdrożymy naszego programu ratunkowego – może Jaś, Lena i Zuzia wcale nie będą bały się zasypiać przy zgaszonym świetle?

Tak bardzo lękasz się, że twoje dziecko może się zgubić? Na samą myśl masz ciarki na plecach? Nie pozwól, by ten lęk zawładnął waszym życiem, pozbawił dziecko ciekawości i poczucia bezpieczeństwa. Trudne. Bardzo trudne. Ujarzmić koszmar, nie pozwolić mu przekraczać granic.

Myślenie dorosłych

Dziecięce serca i przyjaźnie potrafią łamać się kilka razy dziennie, by po chwili znów ramię w ramię grzebać z „wrogiem nr 1” w kałuży. A to bardzo odbiega od realiów świata dorosłych. Jeżeli wchodzimy z kimś w konflikt, nie pójdziemy z nim po pięciu minutach na kawę – nie bez odpowiedniej oprawy, wielkich przeprosin i całej tej pompy! Jak to, tak po prostu?! Ile razy tuliliśmy nasze dzieci, tłumacząc, żeby nie przejmowały się tak bardzo bitką o lalkę czy auto – bo „tamten” jest po prostu niegrzeczny. „Na pewno chcesz zaprosić Patrycję na swoje urodziny? Przecież jest dla ciebie taka niedobra w szkole?” – dziwimy się. Przypominamy każdą zadrę, żeby logicznie wytłumaczyć, że nie warto marnować emocji na taką znajomość, choć nasza córka już tych kłótni nie pamięta. Pamięta za to, że świetnie ostatnio bawiły się w dom, a Patrycja oddała jej połowę swoich ciastek.

Włącz autokorektę

Zanim zapiszesz na kartce swojego dziecka, że…

…boi się ciemności – zastanów się, czy kiedykolwiek wysłało ci taki sygnał.

…własna duma jest najważniejsza – pomyśl, czy warto chronić je przed doświadczaniem różnych ludzi, różnych relacji i umiejętnością rozwiązywania konfliktów.

…życie przecieka nam przez palce, że szkoda czasu na cokolwiek – zatrzymaj się. Czy kiedykolwiek później, w dorosłości, twoje dziecko będzie miało ten czas?

…że życie jest pełne złości, że nie lubi wstawać rano, spotykać się ze znajomymi, męczyć się bieganiem, chodzić do sklepu… żyć i uczyć się – przypomnij sobie czas, kiedy twoje życie nie było przepełnione stresem i pośpiechem, czy nie chciałabyś do tego czasu wrócić?

Włącz autokorektę i spróbuj zrobić dla siebie coś dobrego, zmienić to, co cię boli i uwiera. Możesz tak wiele: zaczynać dzień z uśmiechem na ustach, przepuścić staruszkę w kolejce, otworzyć drzwi sąsiadowi, posłuchać śpiewu ptaków… Tak, wiem, że pędzisz, jesteś zmęczona – ja też, ale czy nie łatwiej ukoić własny stres, obserwując w autobusie deszcz spływający po szybie, zamiast gotować się w środku ze złości? Przecież na deszcz nie masz żadnego wpływu, możesz tylko pomóc sobie.

Małgorzata Ohme psycholog dziecięcy i rodzinny

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Niedojrzali emocjonalnie rodzice - jak uwolnić się od ich wpływu?

Zwykle to rodzice uczą dzieci jak budować zdrowe, głębokie więzi. Często jednak dorośli wcale nie są dobrym przykładem. (Fot. iStock)
Zwykle to rodzice uczą dzieci jak budować zdrowe, głębokie więzi. Często jednak dorośli wcale nie są dobrym przykładem. (Fot. iStock)
W idealnym świecie to rodzice uczą dzieci, jak budować zdrowe, głębokie więzi. Jednak w rzeczywistości dorośli często wcale nie są dobrym przykładem. Nigdy nie jest za późno, by uwolnić się od wpływu niedojrzałych emocjonalnie matek i ojców.

Dojrzałość emocjonalna to umiejętność tworzenia prawdziwej, opartej na szacunku więzi z drugą żyjącą istotą, bez względu na to, kim ta istota jest. Nie jednorazowy zryw, ale towarzyszenie sobie nawzajem w części lub całości wspólnego życia. Rodzice, którzy oczekują szacunku oraz wyjątkowego, specjalnego traktowania, a przy okazji kontrolują swoje dziecko i okazują mu lekceważenie, nie są emocjonalnie dojrzali. W relacji z takim rodzicem potrzeby dziecka nie są zaspokajane i doświadcza ono rozległego poczucia osamotnienia, które często niesie ze sobą przez dorosłe życie. Rodzic emocjonalnie niedojrzały „nie jest zainteresowany doświadczeniem bliskości emocjonalnej, rozumianej jako wzajemne poznawanie się i zyskiwanie dogłębnego zrozumienia drugiej osoby. Takie dzielenie się najgłębszymi uczuciami tworzy satysfakcjonującą, głęboką więź, która sprawia, że osoby zaangażowane w relację stają się sobie drogie, ale dla niedojrzałych emocjonalnie rodziców nawiązywanie tego typu bliskości jest krępujące” – pisze psycholożka kliniczna Lindsay C. Gibson w książce „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”.

Polecamy: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Polecamy: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Emocjonalne zawłaszczenie

Niektórzy rodzice rzucają swego rodzaju urok na dzieci, który określa się niedojrzałym emocjonalnie systemem relacji, w skrócie EIRS (ang. emotionally immature relationship system). Osoby dojrzałe potrafią samodzielnie regulować swoją samoocenę i stabilność emocjonalną, innymi słowy nie potrzebują chóru, który zapewni lub przekona ich, jakie są wspaniałe. Nie ulegają również tak łatwo negatywnym ocenom zewnętrznym i presji, mają oparcie w swojej istocie. Bez arogancji i poczucia bycia lepszymi od innych, ale również bez poczucia niższości. W ten sposób pozostają zazwyczaj w stanie równowagi emocjonalnej.

Osoby, które doświadczają EIRS, podczas relacji z niedojrzałymi rodzicami nabierają nawyku, by bardziej zważać na stan emocjonalny swojego rodzica niż na własne samopoczucie. „Pozostając pod wpływem tego systemu interpersonalnego, dostrajasz się do emocjonalnych potrzeb rodzica, zamiast wsłuchiwać się we własne instynkty. Czujesz, że za wszelką cenę musisz łagodzić jego nastroje. Zaczynasz przedkładać jego potrzeby i uczucia ponad własne zdrowie psychiczne. Ta niezdrowa, nadmierna troska o podtrzymanie spokoju rodzica każe ci koncentrować się na nim i jego reakcjach do tego stopnia, że jego nastrój staje się twoją obsesją. Gdy tak się dzieje, to znak, że zostałeś zawłaszczony emocjonalnie przez swojego rodzica” – czytamy we wspomnianej książce.

Uwolnić się spod uroku

Wpływ niedojrzałych rodziców nie dotyczy tylko dzieciństwa i młodości. Rany, destrukcyjne wzorce, przykazania czy splątanie w takiej relacji mogą się utrzymywać przez dekady. Istnieje jednak szereg sposobów, by uwolnić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców.

Pierwszym krokiem jest zrozumienie cech charakterystycznych, wspólnych dla takich osób:

  • Należy do nich skrajna postawa – ekstrawertyczna lub introwertyczna, której towarzyszy zniekształcenie rzeczywistości.
  • Rodzice mogą być dogłębnie przerażeni i niepewni siebie.
  • Mają potrzebę dominowania i kontrolowania.
  • Są egocentryczni i nieskłonni do refleksji.
  • Obarczają winą innych i usprawiedliwiają siebie.
  • Są impulsywni i nieodporni na stres.
Zrozumienie tego jest istotne, by dorosłe dziecko wiedziało, że postawa i zachowanie rodziców nie były reakcją na jego zachowanie, ale wypaczonym, zniekształconym sposobem radzenia sobie z rzeczywistością – a raczej unikaniem jej.

Kolejnym krokiem jest opieranie się zawłaszczeniom emocjonalnym. Innymi słowy – nie chodzi o to, by zmienić rodziców, lecz by nie pozwalać im decydować o swoim samopoczuciu. Oni nadal mogą roztaczać swoje uroki, rzucać nieporadne słowa i próbować wywołać nieprzyjemne doznania, ale ty dostrzegasz ich strategie i nie tracisz kontaktu ze sobą. Pomoże w tym uznanie – a nie tylko zrozumienie – że oni nie są najważniejsi.

