1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Jak cieszyć się z rodzinnych wakacji?

Jak cieszyć się z rodzinnych wakacji?

123rf.com
123rf.com
Początek wakacji to dla dzieci jeden z ulubionych momentów w roku. Dwa miesiące bez szkoły, wyjazdy do rodziny, kąpiele w jeziorze, wycieczki w góry... Ale dla rodziców oznacza to często skomplikowaną logistykę i ciągłe pakowanie na nowo bagażu. Jak poradzić sobie z wakacyjnym zamieszaniem i cieszyć się z nadchodzącego lata razem z dziećmi? 

Zapakuj tylko to, co potrzebne Na tygodniowy wyjazd z dziećmi zapakowałaś już trzy walizki, dwa plecaki i zastanawiasz się, czy bagażnik pomieści jeszcze dziecięce rowerki, parasole plażowe i karton z planszówkami… Czy naprawdę potrzebujecie tego wszystkiego? Ważne, żeby każdy miał się w co ubrać, ale zabieranie kilku zapasowych par spodni, dodatkowych polarów i kilku tubek kremu do opalania nie ma sensu. Rozpisz na kartce, czego zwykle używacie w tygodniu, a unikniesz zabierania ze sobą zbyt dużej ilości rzeczy. Zazwyczaj okazuje się, że i tak nie były potrzebne.

Miej zawsze pod ręką zdrowe przekąski Wakacje bez stresu to również takie, w czasie których nie dasz się zaskoczyć przez głód i spadek energii. Warto więc na wycieczkę lub dłuższą podróż przygotować odpowiednie drugie śniadanie oraz pożywne przekąski. Unikniesz w ten sposób jedzenia przypadkowych produktów kupowanych  na szybko w schroniskach czy przydrożnych budkach. Przygotowując posiłek pamiętaj, by był on bogaty w owoce i warzywa, niezbędne w zbilansowanej diecie. „Podczas wakacyjnych podróży szczególnie sprawdzą się 100% soki i musy. Pod względem zawartości składników odżywczych praktycznie nie różnią się od świeżych owoców i warzyw, z których zostały przygotowane, gdyż wbrew powszechnym opiniom nie zawierają dodanych substancji słodzących, konserwantów ani barwników, a dzięki wygodnym i poręcznym opakowaniom łatwo będzie nam je zapakować do plecaka czy torby plażowej. Mając je pod ręką, oszczędzimy trochę czasu na przerwy w podróży i poszukiwanie odpowiedniej przekąski”  – radzi Zuzanna Antecka, psycholog i dietetyk, ekspertka kampanii „Soki i musy – witaminy w SMART formie”.

Wrzuć na luz! Przez cały rok jesteś świetnie zorganizowana, odrabiasz z dziećmi lekcje, planujesz obiady na cały tydzień i martwisz się, żeby każdy domownik był zadowolony. I tak przez cały rok. Ile można! Wakacje są czasem relaksu. Pamiętaj, że wcale nie musi to oznaczać wyjazdu nad morze czy w góry. Odpoczynek to przede wszystkim moment, gdy dajesz odetchnąć ciału i umysłowi,  pozwalając sobie na chwilę swobody i beztroski. Gdy już nie możesz, po prostu sobie odpuść. Nic się nie stanie, jeśli nie zabierzesz piłki plażowej nad morze albo gdy zapomnisz sprzątnąć mieszkanie, zostawiając klucze teściom przed wyjazdem. Ciesz się, że masz wolne, zupełnie tak jak wtedy, gdy jechałaś na swoje pierwsze w życiu wakacje! „Nie bądźmy rodzicami organizatorami przez 24 godziny na dobę. Przez tydzień lub dwa w roku pozwólmy sobie na beztroskę, która umożliwi pełną regenerację naszego umysłu przed powrotem do pracy– dodaje ekspertka.

na podst. mat.pras. kampanii 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Sposoby na chandrę - nie daj się jesieni

Ruch na świeżym powietrzu to antidotum na jesienną ospałość. (Fot. Getty Images)
Ruch na świeżym powietrzu to antidotum na jesienną ospałość. (Fot. Getty Images)
Jesienna chandra, osłabienie, życiowy marazm, bierność, apatia. Któż z nas jej nie doświadcza, szczególnie teraz? Jak jej przeciwdziałać? Co zrobić, aby nasze samopoczucie nie przypominało mglistej, deszczowej aury?

