1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Mama wraca do gry: praca po urlopie macierzyńskim

Mama wraca do gry: praca po urlopie macierzyńskim

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Umiejętność zarządzania zmianą przydaje się w różnych sytuacjach życiowych – także wtedy, gdy wracamy po urlopie macierzyńskim do pracy. A wracamy często zmienione – z inną hierarchią wartości, innymi priorytetami. Jak odnaleźć się w biurze po długiej przerwie? Jak wpasować nową siebie w dawne tryby? I czy zawsze jest to konieczne? Wyjaśnia trenerka Iwona Firmanty.

Ciąża – planowana czy nie – na pewno wiąże się z jedną ważną zmianą w sferze zawodowej: na jakiś czas wypadasz z gry, co najmniej na kilka miesięcy znikasz z firmy. Już samo to często rodzi wiele obaw, bo przecież szef może nie być zadowolony z faktu, że przez jakiś czas nie będzie miał rąk do pracy, które pozwolą mu wyrobić wynik.

– Olbrzymim zaniepokojeniem każdego szefa jest to, że kobieta zajdzie w ciążę w najmniej odpowiednim momencie – mówi trenerka Iwona Firmanty. – Z jednej strony jest bardzo dużo mądrych, odpowiedzialnych dziewczyn, które traktują ciążę po prostu jako fajny okres w życiu, i jeśli wszystko przebiega prawidłowo, to pracują tak długo, jak długo mają energię i możliwości. Ale są też takie, które kombinują. I przez nie te, które są lojalnymi, zaangażowanymi pracowniczkami, mają potem stres związany z tym, jak zostanie w pracy odebrana wiadomość o ich ciąży.

Jak zatem uspokoić szefa i zadbać o dobrą atmosferę przed odejściem na urlop macierzyński? – Dziewczynom, które zgłaszają się z taką obawą, od razu mówię: zamiast się martwić, zastanów się, kto w zespole może być twoim zastępcą, czyli kto na czas twojej nieobecności może zabezpieczyć ogólny interes waszej organizacji – mówi Iwona Firmanty. – Ich reakcja? „O Jezu, to tak można?!”.

Można, a nawet trzeba – nie musimy przecież czekać biernie na to, co zaproponuje szef, możemy same wyjść w z inicjatywą i przy okazji zadbać o swoją pozycję. Czyli punkt pierwszy: rozejrzyj się wśród osób, z którymi współpracujesz, i zastanów się, kto jest na tyle zaufany i kompetentny, że będzie mógł zostać p.o. na czas twojej nieobecności.

Na to, czy będzie nam łatwo odnaleźć się w biurze po długiej przerwie, pracujemy tak naprawdę jeszcze przed urlopem macierzyńskim. To jest ten moment, kiedy powinnyśmy zadbać o relacje w pracy i odpowiednie wypozycjonowanie swojej osoby jako kompetentnego pracownika: – Zawsze radzę swoim klientkom, żeby na początku ciąży, lub nawet już na etapie jej planowania, przygotowały sobie środowisko pracy w taki sposób, żeby było do czego wracać – radzi Iwona Firmanty. – Czyli punkt drugi: zanim jeszcze odejdziesz z firmy, wykaż się, pokaż swoją przydatność, udowodnij, że jesteś odpowiedzialna, wiarygodna, lojalna. A więc zrób wszystko to, co złoży się na twój dobry PR.

Wybadaj teren przed odejściem

No dobrze, załóżmy, że przygotowujemy grunt, dbamy o swój PR, ale gwarancji powrotu i tak nie mamy, bo jesteśmy np. zatrudnione na umowę o dzieło albo wystawiamy faktury na własną działalność. Mamy świadomość, że po przerwie pracodawca wcale nie musi nas z powrotem zatrudnić. Czy można jakoś wzmocnić swoją pozycję w takiej sytuacji? – Oczywiście, że pracodawca nie musi nas z powrotem przyjąć po dłuższej nieobecności, ale bądźmy realistkami: każda firma przyjmie do pracy osobę, która przynosi zwrot z inwestycji, ma określone kompetencje, głowę na karku i potrafi pogodzić sprawy prywatne z zawodowymi – mówi Iwona Firmanty. – Dlatego nie popadajmy w panikę, tylko skupmy się na jak najlepszym wykonywaniu bieżących spraw dopóty, dopóki siły nam na to pozwolą.

Nawet jeżeli na czas naszej nieobecności pojawi się nowa osoba, nie pozwólmy, żeby włączył nam się program „rywalizacja”, tylko wykorzystajmy tę sytuację na swoją korzyść. Jak? Zbierzmy jak najwięcej danych na temat naszej „zmienniczki”. – Przekazując swoje obowiązki i wprowadzając nową koleżankę w nasze zadania, możemy sporo wybadać na jej temat – mówi Iwona Firmanty. – Przede wszystkim, czy jest to fajna, mądra i kompetentna osoba, która może się okazać wielkim talentem, czy też ktoś, kto będzie tylko i wyłącznie idealnym zastępstwem za mnie, ale w żaden sposób mi nie zagrozi.

A co jeżeli sprawdzi się ten gorszy wariant, czyli z naszego rozeznania wyniknie, że trafiłyśmy na przebojową, utalentowaną dziewczynę, która może okazać się lepsza od nas? Iwona Firmanty radzi trzymać nerwy na wodzy i postawić na własny profesjonalizm: – Zasada numer jeden to: zachować spokój. Robimy swoje, czyli przedstawiamy siebie dalej jako fachowca, nie rywalizujemy, tylko współpracujemy. Pamiętajmy, że nadal posiadamy przewagę – wygrywamy tym, że mamy już w danej firmie wyrobione relacje i jesteśmy wdrożone w dotychczasowe projekty – a nowa dziewczyna zaczyna od zera.

Dobra współpraca z nową osobą może też zaprocentować w przyszłości – chociażby wtedy, gdy okaże się, że podczas naszej nieobecności firma lub projekty, przy których pracowałyśmy, na tyle się rozwinęły, że będzie już potrzebna na nasze stanowisko nie jedna, a dwie osoby – i obie będziemy niezbędne pracodawcy.

– Najważniejsze jest to, żeby nie było rywalizacji i negatywnych emocji. I żeby nawet podczas nieobecności być w ustawicznym kontakcie z firmą, pokazywać, że jestem, dbać o tę relację, ale zawsze w pozytywny sposób – podkreśla Iwona Firmanty.

Nie odcinaj się

Nadszedł upragniony moment – szczęśliwie urodziłaś malucha i nastał wasz czas: siedzicie razem w domu, wzajemnie się poznajecie, próbujesz odnaleźć się w nowej roli. Czy ten etap musi oznaczać całkowite wyłączenie się ze świata spraw zawodowych?

– Urlop macierzyński może być świetną okazją do zadbania o swój rozwój, także zawodowy – zauważa Iwona Firmanty. – Można wykorzystać produktywnie wolne chwile, które przecież się zdarzą – zamiast siedzieć na FB, lepiej zainwestować czas w to, żeby zobaczyć, co się dzieje w mojej branży, rozwijać swoje kompetencje za pośrednictwem Internetu, posłuchać fajnych wykładów na TED, trzeba po prostu być sprytną. Bo jeżeli w 100 proc. oddamy się maluchowi, to on „zje” cały nasz świat. Niech je, skoro nas potrzebuje, ale zadbajmy też o siebie, angażując inne, bliskie nam osoby w chwilową opiekę nad maluchem.

Nawet jeśli jesteś freelancerką i siedząc z maluchem, nie możesz realizować zleceń dla swoich klientów, wykorzystaj ten czas na podtrzymanie relacji, które dotychczas zbudowałaś: ustaw mailing do klientów, przypominaj o sobie i się promuj. Jeżeli twoi klienci zostaną poinformowani o tym, kiedy będziesz z powrotem w obiegu, masz swój fundament, do którego będziesz mogła wrócić.

Najważniejsze jest to, żeby wykroić sobie chociaż kilka razy w tygodniu wolne chwile. – Zadbajmy o to, żeby mieć wokół siebie osoby, które odciążą nas w opiece nad dzieckiem – radzi Iwona Firmanty. – Każde dziecko ma ojca – nie bójmy się włączać partnera w nasze obowiązki. Uruchommy też zasoby rodzinne. A nawet jeśli rodzice mieszkają daleko i faktycznie w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby czasem posiedzieć z maluchem, to pomyślmy o wymianie z innymi mamami. To można zrobić, może warto założyć grupę na Facebooku „Spółdzielnia mam – barterujemy czas”.

Odmieniona po ciąży

Czas z dzieckiem w końcu mija i przychodzi dzień powrotu po urlopie macierzyńskim do pracy. Tyle że wracamy często inne – z inną hierarchią wartości, innymi priorytetami i wyposażone w nowe doświadczenia. Problem pojawia się wtedy, kiedy nasze nowe wartości sprawiają, że kompetencyjnie nie wpasowujemy się już w dawne stanowisko. Iwona Firmanty wspomina przypadek swojej klientki: – Miałam na coachingu kobietę, która przed urlopem macierzyńskim pracowała na stanowisku dyrektora marketingu, była typem wojownika, lwicy, która idzie odważnie po swoje. Jednak po ciąży wróciła zmieniona – stała się bardziej relacyjna, empatyczna, uważna na drugą osobę. Jej szef poprosił, żebym przeprowadziła z nią kilka sesji „bo się zepsuła po ciąży”.

