1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Kilka prawd o byciu rodzicem

Kilka prawd o byciu rodzicem

123rf.com
123rf.com

Co pomaga, a co przeszkadza w decyzji o dziecku?

Czy wiesz, że…

  • narodziny dziecka wcale nie wzmacniają związku. Według badań Scotta Stanleya z uniwersytetu w Denver dziewięć na dziesięć małżeństw odczuwa pogorszenie się wzajemnych relacji po pojawieniu się potomstwa. Stanley badał małżeństwa przez 8 lat od urodzenia dziecka. Wyjątek stanowią pary z wyższymi dochodami i dłuższym stażem przed decyzją o pierwszym dziecku.
  • pary, które decydują się na pierwsze dziecko po 26. roku życia deklarują większą satysfakcję z życia od tych, które zostały rodzicami wcześniej. Tak wynika z badań profesor psychologii Sonji Lyubomirsky z Uniwersytetu Kalifornijskiego. Według niej „starsi rodzice są nie tylko bardziej dojrzali emocjonalnie, ale mają też zwykle więcej zasobów finansowych ułatwiających opiekę nad dziećmi”.
  • rozwody wcale nie muszą wpływać na spadek urodzeń. Pod warunkiem, że rozwodnicy wchodzą w nowe związki; wówczas często chcą mieć wspólne dziecko z nowym partnerem. Określa się to „efektem nowego partnera”. Tak wynika z badań przeprowadzonych przez zespól demografów z warszawskiej SGH, na którego czele stała prof. Irena Kotowska.
 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zdrada w związku - jak zachować się wobec dzieci?

Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa emocjonalnego dziecka. (fot. iStock)
Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa emocjonalnego dziecka. (fot. iStock)
Właśnie uświadomiłaś sobie, że partner cię okłamuje, że ma kochankę, prowadzi podwójne życie. Serce ci się kraje i masz ochotę tylko na jedno: krzyczeć, utonąć we łzach albo urwać mu głowę. Ale dwójka waszych maluchów akurat spokojnie się bawi albo je kolację. Czy lepiej zacisnąć zęby, żeby nie wybuchnąć w obecności dzieci? Tak, oczywiście! Czy dzieci wyczują napięcie? Tak, oczywiście (chyba że jesteś Buddą!) – pisze w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?” Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka.

Jak już wiemy, odkrycie, że partner kłamie, wywołuje olbrzymie poruszenie emocjonalne; w takich warunkach zarządzanie własnymi uczuciami przy jednoczesnym zachowaniu równowagi w rodzinie jest prawdziwą próbą siły! Jednak postaraj się nie kłócić w obecności dzieci, bo bardzo się przestraszą. Niezależnie od wieku, nie są bezmyślne i dobrze widzą, kiedy mama i tata są wściekli, zestresowani czy smutni…

Dziecko jest z natury bardzo egocentryczne (i nie ma w tym nic nagannego). Im młodsze, tym bardziej skoncentrowane na sobie: wraz z wiekiem obszar jego zainteresowania się rozszerza i zaczyna rozumieć, że nie wszystko jest z nim związane. Jeśli twoje dziecko jest małe, pomyśli, że skoro coś się stało, to przez nie. Mama jest smutna? To znaczy, że zrobiłem coś złego. Tata się gniewa na mamę? Kłócą się z mojego powodu.

W okresie adolescencji problemy są trochę inne, ale nie mniej skomplikowane! Budzenie się seksualności, budowanie tożsamości i wszystkie elementy związane z tym okresem życia wywołują u nastolatków niezwykłą wrażliwość i podatności na napięcia. Młodzi ludzie są wtedy bardzo emocjonalni i bronią się przed tym jak mogą. Zatem nie wierz we: „W porządku, mam to w nosie, to wasze życie”.