Dostosuj dietę

W okresie jesienno-zimowym szczególnie powinniśmy zadbać o jedzenie produktów bogatych w żelazo, cynk, miedź, magnez, fosfor i potas. Ich bogatym źródłem są rośliny strączkowe takie jak: soczewica, ciecierzyca, fasola czy bób. Dodatkowo, posiadają one wysoką ilość białka, które sprawia, że dłużej jesteśmy syci, tym samym nie kusi nas, aby podjadać między posiłkami. Pamiętajmy, że sporo cennych składników mineralnych znajduje się również w ziarnach i nasionach – pestki dyni, słonecznik, siemię lniane, sezam, chia sprawdzą się rewelacyjnie zarówno jako dodatek do porannej owsianki jak i obiadowej kaszy. Do menu warto również włączyć gorzkie kakao i czekoladę (min.70%). Alternatywą dla słodyczy niech będą bakalie – morele, śliwki, daktyle, żurawina, jagody goji, a także owoce, np. banany (wybierajmy raczej te twarde i mniej dojrzałe, gdyż posiadają one niższy indeks glikemiczny niż „miękkie”). Nie zapominajmy o orzechach – prawdziwej kopalni mikro- i makroelementów. Warto zwrócić uwagę na migdały, pistacje oraz orzechy nerkowca, włoskie, brazylijskie, laskowe.

Ruszaj się na świeżym powietrzu

Gros z nas rezygnuje jesienią z wszelkiej formy aktywności fizycznej, zastępując spacer czy poranny jogging kanapą i telewizorem. Tymczasem wysiłek związany z ruchem i uprawianiem sportu dotlenia mózg i stymuluje go do produkcji „hormonów szczęścia”. Już 30 minut aktywności doda nam sił witalnych i energii do działania. Uprawiany regularnie sport odwdzięcza się z nawiązką. Organizm uodparnia się na infekcje, a ociężałość i ospałość ustępują miejsca witalności. Dodatkowym bonusem jest poprawa sylwetki.

Regeneruj się

Osłabienie, spadek odporności, a także ospałość, której często doświadczamy w tym czasie, spowodowane są zaniedbaniem naszej potrzeby wypoczynku. Wracając po urlopie do pracy, zapominamy, że potrzeba regeneracji towarzyszy nam permanentnie i nie jest zarezerwowana tylko dla okresu wakacji. W natłoku codziennych obowiązków łatwo jednak o niej zapominamy, często zauważając ją dopiero wówczas, gdy okazuje się, że miarka już dawno została przebrana. Podstawą dobrego wypoczynku jest umiejętne wygospodarowanie czasu tylko dla siebie, w którym robimy coś, co wewnętrznie nas odświeża. Ważnym elementem efektywnego wypoczynku jest zadbanie o odpowiednią ilość i jakość snu. Istotnie wpływa ona na nasze samopoczucie i funkcjonowanie następnego dnia. Pamiętajmy o stworzenie odpowiednich warunków do snu:
  • sypialnia ma służyć tylko jako miejsce relaksu
  • optymalna temperatura to 19-21 st. C
  • przed snem należy koniecznie wywietrzyć pokój
  • półmrok ułatwia zasypianie
  • przed snem warto zrobić sobie ciepłą kąpiel, która uspokoi ciało i wyciszy umysł
  • używanie wieczorem telefonu, komputera czy tabletu uaktywnia gałkę oczną, która stymuluje mózg do niepotrzebnej pracy
  • co najmniej raz w miesiącu warto wymieniać pościel.

  1. Psychologia

Jak prawdziwie wypocząć podczas wakacji?

Żeby odpocząć, potrzebujemy uspokoić głowę, objąć czułą świadomością ciało oraz dostroić się do rytmu natury i życia. (Fot. Getty Images)
Żeby odpocząć, potrzebujemy uspokoić głowę, objąć czułą świadomością ciało oraz dostroić się do rytmu natury i życia. (Fot. Getty Images)
Rozgorączkowany, nawykowy umysł pragnie nowych wrażeń, wciąż i wciąż, nie sposób go zadowolić, nasycić. Żeby odpocząć, potrzebujemy uspokoić głowę, objąć czułą świadomością ciało, dostroić się do rytmu natury, życia. Wrócić do wewnętrznego domu. Odzyskać spokój i radość.