Jak opowiada trenerka, już podczas pierwszego spotkania zorientowała się, że jej klientka ma po prostu nową hierarchię wartości i nie ma sensu wtłaczanie jej w starą rolę, bo musiałaby wtedy przywdziać maskę i udawać kogoś, kim już nie jest. – W związku z tym daliśmy rekomendację, żeby wykorzystać jej talenty i umiejętności w innym dziale, na innym stanowisku – opowiada Iwona Firmanty. – Dzisiaj ta kobieta obsługuje klientów VIP i odpowiada za budowanie długotrwałych relacji. Dzięki nowym cechom, które się w niej ujawniły, stała się idealna na to stanowisko i nadal przynosi swojemu szefowi dochody. Po prostu nie jest już hunterem, tylko farmerem.

Może zatem nie ma się co obawiać, że po ciąży wrócimy zmienione – urodzenie dziecka jest przecież jak zrzucenie skóry, żegnamy się z jakąś dawną wersją siebie po to, by powitać nową – często lepszą. Iwona Firmanty twierdzi, że coraz częściej spotyka szefów, którzy wręcz preferują zatrudnianie matek: – Dla szefa kobieta, która ma już dziecko, jest świetnym nabytkiem, ponieważ jej głównym atutem jest świetna organizacja – w końcu zarządzając domem i dziećmi, przechodzi się prawdziwą szkołę życia i wyrabia w sobie kompetencje menedżerskie.

Trenerka dodaje, że z kolei częstym obszarem do rozwoju jest zarządzanie emocjami i pewność siebie – ale tego się można nauczyć.  Zatem, mamy – nie obawiajcie się powrotu do pracy, każda firma skorzysta na waszej obecności!

Zobacz Rady dla spanikowanych mam, czyli wróciłam, ale to mnie przerasta…

Iwona Firmanty: trenerka umiejętności osobistych, coach kadry menedżerskiej, psycholog, socjolog, ekspertka z zakresu umiejętności interpersonalnych, komunikacji, wystąpień publicznych i budowania relacji. Założycielka firmy szkoleniowej Human Skills oraz twórczyni projektów Sensualna Kobieta Biznesu i Kobieta Alfa, www.humanskills.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Jak utrzymać wakacyjną energię i nie popaść w "holiday blues"?

By naładowane po wakacjach
By naładowane po wakacjach "baterie" służyły nam jak najdłużej trzeba nimi dobrze zarządzać. (iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Koniec – urlopu, wakacji, lata. Nie każdemu łatwo się z tym pogodzić. Pojawia się stres, czasem nawet pourlopowa depresja. Buntujemy się, że ktoś zabrał kawałek naszego prywatnego nieba. A przecież ono wciąż jest, tyle że teraz przybrało trochę inne kolory. Pora je docenić.

Niektórzy czują tę nostalgię już w sierpniu, inni dopiero pod koniec września, kiedy kalendarz nieodwołalnie pokazuje jesienną równonoc, zapowiada „w tył zwrot” – w stronę mroku. Co bardziej wrażliwi wzruszają się, opróżniając walizkę po urlopie albo piorąc letnie ubrania. Przypominają – jakbyśmy mogli zapomnieć! – że już wracać czas. Do pracy, do codzienności. I jak tu się nie buntować, nie użalać nad sobą, nie posmutnieć?

Holiday blues

Piszę ten tekst w środku upalnego sycylijskiego lata, w drugim co do wielkości mieście na wyspie. W dzielnicy, w której koguty przez cały dzień pieją jak oszalałe... Przyjechałam tu na kilka miesięcy i już wiem, że ciężko będzie wracać. Miałam ochotę na pomarańcze – te czerwone, zwane zresztą sycylijskimi. Ale z jakichś powodów nie mogłam ich dostać. Wreszcie spytałam sprzedawcę, o co chodzi. Spojrzał na mnie jak na cudzoziemkę: „Signora, to nie pora! Nasze pomarańcze zbiera się zimą”. Umysł zawiesił się. A potem przyjął rzecz do wiadomości. A nawet przytaknął: co za pomysł, żeby uganiać się za pomarańczami latem!

Włosi mają dużą świadomość cykli. I – nie da się ukryć – wartościują je. Lato (i wiosnę, w każdym razie najcieplejsze miesiące) nazywają po prostu bella stagione (piękna pora). Wakacje to dla nich rzecz święta. Cierpią, kiedy dobiegają końca. Postanowiłam więc sprawdzić, co mówią i piszą na ten temat. Jak się ratują.

Nie da się ukryć – dramatyzują nieco. Koniec wakacji to dla nich koniec relaksu, zabawy, beztroski, czasu dla siebie i dla partnera. Koniec przygody, przebywania w innym, lepszym świecie. Wracają sztywny rytm i rutyna. Zamknięta przestrzeń biura i być może niewdzięczne zadania... Do tego terminy, pośpiech. Korki. Prawdziwy szok! Nic dziwnego, że lista możliwych objawów jest długa: nerwowość, zmęczenie, ociężałość, uczucie przytłoczenia, niepokój, brak koncentracji, zaburzenia snu, brak apetytu... Włoscy psychologowie nazywają to „syndromem powrotu” albo „syndromem powakacyjnym”. Amerykanie używają terminu „holiday blues”, u nas mówi się nawet o „depresji pourlopowej”.

Endorfiny i winogrona

Na szczęście lista remediów proponowanych przez Włochów jest jeszcze dłuższa:
  • przebywaj jak najwięcej na słońcu (w naszej strefie klimatycznej – przynajmniej na świeżym powietrzu);
  • jedz owoce i warzywa;
  • otaczaj się życzliwymi ludźmi;
  • pozwalaj sobie na przyjemności – kto powiedział, że są zarezerwowane tylko na czas wakacji?
  • oddawaj się aktywności fizycznej – zapewni ci przypływ endorfin, czyli dobre samopoczucie. Wykorzystaj jak najlepiej weekendy – na odpoczynek, zabawę, może wycieczkę?
  • bądź dla siebie łagodna – wracaj do codziennych obowiązków stopniowo, nie narzucaj sobie zbyt frenetycznych rytmów (zwykle potrzeba około tygodnia, by dostosować się na nowo do warunków pracy).
Ustal priorytety, zaplanuj przerwy. Jeśli możesz delegować niektóre zadania na innych, zrób to. Po jakimś czasie podejmij jednak nowe wyzwania – to ważne, żeby wciąż wytyczać sobie cele.

A wspomnienia? Czy warto zaprzątać sobie nimi głowę, czy lepiej skupić się na słynnym „tu i teraz”? Właściwie kto zabroni ci myśleć o przyjemnych rzeczach? Są przecież, po doświadczeniu, które stało się twoim udziałem, częścią ciebie... Dlatego…

  • czuj wdzięczność, że odpoczęłaś, że byłaś tam, gdzie byłaś. I że masz do czego wracać...
  • może uda ci się włączyć jakieś elementy urlopu do codziennego życia? Może podczas podróży zainspirował cię jakiś przepis i zechcesz przetestować go w swojej kuchni? Albo – czemu nie – udekorować biurko zdjęciami z urlopu?
  • tak naprawdę – wbrew zaleceniom nauczycieli od „tu i teraz” – możesz nawet zacząć planować kolejne wakacje... Da ci to energię i motywację do podejmowania codziennych wyzwań.
Wiadomo – są jeszcze kwestie związane ze zdrowiem, z zarządzaniem własną energią. Warto zadbać o regularny sen i posiłki, ale też nie wprowadzać z dnia na dzień surowego reżimu – to może być zbyt bolesne. Jeśli na przykład po szaleństwach wakacji planujesz mały (albo duży) detoks, poczekaj z nim chwilę, żeby zaoszczędzić ciału szoku. Nie szarżuj. Na regulację rytmów dobowych Włosi polecają czerwone winogrona.

Powinność i pomarańcze

To, jak czujemy się po powrocie z wakacji, zależy w dużej mierze od tego, co zastajemy na miejscu. Czy jesteśmy zadowoleni z naszego życia. Oddalenie się od miejsca stałego zamieszkania to szansa na spojrzenie na swoje życie z nowej perspektywy. Wyłapanie tego, co być może kwalifikuje się do poprawki. Niektóre odkrycia mogą zbić cię z tropu. Potraktuj je jako szansę na rozwój. Daj sobie chwilę na refleksję, na oddech. A potem zdecyduj, czego chcesz naprawdę...

À propos rozwoju – taka myśl dr Annalisy Di Giacomo na temat powinności i przyjemności, które psycholożka z Agrigento traktuje jako dwie strony tego samego medalu. „Powinność i przyjemność powinny koegzystować w harmonii i jeśli w naszym umyśle zakorzeniło się przekonanie, że jedna może przeważyć nad drugą, zaczynamy działać wbrew naszemu rozwojowi i dobremu samopoczuciu” – twierdzi Sycylijka. Z drugiej strony... Żyjemy w społeczeństwie, które cierpi na wiele dolegliwości i niewygód. I na każdą istnieje co najmniej jedno remedium. Brakuje ci słońca? Weź witaminę D, doświetl się. Jesteś smutna? Obejrzyj komedię! Otóż czasem też można nie robić nic. Dać sobie prawo do smutku, dostrzec jego piękno. Zaakceptować. W ślad za tym przyjdzie akceptacja życia, w którym wszystko polega na zmienności, na cyklach.

