1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Kilkulatek mentorem rodziców? - Zobacz, jak zrozumieć swoje dziecko

Kilkulatek mentorem rodziców? - Zobacz, jak zrozumieć swoje dziecko

fot.123rf
fot.123rf
Kiedy stajemy się rodzicami, całe nasze dotychczasowe życie podlega zmianie. Życie maleńkiej istotki jest w naszych rękach. To ogromna odpowiedzialność i długa lista obowiązków, którym codziennie trzeba sprostać - spacery, karmienie, setki przewiniętych pieluch. To co na początku cieszy, z czasem może zacząć przytłaczać. Z monotonią i rutyną boryka się niejedna matka. I o ile w przypadku kilkumiesięcznego bobasa trudno mówić o wielce ożywczej dla rodzica interakcji, o tyle już dwulatek może stymulować nasz wewnętrzny rozwój. Jeśli będziemy bacznie obserwować jego reakcje, może okazać się, że zmienimy własne podejście do tego, co wypada, co jest słuszne, co należy.

Sikający w majtki szkrab ma być mentorem, uczyć jak żyć? To niedorzeczne – wielu tak pomyśli. I choć początkowo może się to wydawać absurdalne, to jednak warto przez chwilę przyjrzeć się tej idei i założyć, że nasz śliniący się Wojtuś zostaje naszym nauczycielem. Czego się nauczymy? Od każdego dziecka czegoś innego. Oto kilka przykładowych mądrości:

  1. Mamy prawo czuć to, co aktualnie czujemy. Nie zaprzeczamy przeżywanym emocjom, nie staramy się maskować naszego nastroju.
Ileż to razy nasza pociecha pokazała nam całą paletę emocji? Nieskończenie. Gdy się czegoś wstydzi lub boi, chowa się za naszą spódnicę. Jeśli nie ma ochoty na klejące pocałunki usmarowanej szminką cioci, odpycha ją lub drze się w niebogłosy. Gdy nie cierpi mierzwienia włosów  i innych wyrazów spoufalania się ze strony nieznanych mu osób dorosłych, z pewnością da temu wyraz. Gdy są łamane granice jego osobistego komfortu, jawnie protestuje. A co robimy my sami? Bardzo często choćbyśmy skręcali się z dyskomfortu, nie damy poznać tego po sobie. Właśnie zmarł nam najlepszy przyjaciel, ale gdy ktoś zapyta, co słychać, odpowiemy, że „wszystko gra”. Czy się czegoś boimy? Ależ skąd. A przecież dociska nas kredyt, rodzice są coraz starsi i mniej sprawni, starsze pociechy wracają nad ranem do domu, a my właśnie wyczuliśmy dziwne zgrubienie w łydce. Przywdziewamy maskę. Dziecko tego nie robi. I byłoby idealnie nie uczyć dziecka ukrywania emocji, sortowania ich na dobre i złe. Gdy podrośnie, samo zdecyduje, z kim i kiedy będzie się dzielić swoimi uczuciami. Nie bójmy się, że stanie się otwartą księgą, słabą i wystawioną na ataki innych. Wiara we własne odczucia i znajomość siebie będą stanowić jego siłę. O wiele trudniej będzie takiego młodego człowieka złamać, namówić do zrobienia czegoś wbrew wyznawanemu kodeksowi wartości. Czy nam samym nie przydałaby się aby czasem taka niezawodna emocjonalna busola?
  1.  Nie da się chcieć na siłę.
Dwulatek jeśli nie ma ochoty na szpinak, to go wypluje. Gdy nie jest senny, choć jeszcze poprzedniego dnia o tej samej porze chrapał jak suseł, to za diabła nie zaśnie. Prędzej rozwali nam spacerówkę. Jeżeli kilkuletnia dziewczynka dostanie w prezencie lalę-bobasa, podczas gdy bobasów nie znosi, nie będzie się nią bawić, choćby lalka była totalnie „wypasiona”: mówiła, płakała, siusiała, piła mleko i co tam jeszcze producent może wymyślić. A kiedy trzyletni chłopiec pójdzie na plac zabaw z ulubioną koparką, to nie podzieli się nią, nawet pod groźbą stoczenia wojny z całą ekipą z piaskownicy. I bardzo dobrze. Nie każdy musi jeść szpinak, choć jest on nader pożywny i zdrowy. Nie da się zasnąć na zawołanie. Jeśli jakiś gadżet/hobby nas nie cieszy, to trudno; jest wiele innych opcji. I na koniec - mamy święte prawo do każdej rzeczy, która znajduje się w naszym posiadaniu, i to my decydujemy, czy i kiedy ją komukolwiek pożyczymy. A co robią dorośli? Zjedzą golonkę od teściowej, nawet gdy ta już w gardle rośnie. Położą się spać przed 22:00, bo następnego dnia czeka ich ważne spotkanie. Nieważne, że potem walają się z boku na bok przez dwie godziny. Dostaną pod choinkę po raz setny apaszkę. Wspaniale, właśnie o takiej marzyli. Pożyczą kumplowi, dopiero co odebrane z salonu auto. Hmmm… To raczej chybiony przykład.

Jedno jest pewne  - nie warto się do czegokolwiek przymuszać, i tym samym dawać innym mylące sygnały.  Prędzej czy później odbije się to czkawką.      

  1. Zmiana - dla jednych ekscytująca i świeża, dla innych - trudna i zbyteczna.
Dzieci przeróżnie reagują na zmiany, zachodzące w ich życiu, jak: przeprowadzka, nowe przedszkole lub żłobek, wymiana opiekunki etc. Zazwyczaj jednak potrzebują czasu na przystosowanie się, a już na pewno spokojnej rozmowy, z której dowiedzą się, co właściwie je czeka. To co z punktu widzenia osoby dorosłej jest ekscytujące, wiążące się z pozytywną energią i łapaniem wiatru w żagle, z perspektywy dziecka okazuje się wyzwaniem, któremu towarzyszy lęk, niepewność i smutek. Taka – dajmy na to – zmiana miejsca zamieszkania. Dla dorosłego może oznaczać polepszenie statusu materialnego, prestiż, większy komfort, dogodną lokalizację. On już widzi jak uprawia jogging w pobliskim parku, jak korzysta z atrakcji galerii handlowej czy prowadzi dziecko na ogrodzony, czysty plac zabaw. Maluch tego nie widzi. Wie za to, że jak się wyprowadzi to nie będzie miał piętro wyżej swojego przyjaciela Kacpra. A to dla niego cios prosto w serce. O czym nie omieszka nas poinformować, krzycząc na cały dom, że on nigdy się nie przeprowadzi, że nas już nie kocha, i że mama i tato to diabły/wiedźmy/potwory. Da nam do myślenia? Jasne. Przypomni, że nie można rozporządzać życiem drugiego człowieka bez gruntownego przemyślenia konsekwencji swojej decyzji.
  1. Każdy z nas jest inny. Co innego nas kręci, co innego razi.
Nasza pociecha po raz setny każe sobie czytać ten sam fragment książki/wierszyka. Już właściwie nie musimy otwierać książki, doskonale wiemy, jakie zdanie znajduje się na danej stronie. Jednych to wcale nie mierzi, innych mdli na samą myśl o wieczornej czytance. Inna sytuacja – trzyletnia dziewczynka bawi się w najlepsze. Cały dywan usiany jest kredkami, klockami, skarpetkami i – na pierwszy rzut oka – przedmiotami, które nie mają ze sobą nic wspólnego. Ot, totalna kipisz. Dodajmy, że jest wieczór, a mama zmęczona. Afera bałaganowa wisi na włosku. I pewnie w połowie domów wybucha. To co dla mamy jest bałaganem, w oczach dziewczynki stanowi przemyślaną zabawę, bo kredki to rodziny, klocki – mebelki, a skarpetki – śpiworki. I tu objawia się prawda stara jak świat: to co dla jednych jest stratą czasu, jest bez sensu lub bezproduktywne, dla innych jest celowe i pasjonujące. Weźmy na przykład tworzenie mapy marzeń lub zapisywanie na karteczkach -przypominajkach swoich celów, myśli, afirmacji. Jednych to motywuje, u innych wywołuje co najwyżej ironiczny uśmieszek. Dobrze jest być otwartym na czyjś punkt widzenia, a dzieci siłą rzeczy nieustannie nam o tym przypominają.
  1. Emocje mają prawo wziąć górę nad racjonalnym oglądem sytuacji
U dzieci doskonale to widać, gdy zdarzy się, że rodzic z różnych względów nie może spełnić złożonej wcześniej obietnicy. Nie zabierze do kina, na lodowisko czy na lody. A przecież mówił, że tak zrobi. Na malucha nie działają wtedy argumenty w stylu: nie dziś to jutro, kino nie zając – nie ucieknie, nie zabiorę cię dzisiaj, ale za to następnym razem dorzucę jeszcze jedną niespodziankę. Podobnie rzecz wygląda, gdy ma u malucha nocować jego przyjaciel. Wszystko zaplanowane – co dobrego zjedzą, w co pograją, w co się będą bawić. A na końcu pojawiają się nieprzewidziane okoliczności np. kolega, owszem, przychodzi, ale źle się czuje. Ma gorączkę i musi wracać do domu. Czy nasza pociecha stanie na wysokości zadania i wykaże się empatią? Powie koledze, że mu przykro, że życzy mu zdrowia? Przeważnie nie. Raczej zacznie się dąsać, popłakiwać i robić koledze wyrzuty, że dopiero co przyszedł, a już sobie idzie. I nie ma w tym nic nienormalnego czy aroganckiego. To po prostu standardowa reakcja na zawiedzione nadzieje, na rozczarowanie, utratę czegoś, na co od dawna się z utęsknieniem czekało. Dorośli też mogliby być w takich sytuacjach mniej surowi dla siebie. Mąż nie zabierze Cię do teatru na upatrzoną sztukę, bo go kumpel zaprosił do pubu na oglądanie meczu, teściowa nie przypilnuje Ci dziecka, bo akurat wypada jej wizyta u kosmetyczki, przez co przepadną upatrzone warsztaty dla kobiet etc. Samo życie, to prawda. A jednak mamy prawo czuć się rozżalone, smutne,  rozczarowane. 
  1. Można cieszyć się z codziennych, małych spraw. Z tego, że na niebie pojawiła się tęcza, z tego, że zakwitły tulipany. Można być uważnym na to, co tu i teraz.
Kilkuletnie dzieci nie dzielą przedmiotów, czy też – szerzej rzecz ujmując - poszczególnych elementów świata, na ważne i mniej ważne; nudne i inspirujące. Każda chwila przynosi coś zaskakującego, odkrywczego, świeżego. Kamień nie jest tylko kamieniem, lecz magicznym talizmanem. Mrowisko to nie siedlisko irytujących owadów, lecz wspaniałe pole do obserwacji  zachowań tych małych zwierząt – współpracy, zapału, dążenia do celu itp. Jasna sprawa, że jako dorośli nie będziemy w większości  zbierać na spacerze kosturków czy turlać się w trawie, choć niektórzy to praktykują i mają z tego niezły ubaw, ale warto od czasu do czasu spojrzeć na otaczający nas świat oczami dziecka. Poleżeć na kocu i popatrzeć w chmury, wsłuchać się w śpiew ptaków, powąchać stokrotki, pozbierać jagody. To nie zabiera dużo czasu, a jest świetnym oderwaniem od natłoku codziennych obowiązków i skrzeczącej rzeczywistości.