Wyjazd na wakacje może być wydarzeniem mocno frustrującym. Czy dojedziemy bezpiecznie? Czy na miejscu zastaniemy wszystko tak, jak sobie wyobrażaliśmy? Czy nie ulegniemy wypadkowi? Czy nas nie okradną? Jakie będzie jedzenie? Czy nie utyjemy? Czy w hotelu nie będzie zbyt głośno? I tak dalej, i tak dalej. To stres także dlatego, że – na ogół – mamy ogromne wymagania; po miesiącach intensywnej pracy chcemy odpocząć naprawdę.

Na użytek tego tekstu odpytałam wiele osób o wspomnienia z wakacyjnych wyjazdów. Było za zimno albo za gorąco, uciążliwe sąsiedztwo, zatłoczone drogi i zatłoczone plaże, owady, hałas, nuda, zmęczenie. Częściej niż na co dzień kłóciliśmy się z bliskimi, bo wakacje to szczególny czas, gdy problemy niezauważalne w ciągu roku dają o sobie znać ze zdwojoną siłą. Bywało i tak, że po urlopie czuliśmy większe zmęczenie niż przed! Utyliśmy! No i wydaliśmy niemało pieniędzy.

Jakie momenty wspominamy najmilej? „Gdy siedziałam w kawiarni, leniwie popijałam sok grejpfrutowy i obserwowałam ludzi, ich gesty, uśmiechy, zmrużenie oczu, ekspresję ciała, ich stroje… Byli tacy barwni…” „Patrzyłam na wiewiórkę w parku zachwycona jej lekkością, zwinnością, wdziękiem. To tak, jakby tańczyła swoje życie, precyzyjnie, doskonale. Wiewiórki nie tyją!” „Najpiękniejsza podróż? Gdy przystaję i przyglądam się dzieciom, jak każdego dnia się zmieniają”. No i oczywiście wspominamy romantyczne chwile z tymi, których kochamy; gdy patrzymy sobie w oczy, śmiejemy się, rozmawiamy, jesteśmy na luzie. I ucztowanie z przyjaciółmi.

Są jeszcze zabytki. Piękne miejsca, piękne miasta, pałace, katedry, muzea. O nich jednak – na ogół – wspominamy rzadziej. Wakacyjne chwile szczęścia to momenty zatrzymania, kontemplacji, zachwytu. Wiele lat temu czytałam reportaż Anny Grigo o Jacku Kuroniu. Zapamiętałam tytuł: „Najpiękniejsze wyspy świata”. Tak o Jacku mówiła jego druga żona Danuta.

Działanie bez działania

To, czy wypoczniemy, czy wrócimy z wakacji jeszcze bardziej zmęczeni, zależy, oczywiście, od stanu naszego umysłu i serca, od naszego połączenia z naturą, z rytmem życia. Benjamin Hoff w książce „Tao Kubusia Puchatka” pisze, że najpopularniejszy miś świata z powodzeniem może być naszym przewodnikiem po życiu pełnym przyjemności i odprężenia. Puchatek, czyli Miś o Bardzo Małym Rozumku, jest kwintesencją taoizmu, wschodniego systemu filozoficznego nastawionego na spokój wewnętrzny, harmonię, radość, poczucie humoru i pogodę ducha. Puchatek jest właśnie ucieleśnieniem tych cnót, a także czegoś, co w wakacje potrzebne jest nam najbardziej – działania poprzez niedziałanie. Im więcej wysiłku, tym więcej kłopotów, mówi Laozi, twórca taoizmu. Działanie w harmonii z okolicznościami życia (a nie walka z tymi okolicznościami) sprawia, że uczymy się postrzegać to, co negatywne, jako pozytywne; wszystko nas uczy. Warunkiem takiej harmonii jest cichy, spokojny, refleksyjny umysł zwierciadło. Puchatek mimo swojego bardzo małego rozumku jest bardzo skutecznym misiem, ponieważ jego umysł taki jest – prosty. Puchatek ma tę rzadką, a tak bezcenną umiejętność; cieszy się tym, co proste, naturalne i oczywiste. Gdy Puchatek szuka domu, nie przejmuje się tym, że błądzi, bo może błądząc, znajdzie coś, czego wcale nie szuka, i może to będzie właśnie to, czego naprawdę szuka. Jak to się ma do naszych wakacji? Prosty wypoczęty umysł mówi: „Wszystko jest dobre, nie muszę przywiązywać się do tego, jak powinno być, mogę się odprężyć, zrelaksować i powitać wszystko, co się pojawia. Mogę być szczęśliwa”.