Mamy skłonność do sztywnych podziałów: coś jest dobre, a coś złe, coś przyjemne, a coś wręcz przeciwnie. Tak zwana codzienność nie jest szczególnie wysoko punktowana na tej skali. A przecież – nie oszukujmy się! – przedłużane w nieskończoność wakacje też musiałyby spowszednieć. Może więc warto odczarować ten mit codzienności, do której przyczepił się epitet „szara”. Tak naprawdę możesz ją pomalować na dowolny kolor... Na przykład pomarańczowy.

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety nie chcą być liderkami? Pytamy Wojciecha Eichebergera

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Sheryl Sandberg, dyrektorka ds. operacyjnych Facebooka, pyta, co mamy powiedzieć córkom, żeby chciały nimi być? Podpowiada trzy strategie. Siadaj przy stole, nie na brzegu krzesła za plecami mężczyzn. Bądź w partnerskim związku i „nie odchodź, zanim nie dojdziesz”, czyli nie rezygnuj z ambicji, bo chcesz mieć dziecko. Proste, czemu więc tego nie robimy? – odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

„Dlaczego nie stajemy się podobne do naszych ojców i robimy to, co nasze matki, choć mamy prawo być ambitne, chcieć władzy i kasy”, pyta Susan Pinker w książce „Paradoks płci”. I odpowiada: ilość kobiet liderek nie wzrasta, bo kobiety nie chcą nimi być i mają do tego prawo.

Układ przyczyn, dla których kobiety nie pchają się na szczyt, jest złożony. Podstawowe w tej mozaice powodów wydaje się to, że emancypujące się kobiety startują w dyscyplinie wymyślonej i kontrolowanej przez mężczyzn. Są zmuszone działać w świecie, którego reguł nie współtworzyły, którego kultura i struktura od zarania nacechowane są męskim sposobem rozumienia świata. Dotyczy to nie tylko reguł rządzących biznesem, lecz także sacrum, gdzie mężczyźni okazują się twórcami i zarządcami wszystkich religijnych doktryn. Podobnie jest z historią napisaną przez mężczyzn, o mężczyznach, dla mężczyzn. Większość organizacji społecznych, politycznych, międzynarodowych ma strukturę wyrażającą męskiego ducha odgraniczenia, hierarchii, ekspansji, agresji, potęgi, konkurencji i wyłączności. W urbanistyce miast i przestrzeni publicznej dominują przejawy męskiej potrzeby porządku, kątów prostych, wyrazistych podziałów, przejrzystości, sztywności, kontroli i wysokości.

Bo męskie jest wysokie, twarde, szybkie, określone. Większość naszego świata ma zapach męskiej siłowni, pola bitwy albo gangsterskiego filmu: spaliny, przemoc, pot, krew, sperma i pieniądze. To nie jest świat kobiet. Kobiety instynktownie przeczuwają, że nie sposób grać na męskim boisku w męską grę i pozostać sobą.

Pinker pisze, że idąc za męskim rozumieniem sukcesu, kobieta traci swoją duchowość. Zaangażowanie w męski świat kobietę zmienia, czyni bardziej męską: podnosi poziom testosteronu, zaburza miesiączkowanie, zmienia styl zachowań seksualnych (gotowość na szybki seks bez zobowiązań), zmniejsza nasilenie potrzeb macierzyńskich i rodzinnych (łatwiej zostawić pod cudzą opieką czepiające się spodni – już nie spódnicy – dziecko). Przyznaje się do tego Sheryl Sandberg. Korporacyjna kobieta upodabnia się do mężczyzny: spodnie, marynarka, krawat, krótkie włosy, wąskie biodra. Na męskim boisku obowiązuje męskie ciało i męski kostium. Sukces też jest zdefiniowany po męsku: władza, znaczenie, bogactwo, dominacja. Gdyby kobiety tworzyły ten system, to byłby on inny. Psychologowie zaobserwowali istotne różnice między zachowaniem chłopców i dziewczynek podczas zabaw. Wybrano dzieci w wieku od półtora do dwóch i pół roku, aby wykluczyć wpływ wychowania, kultury, i okazało się, że bawiące się na plaży dziewczynki spontanicznie tworzą z piasku struktury poziome, otwarte, mozaikowe, amorficzne. Natomiast chłopcy starają się budować wzwyż, tworząc struktury sztywne, geometryczne, odgraniczone. Dziewczynki zwracały uwagę na przedmioty miękkie, kruche, lekkie i organiczne (tkaniny, sznurki, rośliny, muszelki), a chłopcy – na sztywne, twarde, ciężkie, ostre (patyki, kamienie, deseczki, metal). Tak więc wiele wskazuje na to, że wprawdzie obie płcie mają wspólny egzystencjalny fundament, ale są nastawione i uwrażliwione na różne aspekty tego świata i w odmienny sposób tworzą i wpływają na otoczenie. Te różne wrażliwości przejawiają się we wszystkim, co nas otacza, i we wszystkim, co nam się przydarza, pozostając w nieustannym procesie poszukiwania równowagi. Ich harmonijna współobecność decyduje nie tylko o architekturze przyrody, lecz także o jakości i przydatności dzieł ludzkich – zawiera się we wszystkich arcydziełach i cudach świata.

Dzisiaj kobieta nieukierunkowana na tzw. sukces uznawana jest za zakompleksioną, wymagającą pomocy. Aktywistki chciałyby obudzić jej ambicje, zdolności do walki i rywalizacji. Nie ma nic złego w tym, że kobieta jest zdolna do asertywności, walki i rywalizacji. To konieczny etap procesu wychodzenia z kompleksu ofiary. Niech na tym etapie dziewczynki, które w dążeniu do sukcesu, w przebojowości i zainteresowaniach upodabniają się do chłopców, będą wyróżniane i nagradzane. Każdy człowiek bez względu na płeć powinien te przydatne możliwości posiadać. Groźne jest pojmowanie emancypacji jako upodabniania się do mężczyzn, bo w ten sposób kobiety nieświadomie wzmacniają patriarchalny system. Jeśli ten proces zakończyłby się sukcesem, to zapanowałby femipatriarchat – męski system zarządzany przez zmaskulinizowane kobiety, a podtrzymywany przez sfeminizowanych mężczyzn. To, co się dzieje z kobietami, nie jest emancypacją, jest zakamuflowaną rekrutacją najemniczek do armii rządzonej przez mężczyzn, którzy nie mają zamiaru władzy oddać ani się nią dzielić. Kontrolują ten proces rekrutacji, podejmując propagandowe pseudoreformy, które mają sprawić wrażenie, że dopuszczają kobiety do rządzenia, lecz ich celem jest tylko zachęcenie najemniczek do ustawiania się w kolejkach do biur werbunkowych. Mężczyźni mają zdecydowaną większość we wszystkich gremiach ustawodawczych, politycznych, zarządczych, religijnych, finansowych. Oni rządzą światem.

Tam, gdzie są wielkie pieniądze, nie ma kobiet, bo co to jest trzy, dziesięć procent. Oglądałem wstrząsający amerykański film „Chciwość”. Pokazuje, jak funkcjonują instytucje finansowe i w jaki sposób doprowadzają same siebie i swoich klientów do upadku. Wśród głównych bohaterów jest tylko jedna kobieta, najemniczka, która chcąc grać na męskim boisku, musi grać najbardziej nikczemnie i stylizować się na tzw. zimną sukę. Służy wiernie, lecz płaci wielką cenę – na koniec dnia wymiksowana z podziału łupów zostaje kozłem ofiarnym rzuconym akcjonariuszom na pożarcie. Pouczająca historia.

Nowa fala feminizmu – jak się zdaje – zrodziła się z takich obserwacji. Dlatego proponuje kobietom rozwijanie ich prawdziwych potrzeb i przyrodzonego potencjału. Mądry feminizm nie polega już na tym, by upodabniać kobiety do mężczyzn i zajmować miejsce w ich świecie, lecz zachęca do budowania niezależnego, komplementarnego świata, który wymusi na patriarchacie poszukiwanie równowagi i doprowadzi do radykalnej zmiany. Aby do tego doprowadzić, niezbędny jest parytet 50 na 50, czyli wprowadzanie do gremiów rządzących równoważnej liczby kobiet – by miały realny wpływ na podejmowane decyzje. Gdy w tych gremiach będzie połowa kobiet, to szybko nastąpią zmiany w strukturze i kulturze organizacji tak dopasowujące to środowisko do potrzeb kobiet, że nie będą już musiały przeistaczać się w zimne suki, by w nim przetrwać. Mam nadzieję, że gdy to nastąpi, świat zacznie wracać do równowagi i harmonii.