Gdy zgłaszają się do ciebie z problemem, znajdź chwilę, by rozpoznać, czy twoja interwencja jest naprawdę potrzebna. A kiedy podejmiesz decyzję, że angażujesz się i pomagasz, określ granice: ile czasu, miejsca lub innych wartości materialnych i niematerialnych chcesz oddać, poświęcić. Jeśli ich nie postawisz, może się okazać, że zrobią to rodzice, a ty znowu wylądujesz pod ścianą, w samotności i bez sił. Przy czym niezmiernie istotne jest samopoznanie, by zrozumieć, dlaczego trudno jest ci odmawiać i czego w związku z tym się obawiasz.

Czasami dorosłe dzieci, przyzwyczajone do emocjonalnych kar za niespełnienie oczekiwań rodziców, wolą zrezygnować z samych siebie w imię spokoju lub mylnego przekonania, że są mniej ważne od własnych rodziców.

Wprowadzając zmianę w relacji z niedojrzałymi emocjonalnie rodzicami, nie musisz się śpieszyć, odnajdź w tym ulgę i wytchnienie. Gdy nie wiesz, co zrobić albo masz w głowie pustkę – nie rób nic, poczekaj, aż wrócą myśli, i obserwuj je. Idź na spacer, zamknij na chwilę oczy, oddal się od rodziców w sensie dosłownym. Znajdź się w dobrym dla ciebie miejscu i sprawdź, czego oczekujesz od spotkania z rodzicami i na co z pewnością już się nie zgadzasz. Nie musisz jednak pilnować ich sposobu wyrażania się, znajdź wewnętrzną tarczę, nie traktuj wszystkiego, co mówią, śmiertelnie poważnie. To ich zdanie, ty możesz mieć inne. Gdy się przeciwstawisz, przerwiesz toksyczną emocjonalnie grę. Nie musisz także dzielić się z nimi najbardziej skrytymi uczuciami, jeśli nie czujesz takiej potrzeby i nie czujesz się bezpiecznie. Ba! Masz prawo stosować uniki i odpowiadać wymijająco, jeśli w ten sposób chronisz siebie.

Znajdź swój wewnętrzny azyl i wracaj do tego miejsca jak najczęściej.

  1. Psychologia

Dlaczego powinniśmy uczyć dzieci wartości?

Od dziś, każdego dnia zadaj sobie pytanie: „Jakie wartości chcę przekazać mojemu dziecku? Co jest dla mnie szczególnie ważne?”. (fot. iStock)
Od dziś, każdego dnia zadaj sobie pytanie: „Jakie wartości chcę przekazać mojemu dziecku? Co jest dla mnie szczególnie ważne?”. (fot. iStock)
Wychowując dziecko w poszanowaniu dla systemu wartości innych, dajesz mu potężny kapitał na przyszłość, a jednocześnie fundujesz ogromny prezent światu.

Wychowując dziecko w poszanowaniu dla systemu wartości innych, dajesz mu potężny kapitał na przyszłość, a jednocześnie fundujesz ogromny prezent światu. Czy podpiszesz się pod stwierdzeniem, że świat jest drapieżnym, nieprzyjaznym miejscem, w którym trzeba się mocno rozpychać łokciami? Jeśli tak, to podświadomie będziesz tak wychowywać dziecko, żeby sobie radziło w tych niesprzyjających warunkach, czyli będziesz zachęcać je do forsowania subiektywnego punktu widzenia i unikania odpowiedzialności. Pomyśl, co by było, gdyby udało ci się ukształtować człowieka dobrze dopasowanego do tego „strasznego” świata? Pierwsza byś tego gorzko żałowała. Zamiast dostosowywać wychowanie malca do agresji świata, lepiej wpoić mu system wartości, który nie tylko jest w stanie zmienić ten świat, ale też stanie się najlepszym kapitałem zapewniającym twojemu dziecku szeroko pojęty sukces.

Bagaż pełen zasad

Nie da się wychowywać dziecka na agresywne, pewne siebie wobec świata zewnętrznego i jednocześnie miłe, urocze, empatyczne i prawe w domu. Trzeba się na coś zdecydować. Kształtowanie charakteru w duchu wartości może początkowo wzbudzać obawy: no bo jak to – uczyć dziecko mówić prawdę, zachowywać się kulturalnie, wielkodusznie? Natychmiast inni wykorzystają jego wrażliwość! Te obawy nie są jednak uzasadnione. W długoterminowej perspektywie wygrywają ludzie hołdujący określonym wartościom i im wierni.

Mocno wpojona wartość to życiowy azymut. Nie da się przewidzieć, z jakimi sytuacjami będzie się musiał w przyszłości zmierzyć twój malec, jakie kompetencje będą mu w życiu potrzebne. Bez względu jednak na to, co mu życie przyniesie, porządny system wartości będzie go trzymał w pionie.

Uczciwość, rzetelność, punktualność, szacunek wobec siebie i innych obronią się zawsze. Rynek pracy jest już przesycony młodymi agresywnymi ludźmi – wykształconymi, ale bezwzględnymi i czasem zwyczajnie niemoralnymi. Wielu pracodawców zaczyna stawiać nie na kompetencje (które dziś łatwo nabyć), ale na cechy osobowościowe, takie jak: kultura osobista, pracowitość, systematyczność czy uczciwość.

W sytuacjach kryzysowych wysokie morale zaowocują korzyściami duchowymi. Świadomość, że zachowało się godność, przynosi ukojenie, daje oparcie, siłę wewnętrzną i poczucie sensu życia.

Wartości, które twoje dziecko wyniesie z domu, staną się bazą jego relacji z innymi osobami. Ludziom dobrym chce się pomagać. Wychowując dziecko na porządnego człowieka, powodujesz, że w sposób naturalny przyciąga ono do siebie innych prawych ludzi.

Kręgosłup moralny ochroni je przed demoralizacją, czyli złymi, szkodliwymi czy wręcz destrukcyjnymi wyborami życiowymi. Zamiast tego będzie podejmować słuszne z etycznego punktu widzenia decyzje we wszystkich sprawach i na każdym obszarze życia (wybór przyjaciół, form rozrywki, poglądów, zawodu). Dziecko wychowane bez systemu wartości jest zagrożeniem dla świata. Wpajanie zasad moralnych traktuj więc jak życiową misję.

Zestaw uniwersalnych wartości

Wartości – dobrze, ale jakie? Bez względu na to, jaki masz światopogląd, są uniwersalne zasady, które niezależnie od życiowych okoliczności pomogą dziecku, a potem dorosłemu człowiekowi, być zwyczajnie szczęśliwym i spełnionym. Normy moralne, tradycje religijne, odpowiedzialność, pokojowe nastawienie, uczciwość, szacunek wobec świata – i ludzi, i zwierząt. Zdrowe odżywianie, estetyka w ubiorze, nawyki higieniczne. To wartości, o  których można z całą pewnością powiedzieć, że warto je trwale zaszczepić. Zaowocują w przyszłości – człowiek z zasadami z reguły jest szanowany, lubiany – i wie, co robić w trudnych sytuacjach.

Jest jeszcze… grzeczność! Stanowczo zbyt mało miejsca poświęca się jej w wychowaniu. Uczmy grzeczności – po pierwsze, wobec siebie. Poczucie winy, że za mało czasu spędzamy z naszymi dziećmi, sprawia, że czasem lekceważymy ich zachowanie, nie wymagamy, by spełniały podstawowe standardy grzeczności wobec własnych rodziców czy dziadków. A szkoda.

Od dziś, każdego dnia zadaj sobie pytanie: „Jakie wartości chcę przekazać mojemu dziecku? Co jest dla mnie szczególnie ważne?”. Może będzie to religia, może nienaruszalna prawdomówność, może pracowitość, a może optymizm. Jesteś przewodnikiem i musisz wiedzieć, dokąd prowadzisz swoje stado.

Jak wpoić dziecku wartości

1. Zadbaj o satysfakcję

Dlaczego człowiek ma dokonywać niekorzystnych dla siebie wyborów? W imię czego? Z jakiego powodu ma na przykład nie kraść, skoro nadarza się okazja, albo zrobić coś kosztem innych, skoro nikt się o tym nigdy nie dowie? Żeby dokonywać wyborów według zasad moralnych, trzeba czuć z tego tytułu satysfakcję. Radość z bycia porządnym człowiekiem to podstawa wychowania w wartościach. Daj dziecku przyzwolenie na to, by czuło się dobrze, bo zachowało się prawidłowo. Gdy postąpi właściwie, zapytaj, jak się teraz czuje. Czy przyjemnie jest być w porządku? Wzmacniaj pozytywne zachowania, nagradzaj za prawidłowe postawy, zachwycaj się za każdym razem, gdy dziecko powstrzyma się od złego.