Tekst: Małgorzata Bajko i Monika Janiszewska

Jeśli interesuje Cię świat widziany z perspektywy dziecka zapraszamy do lektury książki . Książka prezentuje m.in. kilkadziesiąt scenek sytuacyjnych, których bohaterami się dzieci i dorośli. Każda strona zupełnie inaczej postrzega świat, co powoduje, że typowe dziecięce zachowania oraz naturalność i spontaniczność cechująca  kilkulatków, są oceniane jako przejawy niegrzeczności, złej woli czy też chęci manipulowania rodzicem.  „(Nie)grzeczni?” to podpowiedź, jak zbudować autentyczną i głęboką relację z dzieckiem, opartą na poszanowaniu jego marzeń, potrzeb i odrębności.

Małgorzata Bajko — psychoterapeuta, absolwentka psychologii oraz podyplomowych studiów z psychotraumatologii w Wyższej Szkole Psychologii Społecznej. Współzałożycielka Centrum Wsparcia Psychologicznego INEO, w którym od wielu lat prowadzi indywidualną terapię osób dorosłych, dzieci oraz rodzin. Autorka wielu artykułów dla rodziców i bajek terapeutycznych. Ma opracowane programy terapeutyczne dla dzieci z zaburzeniami lękowymi, PTSD oraz fobiami, w których wykorzystywana jest bajkoterapia. Mama Andrzeja i Antka.

Monika Janiszewska — dziennikarka, freelancerka publikująca artykuły z zakresu psychologii oraz specjalistka ds. PR. W swoim portfolio posiada ponad 350 publikacji, z czego pokaźna część dotyczy relacji rodzic – dziecko, związków partnerskich oraz świadomej komunikacji. Prywatnie mama 5-letniej Julii, która każdego dnia zaraża ją swoją ciekawością świata.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego grzeczne dziewczynki nie wiedzą, czego pragną w miłości?

Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
O czym marzą grzeczne dziewczynki? O tym, czego nigdy nie dostaną. Co zatem zrobić, by nie być grzeczną, ale szczęśliwą? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Przychodzą do pani kobiety, które mówią: „Pani Kasiu, ja nie wiem, czego chcę”?
Ależ oczywiście! Masami (śmiech). Tylko one nie mówią tego na początku spotkania. Po prostu podczas rozmowy czy terapii dochodzimy do takiego punktu, w którym padają słowa: „No tak, ale ja nie wiem, czego ja chcę”. Kobiety zwykle nie mają świadomości, że ich problemem jest to, że nie wiedzą, czego chcą. Mówią, że jest im źle, że nie mają tego, co by chciały, że są smutne albo zrozpaczone, bo jedną rzucił facet, a druga sama rzuciła, albo się wyniosły od rodziców, albo nie mogą się od nich wynieść… Wszystkie są niezadowolone. I bierze się to z wychowania czy też tresowania, jakiego doświadczyły w rodzinnym domu. Oczywiście, jest znaczna część oświeconych, nowoczesnych rodziców, którzy traktują swoje dzieci z dużą uważnością, jednak większość leci tym starym ściegiem pt. „dzieci i ryby głosu nie mają”.

Dzieci i ryby, a zwłaszcza dziewczynki.
Oj tak, nadal jest ogromna różnica między wychowaniem chłopców i dziewczynek. I Miłosz Brzeziński, z którym pisaliśmy „Jak pies z kotem”, mi to potwierdził. Chłopiec to książę. On twierdzi, że każdy młody chłopak jest tak pewny siebie, że jest przekonany, że gdyby tylko Angelina Jolie dowiedziała się, gdzie on mieszka, to od razu zaciągnęłaby go do łóżka. Może to więcej mówi o pewności siebie Miłosza niż każdego młodego chłopca, ale brzmi mocno, prawda? Warto to przeczytać, naprawdę! A co do dziewczyn – rodzice przynajmniej już się nauczyli, że dziewczyna ma mieć wykształcenie, fach, pieniądze i mieszkanie, czyli ten cudowny, napisany kiedyś przez Virginię Woolf dezyderat, że kobiecie wystarczy własny pokój i 500 funtów rocznego dochodu. Owszem, niech córka spotka fajnego faceta, niech wyjdzie za mąż, ale jeśli będzie miała swoje mieszkanie i zarobki, to zawsze sobie poradzi. I ona rzeczywiście sobie radzi. Mało tego, ona radzi sobie nawet świetnie, znacznie lepiej niż facet. Uczy się, jest zdolna, szybko pnie się po szczeblach kariery, dobrze zarabia, bardzo dobrze wyrabia się w sytuacjach społeczno obyczajowych. Jest miła, uprzejma, potrafi się kolegować, bawić. Chodzi do fajnych knajp, wyjeżdża za granicę, kupuje sobie ładne rzeczy… a w środku dzidzia maleńka marzy o miłości. I to jest nieprawdopodobna przepaść. Bo dzidzia tak naprawdę nic o tej miłości nie wie. Spytam panią: ile pani zna naprawdę szczęśliwych małżeństw?

Nie no, kilka znam. Dwa-trzy…
Ho, ho, dwa-trzy?! Zawsze pada taka odpowiedź. A ile pani zna w ogóle małżeństw? Setki, prawda?! Jest naprawdę niewielki procent par, które są pogodne, lubią się, nie marudzą i cieszą się z tego, co mają. Jest ich mało, ale są i na szczęście jakiś ułamek dzieci z takich domów wychodzi. A co zwykle znamy z domów? Mama i tata kłócą się, dogryzają sobie nawzajem, nie mówiąc już o tym, że niektórzy też stosują przemoc i nadużywają alkoholu, ale to już osobny rozdział. Ludzie nie wiedzą, jak żyć ze sobą w małżeństwie. Ich się tego nie uczy. W ogóle nie uczy się ich o emocjach, a powinno się to robić już w przedszkolach. Potem ci ludzie dobierają się w pary na szast-prast i rodzą dzieci – no bo trzeba. W typowym polskim domu dzieci nasiąkają przekazem, że tylko rodzina jest bliska i życzliwa człowiekowi, a to jest – za przeproszeniem – gówno prawda. Rodzina jest źródłem całej patologii. Oczywiście, jeśli jest dobra – to tylko dziękować Bogu, bo to skarb na całe życie. Natomiast bezsprzecznie jest miejscem, gdzie jest najwięcej nieszczęść, toksyn, bólu i złych emocji. Dziecko się rodzi skazane na rodziców i nawet nie ma się komu na nich poskarżyć. Ba, ono nie wie, że można się na nich skarżyć. A zwłaszcza jeśli jest grzeczną dziewczynką. I tu wracamy do tematu, który nas najbardziej interesuje.