Bardzo ważne jest znalezienie równowagi między zachowywaniem się, jakby do niczego nie doszło (choć dziecko widzi, że jest inaczej), i „myleniem dziecka z pamiętnikiem”. Nie, dziecku nie można mówić wszystkiego; ale tak, można mu powiedzieć prawdę: nie powiedzieć wszystkiego to nie znaczy nie powiedzieć nic. Sytuację trzeba opowiedzieć w sposób odpowiedni do jego wieku, szanując jego rytm, bez przekraczania granic tego, co może i musi usłyszeć.

Oczywiście najgorsza sytuacja to taka, gdy dziecko staje się wspólnikiem kłamcy. Na przykład tata zabiera ośmioletniego synka Théo do kochanki i każe mu się bawić, podczas gdy dorośli zajmują się swoimi sprawami.

Gdy wracają, ojciec mówi chłopcu: „Pamiętaj, nie mów o niczym mamie, to nasz sekret”. Takie zachowanie jest niszczące dla dzieci. Czują one złość i poczucie winy: złość na rodzica, który zdradza, i poczucie winy, że wbrew swojej woli uczestniczą w tym oszustwie.

Wszystkie dzieci czują, że rodzic, który kłamie, jest mniej zaangażowany w życie rodzinne. Nawet jeżeli tego nie wiedzą, wyczuwają, że coś jest nie tak. Jeśli wiedzą i widzą, że ten, kto jest dla nich wzorem, ich autorytetem kłamie lub, co gorsza, wciąga je w swoje krętactwa, podczas gdy są uczone, żeby nie oszukiwać – czują się totalnie zdezorientowane. Tracą zaufanie do rodzica i do siebie samych. W efekcie mogą zbudować sobie mylne wyobrażenia na temat seksu, zdrady i zakazanych zachowań. Albo w końcu odkrywają kłamstwo, albo noszą ciężar sekretu rodzinnego czy przemilczeń. Taki rodzaj traumy może sprawić, że w dalszym życiu rozwinie się w nich nieufność. Jeśli od dzieciństwa uczymy się, że osoba, której najbardziej ufamy, pozwala sobie na kłamstwo lub oszukiwanie nas, można wyprzedzająco trzymać się założenia, że nikt nie jest godny zaufania i każdy potrafi nas wykorzystać.

Twoje dziecko nie ponosi odpowiedzialności: powiedz mu to!

Jeśli twój partner czy partnerka wciągnęli dziecko w swoje „sprawy dorosłych”, porusz ten temat z dzieckiem.

Możesz na przykład powiedzieć: „Wiesz, on nie powinien/ ona nie powinna brać cię ze sobą. Ale to tata zrobił/ mama zrobiła głupio, nie ty. Nikt nie jest na ciebie zły. Mama i tata postarają się sami załatwiać swoje problemy, ale nie masz się czego bać, bo oboje bardzo cię kochamy i nikt nie ma do ciebie pretensji”.

Jeśli córka czy syn ma pytania, odpowiadaj mu prostymi słowami, ale mów prawdę. Jeśli zapyta na przykład, czy jesteś zła na partnera, możesz powiedzieć: „Tak, jestem zła, bo nie powiedział mi prawdy, ale nie martw się tym, bo na ciebie nikt nie jest zły. Tata i mama porozmawiają i zobaczą, czy mogą się pogodzić”. Albo: „Jestem teraz zbyt zły, żeby z nią rozmawiać, ale kiedy mi trochę przejdzie, tata i mama będą mogli porozmawiać”.

Jeśli twoje dziecko było świadkiem skomplikowanych scen i nie jest w stanie opowiedzieć o nich (albo ty nie masz siły tego słuchać), nie wahaj się iść z nim do psychologa dziecięcego, który pomoże mu to nazwać i zrozumieć, czego doświadczyło. Często powtarzaj dziecku, że nie ponosi odpowiedzialności za to, co się dzieje. Że to nie jego wina. Uspokajaj je, mówiąc, że niezależnie od tego, jak sprawa się zakończy, rodzice go nie zostawią.

Dziecko nie jest ani twoim psychoterapeutą, ani powiernikiem!