2. Nie bój się wielkich słów

Wielu rzeczy dziecko uczy się okazjonalnie. Tak jest również z moralnością, ale w tym wypadku warto o tym otwarcie mówić. „Moim obowiązkiem jest wychować cię dobrze, moim zadaniem jest…”. Nie bój się używać wielkich słów. Tu są na miejscu. „Nie wolno kraść. Nie wolno nikogo krzywdzić. Zwierzęta trzeba bezwzględnie szanować”. Mów otwarcie o wartościach.

3. Ucz myśleć o innych

Być może sama jesteś ofiarą wychowania w duchu źle rozumianej asertywności. Właśnie wyrosło całe pokolenie ludzi, których nic nie obchodzą inni, a słowo „ja” zajmuje centralne miejsce w ich słowniku. Wychowanie ku wartościom to odwrót od tego pomysłu pedagogicznego. Naucz swoje dziecko przejmować się innymi ludźmi, na tym się skup. To nic, że dookoła, zarówno w przedszkolu, w szkole, jak i na podwórku, będziesz słyszała, że dziecko powinno przede wszystkim wierzyć w siebie i niczym się nie przejmować. Ty skup się na wychowaniu w poszanowaniu dla innych ludzi, zwierząt i środowiska naturalnego.

4. Obcujcie ze sztuką

Czytajcie książki, wspólnie oglądajcie obrazy, ilustracje, filmy i chodźcie (jeśli to możliwe) do teatru. Nie ma lepszego poligonu do kształtowania kręgosłupa moralnego człowieka niż świat sztuki. Jest tu bowiem masa okazji do nabycia teoretycznej wiedzy na temat obowiązujących norm.

5. Dawaj przykład

Wpajanie wartości to dla rodzica ciężka praca, również nad samym sobą. Mamy w głowie wiele zasad etyczno-moralnych, ale przestrzegamy ich wybiórczo, naginamy do sytuacji i z łatwością znajdujemy okoliczności łagodzące. Ktoś, kto zabrał z pracy paczkę herbaty, nie nazwie siebie złodziejem. Przy dziecku nie działa jednak taryfa ulgowa. Ono widzi fakty: wynosisz z pracy swoje rzeczy czy nie, mówisz prawdę czy kłamiesz, jesteś rzetelna czy leniwa. Moralna ocena dziecka jest czarno-biała. Albo dajesz przykład, albo… nie licz na to, że uwierzy ci, że warto być porządnym człowiekiem.

6. Myśl perspektywicznie

Nie trać z oczu celu wychowawczego. Nie chodzi o to, żeby dziecko nie płakało, tylko żeby zrozumiało, że jeśli będzie biło inne dzieci, to nikt nie zaprosi go na urodziny. „Co z tego wyniknie nie za chwilę, a w wieloletniej perspektywie?” – tym pytaniem kieruj się, rozwiązując codzienne błahe problemy.

7. Zadawaj pytania

„Czy chciałbyś, żeby ktoś zrobił ci coś takiego?”, „Czy chciałabyś, żeby ktoś tak cię potraktował?”, „Co by było, gdyby wszyscy tak postępowali?”, „Chciałbyś się kolegować z kimś, kto tak robi?” – w ten sposób zwrócisz dziecku uwagę na to, jak ważne jest współodczuwanie.

8. Uważaj na opinie

Nie opowiadaj babci, co zjadł twój synek, czy do końca i ile spał, ale że ładnie się przywitał, posprzątał, dokładnie wykonał pracę domową.

Przykład: Pożyczyliście od kolegi film, mieliście dziś oddać, ale jest już późno, trzeba jeszcze zjeść kolację, a poza tym strasznie ci się nie chce wychodzić z domu. Co robić? Wybrać cel krótko - czy długoterminowy? Ma zwyciężyć lenistwo czy poczucie obowiązku? Jako rodzic nie możesz pozwolić sobie na żadne pobłażanie. Jeśli dziś pokażesz, że akceptujesz niesłowność, już nigdy tego nie nadrobisz. Trzeba zatem jechać do kolegi i oddać mu film. Korzyść z takiego zachowania jest olbrzymia. Powiedz dziecku o niej wprost: „Teraz możemy spać spokojnie. Zachowaliśmy się, jak należało”.

Ważne słowo: interioryzacja

Inaczej uwewnętrznienie, czyli: głębokie przyswojenie, uznanie jako swoje własne, pełna akceptacja. Interioryzacja ma szczególne znaczenie w nauczaniu wartości. Nikt nie ma możliwości pilnowania człowieka przez cały czas i we wszystkich sprawach. Dlatego najistotniejszym czynnikiem moralności jest samokontrola. Zasady znane lub stosowane tylko wybiórczo, w zależności od okoliczności, to twoja porażka wychowawcza.

Metoda „Porządny człowiek”

Gdy chcesz dać dziecku wskazówkę albo wyjaśnić, dlaczego powinno zachować się tak, a nie inaczej, używaj argumentu pt.: „Bo porządni ludzie tak robią”. To hasło jest dla dziecka informacją: porządny człowiek tak robi, a tak nie robi. Nie ma sensu tłumaczyć dlaczego, odwoływać się do norm moralno-etycznych. „Nie wolno dla zabawy zabijać lub męczyć zwierząt. Porządny człowiek tak nie postępuje”. Kropka. Dzieci otrzymują od rodziców za dużo informacji, tymczasem one potrzebują tylko jasnych, klarownych i absolutnie jednoznacznych wskazówek, co jest dobre, a co złe.

Przygotuj się na to, że dziecko zacznie zadawać niewygodne pytania. Na przykład w obecności twoich teściów zapyta: „Kim jest dziadek, skoro bije psa? Czy tak postępuje porządny człowiek?”. Dziecko wychowywane ku wartościom będzie wyłapywać wszelkie „złe” zachowania u innych i będzie odczuwać silną chęć wychowywania wszystkich wokół siebie. Niech ludzie, których dziecko diagnozuje jako nieporządnych, sami sobie z tym poradzą. Czasem takie zawstydzenie przez malucha dobrze im zrobi.

  1. Psychologia

Czy twoje niepokoje i porażki to wina rodziców?

Rodzice są odpowiedzialni za deficyty, z którymi się borykasz, ale nie za twoją dzisiejszą porażkę. Bo to ty się poddajesz albo ty idziesz dalej. (Fot. iStock)
Rodzice są odpowiedzialni za deficyty, z którymi się borykasz, ale nie za twoją dzisiejszą porażkę. Bo to ty się poddajesz albo ty idziesz dalej. (Fot. iStock)
Dom rodzinny ma niewątpliwie duży wpływ na nasze dorosłe życie, ale przeszłość, nawet jeśli była bardzo trudna, nie powinna przesądzać o naszym losie.

Artykuł archiwalny. 

Łukasz nie może swojej żonie Ewie powiedzieć słowa krytyki, bo ona zaraz płacze. „Zawsze mówię Ewie, że wszystko, co robi, jest wspaniałe. Nie dlatego, że tak uważam, ale dlatego, że boję się jej płaczu. Kiedy raz czy drugi delikatnie zwróciłem jej uwagę, za każdym razem kończyło się spazmatycznym płaczem i pretensjami, że już jej nie kocham i jestem taki sam jak jej ojciec, który wiecznie ją bezlitośnie krytykował i wszystko miał za złe. Próbowałem tłumaczyć, że jeśli czasem nie smakuje mi ugotowany przez nią obiad albo drażni bałagan, jaki zostawia rano w łazience, to wcale nie oznacza, że jej nie kocham. Tłumaczę jej, że musimy rozmawiać również o tym, co nam się nie podoba. Niestety, dla Ewy to nie do pojęcia. Jej zdaniem, jeśli się kogoś kocha, to się go nie krytykuje, tylko chwali i akceptuje w całości, bez wyjątku”.

Jeżeli dzisiejsze nasze niepowodzenia tłumaczymy naszą traumatyczną przeszłością, to warto się zastanowić, czemu służy takie postawienie sprawy. Tak radzi Magda Linca, psychoterapeutka z INZPiRO (Instytut Zdrowia Psychicznego i Rozwoju Osobowości). Czy jeśli nieustannie roztrząsamy doznane w dzieciństwie krzywdy, to zaspokajamy potrzeby, które kiedyś były źródłem naszej frustracji, czy raczej utrwalamy nasze problemy?