Czyli dlaczego nie wiemy, czego chcemy.
A dlaczego nie wiemy? Bo rodzice wiedzą to za nas. Chcą mieć święty spokój. Grzeczną córeczkę, która robi to, czego od niej oczekują. Wtedy ją chwalą i kochają lub tolerują. Dziewczynka siedzi w pokoju i płacze – nikogo to nie obchodzi, dziewczynka się głodzi – rodzice reagują dopiero, gdy waży 30 kg. Rzyga po każdym posiłku? Nikt nie słyszy, nie zauważa. To są wstrząsające rzeczy! Dziecko coś przeżywa, ale to nie jest ważne. Ono ma być cicho i nie przeszkadzać. Mama zwraca uwagę jedynie, czy się nie pobrudziło, czy ma co jeść i – ewentualnie – czy nie mówi brzydkich słów. Jak słyszę taki tekst: „Moje dziecko ma cudownie, ja tak nigdy nie miałam, ono ma tylko siedzieć i się uczyć”, to mnie coś strzela. Myślę sobie, że dla tej kobiety dziecko jest tylko robotem do uczenia, ono nie ma cech człowieka. Zgroza! To oczywiście oznacza, że ona sama siebie tak traktuje i że tak była traktowana. Rodzice są tubą kultury, byli przez nią kształtowani i przekazują to dalej. Nie wiedzą, co się dzieje w ich dzieciach, bo nie wiedzą, co się dzieje w nich samych. My w Polsce jesteśmy analfabetami emocjonalnymi. Nie umiemy przekazywać sobie wsparcia, jesteśmy specjalistami w komunikacji nie wprost. Fajne cechy też mamy, jasne, na przykład jesteśmy dowcipni, ale nie z siebie się śmiejemy. Jak ktoś się z nas śmieje, to zaraz robi się nam przykro. Poza tym jesteśmy ironiczni. Skrywamy złość i sprzedajemy ją w postaci ironii.

Można się tej właściwej komunikacji nauczyć?
Ależ oczywiście! To nawet nie jest trudne. W szkołach i na wszystkich studiach powinna być obowiązkowo podstawowa psychologia komunikacji! Czyli: jak się kłócić, jak się godzić, jak negocjować. Weźmy taką dziewczynę, która w pracy fantastycznie negocjuje umowy, a w domu nie potrafi dogadać się ze swoim partnerem w sprawie podziału obowiązków. Nikt jej nie nauczył, że to jest ta sama umiejętność. Na szczęście ta nasza głupia cywilizacja przynajmniej wymyśliła psychoterapeutów. I Bogu za to dzięki! Ale powiem pani, że ja na przykład wolałabym się zajmować ogrodem. Naprawdę. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby świat umiał się naprawdę komunikować. Bo byśmy gadali ze sobą jak normalni ludzie. Nie tak jak teraz: „Co u ciebie?”. „A, beznadziejnie” albo: „A, słuchaj, świetnie, cudownie”. A gdzie jest prawda?

Wróćmy do tej kobiety, która mówi: „Nie wiem, czego chcę”. Jak rozumiem, w tym momencie zaczyna się praca…
W tym momencie zaczyna się nauka chodzenia. Oczywiście ona dużo umie i wie, ale po pierwsze, nie w kwestii emocji i komunikacji, tylko jakiejś konkretnej profesji, a po drugie – ona tego w ogóle nie docenia. To też jest typowa kobieca przypadłość: nie cenimy siebie. I jeszcze jedno: dlatego nie wiemy, czego chcemy, bo od dziecka mamy być prymuskami we wszystkim. Mnie to doprowadza do szewskiej pasji, bo wszędzie się pisze, że prymusi nie są szczęśliwi, nie mają frajdy z życia i nie robią kariery – a rodzice swoje. Jeżeli kobitka jest we wszystkim dobra, to skąd ma wiedzieć, czego chce? Jeżeli jest dla wszystkich miła, to skąd ma wiedzieć, kogo lubi? Mało tego, wychodzi za mąż za pierwszego, który będzie się o nią wystarczająco długo starał. Ile razy ja to słyszałam: „on sobie mnie wychodził”! Albo: „pierwszy, który mnie wyrwał z domu”. A potem ma pretensje, że on nie jest tym wymarzonym. Ależ żaden nie jest twoim wymarzonym, bo twoje marzenia są nierealne! Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. Ona zna tylko swój dom rodzinny. Więc chce, żeby było inaczej. Na przykład wymyśla sobie, że on zawsze będzie czuły. „Przecież on ma mnie rozumieć” – mówią dziewczyny, które do mnie przychodzą. Ale jak on ma ciebie rozumieć, skoro ty sama siebie nie rozumiesz i na dodatek on też siebie nie rozumie? Grzeczne dziewczynki wynoszą z domu mnóstwo błędnych przekonań. Na przykład: „Żeby się z nim puknąć, muszę go kochać”. I wie pani, ile one potem robią, żeby go pokochać i wreszcie móc się puknąć?! Taki typowy facet myśli: „Nie no, fajna z ciebie dupa, kręcisz mnie, ładnie wyglądasz, podobasz się moim kolegom i jest z tobą nawet o czym porozmawiać”. A że ona w środku jest zagubioną dziewczynką, to on już tego nie wie.

A ona, mimo że obiecywała sobie, że będzie inaczej, traktuje go dokładnie tak samo, jak jej matka traktowała ojca.
Albo odwrotnie. Co jest przecież tym samym. Ona nie jest sobą, bo nie wie, kim jest. Poza tym nie wierzy w siebie, no bo jak ma wierzyć w siebie – ona wierzy w grzeczną dziewczynkę! Rodzice obiecywali, że jak będzie miła, to wszystko się jej w życiu ułoży. Owszem, ułożyło jej się w takich dziedzinach jak praca i ładny dom. Bo to są rzeczy, którymi ona może władać. Ale nie włada sobą, swoimi potrzebami, intymnością, czyli tym, co nadaje kolor życiu. Przytoczę pani taką metaforę, którą lubię się posługiwać w pracy. Przypuśćmy, że masz bardzo dużo pieniędzy i stawiasz dom, ile kuchni w nim zrobisz? Jedną! Możesz zrobić kilka łazienek czy pokoi, ale salon, w którym przyjmujesz gości, też będzie tylko jeden. A teraz proszę zobaczyć: gdy kobieta chce miłości, to odda wszystko. A przecież na miłość ma być jeden pokój! Niech on będzie wielki, przestronny, bogato urządzony, z ładnym widokiem, ale dlaczego całość?! I tak on ma przyjaciół, pracę, hobby, podróżuje, interesuje się nowinkami, a ona w kółko tylko: miłość, miłość, miłość. Mała głupia dziewczynka. Oczywiście mam tu na myśli głupotę emocjonalną.

No ale od czego ona ma zacząć, żeby to zmienić?
Tak jak powiedziałam, musi nauczyć się chodzić. Czyli podpierając się o coś, co zna, zacząć stawiać nowe kroki. I sprawdzać podstawowe rzeczy: co mi smakuje, kiedy mi zimno, a kiedy ciepło, czego lubię słuchać, z kim lubię rozmawiać, na co lubię patrzeć, po spotkaniu z kim czuję się fajnie, a po jakim boli mnie brzuch. Bo ona odcięła się od takich oczywistości. Małe dzieci doskonale to wiedzą. Mówią przecież: „Ale ja tego nie chcę”. Tylko że w zamian słyszą: „Ale musisz”, „Ja się ciebie nie pytam o zdanie. Ty masz to zrobić”. I jeszcze tata dorzuca: „Słuchaj matki”, bo chce mieć święty spokój. Tylko że takich rzeczy, które lepiej wie matka, takich zasad, powinno być maksymalnie pięć. Czyli: nie bijesz, nie kradniesz, nie robisz ludziom krzywdy (chyba że się bronisz), pomagasz w domu w tym zakresie, jaki razem ustalimy, plus wszyscy w stosunku do siebie wyrażamy miłość. I tyle! A poza tym rób, co chcesz. Dlatego w nauce chodzenia na nowo dobrze skupić się na tym, co sprawia ci największą przyjemność, nie co musisz, ale co lubisz robić.

A stworzenie listy priorytetów – to dobry pomysł?
Oczywiście. I sprawdzanie, bez czego sobie nie wyobrażasz nawet nie życia, ale siebie. Do tego zapisywanie wszystkiego, co cię trapi i nurtuje. Na przykład: czego nie powiedziałaś wczoraj w tej rozmowie, po której byłaś w złym nastroju. Połknęłaś żabę, prawda? Chciałaś powiedzieć coś innego, ale nie powiedziałaś. Nie chciałaś się umówić, ale się umówiłaś. Przecież my bez przerwy to robimy! Dlaczego? Bo rodzice i szkoły w Polsce kształtują w dzieciach głównie Rodzica Wewnętrznego – surowego, poganiającego, pilnującego („Skończyłaś? To teraz zabierz się za coś innego!”. „No tak, znowu tego nie zrobiłaś”) zamiast Rodzica Kochającego, życzliwego, wspierającego, dumnego z Dziecka. No i to wieczne obwinianie się. „Boże, co ze mną jest nie tak, że przyciągam samych dupków?”. Nie z tobą jest coś nie tak, tylko po prostu jest tylu dupków. Dupków w sensie emocjonalnych analfabetów, syneczków mamusi.

Słyszałam, że kobiety, żeby wiedzieć, co sądzą na dany temat, muszą odbyć liczne konsultacje. Pogadać. Mężczyźni szybciej wyrabiają sobie opinię.
Bo kobiety lubią rozmawiać, potrzebują kontaktu, bliskości. Lubią też zbierać się w kupki. Chłopcy, jak już się zbiorą w kupkę, to zaraz gdzieś pędzą albo zaczynają w coś grać. Dziewczynki – przeciwnie. Siedzą sobie, oglądają się wzajemnie, śmieją się, płaczą, coś sobie opowiadają. Oczywiście, są przykłady na zupełnie inne sytuacje. Motoryczne dziewczyny trzymają się z chłopakami, a wrażliwi chłopcy – z dziewczętami, mawia się nawet o nich „babski król”. Dziewczyny lubią się z nimi przyjaźnić, ja też, bo łatwiej się z nimi dogadać.