Nasz miś – bagatela! – nie zna arogancji i komplikacji, czyli wszystkiego, co wchodzi nam w paradę, uniemożliwiając doświadczanie tej prostej i mistycznej tajemnicy: życie jest radosne. Puchatek cieszy się, że ktoś go zaprosi w samą porę, żeby przekąsić jakieś małe co nieco, i że będzie miał z tego powodu miły dzionek. Albo że odwiedzi przyjaciół z powodu tego, że dziś jest czwartek: „Będziemy chodzić i życzyć każdemu Bardzo Szczęśliwego Czwartku”.

Puchatek nie walczy i nie zwycięża. Nie oczekuje nagrody. Nie narzeka. Robi rozmaite głupstwa, ale zawsze wychodzi mu to na dobre, nie przytrafia mu się nic złego. Także wokół niego wszystko właściwie się układa, mimo że sprawy czasami przybierają dziwny obrót. Cieszy się sobą i własną niepowtarzalnością. Miś umie polegać na sobie, wie, co jest dla niego najlepsze. Dlatego to on, a nie myślący Królik, narzekający Kłapouchy czy Przemądrzała Sowa, wyprowadza przyjaciół z tarapatów, bohatersko ratuje z opresji. Może to zrobić, ponieważ kieruje się sercem, troską i współczuciem. Właśnie serdeczność, przepływ dobrych uczuć naznaczają nasze udane wakacje i udane życie.

Taoistyczny ideał to działanie bez działania, czyli bez „powodowania” czy „zmuszania”. W praktyce znaczy to bez wścibskiego, nachalnego, egoistycznego wysiłku. Niedziałanie to słuchanie własnej intuicji, wewnętrznego głosu i bycie wrażliwym na okoliczności, na naturalny rytm rzeczy. Nasz codzienny umysł funkcjonuje zupełnie inaczej – bardzo się stara, za wszelką cenę chce osiągnąć cel. Dlatego tak szybko ulega zmęczeniu i w końcu staje się słaby. Taki umysł, nawet jeśli inteligentny, nie jest wydajny, ponieważ nie potrafi się skoncentrować. Jesteśmy z dzieckiem, ale planujemy zakupy. Jesteśmy na wakacjach, ale myślimy o służbowych mejlach. I tak dalej, i tak dalej. Żyjemy oddzieleni od rzeczywistości, od świata praw natury, w którym wszystko ma swój porządek i rytm; zasiewów, wzrastania, owoców, odpoczynku.

Miś ze swoim zadowoleniem z tego, kim jest, radością i spokojem przekracza uwarunkowany umysł, jakby powiedzieli taoiści, sięga wprost do źródła, do czystego umysłu. To dlatego działa bez wysiłku.

Nasz miś jest zawsze radosny przed rozpoczęciem jedzenia miodu. Jak nazwać ów moment? Pragnieniem? Oczekiwaniem? Raczej świadomością. Jest to ta chwila, często tylko ulotny moment, kiedy stajemy się szczęśliwi i uświadamiamy to sobie. Ale przecież tę świadomość możemy rozciągnąć. I… dobrze bawić się cały czas, jak Puchatek, bez względu na okoliczności.

Tao, czyli radości, szczęścia i harmonii, nie można zbadać w laboratorium pod mikroskopem. Trzeba wyjść na łąkę i do lasu. Na szczęście mamy lato, wakacje i urlopy.