– Nie chodzi o to, aby na siłę myśleć pozytywnie i udawać, że wszystko było dobrze. Ale w psychoterapii wraca się do przeszłości zawsze w jakimś celu – podkreśla terapeutka. – Nie po to, żeby ją nieustannie wałkować i tkwić w poczuciu krzywdy, ale po to, żeby uwolnić się od wpływu tego, co stało się w dzieciństwie.

Niespełnione dziecięce potrzeby

Przeszłości nie zmienimy, ale możemy decydować, w jaki sposób i czy w ogóle będzie ona determinować naszą teraźniejszość.

– Nawet jeżeli nie mieliśmy szczęścia w dzieciństwie i nasze niezaspokojone potrzeby wywoływały w nas silną frustrację, to jeszcze nie znaczy, że tak musi być już zawsze. Możemy nauczyć się dbać o nas samych lepiej, niż dbali nasi rodzice – tłumaczy Magda Linca.

Dlaczego w takim razie tak często robimy z siebie ofiary wychowawczych porażek naszych rodziców? – Bycie ofiarą ma niewątpliwie swoje dobre strony – tłumaczy psychoterapeuta Dariusz Tkaczyk z Ośrodka Pomocy i Edukacji Psychologicznej „Intra”. – Jeśli czujemy się skrzywdzeni, możemy zrzucić z siebie trochę odpowiedzialności na innych. To też dobry sposób na to, żeby inni się nami zajmowali. Zdaniem Magdy Lincy warto się jednak zastanowić, czy przyjmowanie roli ofiary rzeczywiście zaspokaja nasze potrzeby.

– Czy naprawdę satysfakcjonujące jest to, że ludzie robią dla nas różne rzeczy tylko dlatego, że zostaliśmy kiedyś skrzywdzeni? Może cenniejsze jest wzbudzanie zainteresowania, bycie traktowanym z czułością, otrzymywanie wsparcia dlatego, że ktoś nas kocha, a nie dlatego, że jesteśmy ofiarami.

Coraz częściej mówi się o wpływie dzieciństwa i domu rodzinnego na nasze życie. Świadomość przeszłości i jej roli jest bardzo pomocna w życiu, bo umożliwia nam zrozumienie naszych dzisiejszych zachowań i wyborów, niejednokrotnie irracjonalnych.

– Czasami niektóre osoby przywiązują się do odkrytej prawdy, że rodzice zrobili im krzywdę, i na tym poprzestają – zauważa Dariusz Tkaczyk. – Nie nazywałbym tego jednak świadomym manipulowaniem. Brak miłości, uwagi i troski ze strony rodziców jest tak obciążającym deficytem, że tęsknota za tymi wartościami potrafi paraliżować. Ale tylko wtedy, gdy nazwiemy swoje deficyty i odżałujemy je, przestaniemy nimi obarczać swoich bliskich.

Zdaniem psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego trudne dzieciństwo nie może być biletem ulgowym na życie, tylko doświadczeniem do przepracowania. Tymczasem niektórzy z nas ze swojego trudnego dzieciństwa i odniesionych w nim ran robią swoistego rodzaju sztandar. Swoje poczucie znaczenia budują na głębokim przekonaniu, że cierpią najbardziej na świecie, a skoro tak, to należy im się specjalne, zwalniające od zobowiązań traktowanie.

Ludzie głodni uczuć, nie dość akceptowani przez swoich rodziców w dzieciństwie, szukają rekompensaty niespełnionych potrzeb dziecięcych w dorosłych związkach.

– Nie ma niczego złego w istnieniu dziecięcych potrzeb – tłumaczy Andrzej Wiśniewski. – Każdy z nas je ma, ale ważne jest, w jaki sposób staramy się je zaspokoić: czy poprzez otwarte komunikowanie (dzięki czemu partner ma możliwość wyboru, czy chce mieć czasem zamiast żony córkę, czy zamiast męża syna), czy też manipulując bliskimi.

 

Tak mnie wychowali

„Mariusz jest dobrym mężem i ojcem – chwali męża Beata. – Jestem lekarzem, często mam dyżury w szpitalu. Wiem, że mogę spokojnie zostawić męża z synami. Wszystkiego dopilnuje i zadba o dzieci nie gorzej niż ja. Gdyby nie jedna rzecz, byłabym najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Mariusz kompletnie nie potrafi mówić o swoich uczuciach ani okazywać czułości. Kiedy się poznaliśmy, byłam nim zafascynowana, wtedy nawet podobała mi się jego oschłość. Uważałam, że to takie męskie. Poza tym ujął mnie swoją opiekuńczością. Akurat miałam końcowe egzaminy i Mariusz bardzo dużo mi pomagał. Przepisywał teksty, wypożyczał książki, dbał, żebym regularnie jadła. Myślałam wtedy, że to wszystko jest o wiele więcej warte niż przytulanie i czułe słówka. Z czasem coraz bardziej zaczęło mi brakować czułości ze strony Mariusza. Mam też do niego żal, że tak mało czułości okazuje naszym synom. Mówi, że nie będzie ich przytulał i całował, bo nie chce wychować ich na mięczaków. Zupełnie jakbym słyszała mojego teścia, też zawsze opanowanego, racjonalnego i chłodnego.

Ostatnio strasznie się pokłóciliśmy. Kiedy na spacerze nasz czteroletni syn przewrócił się i zaczął płakać, bo mocno się uderzył, Mariusz podniósł go, otrzepał mu spodenki i kazał się uspokoić, mówiąc, że mężczyzna nigdy nie powinien płakać. Wykrzyczałam mu wtedy, że chyba jest bezdusznym cyborgiem, skoro nie potrafi przytulić płaczącego dziecka. Obraził się i powiedział, że nie będzie robił tego, czego nie potrafi robić i co go krępuje”.

Zdaniem Magdy Lincy, jeżeli ktoś uważa, że dom dzieciństwa tak jednoznacznie wpływa na nasze życie, że nie mamy wpływu na własne zachowania w dorosłym życiu, trudno jest go przekonać, że może być inaczej.

Ale skoro jako dorośli sami decydujemy, o której wstajemy, co jemy na śniadanie i w co się ubieramy, to może warto też samemu zadecydować, czy chcemy nauczyć się nowych zachowań, jeśli nasze dziecko albo partner tego naprawdę potrzebują.

Dominika niedawno zerwała zaręczyny. Kiedy narzeczony powiadomił ją, że szykuje mu się świetny roczny kontrakt w Londynie, więc powinni plany matrymonialne przełożyć do jego powrotu, Dominika oddała mu pierścionek. „Nawet mnie nie zapytał, czy zgadzam się na przesunięcie daty ślubu”. Na próżno Adam tłumaczył Dominice, że bardzo ją kocha, że rok szybko zleci, będzie go odwiedzała, a kiedy wróci – wezmą ślub na spokojnie, bez pośpiechu i na dodatek dzięki pieniądzom, które w tym czasie zarobi, będą mogli wziąć o wiele mniejszy kredyt na mieszkanie. Dominika była nieprzejednana. „Jeśli okazałam się mniej ważna od jego kariery, to nie mamy o czym mówić. Dobrze, że okazało się to teraz, a nie po ślubie, jak to było w przypadku moich rodziców”. Rodzice Dominiki rozwiedli się, kiedy ona miała 15 lat. Wtedy z wielkim hukiem i skandalem wyszedł na jaw wieloletni romans ojca. Właściwie niewiele to zmieniło w życiu rodziny, bo ojciec i tak zawsze był tylko gościem w domu. Bardzo dużo podróżował służbowo, do tego często jeździł na polowania. Zdaniem Dominiki wszyscy mężczyźni to egoiści. Adam potwierdził jej przekonanie.

Czasami nieświadomie oczekujemy od swoich partnerów, że dadzą nam wszystko to, czego nie dostaliśmy od rodziców. Przy tak wygórowanych oczekiwaniach wystarczy drobne uchybienie i rozczarowanie gotowe.

Poddajesz się czy idziesz dalej?

Psycholog analityczny Stephen Johnson powiedział, że co prawda nie możemy dostać wszystkiego, czego potrzebujemy, ale możemy otrzymać o wiele więcej, niż kiedykolwiek dostaliśmy. Tymczasem jeżeli posługujemy się w życiu kalkami typu, że mężczyźni są źli albo że kobiety wykorzystują mężczyzn, doprowadzamy do tego, że zaczynamy wyłapywać tylko to, co potwierdzi nasze wyniesione z domu przekonania.