A co by pani poradziła mojej znajomej? Zawsze ma problem z tym, komu przyznać rację w konflikcie. Słucha jednej strony i się z nią zgadza, słucha drugiej, i też się z nią zgadza…
Według bardzo fajnej koncepcji Enneagramu pani znajoma jest Dwójeczką, czyli Dawcą. Rodzice ją tak wychowali – bo początek jest zawsze w domu – że chce zadowalać wszystkich. To częsty typ wśród kobiet. Taka dziewczyna będzie miała trzech chłopaków i z jednym będzie chodzić na mecze i będzie jej się to podobać, z drugim – na wystawy, a z trzecim będzie gotować w domu – i też będzie zadowolona. I gdyby oni się wszyscy razem spotkali, to nie wiedziałaby, jak się wobec nich zachować. Bo ona jest jak plaster, który się przylepia do innych, przyjmuje kształt przystosowujący. A jak tylko się rozstanie z tym od piłki, to przestanie lubić mecze. Bo jej tak naprawdę zależało na tym, żeby on ją chciał. I żeby był z niej zadowolony.

A jak to było z panią? Zawsze pani wiedziała, czego chce?
Jestem nietypową jednostką damską. I byłam nietypowym dzieckiem. Dużo wynikało z ogromnego napięcia między moją mamą a moim ojcem. Urodziłam się dobrze wyposażona i za to jestem im wdzięczna. Ale różnice między moimi rodzicami były wielkie. Mama była lękliwa, bardzo prowincjonalna wewnętrznie i bardzo źle traktowana przez swoją matkę. Nie lubiła siebie, nie lubiła mnie i chyba też nie lubiła mojego ojca. Do tego była piękną, wytworną i elegancką kobietą, po której tego w ogóle nie było widać, bo to siedziało w środku. Natomiast tata był ciepłym, pogodnym i bardzo naturalnym facetem. Podczas wojny wybili mu prawie całą rodzinę, był w AK, był w obozie koncentracyjnym. Miał na życie spojrzenie filozoficzne – głębokie i mądre. I ja to jego spojrzenie od razu poczułam. Myśmy mieli z ojcem kontakt tak bliski i wyjątkowy i tak obca nam była mama, że to musiało rodzić napięcia. Na szczęście mama zafundowała mi wielki prezent, czyli kochaną, cudowną nianię. Nianię, która jednak nie była mamą... Więc były nieporozumienia, ale z drugiej strony od początku miałam bardzo wysoką samoświadomość. Od małego, kiedy mnie pytano: „A kogo ty najbardziej kochasz? Czyja ty jesteś?”, odpowiadałam: „Ja jestem swoja”. Bardzo dużo rozumiałam, widziałam, myślałam. Czytałam wszystko. Oczywiście rodzice wpuszczali mnie też w maliny. To, co było fajne, to to, że od dziecka przebywałam dużo z dorosłymi i że oni mnie fajnie traktowali i lubili ze mną rozmawiać. Kolegowałam się i z chłopakami, i z dziewczynami. Zawsze czułam ludzi, rozumiałam ich, lubiłam, kochałam. Ale nad sobą musiałam solidnie popracować i ciągle to robię. Im jestem starsza, tym mi lepiej. A więc dobra matka mówi: „Próbuj, sprawdzaj, co lubisz. Chcesz się puknąć z tym chłopakiem, to się puknij, chcesz z tamtym, to też. Próbuj, szukaj, masz wszystko, co trzeba”. I ja tak mówię kobietom, z którymi się spotykam: „Macie wszystko, co trzeba. Próbujcie, ale róbcie to świadomie. Jak chcesz stąd wyjść, to po cholerę tu siedzisz?!”.

Chyba myślimy, że skoro już coś zaczęłyśmy, to nie wypada przerywać, bo wyjdziemy na niezdecydowane.
A co ma wspólnego zdecydowanie z tkwieniem w czymś, czego nie chcemy?! W czymś, co nam źle robi? Powinnyśmy się chwalić za to, co nam się udaje i nie ganić za to, co nie wyszło. Tylko mówić sobie: „dziś nie wyszło, wyjdzie jutro lub pojutrze”. Bo złe zawsze mija, a dobre zawsze wraca.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Często, gdy zostajemy rodzicami, zapominamy o swoich uczuciach z dzieciństwa

„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. (fot. iStock)
„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. (fot. iStock)
Czego Jaś doświadczył na własnej skórze, z tego Jan może korzystać. Nasze przeżycia z dzieciństwa to kapitał, z którego warto czerpać, gdy sami zostajemy rodzicami. Niestety, wielu z nas o nich zapomina.

„Chcielibyśmy wierzyć, że cierpienie w dzieciństwie może na coś się przydać. Ale tak nie jest” – przeczytałam w numerze „Sensu”. Ale nie uwierzyłam. I nie tylko dlatego, że nie chcę. Na własne oczy widzę, że ci, którzy mają za sobą tak zwane trudne dzieciństwo, często mają z tego jakieś zyski. Ciągle ich coś uwiera, zmuszając do poszukiwania rozwiązań własnych problemów. A kto szuka, ten znajdzie, czasem nawet więcej niż się spodziewał.

Podróże w głąb siebie i do przeszłości mogą prowadzić do bardziej świadomego życia. Do zrozumienia nie tylko tego, co nam się przydarzyło, ale także tego, o co dziś w życiu nam chodzi. Jeśli przetrwaliśmy trudne dzieciństwo, znamy swoją siłę. Wiemy, że możemy się na sobie oprzeć. To pomaga w konfrontacji z trudną dorosłością. Ale czy to dorosłość jest trudna?

Wbrew powszechnie obowiązującym mitom, dzieciństwo to chyba najtrudniejszy czas w życiu człowieka. Nawet jeśli najwcześniejsze lata były dla niektórych beztroskie, to nie istnieje młodość pozbawiona cierpień. Bóle wzrostowe psychiki są równie nieuchronne jak bóle kości. Wystarczy przypomnieć sobie szkolne czasy. Czy pamiętacie, jak mocno przeżywa się lęk przed klasówką? Przegraną w zawodach, w których byliśmy faworytami? Zdradę przyjaciółki, która nagle przesiadła się do innej ławki? Nigdy potem uczucia nie są już tak intensywne, a my wobec nich tak bezradni. I jeszcze to poczucie niezrozumienia przez dorosłych.

„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. I ta myśl nic a nic się nie zestarzała. Wszyscy byliśmy dziećmi. Na własnej skórze zbieraliśmy doświadczenia, które mogą pomóc przeprowadzić nasze dzieci przez dzieciństwo. Mogą, ale tylko wtedy, jeśli z nich skorzystamy.

Iza, matka piętnastolatki, przyszła na spotkanie roztrzęsiona. Przeczytała pamiętnik swojej córki. Okazało się, że Ania wypisuje tam straszne rzeczy. Iza chciała o nich opowiedzieć, ale ją zatrzymałam: „Poczekaj! Jakbyś się czuła, gdyby ktoś przeczytał twój pamiętnik?”. Świetnie znała odpowiedź na to pytanie. Kiedyś ojciec przeczytał jej pamiętnik. Nie odzywała się do niego przez pół roku. Nigdy więcej nie napisała słowa.

Nie chodzi mi o to, że nie należy czytać cudzych pamiętników. Jasne, że nie należy, i mam nadzieję, że wszyscy to wiedzą. Chodzi o to, jak łatwo zapominamy o swoim dzieciństwie, gdy zostajemy rodzicami. Ci, których spotykam najczęściej, dzielą się z grubsza na dwie kategorie. Jedni nie są pewni niczego, wciąż dręczą ich nowe pytania. Drudzy nie mają żadnych wątpliwości, doskonale wiedzą, jak wychowywać, jak gdyby tę wiedzę wyssali z mlekiem matki. I rzeczywiście, przejęli ją z domu. Postępują zgodnie z tym, jak sami byli wychowywani, nawet jeśli w dzieciństwie czuli się źle traktowani przez rodziców. Odcinają się od własnych dziecięcych przeżyć i przechodzą na drugą stronę barykady – z troski o dziecko, z poczucia odpowiedzialności za jego wychowanie robią rzeczy, które im robiono, choć wcale im nie służyły. „Jak to nie służyły? Mnie ojciec bił i wyrosłem na porządnego człowieka”. No właśnie. Problem z nimi jest taki, że zawsze mają rację, tylko nie wiadomo, dlaczego ich dziecko sprawia kłopoty.

Wśród rodziców niepewnych prym wiedzie Ela, matka ośmioletniego Alka. „Co mam mówić, kiedy Alek krytykuje w domu nauczycielkę? Albo gdy pobił się z kolegami? Nauczycielka niepokoi się, że on rysuje szubienice. Czy mam mu tego zabronić? Czy pozwolić mu na zajęcia sportowe, jeśli za mało się uczy?...”. Choć lista pytań Eli jest znacznie dłuższa, przerywam jej: „Elu, a co będzie, jak odpowiem na wszystkie twoje pytania?”. „Będę wiedziała, co robić” – mówi. „Nie” – bezlitośnie rozwiewam jej złudzenia. „Wtedy pojawią się następne pytania. Alek ugryzie kogoś w ucho, będzie przeszkadzał na lekcji rysunków, nie będzie chciało mu się rano wstać. Znów nie będziesz wiedziała, co robić. Czy nie lepiej zacząć pytać siebie?”.