Jak już rozumiesz, etap numer 1 polega na tym, żeby pocieszyć dziecko, zwłaszcza jeśli jest małe, że nie ponosi odpowiedzialności za problemy mamy i taty i że mimo tego, co dzieje się w domu, rodzice go nie porzucą. Nie można również stawiać córki czy syna w nieodpowiedniej roli. Bardzo kuszące jest szukanie potwierdzenia na to, jaki koszmar zgotował nam partner, i wywnętrzanie się pierwszej osobie, która znajdzie się w pobliżu, albo plucie wściekłością do wyczulonego, niewinnego ucha.

Jednak twoje dziecko nie jest twoim powiernikiem! To nie ono ma osłaniać cię, bronić, a tym bardziej brać na swoje barki twój smutek. To twoja rola! Uważaj zatem, żeby nie stawiać go w pozycji dorosłego. Niech dziecko zostanie na swoim miejscu, w żaden sposób nie wciągaj go w problemy, które masz z partnerem, nie rób z niego szpiega ani posłańca. Za wszelką cenę staraj się, żeby na tych małych delikatnych ramionach nie spoczął żaden ciężar.

Nie krytykuj drugiego rodzica

Inny ważny punkt to powstrzymanie się od mówienia źle o partnerze. Nawet jeśli to bardzo trudne, nie każ dziecku znosić nienawiści, jaką odczuwasz. Ono nie ma na to żadnego wpływu. Będzie to tylko ze szkodą dla niego, ponieważ postawisz je w pozycji bezużytecznego buforu lub zniszczysz obraz drugiego rodzica, jaki w sobie nosi, a to prawdopodobnie niekorzystnie odbije się na jego rozwoju. Nie skarż się w obecności swojej pociechy, bo znajdzie się ona w bardzo poważnym konflikcie lojalności. Twoje dziecko ma prawo nie musieć wybierać miedzy tatą a mamą, niezależnie od krzywdy, jaką jedno zrobiło drugiemu. Jeśli, niestety, ojciec czy matka jest złym człowiekiem, z wiekiem samo to sobie uświadomi.

Twoje dziecko jest dzieckiem!

Może się jednak zdarzyć, że mimo że się starasz, dziecko i tak będzie musiało unieść twój smutek czy gniew. Nie ma sensu krążyć przez pół godziny wokół domu, żeby się uspokoić i osuszyć łzy, zanim wejdziesz do środka. Dziecko jest superczułym odbiornikiem i poczuje twój ból lub złe samopoczucie, gdy tylko przekroczysz próg. To okropne, ale tak jest! Dziecko jest jak małe zwierzątko z mocno rozwiniętym systemem alarmowym, który zabezpiecza jego podstawowe potrzeby: spokoju, stabilności, bezpieczeństwa emocjonalnego, zaufania, autonomii, wyrażania potrzeb i emocji, spontaniczności i zabawy, granic i samokontroli…

Jesteś jednym z filarów, na których spoczywa jego egzystencja, zatem dziecko rozwija wysoką wrażliwość, żeby ten filar się nie rozpadł. Będzie się starało wiedzieć, będzie ci się przyglądało, żeby „sprawdzić”, czy się trzymasz. Czasem zapyta o coś, czego tak naprawdę nie chce wiedzieć, gdyż da mu to poczucie, że kontroluje wydarzenia, na które w rzeczywistości nie ma żadnego wpływu.

Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla jego bezpieczeństwa emocjonalnego. Jedna z podpór się chwieje, bo popełniła błąd, który podważa to, kim jest. Druga cierpi, więc wydaje się słaba. Dziecko odczuwa silną niepewność, której nie może wyrazić słowami. To w takiej sytuacji często dochodzi do parentyfikacji. Dzieci przejmują rolę rodzica tak naprawdę po to, żeby ochronić siebie: „Muszę się zająć mamą i czuwać nad jej dobrą formą, żeby mogła zajmować się mną”.