– Zachowujemy się wówczas tak, jakbyśmy założyli czarne okulary. Może warto je czasami zdjąć albo choć dostrzec, że ma się je na nosie. Zdać sobie sprawę, że czarne okulary z dzieciństwa wypaczają nam obraz rzeczywistości – radzi Magda Linca.

Ukazanie się w Polsce książki Susan Forward pt. „Toksyczni rodzice” (Santorski & Co 2006) odbiło się szerokim echem. Jej lektura przyczyniła się do tego, że ludzie zaczęli szukać winnych za to, co niedobrego dzieje się z ich obecnym życiem.

– Gdyby książka „Toksyczni rodzice” została wprowadzana na rynek pod hasłem: „Ludzie mają prawo oskarżać swoich rodziców, jeśli doświadczyli od nich przemocy i że ta przemoc jest czymś złym, niczym nieusprawiedliwiona”, to wszystko byłoby w porządku – tłumaczy Andrzej Wiśniewski. – Natomiast książka została wypromowana pod hasłem: „Za twoje niepokoje, i porażki odpowiadają twoi rodzice. Gdyby nie oni, byłbyś szczęśliwym człowiekiem”. I w tym kontekście lektura „Toksycznych rodziców” zrobiła dużo złego, bo wysyłała na terapię rodziców, a nie ich dorosłe dzieci. Poza tym autorka Susan Forward stworzyła mit idealnych rodziców, a takich nie ma. Poza skrajnymi przypadkami większość rodziców ma zalety i kiedy już odchorujemy ich wychowawcze wpadki, dostrzeżemy również to, co zrobili dla nas dobrego.

Dojrzałość wymaga zobaczenia ludzi w pełni. Wówczas oprócz zła widzimy dobro, oprócz słabości – siłę. Zdaniem Dariusza Tkaczyka nawet jeśli we wspomnieniach naszego domu rodzinnego dominują te złe wydarzenia, warto zadać sobie pytanie: to było, a co chcesz zrobić teraz? Możesz się poddać sile przeszłości, ale to jest twój wybór, a nie konieczność. Rodzice są odpowiedzialni za deficyty, z którymi się borykasz, ale nie za twoją dzisiejszą porażkę. Bo to ty się poddajesz albo ty idziesz dalej. Nawet jeśli miałeś najgorszych rodziców, to nadal ty decydujesz, jak dzisiaj i jutro będzie wyglądało twoje życie.

  1. Psychologia

Kogo mama kocha bardziej?

Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. (Fot. Getty Images)
Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. (Fot. Getty Images)
Mama pięciorga dzieci zapytana, które wyróżnia nad inne, odrzekła: „To, które właśnie jest chore!”. Ale w przypadku, gdy faktycznie rodzice faworyzują jedno z dzieci – tracą na tym wszyscy.

Korzyści bycia tym lepszym z rodzeństwa są spore. Słowa rodzica: „Jak dobrze, że jesteś” czy „Tylko na tobie mogę polegać” to ogromna nagroda emocjonalna, ale za takimi wyznaniami kroczy też ogromne obciążenie.

Monika: „Na studiach poznałam chłopaka. Na którejś randce zwierzył mi się, że nienawidzi swojego brata, ulubieńca rodziców, bo zawsze był do niego porównywany i nigdy nie wypadał korzystnie. Dziś nie utrzymują kontaktów. – Skupił na sobie całą miłość rodziców. Nie chcę go znać – powiedział. A ja się rozpłakałam. Byłam w rodzinie tym lepszym dzieckiem, zrozumiałam, dlaczego moja siostra tak mnie nie lubi. Nawet na święta nie odpisze na mojego SMS-a”. Dziecko nigdy nie zawłaszcza miłości rodziców. Nie ma takiej władzy i nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, jak jest kochane. To rodzice w dowolny sposób rozdzielają swoje uczucia między potomstwo. Ale czy dziecko ma taką wiedzę? Oczywiście, że nie. Widzi, kogo rodzice preferują, tyle że winą za to obciąża właśnie wybrańca. Czuje, że nie jest tak kochane, jak mogłoby być. Brata czy siostrę traktuje jako konkurenta o serce rodziców.

Zawsze nr 2

Patrycja: „Gdy moja siostra coś zrobiła, w domu panował zachwyt. Jej rysunki ojciec wieszał na ścianie, listy od niej z kolonii pokazywał kuzynom, jej zdjęcia nosił w portfelu. Jej matura była traktowana niemalże jak Nobel. To bardzo bolało. Nie znosiłam Justyny. Życzyłam jej śmierci. Całymi latami fantazjowałam, że umiera, wpada pod samochód i wtedy ojciec ma już tylko mnie. Brakowało mi odwagi, żeby go znienawidzić. Swoją frustrację przeniosłam na siostrę. Gdy pojechałyśmy razem na kolonie, cały czas robiłam jej świństwa. Potrafiłam oblać jej łóżko wodą, schować kurtkę, wywiesić majtki na widok publiczny. Kiedyś zamknęłam ją na noc pod prysznicami, a wychowawczyni powiedziałam, że nie wiem, gdzie jest, i udawałam, że szukam jej razem z innymi. W »zieloną noc« namówiłam koleżanki i zrobiłyśmy jej »kocówę«. To nasz ojciec, kochając ją bardziej, wydobył ze mnie wszystko, co najgorsze”.

Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. Wywołuje szereg negatywnych emocji, w tym przemożną chęć zemsty. W dorosłym życiu owocuje wieloma poważnymi problemami: osoby, które w dzieciństwie były ciągle krytykowane, są wiecznie niepewne, oglądają się na opinie innych, mają niższą samoocenę, łatwiej popadają w uzależnienia. Ale rola ulubieńca rodziców nie zawsze gwarantuje życiowy sukces.

Zatruta strzała

Faworyzowanym dzieciom wprawdzie więcej wolno, rodzice przymykają oko na ich niedociągnięcia, zalewają je miłością, ale w długoterminowej perspektywie bycie „lepszym” wcale się nie opłaca. Hołubione dzieci dobrze się czują w towarzystwie rodziców, więc spędzają z nimi dużo czasu. Uczestniczą w sprawach dorosłych, ale tym samym są pozbawione towarzystwa rówieśników, odizolowane od właściwych dla ich wieku doświadczeń. Zyskując bliską więź z rodzicem, mają przewagę nad innymi dziećmi w rodzinie, ale tracą ich miłość.

Monika: „Czułam się taka uprzywilejowana, gdy mama zabierała mnie na zakupy, do krawcowej czy gdy razem jechałyśmy na grzyby. W tym czasie Ela szła na podwórko. Do dziś ma masę znajomych z dzieciństwa. Ja – nikogo”.

Hanna: „Gdy miałam 12 lat, mój młodszy brat – 8, a starsza siostra – 14, nasza mama powiedziała: Kocham was jednakowo, ze wskazaniem na Hanię. Poczułam się wybrana. Ale to było jak zatruta strzała. Kiedyś mama, ukradkiem, w tajemnicy przed rodzeństwem, dała mi tabliczkę czekolady. Pobiegłam do pokoju, żeby ją schować, ale oni mnie złapali, przytrzymali i wyciągnęli tabliczkę. – Skąd masz? – Mama mi dała – powiedziałam. – Udław się nią – usłyszałam. Od tego momentu brat i siostra odnosili się do mnie wrogo, i tak zostało do dziś”.

Taką stworzyła mnie mama

Rodzice prawie zawsze chcą dobrze dla wszystkich swoich dzieci. Bardziej wspierają jedno z rodzeństwa z różnych powodów. Słabsze, chorowite, mniej zdolne – bo wzbudza w nich instynkt opiekuńczy; zdolne, inteligentniejsze, ładniejsze – bo mogą być z niego dumni. Tym samym utrwalają hierarchię, wdrukowują role. Dziecko wybrane na to lepsze jest wspierane, otaczane opieką. Miłość rodziców rzeczywiście je wzmacnia. Tymczasem dziecko uznane za gorsze, zostaje zatrute zazdrością i nienawiścią, przez co staje się jeszcze gorsze. Wszystko się zgadza. Rodzice upewniają się, że mieli rację.

Julia: „Tyle razy słyszałam, że Danka lepiej gotuje, sprząta, uczy się i wygląda, że zaczęła kierować mną złość do niej. Stałam się wrednym dzieciakiem. Do dziś jestem gorszą córką. Jestem drażliwa, cyniczna i nieprzystępna – tak jak wymyśliła to nasza matka”.