Feministki domagają się parytetu. Złości je Pinker, która mówi, że kobiety z wyboru nie chcą iść w górę. Może dlatego, że kobiety raczej nie tworzą struktur pionowych i hierarchicznych, źle się w nich czują. Preferują struktury poziome, zawierające, a nie wykluczające. Ale wygląda na to, że na tym etapie przemian awangarda kobiet musi poświęcić swoją kobiecość, by przebić szklane bariery zewnętrzne i wewnętrzne i dokonać desantu na męskie gremia decyzyjne. Ta prawdziwie wallenrodowska misja może się udać tylko wtedy, gdy w tajemnicy ochronią w sobie jakiś podstawowy zestaw kobiecych cech i poczucie solidarności z resztą przedstawicielek swojej płci, którym torują drogę. Na razie ta sprawa nie wygląda najlepiej. Na przykład w sejmie kobiety grają w męskiej orkiestrze, nie potrafią się dogadać, solidarnie, ponad ugrupowaniami głosować za lub przeciw jakiejś ustawie. Bardziej się czują członkiniami męskich partii niż kobietami. Jakby nie wiedziały, że wszystkie partyjne ideologie – może poza tą zielonych – są emanacją męskiego oglądu świata.

Czyli dalsza prokobieca zmiana świata jest nierealna? Jest nadzieja, że kolejne pokolenie kobiet, czyli córki Wallenrodek, będzie potrafiło myśleć inaczej i pozwoli sobie na większą niezależność, będzie je stać na odwagę w artykułowaniu kobiecych potrzeb i kobiecego systemu wartości. Może kobiety będą już mogły realnie wpływać na to, co się dzieje na świecie. To ważne, bo mężczyźni są z natury antydemokratyczni, dążą do zwiększania kontroli, centralizacji władzy. Nie lubią konfederacji i dogadywania się ponad granicami. W głębi duszy są więc antyeuropejscy. Bo UE jest konceptem poziomym, kobiecym kręgiem, amorficzną strukturą wykreowaną przez dziewczynkę na plaży. To zostawia mężczyznom za mało okazji i przestrzeni na budowanie w górę, na falliczne pomniki ich władzy. Można powiedzieć, że kobiety – jeśli nie zostały wcześniej zdeprawowane przez męskie ideologie – są naturalnymi strażniczkami demokracji, która jest zagrożona przez męskie gry, wojny i ambicje.

To, co mówisz, jest w sprzeczności z tym, co zwykle piszemy, że mężczyźni tracą męskość przez wzrost niezależności kobiet. Samotne matki często psychicznie kastrują synów. Ale właśnie dlatego spora część tych synów przez resztę życia chce udowodnić sobie i światu, że są prawdziwymi mężczyznami. Wtedy ostentacyjnie wyrzekają się dziedzictwa matki. Kreują się na supersamców alfa i pną się – za wszelką cenę – do władzy. Są organicznie antykobiecy, bo doświadczenie z kastrującą matką sprawia, że boją się kobiet. Tak rodzą się domowi, rodzinni, mafijni, firmowi, partyjni i polityczni tyrani. Mężczyźni, którzy walcząc o swoją utraconą męskość, wyzbywają się serca, wrażliwości i sumienia, wykreowują groźną karykaturę męskości. Wśród rządzących światem było i jest wielu takich. Ale są też mężczyźni, którzy posłusznie spełniają życzenie kastrującej matki, nigdy nie dorastają i zostają z nią na zawsze – stając się jej utrapieniem i karą.

Na szczęście jest wielu mężczyzn, którzy nie należą do żadnej z tych kategorii. Oni rozumieją, cenią demokrację, są mądrymi liderami, potrafią współpracować z ludźmi obu płci, są zorientowani na wykonywanie zadań i osiąganie celów, a nie na eksponowanie męskiego ego, chcą i potrafią znaleźć czas na rodzinę i korzystać z życia. Aby ten gatunek wytrwał na pozycjach władzy i wpływu, musi ulec zmianie dominujący system wartości. Bo ci mężczyźni nie chcą i nie potrafią iść na moralne kompromisy po to, aby utrzymać władzę. Dochodząc do pewnego poziomu władzy, mężczyźni stają się więźniami systemu, który tworzą. W pogoni za władzą nie wahają się odrzucić lojalności, miłości, współczucia, honoru, sumienia, a nawet zwykłej przyzwoitości. To psychopatia – choroba duszy. Przez ostatnie dwa dziesięciolecia rozprzestrzenia się z ogromną szybkością. Od czasu „Pulp Fiction” chorzy na duszę stali się ikoną popkultury i wzorcem osobowym. Wynikające z wczesnych, wielokrotnych doświadczeń upokorzenia nadmierne ambicje tych ludzi są bombą zegarową, która może wysadzić świat.

Co więc nasz świat może uratować? Jedyna nadzieja w tym, że kobiety – po raz pierwszy w historii – tworzyć będą alternatywny świat, który zmusi świat męski do negocjacji i poszukiwania równowagi. Żeby to się stało, ich zbiorowa podświadomość musi przełamać niepojmowalnie głęboką i tragiczną traumę stosów czarownic. Wtedy dopiero przestaną się bać być różne od mężczyzn i w pełni rozwijać swój potencjał. Wschód nowego feminizmu wskazuje, że ten proces trwa i się nasila. Gdy wolne kobiety zaczną znacząco wpływać na kształt społecznej tkanki, inaczej wychowywać synów i córki, z innej pozycji – ani z wrogiej, ani z poddańczej – wchodzić w związki z mężczyznami i zajmować 50 proc. miejsc tam, gdzie podejmowane są ważne decyzje, to wtedy świat zacznie się zmieniać w dobrym kierunku.

Jak kobiety mają to zrobić?! Uruchamiając tysiące drobnych i większych akcji oraz działań. Tworząc stowarzyszenia, grupy, inicjatywy podejmowane w konkretnych życiowych sprawach. Z czasem pojawią się lokalne liderki wyłonione przez kobiety. A potem – jeśli liderki będą chciały – niech kobiety pomogą im trafić wyżej, niech je wspierają i na nie głosują. A one muszą się zdobyć na odruchy kobiecej solidarności i głosować na rzecz praw i wartości kobiet, a to znaczy wyzwolić się z męskiego myślenia ideologicznego i partyjnego. Może trzeba będzie na jakiś czas reaktywować pomysł stworzenia Partii Kobiet. Niech kobiety nabiorą odwagi tworzenia świata na kształt wielobarwnej, organicznej, przekształcającej się mozaiki, jak dziewczynki bawiące się na plaży. I już.  

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek,  współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  1. Psychologia

Perfekcyjne macierzyństwo - dylematy współczesnych matek

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Współczesna matka ma poczucie porażki, gdy dziecko nie mówi w wieku pięciu lat po angielsku, nie jeździ konno, jest grube albo chude. O tym, jak dałyśmy się zapędzić w perfekcyjne macierzyństwo, opowiada socjolożka, profesor Anna Giza-Poleszczuk.

Czym młode matki różnią się od matek pani pokolenia? Pierwsza różnica to wchodzenie w macierzyństwo. Kiedyś jak rodziło się dziecko i matka przychodziła z nim do domu, to nagle roiło się tam od kobiet. Wpadała babcia, teściowa, kuzynka, siostra. Kobieta była wprowadzana do macierzyństwa przez inne kobiety. To było społeczne wydarzenie. Kładło się ją spać, ktoś inny zajmował się dzieckiem, udzielało jej się rad wynikających z doświadczenia. Natomiast dzisiaj kobieta wraca do domu tylko z mężczyzną i dzieckiem.

Bo jej mama jest zupełnie w innym mieście? Jej rodzina jest rozsiana gdzieś po Polsce. A nawet jak jest blisko, to jednak daleko. Ostatnio miałam rozmowę z młodą dziewczyną, która urodziła pierwsze dziecko i od razu zapowiedziała swojej matce i teściowej, że nie chce ich widzieć. Że chce wrócić do domu i być sama z dzieckiem i mężem. Nawet jeżeli to starsze pokolenie jest dostępne, to ono już nie jest godne zaufania. I to jest ta druga różnica – macierzyństwo stało się medyczno-naukowe. Do macierzyństwa wdraża nas psycholog, terapeuta, pediatra, położna ze szkoły rodzenia, a nie jacyś amatorzy. W badaniach społecznych nazywa się to odbieraniem macierzyństwa środowisku społecznemu. Rodzicielstwo stało się umiejętnością nabytą, którą zdobywamy poprzez czytanie książek, na warsztatach i kursach różnego rodzaju. Kiedyś noworodka witało się z dużą ciekawością w domu, bo tkwiło w nas założenie, że dziecko jest już jakieś, że ono przynosi ze sobą coś określonego, w miarę gotowego, co musi się ujawnić.