Postaraj się, aby twoja pociecha zachowała niefrasobliwość. Jeśli ci się to nie udaje, niech na trochę zajmie się nią ktoś inny. Nie zapominaj nigdy, że może poczuć konieczność wspierania cię, a to dla niej za ciężkie i nie jest to jej rola. Poproś o pomoc przyjaciół, rodzinę albo psychologa – na tym polega jego praca.

Być prawdziwym

Stale pocieszaj swoje dziecko, ale nie kłam. Nie mów mu, że wszystko jest w porządku, jeśli wyraźnie tak nie jest. Poczuje, że mówisz nieprawdę, że to, co słyszy, nie zgadza się z tym, co wyrażasz niewerbalnie: tonem głosu, gestami, spojrzeniem, wyrazem twarzy – czyli całym sposobem komunikacji poza słowami.

Wielu rodziców uważa, że lepiej chronić swoje dziecko, nic mu nie mówiąc. W rzeczywistości taka postawa może być równie szkodliwa, jak zwierzanie się mu. Julien patrzy ci w oczy i pyta, czy wszystko w porządku. Odpowiadasz mu: „Tak, oczywiście”. On nalega, a ty nadal twierdzisz, że wszystko w porządku (być może nawet nieco się denerwując). Uważasz, że synek jest za mały, żeby zrozumieć, na czym polegają problemy dorosłych, i nie musi wiedzieć, co się dzieje. Masz rację. Jednak Julien widzi, że nie wszystko z tobą porządku. I kiedy mówisz mu, że nie ma problemu, podczas gdy on wyraźnie widzi coś innego, czuje silny lęk; jego intuicja popada w konflikt z twoimi słowami, które bierze za wyznacznik prawdy. W końcu uświadamia sobie, że kłamiesz. Ale nie rozumie dlaczego.

Być spójnym

Jeśli nie zdołasz ukryć swojego smutku lub gniewu, co doskonale mogę zrozumieć, pamiętając o bałaganie emocjonalnym w mózgu, lepiej wyrazić problem słowami. Pod pretekstem, że je chronisz, nie okłamuj dziecka które cię doskonale prześwietliło – ponieważ narobisz jeszcze więcej szkód. Powiedz mu wprost: „Tak, mama jest teraz smutna, ale nie martw się, to przejdzie i jestem z tobą. Nie jestem smutna przez ciebie”. Jeśli zapyta, skąd ten smutek, możesz wyjaśnić mu to w prostych słowach: „Mama posprzeczała się trochę z tatą. Wiesz, to tak samo jak ty czasami kłócisz się z kolegami w szkole. Ale nie martw się, mama i tata są z tobą”.

Jeśli dziecko zobaczy, że płaczesz, nie mów mu, że to ze zmęczenia i że minie. Powiedz prawdę, że jest ci smutno. Jeśli skłamiesz, w jego małej główce powstanie jeszcze większe zamieszanie. Jeśli spyta, dlaczego się pokłóciliście, możesz mu odpowiedzieć w następujący sposób: „Twój tata i ja trochę się ostatnio gniewamy na siebie. Tak jak przyjaciele mogą się czasami gniewać. Mamy inne zdanie na temat przyjaźni taty z pewną panią, ale próbujemy rozwiązać ten problem. Nie masz co się niepokoić, to nie ma nic wspólnego z tobą. To nie z twojego powodu i oboje bardzo cię kochamy. Zawsze będziemy się tobą opiekować”.

To tylko przykłady. Możesz oczywiście wyrazić to własnymi słowami w zależności od istoty problemu, ale bądź prawdziwa.