Monika: „Rodzice wciąż mi powtarzali, że jestem taka rozsądna, nie to co Elka. Ale to moja siostra mogła robić, co chciała, bo była tą gorszą, a ja byłam lepsza, więc musiałam być grzeczna. Do dziś żyruję jej pożyczki, jadę po nią w środku nocy, bo pokłóciła się z facetem i nie ma jak wrócić do domu. Nie mam życia osobistego i wiem, że to dlatego, że nie chcę zawieść rodziców. Uwierzyłam, że muszę być tą lepszą”.

Bez względu na motywy faworyzowania, konsekwencje zawsze są złe. Wyróżniając jedno z dzieci, rodzice budują między nim a resztą rodzeństwa gruby mur wzajemnej nienawiści. To sprawia, że w domu nigdy nie ma dobrej atmosfery. Układy zapoczątkowane w dzieciństwie utrwalają się i przenoszą do dorosłego życia.

Monika: „Obie z siostrą jesteśmy już samodzielne, ale ona nie może mi darować, że rodzice, a zwłaszcza ojciec, woleli mnie. – Co tam u twoich rodziców? Jak twój ukochany tatuś? – pyta, gdy się widzimy. W siostrze jest tyle nienawiści. Czuję, że na to nie zasługuję. Nasi rodzice skrzywdzili nas obie”.

Bycie lepszym dzieckiem nie tylko trwale odcina od rodzeństwa, ale owocuje licznymi problemami. Dorosłe „lepsze” dzieci są mniej samodzielne, mają ogromne problemy z podejmowaniem decyzji, są nazbyt zorientowane na akceptację otoczenia, nadmiernie związane ze swoimi rodzicami, przedkładają ich potrzeby nad własne bądź nad potrzeby swoich dzieci czy męża. Nie umieją się wyzwolić z roli wzorowych dzieci.

Hanna: „Przez długie lata nie zdawałam sobie sprawy, jak niesprawiedliwie moi rodzice traktowali naszą trójkę. Dziś widzę, że było mi wolno znacznie więcej, że byłam zwyczajnie bardziej kochana, ale cena za to jest spora. Mama tylko zadzwoni, a ja rzucam wszystko i jadę. Moje rodzeństwo świetnie sobie poradziło. Oni mają siebie nawzajem, a ja tylko rodziców”.

Porozumienie ponad podziałami

Relacje z rodzeństwem są nie mniej ważne niż z rodzicami i, zwłaszcza jeśli są złe i niesatysfakcjonujące, warto przyjrzeć się, co za tym stoi. Nawet za cenę utraty aprobaty rodziców. Jedynym wyjściem z sytuacji nadmiernego faworyzowania jest sojusz rodzeństwa.

Patrycja: „Zaczęłam terapię dwa lata temu. Miałam ogromne problemy z chłopakiem, w pracy, nie mogłam skończyć studiów. Okazało się, że mój gniew wynika z tęsknoty za siostrą. Nasi rodzice zrobili wszystko, żebyśmy się nie lubiły. Ciągle ze sobą rywalizowałyśmy. Żadna nie miała pojęcia, że o naszych relacjach zdecydowali rodzice. Teraz uczymy się być siostrami bez nich i, co ciekawe, oni wcale nie są z tego zadowoleni”.

  1. Psychologia

Dziecko jest lustrem rodziców, w którym odbijają się także ich problemy

Wychowanie działa, kiedy daje się dziecku możliwość odczuwania własnej wartości, miłości do siebie; kiedy staje się on asertywny, zdolny do poruszania się ku temu, co kocha. (Fot. iStock)
Wychowanie działa, kiedy daje się dziecku możliwość odczuwania własnej wartości, miłości do siebie; kiedy staje się on asertywny, zdolny do poruszania się ku temu, co kocha. (Fot. iStock)
Psycholog dziecięcy jest trochę jak detektyw. Problemy z dzieckiem to tylko wierzchołek góry lodowej, a trop często prowadzi do relacji między rodzicami. Daniele Gargano, włoski psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, pracuje w Polsce z dziećmi i ich rodzicami. Jak z pozycji cudzoziemca ocenia wychowanie w Polsce?

Czym jest dla ciebie wychowanie? Edukować, z łaciny ex-ducere, znaczy „wyciągać coś z kogoś”. Michał Anioł twierdził, że rzeźbiąc, wydobywa po prostu swoje dzieło z kamienia... Po czternastu latach doświadczeń w zawodzie wiem, że stwarzając jednostkę, musimy dać jej wartości – niezależnie od metody wychowawczej. Patrząc na dorosłych i to, na co cierpią, widzę „dziury”, jakie w sobie noszą. Braki, które zazwyczaj powstały w dzieciństwie. To pozwala zrozumieć, co trzeba dać dziecku, aby stało się wielkim dorosłym – zdrową, szczęśliwą osobą, zdolną do tego, by żyć pełnią życia. Wychowanie działa, kiedy daje się człowiekowi możliwość odczuwania własnej wartości, miłości do siebie; kiedy staje się on asertywny, zdolny do poruszania się ku temu, co kocha. Sprzyja temu ciesząca się sporą popularnością w Polsce metoda Montessori i inne metody, które stawiają dziecko w centrum, czynią je zdolnym do wybierania tego, co dla niego najlepsze. Dziecko odkrywa siebie, może wyrażać się na swój sposób. System edukacyjny bywa kastrujący, narzuca zbyt statyczną formę. Nie uwzględnia tego, że różnimy się między sobą. Kiedy poznaję kogoś, zawsze próbuję ocenić, jakie jest jego poczucie wartości. Ten, kto naprawdę kocha siebie, ma wielki potencjał!

Umysł dziecka, jego miłość własną kształtują rodzice. Stąd tak ważna rola treningów rodzicielskich. Praca z dzieckiem to w dużej mierze praca z rodzicami, a psycholog to niejako trzeci rodzic, pomagający w wychowaniu. Obserwuję, jak rodzice obchodzą się z dzieckiem w codziennym życiu, w domu, staram się zrozumieć, co należy zmienić – nawet najdrobniejsze rzeczy mogą mieć znaczenie – i przygotowuję plan interwencji. Zaburzenie dziecka zawsze odgrywa pewną rolę w równowadze rodziny. Moim zadaniem jest odkryć te zależności.

Czyli dziecko odzwierciedla problem całej rodziny? Zwykle za problemem dziecka stoi problem pary. To, co zgłaszają rodzice, to tylko wierzchołek góry lodowej.

Dziecko woła: „Pomocy, statek tonie!”? Dokładnie tak. Rodzice widzą tylko niewielki wycinek sytuacji. Najchętniej przekazaliby mi dziecko do „naprawy” i odebrali już „normalne”. Tymczasem muszą się przygotować na otwarcie puszki Pandory. Często nie zdają sobie sprawy, jakie konsekwencje może mieć ich zachowanie. Trzeba pamiętać, że dziecko funkcjonuje według schematu kopiuj–wklej. Powtarza nasze słowa, zdania. Naśladuje sposób poruszania się. Obserwując, jak chodzi dziecko i jego rodzice, wiem, na kogo patrzy, z kogo bierze przykład.

Ciało opowiada wiele historii. Podobnie jak rysunki... Bardzo lubię rysować z dziećmi, wiele rzeczy przy okazji wypływa. Moja praca dyplomowa dotyczyła rysunków dzieci otyłych. Bardzo eksperymentalny temat: przeanalizowałem wiele prac, znalazłem wspólne elementy, sporo zrozumiałem. Dziecko to wszechświat – jest tam wszystko... Jednocześnie w pracy z nim kluczowa jest prostota. Ono potrafi powiedzieć wprost: „Boję się wilka”. Dorosły w podobnej sytuacji krąży wokół tematu.

Zależy, co ten wilk dla niego oznacza... Jakiś czas temu rozmawiałem z osobą z Włoch, której brakuje w Polsce barów – do tego stopnia, że płacze z tego powodu. Dziwne, prawda? Trzy litery, a mogą stać się całym światem... Dla nas, Włochów, bar to nie jest miejsce, do którego idziemy pić – budujemy tam nasze relacje. Kiedy ktoś to traci i nie znajduje odpowiedniej rekompensaty, w pewnym sensie staje się niepełnosprawny.