A teraz już tak nie jest? Nie, dziecko od samego początku jest zadaniem do wykonania. Powinno dostawać do norm rodziców, spełniać nasze oczekiwania. Od razu patrzy się na dziecko w sposób zobiektywizowany, mamy różne „programy”, odniesienia. Dziecko to jest taka walizka, którą my musimy zapakować i przygotować do życia. Jedna z moich studentek zrobiła analizę treści porad dla przyszłych matek. „Jeśli planujesz zajść w ciążę, to się do tego przygotuj. Już dwa tygodnie wcześniej zrelaksuj się, żeby poczęcie odbyło się w miłej atmosferze, bo to jest wdrukowanie osobowości dziecka. Jak jesteś w ciąży, bacz, co robisz, bierz witaminy. Słuchaj odpowiedniej muzyki”. To straszenie matek konsekwencjami ich postępowania. W jednym z analizowanych artykułów była sugestia, że jak matka w ciąży dużo płacze, to może urodzić dziecko z zespołem Downa. Zawsze się uważało, że kobieta w ciąży nie może pić czy palić, ale to jest dosyć oczywiste. W tych pseudoporadach mówi się o kwestiach emocjonalnych. Kiedyś matka była odpowiedzialna za rzeczy fizyczno-pragmatyczne. Moja babcia uważała, że jak dziecko jest czyste, nakarmione, chodzi do szkoły, a nie na wagary, i przynosi jako takie stopnie, to matka mogła być z siebie dumna. Bycie dobrą matką było proste.

A jak się ten repertuar rozbudował? Coraz częściej kwestie bytowe zdejmuje nam z głowy marketing. Producent ugotuje za nas zupkę, dostarczy jednorazowe pieluchy. Współczesna matka jest odpowiedzialna za rozwój psychologiczno-emocjonalny dziecka, którego nie da się zmierzyć. Innymi słowy, o ile łatwo odhaczyć, czy syn umył zęby, czy nie, o tyle trudno wieczorem stwierdzić, czy jest szczęśliwy i spełniony. Czy ja, matka, odkryłam jego wewnętrzny potencjał? Czy on, kurczę, powinien jeszcze grać w rugby? W związku z tym kobiety mają emocjonalną sinusoidę. Raz im się wydaje, że są dobrymi matkami, za chwilę – że beznadziejnymi.

A wy tego nie czułyście? A skąd! Kobiety dbały o swoje dzieci i przeżywały różne dylematy, ale nie w ten sposób. Ja pamiętam radę, jakiej mi udzieliła babcia: „Aniu, pamiętaj, dziecko jest człowiekiem i musisz je szanować. Ale ty też jesteś człowiekiem i dziecko też cię musi szanować. Więc jeżeli boli cię głowa, a ono akurat postanowiło walić kijkiem w blaszak, to po prostu ma tego nie robić”. Kiedyś była większa równowaga, teraz rodzice są przystawką do dziecka. Wszystko jest naszą winą, naszą odpowiedzialnością.

Przykład? Byłam w odwiedzinach u młodej matki. W salonie stał nocnik z kupą. Moja znajoma podaje herbatę, ciasteczka, a kupa stoi. A ja mówię: „Słuchaj, a to?”. Ona: „Wiesz, co ja wyczytałam? Kupa to jest cząstka dziecka tożsamości, dziecka dzieło. Nie możesz mu pokazać braku szacunku i po prostu jej wyrzucić”.

Czy to nie jest tak, że my przeraźliwie boimy się być toksycznymi matkami. Nawet nie złymi, ale właśnie toksycznymi. Tak, dziewczyny są naprawdę zastraszone. Efekt jest taki, że młode kobiety boją się zostawać matkami. Nie dlatego, że nie mają pieniędzy, tylko wyczuwają ogromną odpowiedzialność. Poza tym został zdewaluowany przekaz tradycji – dziadkowie są źli, to ci, którzy przegrzewają dziecko. A współczesnej matce odebrano wszystkie naturalne kompetencje do wychowania dziecka i zostawiono poczucie winy. Kiedyś wierzono, że kobieta ma naturalne odruchy, które jej pomogą, gdy stanie się matką.

Było nawet coś takiego jak instynkt macierzyński. Już dawno go nie ma. „To jest produkt kulturowy, bardzo zły”. Tak to się pozycjonuje, że kobieta nie wie nic, nie potrafi wziąć dziecka na ręce, dotykać go, myć, przewijać. Musi się tego wszystkiego nauczyć. Kobiety dały sobie wmówić, że nic nie potrafią, ale mają do wykonania zadania – muszą wychować geniusza, obudzić w nim olbrzyma itd.

I za zdobycie tych wszystkich umiejętności płacą. Robi się przepaść życiowa, muszą na to wszystko zarobić, więc nie mają czasu na bycie z dzieckiem i robienie ludzików z kasztanów. Kiedyś moja znajoma pracująca w korporacji była na zwolnieniu i poszła ze swoimi bliźniaczkami na spacer. Usiadła przy piaskownicy, panie na nią spojrzały i powiedziały: „O, dziewczynki mają nową nianię”. Niezwykle to przeżyła, ponieważ to trafiało w sedno jej dylematu – spędzała całe dnie w korporacji, żeby wynająć nianię dla swoich dzieci, żeby być dobrą mamą. Żeby ją było stać na te wszystkie gadżety, które są podobno niezbędne do wychowania dziecka.

Paradoks polega na tym, że im więcej pracujemy, tym więcej wydajemy. Niania kosztuje 19 tysięcy złotych rocznie. Tak, ale z drugiej strony – znalazłyśmy się w pułapce bez wyjścia, ponieważ świat kobiet opustoszał. Matka, która idzie na urlop macierzyński, staje się więźniem własnego dziecka. Nie ma dokąd pójść, nie ma co ze sobą zrobić. Nagle okazuje się, że gdzieś tam świat się kręci, a ona siedzi z dzieciakiem w domu jak głupia. Kiedyś kobiety włóczyły się bandami. Chodziłyśmy z maluchami do kuzynki, koleżanki, siostry. Pamiętam, że podrzucałyśmy sobie nawzajem dzieci. Nie siedziałyśmy w tych grodzonych osiedlach, były rozwinięte sieci społeczne.

Teraz te kontakty zastępujemy produktami i płatnymi usługami. Macierzyństwo się sprofesjonalizowało i skomercjalizowało, a branża dziecięca to jeden z większych przemysłów na świecie. Teraz jak się otwiera drzwi pokoju dziecięcego, to zalewa nas lawa zabawek. Pamiętam, że mój syn dostał wiele lat temu klocki Lego. To nie był żaden komplet, tylko kilkanaście elementów, które ktoś nam przysłał z Zachodu. Jaki to był skarb, każda palemka w tych klocuszkach, każdy kwiatuszek był przez niego szanowany. Na zabawki trzeba było wówczas zasłużyć. Dziś nie wiadomo, co kupić dziecku, bo ono wszystko ma.

Jak jeszcze zmieniła się pozycja dziecka w rodzinie? Dziecko stało się wehikułem spełnienia wszystkich naszych zadań, aspiracji, co powoduje, że zamęczamy i przeciążamy je lekcjami dodatkowymi. Wyścig o rangę społeczną przeniósł się już chyba do żłobka. Słyszałam, że matki na zebraniu w sprawie założenia żłobka pytały, czy dzieci będą uczone angielskiego. Zaczynam sobie zadawać pytanie, czy myśmy wszyscy po prostu nie oszaleli. To, co dziecku jest potrzebne w myśl mojego tradycyjnego światopoglądu, to dużo serdeczności, czułości i poczucie bycia użytecznym. Dla mnie najbardziej uderzające jest to, że dzieci dzisiaj nie mają żadnych obowiązków domowych. Oczywiście, myśmy z siostrą jęczały pod rządami „megatoksycznej” matki, bo trzeba było posprzątać i pójść po zakupy, zrobić pranie, ale jednocześnie miałyśmy poczucie, że jesteśmy potrzebne w domu. Nasz dom, nasza rodzina były wspólnym przedsięwzięciem. A dziś dziecko jest…

Księciem? Też nie do końca, bo ma przecież obowiązki, chiński i angielski od przedszkola. Teraz dziecko powinno błyszczeć, być najlepsze w klasie albo przynajmniej bardzo dobre.

Czy to nie jest tak, że jeżeli ktoś nam daje jakąś propozycję udoskonalenia naszego macierzyństwa, to my zawsze z niej skorzystamy? Czytałam wspaniałą książkę amerykańskiego etyka medycyny, filozofa Carla Elliotta: „Better than Well” [Lepiej niż dobrze]. Opowiada on o tym, że wiele procedur medycznych było wynajdowanych, żeby pomóc wąskiej grupie w nieszczęściu. Jest tam rozdział poświęcony historii ritalinu (lek stosowany np. przy ADHD). Powstał, żeby pomóc dzieciom, które miały problemy z koncentracją. W trakcie leczenia okazało się, że pośrednio prowadzi też do osiągnięcia lepszych wyników w szkole, więc matki zdrowych dzieci też zaczęły dawać im ritalin. Nagle stało się to powszechne i dzieci, którym rodzice nie dawali tego leku, zaczynały odstawać od grupy. Mówię o tym, bo trudno takiemu mechanizmowi nie ulec. Każdej matce chodzi o to, żeby dziecko poradziło sobie w życiu. Najgorszy koszmar dla rodzica to widzieć własne dziecko bez pracy, niekochane, sponiewierane, gdzieś na dnie. Wydaje mi się, że cała presja wywierana na matki trochę na tym żeruje.