Szanuj je i zadawaj mu pytania

Pisałam wcześniej, żeby szanować rytm dziecka. Jeśli zostało obsadzone w roli wspólnika lub było świadkiem waszej kłótni, warto wrócić do tego, co się wydarzyło lub jeżeli nie czujesz się na siłach, żeby to zrobić – zwrócić się po pomoc do psychologa. Jeśli jednak udało ci się uchronić dziecko i atmosfera w domu jest dość stabilna, nie ma potrzeby brać go na rozmowę w cztery oczy i wyjaśniać, że tata zdradził mamę i mamie jest bardzo smutno! Szanowanie jego rytmu oznacza bycie świadomym, że ono jest na innym etapie percepcji niż ty. Zbyt szczegółowe lub przedwczesne wyjaśnienia mogą być dla niego szokujące, bo nie jest na nie gotowe ani nie ma ochoty ich słuchać. Przykład? „Zauważyłeś/ zauważyłaś, że tata i mama się gniewają teraz (do tej pory OK, zauważył/ zauważyła). To dlatego, że mama zakochała się w innym panu i tata jeszcze nie wie, czy wybaczy mamie i czy będziemy dalej razem mieszkać (tego natomiast nie musi na razie wiedzieć)”.

Najpierw ureguluj sprawy z partnerem. Jeśli zdecydujecie się rozstać, to dopiero wtedy powiedzcie o tym dzieciom. Warto natomiast porozmawiać z córką czy synem, gdy tylko zauważysz, że orientują się oni w czymś, lub stwierdzisz, że wykazują objawy lęku (zaburzenia snu, kłopoty w szkole, niewyjaśnione problemy somatyczne, dziwne albo nieadekwatne zachowanie).

Niemniej jednak nie podawaj im niepotrzebnych szczegółów i upewnij się, że rozumieją, co mówisz. Postaraj się, aby twoje słowa były maksymalnie zgodne z przekazem niewerbalnym, gdyż dzieci są szczególnie wrażliwe na ten ostatni. Na przykład nie mów, że wszystko w porządku, jeśli dąsasz się i od długiego płaczu aż spuchły ci powieki.

Spytaj dziecko, co je dręczy. Czasami samo tego nie wie, albo będzie się bało cię zranić. Daj mu czas, niekiedy warto nawet zaryzykować i powiedzieć, że być może czuje ciężką atmosferę w domu itd. Zapewnij je, że może ci o wszystkim opowiedzieć, że nie będziesz na nie zła. Czasem również się zdarza, że dziecko ma pretensje do porzuconego rodzica, że nie umiał ochronić rodziny. Nie zapominaj, że chłonie wszystko jak gąbka, mimo wszystkich wysiłków, jakie podejmujesz, żeby je ochronić.

  1. Styl Życia

Monika Mrozowska: "Nie ma sytuacji bez wyjścia"

Monika Mrozowska z dziećmi Karoliną, Jagodą i Józiem. Za moment na świat przyjdzie Lucjan. (Fot. Karolina Synowiec)
Monika Mrozowska z dziećmi Karoliną, Jagodą i Józiem. Za moment na świat przyjdzie Lucjan. (Fot. Karolina Synowiec)
Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe – mówi aktorka Monika Mrozowska, mama Karoliny (17 lat), Jagody (10), Józia (6) i Lucjana, który urodzi się pod koniec stycznia.

(W chwili, kiedy publikujemy ten artykuł na naszym portalu, Lucjan jest już na świecie; przyp. redakcji)

Lucjan będzie do kompletu: dwie córki i dwóch synów. Nie mam poczucia, że kolejna ciąża coś mi odbiera. Cały czas jestem aktywna. Dzieci odchowane, a ja znowu wchodzę w pieluchy? Po raz kolejny przekonałam się, że życie wciąż zaskakuje. Ale tym razem na plus. Bo moje dzieci są już duże, najmłodszy Józio od przyszłego roku pójdzie do szkoły. Podziwiam kobiety, które decydują się na dzieci jedno po drugim, wtedy obowiązki się kumulują. Wydaje mi się, że trudno byłoby mi takiej sytuacji podołać. Moje córki są już samodzielne, ale nie obarczam ich odpowiedzialnością za brata. Sama byłam starszą siostrą i wiem, jak to bywa. Wymagam natomiast sprzątania po sobie, odkładania rzeczy na miejsce. Teraz, kiedy córki uczą się zdalnie, muszą pamiętać, o której się zalogować, o przygotowaniu do lekcji. Oczywiście mogą na mnie liczyć, kiedy sobie z czymś nie radzą. Ale ich nie wyręczam.