W grupie dla rodziców przygotowujemy listę zachowań dobrego dorosłego. Żeby ją zrobić, trzeba sięgnąć do własnych wspomnień. Przypomnieć sobie te sytuacje, w których mieliśmy poczucie, że dorośli są w porządku. Co sprawiało, że czuliśmy się dobrze na świecie, a przynajmniej sprawiedliwie traktowani? Dlaczego chciało nam się starać? Każdy miał innych rodziców i nauczycieli, a jednak w każdej grupie dochodzi do podobnych ustaleń. Dobry dorosły okazuje zainteresowanie, umie słuchać, wprowadza jasne reguły, jest konsekwentny, jego decyzje nie zależą od nastroju, umie okazywać akceptację, może być surowy, byleby był sprawiedliwy. Daje prawo do swobody i do błędów. A czego dobry dorosły na pewno nie robi? Nie upokarza, nie inwigiluje, nie wrzeszczy, nie poucza bez przerwy... Każdy z nas może stworzyć własną listę, czyli podręczny poradnik dobrego rodzica. Można zaglądać do niego, gdy nie wiemy, co zrobić, a także wtedy, gdy nie mamy żadnych wątpliwości. I to jest bezsprzeczna korzyść nawet z najtrudniejszego dzieciństwa. Skoro udało nam się przeżyć, to coś dobrego musiało nas spotkać.

No i świetnie wiemy, czego nie warto robić swoim dzieciom.

A wracając do pamiętnika Ani, córki Izy. Czym mama była tak poruszona? Tym, co przeczytała o sobie. Że jest wścibska, że ciągle kontroluje, że jest gruba, a nosi mini, że... „Po co tam zaglądałaś?” – zapytałam. „Chciałam wiedzieć, co ona przede mną ukrywa”. „No to już wiesz. Ukrywa swój normalny w tym wieku krytycyzm. Może po to, by cię nie ranić?”.

Dzieci również mają prawo do prywatności. Jeżeli chcemy lepiej poznać własne dziecko, dbajmy o jak najlepszy z nim kontakt. Nie podglądajmy, spójrzmy czasem na świat z jego perspektywy. Trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia, lecz zobowiązuje. Przynajmniej do tego, żeby rozumieć swoje dzieci lepiej, niż nas rozumieli rodzice.

  1. Psychologia

Trudności, których każde dziecko ma prawo doświadczać

Trudne zachowania dzieci są niezbędne dla ich prawidłowego rozwoju – czy nam rodzicom się to podoba, czy nie. (Fot. iStock)
Trudne zachowania dzieci są niezbędne dla ich prawidłowego rozwoju – czy nam rodzicom się to podoba, czy nie. (Fot. iStock)
Jak powiedział francuski powieściopisarz i filozof Jean-Paul Sartre: „dzieci i zegarków nie można stale nakręcać, trzeba im dać też czas do chodzenia”. Co to właściwie znaczy?

Powiedzmy po raz kolejny: nie ma dzieci idealnych. Nie ma też uniwersalnych recept na „naprawę” dziecka. Wszelkie poradniki typu „101 sposobów na trudne dziecko” lub „Sprawdzone sztuczki, które sprawią, że twoja pociecha będzie grzeczna” może i dostarczają dodatkowej wiedzy na temat różnych modeli wychowywania dzieci, lecz niestety często nijak mają się do rzeczywistości. Uniwersalne rady mają bowiem do siebie to, że - po pierwsze – nie uwzględniają indywidualnych cech osobowości dziecka, jego temperamentu, właściwości otoczenia, sposobu funkcjonowania rodziny i rodzaju więzi między rodzicami a dziećmi. Po drugie zaś, wszelkie metody i sztuczki dyscyplinujące mają na celu zmianę lub wyeliminowanie pewnych zachowań dziecka, które my, osoby dorosłe, zwykliśmy określać jako niepożądane, trudne, niegrzeczne. A przecież trudne zachowania dzieci są niezbędne dla ich prawidłowego rozwoju – czy nam rodzicom się to podoba, czy nie. Oczywiście nie chodzi o silne objawy chorobowe oraz zaburzenia, które należy diagnozować i leczyć. Mowa tu o zachowaniach, które pojawiają się praktycznie u każdego dziecka i stanowią naturalną część procesu dorastania.

Jakich więc trudności ma prawo doświadczyć każde dziecko? Poniżej przedstawiam subiektywną listę, którą każdy rodzic zapewne uzupełniłby o kolejne pozycje.

Lęki dziecięce

Dziecko ma prawo się bać. Lęk jest stanem emocjonalnym, który często towarzyszy maluchom. Zdarza się, że dla rodziców powody strachu i lęku są zupełnie nieracjonalne, co powoduje u nich frustracje: „Jak możesz się tego bać?! Przecież jesteś już dużym chłopcem!” Często odczucie lęku jest tak intensywne, że mały człowiek zupełnie nie jest w stanie zapanować nad swoimi reakcjami: krzyczy, płacze, ucieka, zamyka oczy, nieruchomieje. Dzieci mogą bać się praktycznie wszystkiego: psów, kotów, pajęczyn, samolotów, ciepłej wody, odkurzacza, ciemności, dźwięku miksera, wysokiego wujka, sąsiadki o krzykliwym głosie, nieznajomych dzieci na placu zabaw. Jest to zupełnie naturalne i zazwyczaj z czasem zanika.

Rytuały dziecięce

Każdy z nas czuje się dobrze, gdy wie co go czeka: co zje na obiad, gdzie pójdzie do pracy jutro, jaką kwotę dostanie na konto pod koniec miesiąca. Ta wiedza sprawia, że czujemy się bezpieczni, spokojni, wierzymy w porządek i przewidywalność. Mamy poczucie kontroli nad otaczającym nas światem. Dla dzieci taką rolę mają ich małe rytuały. Odpowiednie ułożenie kołdry przed spaniem, zabranie konkretnej przytulanki do samochodu, sposób krojenia kanapki, kolejność smarowania kremem i wycierania się po kąpieli, stała trasa podczas spacerów – to tylko kilka przykładów ustalonych czynności, które dla dziecka mogą być niezwykle istotne. Rytuały sprawiają bowiem, że dziecko czuje się bezpieczne i ma wrażenie, iż choć troszkę, na swój sposób, wywiera wpływ na świat, co czyni go bardziej przyjaznym i przewidywalnym.

Potrzeba bliskości fizycznej

Czasami rodzice mają dość przytulającego się małego dziecka. Męczy ich ciągłe domaganie się wzięcia na ręce. Frustruje ich to, że dziecko zasypiając każdego wieczora musi trzymać mamę lub tatę za rękę. Denerwuje ich, że maluch musi się nagle przytulić – nawet wtedy, gdy rodzic jest w toalecie i próbuje w spokoju zadbać o swoje potrzeby fizjologiczne. Warto więc podkreślić, że potrzeba bliskości i ciepła jest dla dziecka potrzebą absolutnie podstawową. Dotyk, przytulenie, całus, głaskanie, masowanie – wszelkie przejawy bliskości fizycznej dają dziecku poczucie bezpieczeństwa, spokoju, bezwarunkowej miłości i akceptacji. Mały człowiek zawsze zasługuje na bliskość i czułość ze strony rodziców: ona nigdy nie jest niepotrzebna, szkodliwa czy w nadmiarze, niezależnie od tego, czy dziecko ma trzy dni czy trzy lata. Bliskość nie może być nagrodą, ona powinna być zawsze dostępna. Pamiętać należy też o tym, że okazywanie bliskości dzieciom uczy je tego samego. Osoby które w dzieciństwie zaznały bezwarunkowej miłości, troski i akceptacji w życiu dorosłym będą łatwiej potrafiły tworzyć wartościowe i długotrwałe relacje z przyjaciółmi, partnerami życiowymi i dziećmi. Podobną prawidłowość wśród szympansów zaobserwowała światowej sławy angielska prymatolożka i antropolożka Jane Goodall: jeżeli matka małego szympansa jest opiekuńcza, wrażliwa, współczująca i wspierająca, to gdy dorośnie staje się on równie dobrym rodzicem, a dodatkowo ma lepsze stosunku z innymi osobnikami oraz odnosi większe sukcesy w grupie.

Płacz, krzyk, tupanie nogą

Zna to chyba każdy rodzic. Nazywamy te zachowania uporem, stawianiem się, buntem (dwulatka, trzylatka, sześciolatka – do wyboru). Mówimy do dziecka, że jest złośliwe, niegrzeczne, krnąbrne. A tymczasem te zachowania są zupełnie typowe dla procesu dojrzewania dziecka. Nie sprawia to, że bunt staje się dla rodziców łatwiejszy do zniesienia, ale chociaż można pocieszyć się świadomością, że jest oznaką prawidłowego rozwoju. Poprzez te zachowania dziecko testuje otoczenie, sprawdza granice, bada stałość reguł i zasad, stawianych przez dorosłych. Ale co najważniejsze: mały człowiek bacznie obserwuje jak najbliżsi reagują na jego krzyk, bunt, płacz i uczy się tych samych reakcji. Mniej lub bardziej świadomie rodzice modelują przyszłe zachowania dziecka. Dobrze jest więc swoim przykładem pokazać, że można być akceptującym wszystkie emocje, cierpliwym, empatycznym dorosłym.

Mówienie „nie”

W pewnym momencie wyraz „nie” staje się dla dorastającego dziecka słowem-kluczem. Odpowiada z uśmiechem „nie” na wszelkie propozycje rodziców, często doprowadzając ich do białej gorączki. Przyczyny i skutki tego są identyczne, jak wymienione w punkcie wyżej. Mały człowiek szybko bowiem zauważa, że ten krótki wyraz działa na dorosłych błyskawicznie i niezawodnie, więc nieświadomie zaczyna sprawdzać różne jego możliwości.