Wydaje mi się, że we współczesne rodzicielstwo wpisany jest jakiś konkretny obraz. Oddzielny pokoik, wisząca karuzela nad kołyską, puszysty dywanik. To dzieciństwo ma być piękne i bogate. Nie chcemy, żeby było przypadkowe. Absolutnie tak. Młodzi ludzie myślą, że rodzicielstwo to jest monstrualne wyzwanie, do którego nie wiadomo, jak trzeba się przygotować finansowo i psychicznie. Nie mamy stałej pracy, więc zwlekamy, nie mamy mieszkania – czekamy. Ale jak sobie pomyślimy, w jakich warunkach kiedyś ludzie mieli dzieci, to perspektywa się zmienia. Moja mama zawsze mawiała, że na dziecko nie sposób się zdecydować racjonalnie. To zawsze jest taki element: „O, stało się”.

Dziś usłyszałaby, że takie nastawienie to jest nieodpowiedzialność. Tak, ale gdybyśmy mieli to sobie wszystko idealnie ułożyć, to byśmy tych dzieci nie mieli... Jakby narodzenie dziecka to była ruina życia. Musimy się wyrzec siebie, kariery, wolności, a nie myślimy, że po prostu przychodzi do nas mały przybysz.

Czy wasze pokolenie w ogóle zastanawiało się: „Czy stać mnie na dziecko?”. Nie. I tak było wiadomo, że własnego mieszkania doczekamy się po czterdziestce. 80 procent małżeństw mieszkało z rodzicami. Medycyna też była mniej rozwinięta, więc kobiety nie miały tego złudzenia, że mogą urodzić po czterdziestce. Jak ja rodziłam swojego syna w szpitalu, mając 25 lat, to mówiono o mnie „stara pierwiastka”. Trzeba dodać, że w czasach mojej młodości nie było tak szeroko dostępnych środków antykoncepcyjnych. W związku z tym myśmy musiały liczyć się z tym, że dziecko może się przytrafić. Dziś mamy pokolenie młodych kobiet i mężczyzn, którzy nie znają dzieci.

Zastanawiam się, jak zachować zdrowy rozsądek przy tych rosnących oczekiwaniach wobec współczesnych rodziców? Pokładam duże nadzieje w ruchu minimalistów i  świadomych konsumentów, bo to się łączy z  rodzicielstwem. Najważniejsze jest to, żeby nie stracić kontaktu z  samym sobą. Zadawać sobie pytania: Co ja czuję? Czego chcę? Kim jest moje dziecko? Czego potrzebuje? Ponieważ kiedy wszystkie dzieci w wieku dziesięciu lat mówią po angielsku, to to przestaje mieć znaczenie. Może w przyszłości wygrają osoby, które będą umiały ograniczyć swój apetyt, uśmiechnąć się do kogoś. Trudno powiedzieć, świat stał się bardzo nieprzewidywalny.

Anna Giza-Poleszczuk profesor, specjalizuje się w temacie socjologii rodziny i więzi społecznych, w latach 2012-2019 prorektor Uniwersytetu Warszawskiego, autorka wielu książek i pomysłodawczyni uniwersyteckiego żłobka. Oprócz rozwijania kariery naukowej zajmuje się wnukami.

  1. Psychologia

Ciężki powrót do rzeczywistości po urlopie. Jak sobie z tym poradzić?

Nie wyrzucajmy sobie po urlopie, że jesteśmy w takim, a nie innym miejscu, niezadowoleni.  (Fot. iStock)
Nie wyrzucajmy sobie po urlopie, że jesteśmy w takim, a nie innym miejscu, niezadowoleni. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Powrót do pracy (i rzeczywistości) po urlopie to niekiedy bardzo twarde lądowanie. I nie chodzi tylko o przełączenie się z trybu „wypoczynek” na „aktywność”. Jeśli po kilku dniach harówki w biurze, ogarniania domu i stania w korkach już nie pamiętasz, że coś takiego jak wakacje w ogóle się zdarzyło, ten temat jest dla ciebie.

Pamiętam dobrze ten powakacyjny stan – wspomina Hanna, 38 lat, do niedawna dziennikarka w portalu internetowym. – Koniec sierpnia, a ja idę pierwszy raz po urlopie do pracy. Mam dużo energii, jestem zachwycona, przekonana, że moje życie będzie teraz wyglądało inaczej. Jeszcze tego samego dnia szefowa podcina mi skrzydła. Stresujące zebranie, chamska odzywka w stylu: „Ja tu decyduję, ty zajmij się wypełnianiem moich poleceń”. Wracam do domu załamana. Tydzień później nie pamiętam już o wakacjach. Znów jestem chomikiem w kołowrotku. Zmęczona, bez energii, z poczuciem, że potrzebne mi natychmiast kolejne wolne. Co więcej, sytuacja w pracy wydaje mi się normalna. Wszyscy przecież tak żyją. Pytam nawet koleżanek: jak długo macie energię po wakacjach? Większość ma podobne doświadczenia do mojego. Tylko jedna mówi: „Wracam naładowana, chcę pracować i starcza mi mocy na długo”. Ta jedna ma własną działalność. Jest projektantką wnętrz. Robi to, co kocha.

– To rzeczywiście bardzo częsty pourlopowy scenariusz – mówi Agnieszka Mościcka-Teske, psycholożka i psychoterapeutka. – Na urlopie analizujemy, wyobrażamy sobie, jak wiele zdziałamy po powrocie. Ale potem okazuje się, że wracamy do punktu wyjścia. Dlaczego tak jest? Z dala od codzienności rozumiemy lepiej nasze potrzeby, czujemy, które nie są zrealizowane. Wtedy postanawiamy, ze coś zmienimy. Postawimy granicę szefowej, zawalczymy o awans, być może zaczniemy szukać czegoś nowego. Ale potem wracamy i widzimy, że nikt poza nami nie chce się buntować. Współpracownicy podporządkowują się regułom. Nasz gniew powoli mija, o potrzebach zapominamy. Ale to zapomnienie jest pozorne.

Planujemy urlop, ale czasu po urlopie już nie

-Nawet osoby, które lubią swoją pracę, mogą mieć spadek energii i kiepski humor po powrocie z urlopu - mówi Karolina Rybus-Przeniosło, coach, doradca marki osobistej. - Wynika to między innymi z tego, że zapominamy zatroszczyć się o swój komfort po urlopie. Dbamy o to, żeby dobrze spakować walizkę, ale już nie myślimy o tym, żeby ważne spotkania załatwić przed urlopem. Przekładamy na później. W efekcie po powrocie od razu musimy mierzyć się z zaległymi sprawami. Do tego nie dajemy sobie czasu na aklimatyzację. Mam klientki, które potrafią prosto z lotniska pojechać do pracy. A przecież organizm potrzebuje czasu na przestawienie się z jednej rzeczywistości na drugą. Jeśli jeden, dwa dni po powrocie zostaniemy w domu - doświadczymy mniejszego szoku.

-Rzeczywiście zauważyłam coś takiego - twierdzi Hanna. - Często wracaliśmy z mężem z wakacji wieczorem. Rano przeżywaliśmy szok. Niewsypanie i zbyt szybka konfrontacja z rzeczywistością. Nawet on, który rzadko narzeka, potrafił powiedzieć: "Co za koszmar, ta moja robota".

Mamy kiepską organizację czasu

Zdaniem psychologów Polacy nie potrafią odpoczywać. Aż 70% podczas urlopu, zamiast ładować akumulatory, myśli o pracy. Z kolei w pracy często zajmujemy się nie tylko służbowymi obowiązkami. Mimo że uchodzimy za pracoholików (spędzamy w biurze ponad 1900 godzin rocznie), nie jesteśmy efektywni. Według badań firmy Sedlak&Sedlak 69% Polaków korzysta z Internetu w pracy w celach prywatnych. Co czwarty przeznacza na to 6 godzin tygodniowo, czyli ponad godzinę dziennie. Internet nie jest jedynym rozpraszaczem uwagi, bo 49% Polaków robi zbyt częste przerwy na kawę, 38% spędza czas na rozmowach telefonicznych, a 34% plotkuje.

-Wcale mnie to nie dziwi - mówi Magda, trzydziestolatka. Jest asystentką w dziale finansowym dużej firmy. - U nas panuje obsesja "siedzenia". Są dni, gdy mam mniej do zrobienia, ale mimo to nie mogę wyjść wcześniej czy pracować z domu. To co mam zrobić? Przeczesuję Internet, gadam z koleżankami na Facebooku. Dużo lepiej bym się czuła, gdybym po prostu mogła sobie pójść. Przecież wiadomo, że następnego dnia odrobię ten czas.

-Plotki w pracy wykańczały mnie, ale jednocześnie nie potrafiłam się odciąć. A bo może mówią o mnie, może planują jakieś zmiany, a ja o tym nie wiem - opowiada Hanna.

-Nie chodzi tylko o tzw. marnowanie czasu - dodaje Karolina Rybus-Przeniosło. -Mamy przede wszystkim problem z tym, żeby ustalić priorytety, skupić się na rzeczach najważniejszych. Trudno jest w tym samym momencie pisać dobry raport, rozmawiać z klientem i rzucać genialnymi pomysłami na zebraniu. A często albo sami tego od siebie oczekujemy, albo oczekuje tego od nas szef. Dlatego bardzo ważne jest planowanie. Teraz robię to, za trzy godziny tamto. Koniec, kropka.