Uczyć się na błędach

Jeżeli miałabym powiedzieć o sobie „mama kwoka”, to pod innym względem – dbania o domowe ognisko, o to, żeby dzieci miały poczucie zaopiekowania w sensie bliskości, ale także żeby miały ugotowane, poprane. Natomiast starsze córki muszą same pamiętać o swoich obowiązkach. Widzę po Karolinie, że to się sprawdza, choć jedno z doświadczeń, jakie przeszła, żeby tej odpowiedzialności się nauczyć, było bardzo trudne. W zeszłym roku zdawała do liceum, przypomnę: podwójny rocznik, jedne dzieci, w tym Karolina, kończyły gimnazjum, inne – ósmą klasę; i wszystkie ubiegały się o miejsca w szkołach średnich. Mając w pamięci swoje doświadczenia z tego okresu, kiedy wszystkim zajęłam się samodzielnie, uznałam, że ona też tak zrobi. Oczywiście zapytałam ją, czy potrzebna jest jej pomoc, odpowiedziała, że nie. Byłam spokojna, bo miała dobre wyniki z egzaminu i niezłe oceny na świadectwie. Wyniki rekrutacji miały zostać ogłoszone w połowie lipca. I kiedy to nastąpiło, Karolina przychodzi do mnie i mówi: „Nie dostałam się do żadnego liceum”. Zdziwiłam się: „Jak to do żadnego?”. Przecież aplikowała do dziesięciu liceów, które wybierała zgodnie z szacunkami, że jej punktacja mieści się w tej wymaganej w danej szkole. Córka na to, że nie dostała się, bo… zapomniała zanieść papiery do szkoły pierwszego wyboru i w ogóle nie ma jej w systemie. W pierwszej chwili myślałam, że umrę na zawał. Zaufałam jej, że nie potrzebuje pomocy, a dowiaduję się, że nie dostała się do szkoły, bo papiery leżały sobie u niej w pokoju na parapecie. Najłatwiejsze rozwiązanie – które sugerował mój były mąż – było takie, żeby zapisać ją do szkoły prywatnej. Mogliśmy zapłacić wpisowe i w ciągu jednego dnia mielibyśmy problem z głowy. Po namyśle zaproponowałam, żeby to rozwiązanie potraktować jako awaryjne i sprawdzić wszystkie inne wyjścia z tej sytuacji. Przestudiowałyśmy informacje na stronach MEN-u, skąd dowiedziałyśmy się o dodatkowej rekrutacji za dwa tygodnie. Córka oczywiście też była zwolenniczką szkoły prywatnej, ale powiedziałam stanowczo: „Nie, Karolina, popełniłaś błąd, więc teraz trzeba poszukać rozwiązania, ale niekoniecznie musi to być rozwiązanie najprostsze”. Przez dwa tygodnie chodziła niepocieszona. Zobaczyła, że gdyby wszystkiego dopilnowała, mogłaby mieć wakacje, a tak musiała czekać. To była dla niej wielka nauczka. Po miesiącu okazało się, że miejsc w szkołach jest całkiem sporo. Dostała się do liceum blisko naszego domu, jest zadowolona. A ja też miałam satysfakcję, ale nie dlatego, że postawiłam na swoim, tylko że Karolina zobaczyła konsekwencje swoich działań. Trójkę wychowuje się inaczej niż jedynaka. Widać to chociażby na przykładzie wyboru szkoły przez Karolinę. Bo jednym z powodów, dla których chciałam, żeby ona jednak podjęła wysiłek dostania się do szkoły państwowej, było to, że potem Jagoda mogłaby mieć argument do niestarania się o miejsce w dobrym państwowym liceum. No bo dlaczego ona ma się starać, skoro Karolinie rodzice podali wszystko na tacy? A potem przyszłaby kolej na synów. Nie twierdzę, że prywatna ścieżka edukacyjna jest złym rozwiązaniem, ale na pewno kosztownym.