Jak najprościej

W jaki sposób uspokoić nawykowy, rozgorączkowany umysł, który nieustannie czegoś chce: nowych wrażeń, atrakcji, niezwykłości, czegoś wyjątkowego, ekstra, nie wiadomo czego? W jaki sposób w prostocie odnaleźć spokój i radość, i… odpocząć? Jak pisze Dominique Loreau („Sztuka prostoty”, „Sztuka umiaru”, „Sztuka minimalizmu”): „Spacerowanie bez konkretnego celu, tylko dla przyjemności czucia, że żyjemy, położenie się na łące i patrzenie w obłoki, przypatrywanie się wodzie w rzece, czy jest coś ważniejszego?”. Niech przyroda będzie naszą nauczycielką. Zanurzmy się w niej, poczujmy jej pulsowanie w sobie, rytm życia istniejący poza niecierpliwym umysłem. Poczujmy, że na tym głębszym, pierwotnym poziomie wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Poczujmy ulgę i odprężenie płynące z tego połączenia.

Możemy na przykład zaprzyjaźnić się z drzewem. Drzewo od pradawnych czasów jest symbolem wzrostu, siły, stabilności i wiecznego odnawiania się życia w cyklu przyrody. Artyści, filozofowie i poeci odpoczywali wśród nich, ale też czerpali inspirację i siły twórcze przy „swoich” drzewach. Dla wielu z nas najpiękniejsze, najszczęśliwsze wspomnienia z dzieciństwa to te, gdy mogliśmy przebywać wśród ich gałęzi, chodzić po konarach, budować na nich gniazda lub domki.

Co dzieje się z nami, gdy przebywamy w pobliżu drzew, gdy nawiązujemy z nimi kontakt? Drzewo jest ogromną pulsującą kulą energii życiowej. Przy drzewie niejako podłączamy się do tej energii, co wzmacnia ciało i oczyszcza umysł, który staje się pobudzony, przejrzysty i przewidujący. Dla naszego myślenia, działania i odczuwania otwierają się nowe, nieznane dotąd przestrzenie twórcze, łączymy się z inteligencją serca. Znów czujemy się częścią większej całości, znika odizolowane, cierpiące „ja”. Stąd las od pradawnych czasów uchodził za „studnię młodości” ludzi.

„Znajdź swoje drzewo, a odzyskasz siły”, powiedziała mi mądra kobieta. Odtąd zaprzyjaźniłam się z pewną brzozą. Być może w wakacje zechcemy wybrać sobie drzewo i odwiedzać je. Być może poczujemy wówczas subtelny świat energii, w którym wszystko i wszyscy są zanurzeni. Jak pisali taoiści, drzewo, roślina czy kamień to nic innego jak skrystalizowana energia życiowa. To dlatego nasi przodkowie traktowali drzewa jako żywe, bliskie istoty. Jeszcze nie tak dawno w polskich pałacach, dworkach i wiejskich chatach sadzenie drzewa w podwórku czy ogrodzie, gdy rodziło się dziecko, należało do świętego rytuału. Ta tradycja znana jest we wszystkich niemal kulturach.

Poobserwujmy świat natury wokół nas, zachwyćmy się tym nieprawdopodobnym bogactwem życia, form, barw. Profesor Konrad Lorenz, austriacki przyrodnik, laureat Nagrody Nobla, mieszkał pod jednym dachem ze zwierzętami, rozmawiał z nimi, bo rozumiał ich język. W swoich książkach pisał o tych bliskich mu istotach z wielką czułością. Na przykład o gęsiach: „Kiedy spoglądam za gęsiami, które lecą nisko nad wodą i znikają za zakrętem rzeki, ogarnia mnie nagle zdumienie, że są mi tak bliskie. Pozostaję w zażyłych stosunkach z ptakiem żyjącym na wolności i fakt ten napawa mnie szczególną radością, odnoszę wrażenie, jakbym doznał małego zadośćuczynienia za wypędzenie z raju”. (z książki Konrada Lorenza „…Rozmawiał z bydlętami, ptakami, rybami…”).

Nie żyjemy jak profesor z dzikimi, wolnymi zwierzętami, ale możemy je spotkać w lesie, na łące i spróbować poczuć, że wszyscy żyjemy w rodzinie różnych stworzeń, bliskich i równie ważnych. Ta świadomość przywraca wewnętrzną równowagę.