Niechęć do zabiegów pielęgnacyjnych

Spora część dzieci nie przepada za czynnościami związanymi z codzienną higieną. Rodzice zapewne napotykają na różnych etapach rozwoju swojej pociechy trudności przy obcinaniu paznokci i włosów, czesaniu, kąpaniu (szczególnie gdy nadchodzi chwila mycia włosów), smarowaniu kremem, ubieraniu i rozbieraniu. Dziecko może płakać, wyrywać się, uciekać, mówić, że odczuwa ból lub że woda jest zbyt zimna/zbyt ciepła. Są to reakcje zupełnie typowe i wiążą się zazwyczaj z pojawiającą się świadomością własnego ciała oraz z pewną nadwrażliwością sensoryczną (tj. odczuwaniem bodźców jako silniejszych, niż są w rzeczywistości). Warto pamiętać o dwóch sprawach: po pierwsze, te trudności zazwyczaj stopniowo się zmniejszają, a nawet czasem zupełnie znikają. Po drugie, jak niektórzy twierdzą, brudne dziecko to dziecko szczęśliwe. Może to pocieszy choć jednego rodzica główkującego dziś nad kolejnymi kreatywnymi metodami zachęcenia dziecka do wejścia do wanny i pozostania tam na dłużej niż cztery minuty.

Trudności z jedzeniem

Dość często zdarza się, że małe dzieci nie chcą jeść tego, co dorośli. Wybrzydzają, grzebią widelcem w potrawie na talerzu z wisielczą miną. Twierdzą, że akurat mają ochotę na coś zupełnie innego. To zupełnie normalne, że kucharz, którego danie zostało potraktowane jako „niejadalne”, lub co gorsza, „obrzydliwe”, może być po kolejnym takim określeniu u kresu wytrzymałości. Lecz normalne jest też to, że dzieci przechodzą przez różne etapy związane z wyborem potraw. Są dzieci, które w wieku kilkunastu miesięcy jadły z uśmiechem każde danie proponowane przez rodzica (włącznie z jarmużem), a w okolicach trzeciego roku życia – wybierają z talerza tylko ziemniaki lub proszą o kromkę chleba. Są też dzieci, u których dynamika karmienia wygląda zupełnie odwrotnie: od zajadania się jednym produktem do chęci próbowania wszelkich dań. Czasami na preferencje żywieniowe wpływa uczęszczanie do przedszkola lub upodobania rówieśników, ale nie jest to regułą. Nie ma jednej stuprocentowej metody nauczenia dziecka spożywania różnorodnych posiłków z przyjemnością. Najlepiej jest po prostu systematycznie proponować dziecku różne smaki czy składniki dań oraz samemu odżywiać się w sposób różnorodny i zbilansowany.

Dziecko nie mówi „dzień dobry”, „przepraszam”, „dziękuję”, „do widzenia”

Fakt, że kilkulatek nie używa powyższych wyrazów, dla wielu rodziców jest niezrozumiały i nie do zaakceptowania. Sami dają przykład, zachęcają dziecko, tłumaczą jakie to ważne. A wciąż dziecko wchodząc do sklepu milczy jak zaklęte, nie odpowiada na uprzejme słowa skierowane do niego, przyjmuje prezent bez słowa. Rzeczywiście, może to być dla rodzica frustrujące. Ale nie jest niczym dziwnym i nie oznacza, że maluch jest „niewychowany”. Dużo dzieci potrzebuje czasu, żeby zaakceptować normy społeczne – obserwują, słuchają, myślą. Jest to proces uwewnętrzniania zasad (inaczej interioryzacja), który może trwać dość długo i polega między innymi na biernym uczestniczeniu w sytuacjach społecznych.

Trudności w sytuacjach społecznych

Wielu rodziców martwi się, gdy dziecko w sytuacji kontaktu z rówieśnikami lub dorosłymi wstydzi się i długo oswaja. Nie rozpoczyna samo rozmowy, nie podchodzi do innych dzieci, nie bawi się z nimi. Nie reaguje na prośbę i zachęty dorosłych, np. „zaśpiewaj piosenkę, powiedz fajny wierszyk z przedszkola, zatańcz”. Otóż mały człowiek ma do tego pełne prawo. My dorośli również nie czujemy się świetnie w każdej sytuacji społecznej i nie zawsze mamy ochotę brylować w grupie. A do tego nie każda osoba – mała czy duża – jest fantastycznie czującym się w towarzystwie ekstrawertykiem. Tłum ludzi, gwar, zgiełk może zmęczyć i przestraszyć każdego. Dlatego nie należy się dziwić, jeżeli dziecko podczas spotkania rodzinnego woli trzymać się blisko rodziców oraz nie ma ochoty na witanie się ze wszystkimi ciociami i wujkami.

Opieszałość

Tak, dzieci często są powolne. Wykonują nasze polecenia bez pośpiechu. Guzdrają się, nie potrafią skupić się na tym, co mówimy. Zapominają co miały zrobić, trzeba im powtarzać po kilka razy. Bywają trochę ciapowate, potykają się na równej drodze, rozlewają sok na siebie, mażą pół twarzy jogurtem. Gubią zabawki i ubrania. Często myślą o niebieskich migdałach. I znów: dzieci mają do tego pełne prawo. Należy im się z naszej strony cierpliwość, wyrozumiałość, uważność. Czas dzieciństwa powinien być okresem błogiej powolności, badania świata i siebie, popełniania błędów. Unikajmy więc popędzania dzieci, zmuszania ich do ciągłej koncentracji, narzucania szaleńczego tempa wykonywania czynności. I starajmy się uczyć od nich wspaniałej sztuki nicnierobienia – czasami warto pogapić się z dzieckiem na mrówki i chmury, tak po prostu.

Nieprzestrzeganie ustalonych zasad

Często martwimy się tym, że małe dzieci nie słuchają nas, dorosłych. My mówimy, żeby czegoś nie robiły, powtarzamy setki razy – i nic. Maluch nagina reguły, nie reaguje, czasem nawet narażając siebie na niebezpieczeństwo. A przecież rodzic chce dobrze, ostrzega i informuje po to, żeby dziecku zaoszczędzić bólu i rozczarowania. To wszystko oczywiście jest prawdą. Ale prawdą również jest to, że każdy człowiek od samego początku ma w sobie ogromną ciekawość świata i głód wiedzy. Dziecko nieraz łamie reguły i nie słucha rodziców właśnie z tego powodu: pragnie doświadczyć rzeczywistości na własnej skórze. Jest małym naukowcem, a jego laboratorium to najbliższe otoczenie. Rodzice mają niełatwe, ale jakże fantastyczne zadanie – towarzyszyć małemu odkrywcy, stwarzając mu warunki do rozwoju i badania świata, jednocześnie wyznaczając odpowiednie granice.

Przeżywanie lęków, silne uczucia, płacz, upór – to wszystko jest niezbędne, aby dzieci dojrzewały emocjonalnie i społecznie. Aby odkrywały swoją tożsamość i uczyły się reguł funkcjonowania w świecie. Rola rodzica w tym niezwykłym doświadczeniu polega przede wszystkim na wspieraniu, dawaniu nieograniczonej miłości, bliskości, zrozumienia oraz na gotowości do ciągłego tłumaczenia zdarzeń i emocji, które mały człowiek dopiero zaczyna poznawać.

Wiktoria Jaciubek psycholożka rodzinna i psychoterapeutka, pracująca w nurcie systemowym. 

  1. Styl Życia

Świąteczne kino. Co nam daje wspólne oglądanie filmów?

Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
W Święta mamy swoje tradycje, swoje rytuały. W ostatnich latach zaliczyć można do nich rodzinne seanse filmowe. – Wspólne oglądanie filmów, podobnie jak dawniej kolędowanie, zyskało status stałego punktu świątecznego programu – mówi dr Małgorzata Bulaszewska, kulturoznawca, filmoznawca i medioznawca z Uniwersytetu SWPS. I wyjaśnia, dlaczego taki wspólny relaks zbliża nie tylko rodzinę, ale działa też korzystnie na związki partnerskie.

Czy rodzinne oglądanie filmów to dobry pomysł na spędzanie czasu razem? Filmy są takim bezpiecznym sposobem spędzania razem czasu. Co ciekawe, dwa lata temu były zresztą zrealizowane badania przez Uniwersytet w Rochester, gdzie badano pary/ małżeństwa, które oglądały wspólnie filmy (co najmniej 3 filmy w tygodniu). Zwykle, gdy oglądamy wspólnie filmy to mamy jakiś swój komentarz, dyskutujemy, coś nam się podoba lub nie. I okazało się, że te małżeństwa, które przynajmniej trzy razy w tygodniu oglądają wspólnie filmy i później rozmawiają o nich, mają znacznie niższe prawdopodobieństwo rozwodu niż pary, które tego nie robią.

Dlaczego wciąż mamy ochotę oglądać te same świąteczne filmy? Każde święta, a zwłaszcza Święta Bożego Narodzenia, są takim innym, niecodziennym czasem. Wszyscy staramy się być milsi, lepsi dla członków rodziny i wtedy realizujemy te rzeczy, które są sprawdzone. Dotyczy to także oglądania filmów… czyli oglądamy te filmy, które już żeśmy oglądali, które znamy, które są (w pewnym sensie) bezpieczne, które obejrzą i dziadkowie, i dzieci, i wnuki, które są filmami dostępnymi, rozumianymi przez wszystkich - tylko dlatego, aby ten czas był przyjemny i żebyśmy nie popsuli tej radości, która wiąże się z czasem Świąt Bożego Narodzenia.