Na pewno wykorzeniony, wykluczony... I niewygodnie mu się do tego przyznać. Z dzieckiem łatwiej dotknąć sedna sprawy. Mówi, że boi się wilka, ciemności, ale cokolwiek to jest, i tak trzeba będzie „przejść” przez rodzica. Dziecko przejmuje nasze lęki, można je nimi zarazić. Jeśli więc pomogę rodzicowi rozwiązać jego problem związany z fobią, dziecko zrobi kopiuj–wklej. Jest naszym lustrem. Czasem rodzice skarżą się, że dziecko zachowuje się, jakby cierpiało na zespół natręctw. A tu okazuje się, że ojciec jest pedantem i robi awanturę o byle pyłek.

Mówisz, że pracujesz z dziećmi w ich środowisku. Jak to wygląda w praktyce? Kiedyś zadzwonili do mnie ze szkoły w sprawie chłopca, który się skandalicznie zachowywał, sikał na ławkę. Tymczasem podczas naszego spotkania w gabinecie był spokojny, dobrze ułożony – idealne dziecko. Zrozumiałem wtedy bezsensowność pracy w gabinecie.

Zbyt abstrakcyjne, laboratoryjne? Nic nie wypływa – brak bodźców, jakie daje dom, klasa, ulica. Brak nagrody, nawet gdyby miało nią być oburzenie.

Brak publiczności. Jeśli wystrojona, wymalowana dziewczyna pójdzie gdzieś, gdzie nikogo nie ma, szpilki i szminka tracą rację bytu. W większości przypadków wykonuję pracę z dzieckiem w jego domu. Rodzice szybko dostrzegają w tym sens. Jeśli problem, który zgłaszają, pojawia się zwykle o ósmej rano, jemy razem śniadanie. Muszę być na miejscu, kiedy coś się wydarzy, inaczej mija się to z celem. Opowieść rodziców nie wystarcza – to, co opowiedziane, zawsze jest przepuszczone przez filtry.

Śniadanie o ósmej rano? Od razu robi się blisko. Wchodząc do domu, zostaję włączony w system rodzinny, w dynamikę relacji. Kiedy dzielisz różne tajemnicze stany ducha, tworzy się rodzaj sojuszu. To działa.

A jeśli idziesz do kogoś do domu i nic się nie dzieje? Dzieje się, dzieje.

Zawsze? Za pierwszym razem? Ja to bodźcuję, wywołuję. Wkładam kij w mrowisko i obserwuję. Na przykład to, że rodzic spieszy dziecku z pomocą, nie pozwalając, by samodzielnie rozwiązało problem, nauczyło się czegoś. Wzmacniając jego zależność. Czasem rodzice oburzają się, kiedy zdają sobie sprawę z istoty problemu. Pamiętam lekcję, jaką dostałem kiedyś od mojego profesora. Pracował od dłuższego czasu z klientką w żałobie. Aż któregoś dnia powiedział jej: „Mam dość! Za każdym razem, kiedy do mnie przychodzisz, opowiadasz to samo. Jestem terapeutą, mam ci towarzyszyć w bólu, ale nie daję już rady. Nie zmieniasz ani na jotę perspektywy!”. Nie wiem, czy to godne polecenia, w każdym razie terapeuta zagrał tą kartą. Ta dziewczyna przeżyła mały szok, ale dzięki temu zmieniła punkt widzenia. Tak naprawdę ten człowiek powiedział: „Tak jak ja, widzą cię też inne osoby w twoim otoczeniu”. W terapii trzeba być kreatywnym.

Przełamywać schematy. Czasem rodzice wzmacniają podświadomie negatywne zachowania dzieci, choćby przez to, że na nie odpowiadają. Weźmy matkę, która skarży się, że jej mała córeczka rzuca w nią przedmiotami. Co robi ta kobieta? Złości się, krzyczy, wymierza kary. Tłumaczę, że reagując w ten sposób, nie pozwala, by sytuacja się uspokoiła. To jak lać benzynę na ogień.

A może matka nie jest dość obecna i dziecko prowokuje ją, próbuje przywołać jej uwagę? Dlatego za każdym razem trzeba przeprowadzić śledztwo, znaleźć mechanizm przyczyna–skutek. Kara za rzucanie rzeczami może być skuteczna w przypadku starszego dziecka. Jeśli dziecko ma trzy lata – nie zadziała. Trzeba zrozumieć, dlaczego to robi.

Może chce się bawić? Dobrze jest poszukać strategii, zaproponować coś nowego. Dziecko przewróciło budowlę z klocków? Możesz zrobić z tego zabawę: teraz rzucamy zielonymi, teraz żółtymi... I już kształtujesz mózg dziecka – widzi, że gest złości, frustracji można zamienić w coś pozytywnego. Na pewne rzeczy można też po prostu przymknąć oko. Kiedy dziecko zobaczy, że środowisko wokół niego jest wyrozumiałe, będzie spokojniejsze. Być może następnego dnia wykona całkiem inny gest, zrobi coś pożytecznego.

Pewnego dnia, gdy wychodziłem do pracy, moja córka, która miała zaledwie rok i dopiero zaczynała chodzić, przyniosła mi buty. Nie prosiłem o nic, to była jej inicjatywa. W szkole też się to zdarza – nagle dziecko podaje ci torbę. Wie, że – jeśli zrobi coś dla ciebie – będzie miało z tego korzyść: uścisk, przybicie „piątki”. Kiedy trafiam na dzieci, które tak postępują, wiem, że są wrażliwe społecznie. Że takie rzeczy jak uśmiech, poklepanie po plecach mają dla nich dużą wartość. Że w porównaniu z innymi będą szczęśliwsze.

Czują się dość silne, by pomóc innym. Rozpoznają swój potencjał – „mogę to zrobić”. A nie ma chyba gorszej przypadłości niż wyuczona bezradność. Kiedy dziecko ją rozwija, to jakby utknęło w kałuży smoły. Są dzieci, którym nikt nie pokazał ich potencjału. Nie nauczył rozwiązywania problemów czy choćby wyobrażania sobie rozwiązań. Potem, dorastając, ześlizgują się w bardzo trudne stany, bo nie widzą wyjścia z pewnych sytuacji. A wyjście jest zawsze. W mojej pracy kluczowy jest moment, dla wielu nieuchwytny, kiedy zaczynam dostrzegać zmianę.

Otwiera się jakaś szczelina? Jeśli uda mi się włożyć w nią stopę, wygrałem. Widzę, że dana osoba weszła na nową drogę, nie jest już taka jak wcześniej. Zawsze może, oczywiście, wrócić do starych nawyków, ale teraz jest już świadoma, ma wybór. Porusza mnie, kiedy rodzice płaczą – widać, że dotknąłem czegoś ważnego, coś się transformuje. Czasem chcą mnie nawet uścisnąć, bo pomogłem im zobaczyć ich dziecko innymi oczyma. Nie jest już tym chodzącym nieszczęściem, które przewraca dom do góry nogami. Staje się przedmiotem ich miłości. Wprawdzie ma problem, ale go rozwiąże.

Dla wielu par problemy zaczynają się wraz z pojawieniem się dziecka na świecie. To rewolucja w związku, przesunięcie centrum. Kobieta przechodzi dużą przemianę psychofizjologiczną: ciało przekształca się, coś w środku rośnie, a po dziewięciu miesiącach wychodzi, zabierając energię. Nic nie jest już takie jak wcześniej. Kobieta potrzebuje czasu, żeby wrócić do formy. W 2006 roku pracowałem w szpitalu psychiatrycznym we Włoszech, zajmowałem się depresją poporodową. Spotkałem kobiety, których dzieci miały po 14 lat, a one wciąż cierpiały na ten rodzaj depresji.

Być może niektórym kobietom trudno nawet dostrzec tę zależność. Mężczyzna tym bardziej tego nie rozumie: patrzy na partnerkę i nie rozpoznaje jej. Nie pojmuje, że w tej samej osobie neuroprzekaźniki działają inaczej, zmieniają się emocje, popęd. Mężczyzna zastanawia się: „Czy to moja wina? Co zrobiłem źle?”. Czuje się zagubiony. Relacja między matką a dzieckiem budowana jest dzień po dniu – poprzez karmienie, kontakt fizyczny. Ojciec próbuje się włączyć, ale musi pogodzić się z tym, że zawsze będzie zajmował drugie miejsce. Wielu cierpi z tego powodu – poznałem kiedyś mężczyznę, który po tym, jak urodziło mu się pierwsze dziecko, popadł w alkoholizm. Był zazdrosny o to, że dziecko jest teraz najważniejsze. Świeżo upieczeni ojcowie mówią mi: „Czuję się jak głupek”. Muszą robić rzeczy, których nigdy wcześniej nie robili. Doświadczają dysonansu – w biurze lew, a w domu zmienia pieluchy... Taki ojciec woła: „Nie zgadzam się, chcę być jak Rambo!”. Niektórzy kupują nowy samochód, żeby potwierdzić swoją męskość. Inni próbują rywalizować z partnerką – zwalniają się z pracy, zostają z dzieckiem w domu.