Wierzmy w multitasking

-Przed oczami mam taką scenę. Mazurskie jezioro, cisza, ja na leżaku. W ręku najnowszy skandynawski kryminał. Nikt niczego ode mnie nie chce, nie oczekuje. Nie gotuję, nie sprzątam, nie odpowiadam na tysiące pytań dzieci, nie uśmiecham się do współpracowników, nie muszę zajmować się czymkolwiek - opowiada Ewa, szefowa dużego działu w wydawnictwie. - Urlop to jedyny moment, kiedy mogę sobie pozwolić na zajęcie się tylko sobą. Gotuje mąż albo teściowa, jeśli wyjeżdżamy gdzieś dalej, jemy w knajpach. Z wakacji wracam naładowana. Po tygodniu czuję się wyczerpana. Pobudka o szóstej, próba ugotowania jakiegoś obiadu na potem, budzenie dzieci, odwożenie, w pracy obłęd, bo znów kogoś zwolnili, a zadania do wykonania zostają. Po południu odbieram dzieci, bawimy się i odrabiamy lekcje, wieczorem sprzątam, robię prania, o 22 siadam do komputera.

-Nadmiar obowiązków to główna przyczyna spadku energii - uważa Agnieszka Mościska-Teske. Sto, dwieście lat temu każdy miał określone zadania. Żona odpowiadała za dom, mąż za zapewnienie bytu, niania za wychowanie dzieci. Dziś większość z nas, szczególnie kobiet, zajmuje się wszystkim. W pracy też bierzemy na siebie więcej niż powinniśmy. Dodatkowy etat, zlecenie. W efekcie od rana do nocy mamy tylko obowiązki. Trudno tu mówić o regeneracji.

-Sama to przeżyłam - opowiada Karolina Rybus-Przeniosło. - Pracowałam w dużej firmie szkoleniowej, często wyjeżdżałam, mnóstwo czasu poświęcałam na pracę. Nawet na urlopie odbierałam telefony. Potem urodziłam pierwszego syna, próbowałam połączyć macierzyństwo z tak samo jak wcześniej aktywnym życiem zawodowym. Byłam coraz bardziej zła, zmęczona i nieszczęśliwa. W końcu odeszłam, założyłam własną firmę, też robiłam szkolenia, ale już na własny rachunek. Dziś nie wierzę w tzw. multitasking. Nie da się robić jednocześnie wielu rzeczy dobrze. Dlatego tak ważne jest pytanie: "Co jest moim priorytetem?", "Czy mam takie same priorytety jak mój pracodawca?". Kobiety, które do mnie przychodzą, często mówią: "Ale ja nie mogę niczego odpuścić". Z doświadczenia wiem, że "nie mogę" to najczęściej "nie chcę". Przyzwyczajamy się do określonego trybu życia i mimo że nam nie pasuje, nie potrafimy bądź nie chcemy go zmienić.

Nie umiemy się regenerować

-Do nadmiaru obowiązków dochodzi często niehigieniczny tryb życia. Brak snu, sportu, zła dieta - mówi Agnieszka Mościska-Teske.

Z raportu "Aktywność sportowa Polaków" opublikowanego przez TNS wynika, że co piąta osoba w przedziale wiekowym 25-29 lat ni uprawia żadnych sportów, a im jesteśmy starsi, tym gorzej. W grupie pięćdziesięciolatków prawie połowa nie wstaje z kanapy (cztery osoby na dziesięć).

-Długo nie potrafiłam wdrożyć sportu. Trochę ćwiczyłam z Chodakowską, rok temu zapisałam się na siłownię - opowiada Hanna. - Trener dawał mi wycisk, wychodziłam prawie na czworakach, potem rzucałam się na jedzenie. Teraz chodzę na basen i jeżdżę na rowerze.

-To ważne, żeby znaleźć taką formę ruchu, która będzie nam odpowiadała - twierdzi Agnieszka Mościcka-Teske. - Chodzenie na siłownię, gdy tego nie lubimy, tylko potęguje stres. Poziom kortyzolu rośnie, zamiast spadać. Ale aktywny tryb życia jest niezbędny do regeneracji. Do tego siedmio-, ośmiogodzinny sen i zdrowe odżywianie. Tylko tak uda nam się zachować stały poziom energii przez cały rok.

Mamy złe podejście do pieniędzy

-W pracy najbardziej mnie wkurzały pieniądze, a raczej ich brak - wspomina Hanna. - Wiedziałam, że szefowa zarabia co najmniej pięć razy tyle, a pracuję często za nią. Przełomem był moment, kiedy dowiedziałam się, że koleżanka z działu zarabia prawie dwa razy tyle co ja. Wtedy odważyłam się pójść po podwyżkę. Usłyszałam: "Nie mam budżetu". "Pewnie, że nie masz głupia babo", pomyślałam, "bo dałaś swojej koleżance wysoką pensję". Miesiąc później złożyłam wypowiedzenie. Zrobiłam to właśnie po krótkim urlopie.

Tylko jeden na stu Polaków jest zadowolony z tego, ile zarabia, i nie widzi potrzeby negocjowania pensji. Tak wynika z badania "Polacy mówią o płacy" przeprowadzonego dla TNS dla serwisu Pracuj.pl. Połowa z nas uważa, że mogłaby zarabiać więcej na tym samym stanowisku. - Pieniądze są jedynym wymiernym wskaźnikiem zaangażowania w pracę, poświęcania jej czasu - tłumaczy Agnieszka Mościcka-Teske. -Dlatego mają dla nas tak duże znaczenie. Określają naszą wartość, są motywacją. Ludzie, którzy nie zarabiają dobrze, a dużo pracują, czują się sfrustrowani.

Jednocześnie zdaniem Mościskiej-Teske , pieniądze są motywacją jawną, a według badaczy jest też obszar motywacji ukrytej. Bo pracujemy nie tylko po to, żeby zarabiać, nawet jeśli tak mówimy. Pracujemy też, żeby być w strukturze społecznej, mieć uporządkowany czas, określoną pozycję. To zaspokaja naszą potrzebę przynależności i ważności. Jeśli któraś z nich jest niezaspokojona, na przykład nie awansujemy - zaczynamy czepiać się pieniędzy. "Za mało zarabiam" - wydaje się krzyczeć głos w środku. Gdybyśmy się zastanowili usłyszelibyśmy, że krzyczy: "Chcę być ważniejsza".

- Jeśli nie lubimy swojej pracy, ale dobrze zarabiamy, frustrację wyładowujemy, wydając pieniądze - opowiada Karolina Rybus-Przeniosło. - Kupujemy mnóstwo niepotrzebnych ubrań, gadżetów do domu, wydajemy więcej na jedzenie i picie. Tak też było ze mną, gdy pracowałam w korporacji. Teraz wydaję mniej, a jeśli już zaszaleję, to raczej szarpnę się na dobre szkolenie, które mnie rozwinie zawodowo.

-A co jeśli nie można rzucić pracy, zmienić trybu życia? - zastanawia się Ewa.

-Jeśli ktoś tak mówi, to znaczy, że nie jest gotów na zmianę - twierdzi Agnieszka Mościcka-Teske. - Że koszty psychologiczne byłyby zbyt duże. Nie powinniśmy wiec wyrzucać sobie po urlopie, że jesteśmy w takim, a nie innym miejscu, niezadowoleni, a jednocześnie bez szans na zmianę. Zawsze jednak warto zrobić jedno: rachunek zysków i strat. On nie musi być racjonalny. Znam wiele osób, które godzą się pracować w bardzo raniącym otoczeniu, bo mieszkają w małym mieście i mają kiepskie perspektywy, a godziny pracy im odpowiadają, bo mogą odebrać dzieci z przedszkola. Jednak gdy frustracja się pogłębia, a mimo dbania o siebie wciąż brakuje nam energii - warto opracować plan. Jeśli nie do zrealizowania teraz, to za rok, dwa, pięć.

-Nasz największy błąd często polega na tym, że nie mamy dobrze sprecyzowanego celu. Pracujemy, żeby pracować. żyjemy z dnia na dzień. A to cel daje motywację i siłę do działania. Łatwiej nam będzie funkcjonować, gdy ustalimy, jakie mamy wartości i potrzeby, do czego dążymy - dodaje Karolina Rybus-Przeniosło.

Można to też ująć inaczej, głębiej. Zadać sobie pytanie: co nadaje mojemu życiu sens? Zwłaszcza wtedy, gdy ogarnia nas frustracja z powodu codziennej bieganiny. Bo jeśli biegniemy po coś istotnego, to może jednak warto. Ale tylko wtedy.

 

 

  1. Psychologia

Zwierzenia z umiarem, czyli jak rozsądnie obdarzać zaufaniem kolegów z pracy?

Zobacz galerię 1 Zdjęć
Luźna atmosfera w pracy sprawia, że z łatwością dzielimy się prywatnymi problemami ze współpracownikami. A tymczasem informacja, którą podajemy przy firmowej kawie, zaczyna żyć własnym życiem... - mówi menadżerka i coach Magdalena Wójcik. Jak więc rozsądnie obdarzać zaufaniem kolegów zza biurka?