Czy dziś, w dobie wielu ekranów, kiedy każdy może oglądać sam dokładnie to, co go interesuje, telewizja w jakiś sposób może nas jednoczyć? Oglądanie wspólnie programu telewizyjnego, zwłaszcza o charakterze familijnym, jest taką próbą zjednoczenia rodziny, choćby dlatego, że spotykają się różne światopoglądy. Żyjemy w różnym trybie, a przychodzi taki czas, kiedy siadamy przed tym telewizorem i oglądamy wspólnie ten sam program. Oglądamy go jednak trochę inaczej. Każdy widzi trochę inne wartości, czy też odbiera to, co się dzieje na ekranie w nieco inny sposób. Dzięki temu możemy zaobserwować, jakie emocje mają członkowie naszej rodziny. Możemy zrozumieć w jakim są momencie swojego życia i co przeżywają, właśnie dzięki tym emocjom i dzięki komentarzom, które pojawiają się w trakcie oglądania. Ponadto, w trakcie oglądania filmu, zwłaszcza familijnego, zdarzają się momenty śmiechu, smutku, płaczu i to powoduje, że my wspólnie przeżywamy te emocje, a wspólne przeżywanie emocji zawsze zbliża. Niewątpliwie więc zasiadanie przed telewizorem w święta, by razem obejrzeć ten sam program czy ten sam film, jest takim elementem zbliżającym, konsolidującym rodzinę, tak bardzo współcześnie zabieganą.

Pamiętajmy też o czymś, co się nazywa filmoterapią. Przepracowujemy wtedy nasze emocje, emocje naszych bliskich, szczególnie dzieci, które nie zawsze potrafią powiedzieć co czują i jak czują, czy też jak się do danej emocji odnoszą. Oglądając coś razem, widzimy jak reagują na to, co się pojawia na ekranie. Możemy to zaobserwować. Możemy później o tym porozmawiać. Niewątpliwie zbliża to nas. A poza tym, jest to jednak wspólne spędzanie czasu. To nie jest tak, że każdy ogląda film na osobnym ekranie komputera, tabletu, czy smartfona…

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Psychologia

Rodzicielstwo ściśle według planu. Gdy plan zajęć dziecka przypomina rozkład dnia pracującego dorosłego

Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. (Fot. iStock)
Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. (Fot. iStock)
Pojawia się na szarym końcu po projektach: studia, praca, dom, samochód, podróże. Przygotowywany i realizowany równie perfekcyjnie jak najlepszy projekt biznesowy. Efekt? Dzieci alfa wyposażone w najnowsze gadżety, z certyfikatami modnych kursów, ale niesamodzielne, rozpieszczone, nieszczęśliwe.

Kinga (39 lat, dyrektorka w firmie reklamowej) i Paweł (40 lat, wiceprezes dużego banku) mówią ściszonym głosem. Błażej (4 lata) właśnie został uśpiony, a to wymaga wielu sztuczek. Dzisiaj na przykład Paweł woził go samochodem po osiedlowych uliczkach.

– Udało się po godzinie, ale może obudzić go byle hałas – przestrzega Kinga. – Dziwię się, jak to możliwe, skoro drzwi do jego pokoju są dźwiękoszczelne.

Kinga w ogóle dziwi się wielu zachowaniom synka. Ma wszystko: klocki, samochody, gry, a nawet swojego iPada, a ciągle mu mało. Na brak atrakcji nie może narzekać, bo w przedszkolu jest i angielski, i dżudo, i taniec towarzyski, i lepienie z gliny, i gotowanie, po południu wożą go z Pawłem na basen, zajęcia z robotyki, do szkółki piłkarskiej, kina, a on jest wiecznie znudzony, nie potrafi się na niczym skupić, nic tak naprawdę go nie cieszy.

– A co będzie, jak pójdzie do szkoły? – martwi się Kinga. – Teraz tylko przecież się bawi, a w szkole będzie musiał ostro pracować, bo to jedna z najlepszych dwujęzycznych szkół w Warszawie, do której trudno się dostać. Nam się udało, bo zapisaliśmy go, gdy tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Paweł tonuje lęki żony: – No, nie przesadzaj, Błażej jest zdolny, utalentowany, na pewno sobie poradzi. Nie wolno mu tylko odpuszczać.

Na kilku etatach

Kinga i Paweł wiedzą, jak to robić, bo sami sobie nie odpuszczali. Absolwenci słynnego Liceum im. Marynarki Wojennej RP w Gdyni i równie prestiżowej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Wspinali się na zawodowy szczyt konsekwentnie, krok po kroku. Teraz chcą zapewnić tam miejsce swojemu synowi.

Nie oni jedni. W Polsce, na wzór krajów zachodnich, przybywa rodziców projektujących rozwój dziecka od urodzenia, a nawet od poczęcia. Znam ciężarną, która zaczyna dzień od godzinnej sesji z muzyką Bacha, a kończy na audiobookach medytacyjnych, bo gdzieś przeczytała, że to dobrze wpłynie na umysł jej dziecka.

Przejęci swoją rolą rodzice nazywani są helikopterowymi (bo krążą nieustannie nad głową dziecka), nadrodzicami, a w Skandynawii – rodzicami curlingowymi (od szczotkowania lodu, zanim dziecko zrobi pierwszy krok). W swoich zapędach nie są osamotnieni, mocno wspierają ich w tym media, państwo, reklama.

Carl Honoré, dziennikarz, jeden z rodziców helikopterowych, który jednak w porę się opamiętał, napisał ku przestrodze innych ojców i matek porażającą w swojej wymowie książkę „Pod presją”. Pisze ironicznie: „Gdziekolwiek spojrzeć, zewsząd płynie jedno przesłanie: dzieciństwo jest zbyt cenne, by zostawić je dzieciom, a dzieci są zbyt cenne, by zostawić je samym sobie. To nieustanne wtrącanie się tworzy nowy rodzaj dzieciństwa. Dawniej Dziecko Pracujące harowało w polu, a po rewolucji przemysłowej – w fabrykach. XX wiek przyniósł Dziecko Wolnego Chowu. A teraz mamy epokę Dziecka Zarządzanego”.

Plan zajęć Dziecka Zarządzanego przypomina rozkład dnia pracującego na kilku etatach dorosłego. Obowiązkowe lekcje plus dodatkowe zajęcia w szkole lub przedszkolu to tylko rozgrzewka, bo prawdziwa szkoła wszechumiejętności zaczyna się po południu. Czego tam nie ma! Są zajęcia sportowe, muzyczne, taneczne, synchronizacji pracy półkul mózgowych, szybkiego czytania, autoprezentacji, aktorskie, asertywności, a nawet, a jakże, nauka gospodarowania czasem. Każdego dnia inny zestaw. 15-letnia Zuzia, zresztą córka uznanych psychologów, żeby się nie pogubić, dostała na urodziny palmtop, który wyręcza ją w pamiętaniu o tym co, gdzie i kiedy.

Pod kontrolą nadrodziców

Psycholog dziecięcy Jarosław Przybylski: – Współczesne dziecko cały czas znajduje się pod specjalnym nadzorem. Bo nawet, kiedy chwilowo nie jest poddawane jakiejś obróbce i ma tak zwany wolny czas, to i tak skrzętnie monitoruje się każdy jego ruch. W przedszkolach, domach, szkołach czujne oko kamery rejestruje, co dziecko robi, a raczej czego nie robi. Śledzenie życia małego człowieka zaczyna się od wydruku USG i nagrywania bicia serca w łonie matki i właściwie nigdy się nie kończy. Uważam, że trafne jest porównywanie współczesnych rodziców do paparazzich tropiących każdy gest gwiazdy, bo oni tak właśnie traktują swoje dzieci – jak małe gwiazdy odgrywające napisaną specjalnie dla nich rolę.

Carl Honoré zauważa, że zarządzanie dzieckiem trwa w najlepsze w wielu krajach nawet po zakończeniu szkolnej edukacji. Brytyjczycy planują każdy szczegół tak zwanego gap year, czyli roku przerwy przed pójściem dzieci na studia. Amerykańscy rodzice z kolei, gdy ich dziecko dostaje się na studia, pomagają wybierać mu przedmioty, testują jedzenie w stołówce, robią korektę prac pisemnych, a nawet sprawdzają współlokatorów w akademiku.

Dziecko współczesnych nadrodziców jest pępkiem świata, centrum wydarzeń. Bywa nie tylko monitorowane, chronione, wyręczane, ale i wyposażone we wszystko, czego zapragnie. W wyszukane zabawki, gry, elektroniczne gadżety, kino domowe, wygody. „Według wszelkich znaków na niebie i ziemi wychowujemy najbardziej okablowane, monitorowane i rozpieszczone pokolenie w historii!” – grzmi autor „Pod presją”.

Starania nadrodziców ocierają się czasem o szaleństwo. W Warszawie głośno było o przemeldowywaniu dzieci w okolice renomowanych państwowych gimnazjów (obowiązuje rejonizacja), choć wiadomo, że to fikcja i dzieci nadal mieszkają w swoich domach na drugim końcu miasta. Nauczycielka z gimnazjum na Twardej opowiadała mi o uczniach wożonych do i ze szkoły nawet pięć godzin dziennie! Pewna znajoma mama, lekarka, tak bardzo chciała pomóc synowi dostać się do najlepszego w rankingach liceum, że przez całe gimnazjum wypisywała mu zwolnienie z wuefu. Po co? Żeby nie zaniżał sobie średniej.