Chodzenie boso

I jeszcze chodzenie boso. To najlepsze, co możemy sobie dać – donoszą dziś eksperci od geofizyki, biofizyki, elektrotechniki, medycyny (m.in. w książce C. Obera, S. Sinatry, M. Zuckera „Jak czerpać zdrową energię z Ziemi. Uziemienie”). To dzięki nim wiemy, że energia elektryczna Ziemi utrzymuje ład i porządek w częstotliwościach pól naszego własnego ciała, zupełnie niczym dyrygent, który kontroluje rytm i spójność dźwięków w muzyce orkiestry. Zapomnieliśmy, że ziemia pod naszymi stopami to ocean potężnej, bezkresnej, leczniczej energii. Co się dzieje, gdy przez pół godziny chodzimy, stoimy lub siedzimy boso na ziemi, trawie czy piasku? Ciało chłonie wszechobecną, uzdrawiającą energię matki Ziemi, zostaje wręcz skąpane w ujemnie naładowanych wolnych elektronach, co natychmiast przynosi uczucie spokoju i dobrego samopoczucia. Wystarczy przejść się po polu trawy połyskującej poranną rosą, aby poczuć ożywienie, pulsowanie energii i ciepło. Takie uziemienie przywraca i utrzymuje najbardziej naturalny stan elektryczny naszego organizmu, działa kojąco, wzmacniająco, oczyszczająco i uzdrawiająco na systemy naszego organizmu: sercowo-naczyniowy, oddechowy, trawienny, odpornościowy. Przywraca do życia.

„Podróżować jest bosko”, mawia moja przyjaciółka, która z podróży w nieznane czerpie wiele radości. Ja jednak tegoroczny urlop spędzę pod brzozą rosnącą niedaleko mojego niewielkiego domku, w otulinie Puszczy Kampinoskiej. Będę rozmyślać, czytać taoistów, patrzeć na szumiące osikowe liście podświetlone zachodzącym słońcem. Będę wodzić wzrokiem za motylami, zbierać maleńkie ziarnka wiesiołka, robić bukiety z polnych kwiatów, jeździć na targ i kupować zioła, kwiaty, warzywa, owoce, leśne borówki i grzyby. Będę gotować proste jedzenie, ucztować, świętować z mężem i z przyjaciółmi. Może zrobię dietę arbuzową, po której czuję, jakbym odpoczęła do szpiku kości. Będę chodzić boso. Wieczorem rozpalę ognisko, popatrzę w ogień i w gwiazdy. Będę się włóczyć po polach, słuchać koncertu żab i świerszczy. Pojadę na rowerze do Pola Mocy Dębów i poleżę na Słonecznej Polanie wśród maków i chabrów. Będę obserwować synogarliczki, które uwiły gniazdo na świerku w ogródku. Pójdę na wędrówkę po puszczy żwawym krokiem, ale też – innym razem – powolutku, ostrożnie stawiając nagie stopy w puszystym mchu.

Książki o Kubusiu Puchatku kończą się w zaczarowanym miejscu na skraju lasu. Możemy tam pójść. Zaczarowane miejsce jest tam, gdzie my jesteśmy.

  1. Psychologia

Wypoczynek dla umysłu - jak uspokoić gonitwę myśli?

Praktyka uważności to jeden z najlepszych prezentów dla ciała i umysłu (fot. iStock)
Praktyka uważności to jeden z najlepszych prezentów dla ciała i umysłu (fot. iStock)
Wizja leniuchowania, byczenia się na plaży czy nicnierobienia napawa niektórych radością. Innych, zwłaszcza mocno aktywnych zawodowo, myśl o urlopie, nawet bardzo krótkim, przyprawia jednak o frustrację.

Zwykle przed długim weekendem czy wakacjami zajmujemy się planowaniem wyjazdu, a w trakcie urlopu myśleniem o powrocie do domu. Byle nie zatrzymać się na chwili obecnej. Większość ludzi ma problem z odczuwaniem pełnej radości z wolnego czasu. Co tak naprawdę dzieje się z naszym umysłem, kiedy zatrzymujemy działanie?

Przystanek w biegu

Jedną z głównych przyczyn, która sprawia, że urlop zamiast rozluźniać i relaksować, wprawia w poczucie dyskomfortu i stres, jest gonitwa myśli. Gdy spowalniamy działanie, zaczynamy słyszeć swój wewnętrzny dialog. W chwilach, kiedy ograniczamy koncentrację na tym, co na zewnątrz, coraz głośniej słyszymy głos z wewnątrz. Atakuje natłok myśli, powodując złe samopoczucie. Stąd skojarzenie: urlop = spięcie + złe samopoczucie.