Dziś panuje trend, żeby w pracy szybko się integrować z zespołem. W wielu organizacjach od razu mówi się sobie po imieniu. Poza tym chodzimy razem na obiad albo po pracy wpadamy do baru czy na siłownię. Zastanawiam się, czy ten przyspieszony proces socjalizacji nie wychodzi nam trochę na niekorzyść, bo nie jesteśmy w stanie poznać dobrze kolegi z pracy, zbudować wzajemnego zaufania, zanim się przed nim otworzymy.

Faktycznie na razie wychodzi to nam raczej na niekorzyść. Na rynku jest jeszcze wiele osób, które rozpoczynały pracę w czasach, gdy obowiązywała sztywna hierarchia i trudniej im się odnaleźć w takim przyspieszonym modelu socjalizowania się. To może zresztą mieć także znaczenie dla jakości pracy, bo niektórym łatwiej jest wykonywać polecenia osób, z którymi łączy ich bardziej formalny układ. Myślę, że ta amerykańska formuła bezpośrednich relacji w pracy będzie naturalna dopiero dla pokoleń urodzonych w latach 90. XX wieku i później... Dla pozostałych może być wymuszona i sztuczna.

W takim pozornie przyjacielskim środowisku granice są dość płynne.

No właśnie, mówimy nie o prawdziwych przyjaźniach, a o przyjaznych zachowaniach, czymś, co z angielskiego można by nazwać "friendsowaniem się:. Bycie na "ty", opowiadanie anegdot czy rozmowa o weekendzie przy kawie nie musi zmierzać do przenoszenia całej sfery domowej do biura, dzielenia się problemami osobistymi czy rodzinnymi. Oczywiście relacje w pracy są bardzo ważne, bo rzutują na zadowolenie z całej sfery zawodowej, ale warto pamiętać, że praca jest tylko urywkiem życia każdego z nas, a na głębokie rozmowy jest czas i miejsce w życiu prywatnym.

Oczywiście, zdarzają się sytuacje, że pracujemy razem z przyjacielem. I wtedy trzeba szczególnie wyraźnie i jasno wyznaczyć granice, bo nie można oczekiwać, że przyjaciel będzie robił coś za mnie... A jeszcze trudniej jest w sytuacji podległości służbowej, bo wtedy jeden z przyjaciół wyznacza zadania i rozlicza z nich tego drugiego. W takim wypadku najważniejsza jest szczera rozmowa, wyraźne określenie podziału pracy i odpowiedzialności, wzajemne uznanie swoich ról. To podstawa, nie ma co liczyć, że "coś się samo ułoży", bo tak się nie stanie, za to doprowadzamy do utraty przyjaciela.

Uważam też, że nie ma co okrywać takiej przyjaźni w zespole, bo to może tylko powodować domysły i prowadzić do dwuznacznych okoliczności. Sama jestem w podobnej sytuacji - pracuję z przyjaciółką, zdecydowałyśmy się na to bardzo świadomie. Wszyscy wiedzą, że się dobrze znamy, a kiedy przychodzi nowy pracownik do zespołu, od razu się o tym dowiaduje. Takie okoliczności są prawdziwą próbą dla relacji - jeśli nie była oparta na szczerości i zaufaniu, nie przetrwa...

Wspomniała pani o zaufaniu. W tym przypadku zaufanie budowały panie przez lata przyjaźni. A często jest tak, ze w mediach społecznościowych opowiadamy o bardzo osobistych, wręcz intymnych doświadczeniach, albo do każdego przy kawie narzekamy na pracę. 

Potem jesteśmy zdziwieni, że w firmie były zmiany, a ja nie awansowałem... I pojawia się pretensja: dlaczego? A wystarczy sięgnąć pamięcią do tego czasu, gdy podejmowano decyzję o awansach albo tuż wcześniej. Być może awansowała osoba, której wcześniej "nadawałem" na szefa, na organizację, mówiłem, że najchętniej bym stąd odszedł, albo ta osoba widziała, że ciągle przeglądam profil na Facebooku czy wyszukuję okazji w sklepach internetowych. I nawet jeśli mam odpowiednie doświadczenie i kompetencje, i moje CV wskazywałoby, że jestem odpowiednią osobą do awansu, to w jaki sposób ten ktoś może obdarzyć mnie zaufaniem, skoro poznał mnie już od tej niezbyt korzystnej z punktu widzenia organizacji strony? Jego zaufanie do mnie zostało nadszarpnięte, nie ma powodu, żeby uwierzył, że nagle się zmienię.

Dziś sami bardzo upubliczniamy nasze życie, publikujemy zdjęcia miejsc, w których byliśmy, potraw, które jedliśmy. Każdy ma do tego prawo, ale jednocześnie trzeba pamiętać, że przez pryzmat tego jesteśmy postrzegani przez pracodawców, bo nawet jeśli umieszczamy te informacje na profilu prywatnym, to ktoś może się tym podzielić w szerszym gronie.

Może warto zastosować zasadę ograniczonego zaufania?

Nie tylko ograniczonego, co ostrożnego. Pamiętajmy, że trzeba przewidywać konsekwencje swojego modelu dzielenia się informacjami z kolegami z pracy. To środowisko, w którym wszyscy mamy przydzielone jakieś funkcje. Te funkcje się zmieniają, więc powinniśmy mieć świadomość, że jeśli opowiadamy o sobie w biurze, to ta informacja zaczyna żyć własnym życiem. I może nam pomóc, a może też kiedyś zostać wykorzystana przeciwko nam. Zanim zaczniemy relacjonować swój intymny weekend podczas firmowego lunchu, dobrze zastanówmy się, czy chcemy, by ta historia wypłynęła kiedyś w innej sytuacji.

Oczywiście, w pracy również rodzą się fantastyczne przyjaźnie, ale jest tak wiele czynników warunkujących relacje służbowe, jak kariera czy finanse, że lepiej zostawić takie rozmowy na "po godzinach".

W pracy nieraz mamy też rozbieżne interesy. 

Oczywiście - dzisiaj pełnię pewną funkcję, a jutro mogę być gdzie indziej... Często zdarzają się rozłamy między kolegami z pracy, które są tłumaczone tym, ze po awansie komuś, kogo uważaliśmy za przyjaciela, woda sodowa uderzyła do głowy. A tymczasem chodzi o to, że w tej nowej roli nasz serdeczny do tej pory kolega został postawiony w innej sytuacji i musi rozwiązywać nowe problemy, a nie widzi nas u swojego boku, skoro wcześniej mówiliśmy wiele krytycznych rzeczy na temat firmy. Dlatego uważam, że najważniejsze to mieć zaufanie do siebie, postępować zgodnie z własnymi wartościami, z własną filozofią budowania relacji z ludźmi. I przede wszystkim nie oszukiwać samego siebie, że przecież pracuję uczciwie, podczas gdy w rzeczywistości spędzam czas na czynnościach, które odbierają ten profesjonalizm. Tego się nie ukryje!

A co może zrobić ktoś, kto pochopnie, jak się z czasem okazało, obdarzył kogoś zaufaniem, i tera chciałby się wycofać?

Jeżeli wplątaliśmy się w niezdrowe relacje, bo na przykład otworzyliśmy się za bardzo i to nam nie służy, ale nie chcemy zmieniać pracy, bo generalnie dobrze się nam pracuje - to trzeba działać delikatnie. Nerwowe ruchy, nagłe zerwanie kontaktu czy rezygnacja z pracy z dnia na dzień z jakiegoś niejasnego powodu - zostaną źle odebrane. Mogą zrodzić dociekliwość, doprowadzić do domysłów w zespole. Jeżeli będziemy stopniowo ograniczać kontakty, zmniejszać ich intensywność i powoli stawiać granice, to relacja wróci na odpowiednie tory. I będzie zdrowsza.

A co w sytuacji, gdy chodzi o relację szef-pracownik. Niektórzy ludzie mają skłonności do "uwiązywania" innych, choć pozornie działają tylko dla ich dobra. Zdarzają się i tacy szefowie. 

Tak, bywają osoby, które mają coś takiego w charakterze. I ujawniają to zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy. Takie relacje przypominają współuzależnienie w stylu: "jesteś cudowny, ale pamiętaj, kto pozwala ci się rozwijać". To trudniejsza sytuacja niż w relacjach koleżeńskich, ale mechanizm wycofywania się jest podobny. I znowu, odmawiać trzeba "na miękko", podając argumenty, oraz być konsekwentnym, nie poddawać się, bo taka osoba będzie próbowała utrzymać swoje wpływy. Jestem jednak przekonana, że jeśli szef ceni takiego pracownika, to będzie wolał, żeby został, a sobie znajdzie inną ofiarę... Chodzi o to, żeby ochronić siebie, ale i od siebie zaczynać zmiany, jeśli coś nie działa - zamiast poszukiwać winy w czynnikach zewnętrznych. W gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do zaufania sobie.

A co nam daje zaufanie do siebie? 

Spokój wewnętrzny i czyste sumienie. Dzięki temu możemy budować zdrowe relacje i prawdziwe przyjaźnie, o co dziś, w dobie przyjaciół z Facebooka, należy szczególnie dbać.