Czym to grozi? Nietrudno przewidzieć, że przeciążanie dzieci odbija się na ich zdrowiu. Międzynarodowe Stowarzyszenie Badań nad Otyłością ocenia, że 38 proc. młodzieży poniżej 18 lat w Europie i 50 proc. w obu Amerykach ma nadwagę. Coraz więcej dzieci zapada na choroby kojarzone dotychczas ze starością, czyli cukrzycę, miażdżycę, choroby serca.

Według gotowego scenariusza

Ale choruje nie tylko ciało, cierpi też dusza. Przybywa młodych ludzi ze zdiagnozowaną depresją, uzależnionych, samookaleczających się, targających się na swoje życie. ONZ ostrzega, że już u co piątego dziecka na świecie stwierdza się zaburzenia psychiczne, a Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że do roku 2020 choroby umysłowe znajdą się wśród pięciu głównych przyczyn śmierci lub inwalidztwa u młodzieży.

– Dzieci dźwigają dziś na plecach worek obciążeń ponad ich siły – mówi psycholog Justyna Nowakowska. – I nie chodzi tylko o to, że mają za dużo codziennych obowiązków, bo akurat z codziennych obowiązków rodzice często je zwalniają, a szkoda. To zresztą ciekawy paradoks, że z jednej strony mama wyręcza dziecko w podstawowych czynnościach, jak sprzątanie po sobie, samoobsługa, chucha na nie i dmucha, a z drugiej – śrubuje wymagania dotyczące zajęć w szkole. Dzieci są dzisiaj przytłoczone nie pracami, w których powinny ćwiczyć się od małego, ale nadmiernymi oczekiwaniami rodziców, tak zwanym parciem na sukces: „Musisz liczyć i czytać w wieku czterech lat, bo inaczej nie przyjmą cię do prywatnego przedszkola. A jak cię tam nie przyjmą, to masz mniejsze szanse na dostanie się do najlepszej podstawówki, która jest przepustką do świetnego gimnazjum, które z kolei daje szanse na miejsce w najlepszym liceum. Studia? Jeżeli w Polsce, to dwa kierunki. A najlepiej za granicą. Dziecko żyje pod olbrzymią presją rodziców. Ale rodzice też są pod presją. Innych rodziców, mitu sukcesu. Chcą dobrze, wypruwają sobie żyły. I oczekują efektu.

Jarosław Przybylski: – Dramat Dziecka Zarządzanego polega na tym, że wszystkie zabiegi wokół niego, całe to chuchanie i dmuchanie z jednej strony i śrubowanie wymagań w szkole z drugiej nie przygotowują go do prawdziwego życia. Już na etapie szkoły ma ono problemy z podejmowaniem decyzji, koncentracją, nie mówiąc o radzeniu sobie w relacjach społecznych. Wyniesione w domu na piedestał oczekuje, że wszyscy dokoła będą je wychwalać, że cały świat padnie do jego stóp. A nie pada.

Carl Honoré zauważa, że dzieci wychowane na narzuconej z zewnątrz definicji sukcesu, gdzie nie ma miejsca na porażkę, mają zawężone horyzonty. I zamiast wymyślać nowe strategie, ryzykować, czego wymaga współczesna gospodarka, nie wychylają się, tylko idą drogą wytyczoną przez innych. Studenci zajmują się uatrakcyjnieniem swoich CV, a nie, tak jak ich rodzice i dziadkowie, buntowaniem się, próbą zmiany zastanego porządku. „Nie ma w nich ognia, pasji, iskry bożej, determinacji, żeby podjąć ryzyko lub zakwestionować status quo. Wiele dzieciaków robi wrażenie, jakby czytało z gotowego scenariusza” – pisze.

Justyna Nowakowska: – Znakiem naszych czasów jest dzieciństwo zawłaszczone przez dorosłych, którzy nieustannie pilnują dziecka, wyręczają je i obarczają swoimi oczekiwaniami, przez co pozbawiają je prawa do przeżywania świata po swojemu. Do wolności bycia sobą. Do przygód, tajemnic, błędów, wpadek, chwil samotności, nudy i tej odrobiny dziecięcej anarchii, która buduje własną tożsamość. Od najmłodszych lat wtłaczamy dziecku przeświadczenie, że najbardziej liczy się nie znalezienie własnej drogi, ale ogólnie przyjęty schemat życia, nie nasze indywidualne prawo do szczęścia, ale powszechnie obowiązujący model sukcesu. Efektem tego bywa strasznie smutne dzieciństwo, tylko pozornie pełne wydarzeń, dziania się, konsumpcji, a tak naprawdę nijakie i puste. Pewna dziewczynka powiedziała mi wprost: „Czuję się jak projekt, nad którym moi rodzice pracują całe życie i ciągle nie są z niego zadowoleni. Nawet zwracają się do mnie w trzeciej osobie: dziecko to zrobi, choć siedzimy przy jednym stole”.

Dajmy im święty spokój!

Justyna Nowakowska podkreśla inny paradoks współczesnego wychowania: Dziecko nie ma lekko, bo wypełniamy mu całe dnie, a jednocześnie deklarujemy – w rozmowach i we wszystkich ankietach – że chcemy, żeby było mu łatwiej i lżej niż nam. Uszczęśliwiamy je więc po swojemu, kupując drogie prezenty, posyłając je na przeróżne kursy, nawet jeśli nas na to nie stać („Bo inni mają”). Zdaniem Justyny Nowakowskiej dziecko to dzisiaj wykalkulowana inwestycja obliczona na zyski.

Nie zgadzam się do końca z taką tezą. Owszem, nasze życie stało się dzieciocentryczne, całkowicie podporządkowane naszym pociechom. Sama zawsze tak układałam swoje sprawy, żeby uwzględniać plany synów. Ale nie to jest naszym największym grzechem. Najbardziej mści się co innego – nasza niepewność, niekonsekwencja, to, co Carl Honoré nazywa „plątaniną sprzeczności”. Chcemy, żeby dzieciństwo przygotowywało dziecko do dorosłości, a z drugiej – było wolne od trudów życia. Mówimy naszym dzieciom: „Pora dorosnąć”, a panikujemy, kiedy dorastają. Oczekujemy, że spełnią nasze marzenia, a mimo to jakoś pozostaną sobą. Sterujemy każdym szczegółem ich życia, a potem dziwimy się, że są niesamodzielne. Pompujemy ich ego, a zarazem bezustannie je krytykujemy. Chcemy, żeby były spokojne i radosne, a sami jesteśmy kłębkiem nerwów. I grzech największy – nie doceniamy wpływu swojego zachowania na rozwój dziecka.

Tymczasem, jak wykazała absolwentka psychologii SWPS Hanna Romanowicz, to, co rodzice mówią, a zwłaszcza to, co robią, rzeźbi dzieci na całe życie (w psychologii ten wpływ nazywa się efektem Michała Anioła). Badanie młodej psycholożki pokazało, iż matki najskuteczniej wpływają na syna poprzez pozytywne komunikaty, natomiast ojcowie – poprzez czyny.

– Gdy syn marzy o zostaniu piłkarzem, matka powinna mówić: „Podoba mi się twoja gra, jestem z ciebie dumna”, tłumaczy autorka badania. – Natomiast ojciec powinien grać z nim często w piłkę, nawet jeśli za tym nie przepada. Córki z kolei przybliżają się do wymarzonego ideału, kiedy ojcowie wspierają je w racjonalnym i intuicyjnym myśleniu, a matki pozwalają uwolnić emocje i ekspresję uczuć. Sposób, w jaki rodzice postrzegają dziecko, ma ścisły związek z tym, kim ono w przyszłości będzie.

Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. Naszym zadaniem jest pomagać dziecku rozwijać jego naturalne predyspozycje i talenty oraz szukać własnej drogi.

Jean-Jacques Rousseau, francuski filozof, już dwa wieki temu zalecał dorosłym: Uszanujcie dzieciństwo i jego atrybuty: zabawy, przyjemności, dziecięcy instynkt – jako wartość samą w sobie. Dzieci rodzą się spontaniczne i pełne radości, powinny więc uczyć się i żyć własnym rytmem. Dajcie im święty spokój!

Kinga i Paweł na razie nie rozumieją tego apelu. Ale przyłącza się do niego coraz więcej ludzi na całym świecie. Stu brytyjskich intelektualistów podpisało list otwarty wzywający do kampanii na rzecz ratowania dzieciństwa przed toksycznym wpływem współczesnego świata. Amerykańska Akademia Pediatrii ostrzegła przed plagą przeciążenia programów szkolnych i przywiązywania zbytniej wagi do wyników w nauce. Także w krajach azjatyckich słychać apele o mniej klasówek i więcej snu. W Polsce jednym z kryteriów zatwierdzających podręczniki dla najmłodszych jest ich waga. W niektórych szkołach wyposaża się klasy w drugie komplety książek, a wszystko po to, aby dzieci nie dźwigały swoich.

Carl Honoré podkreśla to, co potwierdzają wszyscy psychologowie: Dzieci dobrze się rozwijają, jeśli mają czas i przestrzeń na rozwój. Jeśli czasem trochę się poobijają i ponudzą. Jeśli mogą bezpiecznie eksperymentować, podejmować ryzyko, mylić się, marzyć i bawić według swoich pomysłów. A to z kolei będzie możliwe wtedy, gdy wreszcie przekłujemy ten nadęty rodzicielski balon. Gdy damy dzieciom więcej wolności, luzu i pozwolimy im zająć się sobą. A wtedy może uda się przywrócić radość nie tylko dzieciom, ale i rodzicom.

Korzystałam z książki Carla Honoré „Pod presją”, wyd. Drzewo Babel.