Kiedy zdecydujemy się wyjechać na długo oczekiwane wakacje, wbudowany w procesie wychowania krytyk zadręcza nas: „Nie poradzą sobie bez ciebie...”, „Nikt nie zrobi tego tak jak ty...”, „Ludzi nie można zostawić bez kontroli...”, „Po powrocie będę miała zaległości...”. Dziesiątki myśli, których zadaniem jest odciągnięcie od pełnego bycia tu i teraz.

Dlaczego jesteśmy tak mocno uwarunkowani na działanie? Kiedy pytam osoby na co dzień mocno zabiegane: „Co trudnego jest w zatrzymaniu się?”, najczęściej słyszę odpowiedź w postaci przekonania: „nicnierobienie jest okropne”. Jeśli podrążymy głębiej, okazuje się, że ludzie bardzo aktywni określają swoją tożsamość poprzez to, czym zajmują się zawodowo, i często nicnierobienie kojarzy się z byciem nic niewartym.

Lęk sygnałowy

Kiedy jesteśmy na urlopie, leżymy na gorącym piasku owiani morską bryzą, nasze myśli stają się coraz głośniejsze – zaczynamy słyszeć sygnały płynące z ciała, które są źródłem niepokoju. Każdy z nas ma wewnętrzną listę myśli i uczuć, które uważa za złe, wyobrażeń, które sprawiają, że zamartwiamy się o przyszłość (swoją drogą umysł wykazuje ciekawą reakcję na wyłaniające się myśli i uczucia, których chcemy się pozbyć – to, czemu się opieramy, powraca ze zdwojoną siłą). Ciągłe działanie sprzyja utrzymaniu tych myśli poza świadomością. W końcu jednak znajdują przestrzeń na zwrócenie uwagi na siebie – dzieje się to zazwyczaj wtedy, kiedy zatrzymujemy działanie i wypoczywamy. I nagle stajemy się niespokojni. W psychologii taki stan nazywamy lękiem sygnałowym, został on szczegółowo opisany przez Freuda. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że pożywką dla lęku jest właśnie opór. Co możemy zrobić, żeby poczucie winy, zamartwianie się i trudne emocje wynikające z napływu myśli nie zepsuły nam wolnego czasu lub wakacji?

Obserwacja myśli

Jeśli chcemy wypocząć, ale natłok spraw nie pozwala na podjęcie decyzji o urlopie, polecam zgłosić się do specjalisty, który pomoże rozpoznać szkodliwe przekonania. Warto je sobie uświadomić, ponieważ ciało ma wbudowany system samoobrony, i jeśli sami się nie zatrzymamy, to ono znajdzie sposób, aby zmusić nas do refleksji. Polecam zwłaszcza terapię poznawczo-behawioralną lub coaching.

Jeśli jesteśmy na urlopie i zauważamy, że nasze ciało jest spięte, a myśli pełne niepokoju, możemy zastosować tzw. technikę zauważania. Praktyka uważności, zamiast obalać destrukcyjne myśli, uczy patrzeć na nie jak na fale rozchodzące się po wodzie. Kiedy zorientujesz się, że w twoim umyśle pojawiają się myśli, których celem jest walka z tym, co czujesz (najczęściej z lękiem), daj sobie czas, aby emocja, z którą walczysz, stała się intensywna, zostań przy niej i czekaj, aż się uspokoi. Nie oceniaj tego, co czujesz. Idealnym momentem do stosowania tej metody są właśnie wakacje.

Polecam również ćwiczenie obserwowania własnych myśli. Możesz zacząć od kilkuminutowej koncentracji na swobodnym oddechu. Jeśli czułaś niepokój, niebawem pojawią się myśli dotyczące właśnie tego problemu. Daj im powoli rozwinąć się, być może zobaczysz całą historię z nimi związaną. Obserwuj, jak pojawiają się i odchodzą, dając miejsce kolejnym, pozwól im przychodzić bez oceniania – są, a za chwilę ich nie ma. Wyobraź sobie, że jak dmuchawce unoszą się na wietrze lub pękają jak bańki mydlane i tworzą się na nowo, po to, żeby znów zniknąć.