Jakie było twoje doświadczenie? To był piękny czas, bogaty w trudności i odkrycia. Czujesz się satelitą dla relacji matka–dziecko, krążysz wokół. Codziennie masz być w stu procentach dyspozycyjny, żeby dostarczyć wszystko, co potrzebne. Jednocześnie bardziej niż logiki potrzebujesz mądrości, znajomości emocji...

Niezła szkoła dla terapeuty. Doświadczyłem tego na własnej skórze, musiałem zmierzyć się z różnymi problemami. Mam teraz inną perspektywę, jestem „w klubie”. To dotyczy nie tylko mojej pracy: jeśli masz spotkanie biznesowe, możesz poruszać różne tematy, żeby przełamać lody, ale wystarczy, że wyjmiesz zdjęcia dzieci, wykonujesz milowy krok. Kiedy masz dziecko, wiesz, co to opieka, odpowiedzialność. Posiadanie dzieci czyni cię pełnym, pozwala odkryć pewne aspekty siebie, których wcześniej nie znałeś.

Tylko dzięki dzieciom można je poznać? Nie, ale fakt posiadania dzieci daje dodatkową motywację. Weźmy osoby nieasertywne w pracy, takie, które zostają po godzinach, one zawsze mówią szefowi „tak”. Rodzi im się dziecko i nagle zaczynają mówić „nie”. Wcześniej przez usta by im to nie przeszło, teraz jest to najbardziej oczywista odpowiedź. Albo inna sytuacja: ktoś jest mi winien pieniądze i nie chce ich oddać. Jeśli nie mam dzieci, mogę się nad tym prześlizgnąć, jako ojciec podchodzę do sprawy inaczej. To już nie tylko moje pieniądze, ten człowiek odbiera je również mojemu dziecku. Uruchamiają się określone mechanizmy, myślę wręcz: „Nie pozwolę odbierać chleba swojemu potomstwu!”.

Jakie jakości pomagasz rozwijać ojcom podczas warsztatów, które dla nich prowadzisz? Obok asertywności i poczucia wartości stawiam na empatię. Często mężczyźni traktują swoją słabość, wrażliwość jako coś niemęskiego – przekonani na przykład, że mężczyzna nigdy nie płacze. Nie wiedzą, jak obchodzić się z emocjami. Nie znajdują miejsca dla swojej ekspresji. A potem dzieją się piękne rzeczy... Na przykład dziecko mówi: „Tęsknię za mamą”, a ojciec: „Tak, ja też tęsknię za mamą”. Wszyscy jesteśmy ludźmi, tata też bywa smutny. Popełnia błędy. Współcześni ojcowie wciąż szukają swojej roli, swojego miejsca. Jeszcze całkiem niedawno to, czy ojciec był, czy go nie było, niewiele zmieniało.

Pozornie. Dlatego mówię, że tyle jest osób z „dziurami”.

Twój rodak, reżyser Nanni Moretti, nazywa to deficytem opieki. Deficyt opieki – tak, bardzo powszechna przypadłość.

Dziecko sprawia, że dotykasz tych ran. Otwiera puszkę...

To okazja, by coś uzdrowić, ale też wyzwanie. Zajmowanie się dzieckiem jest bardzo terapeutyczne, zawsze wnosi coś dobrego do naszego życia. Mamy dużo do nauczenia się od dzieci – nie dlatego, że wiedzą więcej, ale dlatego, że są mniej uwarunkowane. Dzięki mojej kilkuletniej córce mogę patrzeć na świat w inny sposób. Widzę, że rzeczy, które mi przeszkadzały, sprawiały ból, Evie nic nie robią. Nie ma negatywnych wspomnień związanych z ludźmi, miejscami, przedmiotami... Ja mam dobrą pamięć – jeśli ktoś zajdzie mi za skórę, ciężko mi o tym zapomnieć. Obserwując zachowanie dziecka, odkrywasz, że można inaczej. Bo dziecko, zbesztane czy ukarane, szybko do nas wraca – przychodzi, obejmuje, kocha tak jak wcześniej. Uczy nas, że zmniejszając wagę, jaką nadajemy słowom, gestom, możemy żyć lepiej.

Lekcja dystansu... Teraz w Polsce sporym zainteresowaniem cieszy się ACT – terapia akceptacji i zaangażowania. Jednym z jej elementów jest dyfuzja poznawcza – technika, dzięki której możemy oddzielić się od własnych myśli czy emocji. Chociażby żartując z poważnych rzeczy.

We włoskim macie na to ładne słowo – sdrammatizzare, czyli oddramatyzować. Kiedy w dzieciństwie pozwalałem sobie na pewne żarty, mama mnie karała. A ta forma terapii właśnie tego uczy. Jeśli chory na nowotwór będzie powtarzać „mam raka”, w którymś momencie przestanie przywiązywać do tego taką wagę. Bo samo słowo budzi strach, ale użyte tak, jakby chodziło o szklankę czy telefon, zostaje odarte ze znaczenia. Ślady tego podejścia znajdziemy w „Imieniu róży”: słowo „róża” przywołuje takie wartości jak „piękno”, „miłość”, „zapach”, ale jeśli będziesz je powtarzał w nieskończoność...

Zwiędnie. Można powtarzać te poważne rzeczy głosem Kaczora Donalda czy innych postaci. Dzięki temu wszystkie znaczenia, jakie nadajesz słowom, zmniejszają się. To pomaga ludziom powiedzieć: „Jestem gejem” albo „Nie jestem dobrym ojcem”. Ciężkie rzeczy stają się lżejsze.

Mam wrażenie, że ciężary, jakie dźwigają dzieci, związane są z narzucanymi im bardzo wcześnie zajęciami. Taniec, sport, języki... Nie mają czasu na to, by być dzieckiem! Rodzic, tak jak trener, powinien zrozumieć zasoby i możliwości dziecka. Umieć ocenić, kiedy jest czas na naukę, zabawę, odpoczynek. Zabawa jest podstawą rozwoju dziecka – powiedziałbym, że do 15. roku życia. Ale nie ma sensu kupować dziecku zabawek, jeżeli się z nim nie bawisz. Wciąż spotykam się z tym błędem: przedkłada się ilość nad jakość. Jeśli jakieś zajęcia powinny być obowiązkowe, jest to moim zdaniem medytacja. Ludzie sięgają po nią zwykle w połowie życia, kiedy przychodzi kryzys, tymczasem takich rzeczy należy się uczyć w bardzo młodym wieku.

Uczysz córkę medytacji? Jak? To proste: kopiuj–wklej. Oddycham, recytuję jakąś prostą mantrę albo po prostu intonuję OM, a ona mnie naśladuje. Medytacja, oddech mają wielką moc. Robisz coś, co modyfikuje twoje ciało, twój stan ducha! Można sobie wyobrazić różnicę między dzieckiem, które wie, co to medytacja, i takim, które nigdy się z nią nie zetknęło. To jak ferrari i trabant. Pierwsze, kiedy poczuje się źle, pójdzie na chwilę do kącika, zrelaksuje się. A drugie płacze, desperuje, generuje napięcia. Widzę, że w dzisiejszych czasach dzieci są coraz bardziej zestresowane.

We Włoszech też? Tam życie płynie jednak innym rytmem, zwłaszcza w porównaniu z frenetyczną Warszawą. Mamy nasze momenty relaksu, które tu wywoływałyby pewnie w ludziach poczucie winy. O siódmej wieczorem odcinamy się od pracy, oddajemy się różnym rozrywkom. Celebrujemy posiłki – to czas, kiedy rodzina zbiera się razem, można wymieniać opinie, kłócić się...

Macie nieco inne wartości... Najbardziej uderza to, że dla wielu osób w Polsce dużą wartością jest cierpienie. To sprzyja depresji, przy takim podejściu trudniej ją leczyć. Mam nadzieję, że ten kraj stanie się trochę bardziej pozytywny – ludzie potrzebują więcej się śmiać, podawać sobie ręce. To mocno wpływa na dzieci.

Daniele Gargano włoski psychoterapeuta poznawczo-behawioralny. Zajmuje się problemami rodzinnymi i związanymi z mieszkaniem poza własnym krajem. Prowadzi treningi rodzicielskie.