W tej metodzie nie chodzi o to, żeby zmienić myśli, ale by się z nimi nie identyfikować. Kiedy nabierzesz trochę wprawy, dialog wewnętrzny nie zepsuje ci magicznego wakacyjnego czasu, a jeśli przyłożysz się solidnie do tego ćwiczenia, jest spora szansa, że twoje życie zacznie przypominać wieczne wakacje.

Dorota Hołówka, psycholożka, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą.

  1. Zwierciadło

Zdrowe, orzeźwiające wody smakowe, które podnoszą poziom energii – nie tylko na piknik

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki
5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pysznie i energetycznie to dwa słowa, którymi z powodzeniem można opisać każdą z moich wiosennych wód. Od ciebie zależy, którą wybierzesz, a i tak każdy wybór będzie właściwy.

Składniki:

  • grejpfrut (1 sztuka mała - 220g)
  • cynamon (laska)
  • rozmaryn (2 gałązki)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Grejpfruta nie obieramy, jedynie szorujemy porządnie szczoteczką pod bieżącą wodą. Pokrojonego w plastry wrzucamy do dzbanka. Dodajemy gałązki rozmarynu i laskę cynamonu. Całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Pozgniatamy wszystkie składniki drewnianą łyżką i dokładnie mieszamy. Po dziesięciu minutach woda smakowa jest już gotowa.

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki 'Zdrowe wody')5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")

Składniki:

  • cytryna (1 sztuka duża - 130g)
  • mięta cytrynowa (11 świeżych listków)
  • pokrzywa (11 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Cytryna chociaż wcale nie jest liderem wśród cytrusów pod względem zawartości witaminy C, to bogata jest w witaminy z grupy B, potas, wapń, o czym nie każdy wie. Oczywiście dzięki zawartej w niej witaminie C moja orzeźwiająca woda smakowa ma moc energetyzującą, natomiast dzięki witaminom z grupy B, takim jak B3, czyli niacynie i witaminie B6, czyli pirydoksynie, usprawnia pracę układu nerwowego i wzmacnia układ immunologiczny. Zalecam celebrowanie święta cytryny nie tylko pod koniec zimy w miasteczku Mentona, ale dużo, dużo częściej.

Składniki:

  • kawa (2 łyżeczki mielonych ziaren)
  • grejpfrut (1/3 sztuki - 90g)
  • limonka (1 sztuka - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Kawa znalazła się w mojej wodzie smakowej nie tylko ze względu na zawartość kofeiny. Oczywiście jej właściwości pobudzające są najbardziej znane, co nie oznacza, że kawa nie może się też pochwalić innymi. Pozwólcie, że wymienię niektóre jeszcze przed wypiciem mojej wody smakowej: poprawia perystaltykę jelit, wzmacnia pamięć, przyspiesza metabolizm. Nie wymieniając dodatkowo zalet grejpfruta, limonki i mięty, czyli reszty składników mojej mieszanki, zapewniam, że jest to woda smakowa bardzo zdrowa.

Składniki:

  • zielona herbata (2 łyżeczki suszu)
  • pomarańcza (1/2 małej sztuki - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Do dzbanka wsypujemy zieloną herbatę i zalewamy średniozmineralizowaną wodą o temperaturze 80 stopni. Czekamy, aż napar wystygnie i dodajemy listki mięty i plastry pomarańczy. Mieszamy całość drewnianą łyżką, rozgniatając plastry pomarańczy, a po chwili woda smakowa jest już gotowa.

Składniki:

  • czarny bez (2 łyżki soku z owoców)
  • ogórek gruntowy (3 sztuki - 90g)
  • mięta zwyczajna (6 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Ogórki myjemy pod bieżącą wodą i kroimy je w plastry, nie obierając ze skórki. Pokrojone warzywa wrzucamy do dzbanka i wlewamy dwie łyżki stołowe bezcukrowego, ekologicznego soku z czarnego bzu. Dodajemy listki mięty i całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Mieszamy składniki drewnianą łyżką. Woda smakowa jest gotowa po 10 minutach od zamieszania.

Zdjęcia z książki „Zdrowe wody. Pyszne wody smakowe i izotoniki” Anety Łańcuchowskiej-Jeziorowskiej. Więcej przepisów na wody na każdą porę roku znajdziecie w książce dostępnej w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.