Wspólne działanie

Rodzeństwo dużo się od siebie nawzajem uczy. Karolina jest takim typem osobowości, że najlepiej by się czuła, gdyby była jedynaczką. Jako małe dziecko nigdy nie marzyła o rodzeństwie, była niezadowolona, gdy spodziewałam się kolejnego dziecka. A teraz? Ma superkontakt z Józiem, ciągle go przytula, jest troskliwa, pomocna. Choć nie wymagam, żeby zajmowała się młodszymi dziećmi, bo uważam, że to obowiązek rodziców, to młodsi czasem ją o coś proszą. Na przykład Jagoda prosi o pomoc w zalogowaniu się do systemu zdalnego nauczania. Karolina ogarnia to trzy razy szybciej niż ja. A wszystkie dzieci uczą się tego, że każdy pomaga w tych dziedzinach, w których jest najlepszy. Rodzinną wspólnotę buduje się między innymi poprzez wspólne działanie. My razem gotujemy. Młodsza córka uwielbia kroić, mieszać, próbować. Starsza też ma do tego dryg, co na jaw wyszło na prowadzonych przeze mnie warsztatach kulinarnych, na które je zabieram. Ale teraz ma inne priorytety. Razem wyjeżdżamy na wakacje, dzieci wtedy widzą, że nie musimy lubić robić tego samego, ale nadal możemy spędzać fajnie czas. Staram się pokazywać im, jak ważne jest robienie sobie nawzajem miłych rzeczy. Przygotowuję im na przykład śniadanie do łóżka. W czasie pierwszej fali pandemii bywało, że spaliśmy razem, jak w gnieździe. Bardzo się cieszę, że nasz dom jest dla nich miejscem, do którego ciągną, zapraszają swoich znajomych. Uwielbiamy wieczorami grać w karty, gry planszowe, wygłupiać się. Zachęcam wszystkie dzieciaki do udziału, bo wspólne zajęcia uczą współdziałania. Myślę, że umiejętności współpracy w domu przekładają się na ich kontakty społeczne. Jeżeli córka jest w stanie dogadać się z mamą, siostrą, która ją wkurza, z młodszym bratem, który ciągle zadaje pytania, to potrafi dogadać się z koleżanką z klasy czy nauczycielem. Bo wyniosła z domu, że trzeba spróbować znaleźć wspólny język, a nie wycofywać się. Uważam nawet, że kłótnie pomiędzy rodzeństwem są potrzebne, bo uczą szukania kompromisu. Córki często się kłócą. Podoba mi się, jak starsza nie idzie za emocjami, tylko tłumaczy Jagodzie: „Możesz powiedzieć, że coś ci się nie podoba, ale powiedz to spokojnie”. Jagoda, bardzo emocjonalna, aż się gotuje, ale w końcu te słowa do niej docierają. Przy młodszych dzieciach jest mi nieco łatwiej, wiem, co odpuścić, kiedy dać się wykrzyczeć, ale gotowego szablonu, jak postępować, nie ma. Zawsze natomiast potrzebna jest rozmowa. Trzeba wysłuchać dziecko, ale i jasno dać do zrozumienia, że na przykład w ten sposób nie rozmawiamy, że tak się nie traktujemy. Bywają trudne momenty, czasem mam krótki lont i od razu wybucham. Zawsze jednak staram się wrócić do rozmowy. Uważam, że rodzice wychowują dzieci, ale one też uczą nas, to układ dwustronny. Przypuszczam, że na żadnych studiach psychologicznych nie nauczyłabym się tyle, ile uczę się od dzieci. Jeśli nam się coś nie podoba w relacjach towarzyskich, to możemy się z nich wymiksować. A w rodzinie musimy się dogadać. Uważam za swój sukces to, że moja siedemnastolatka w czasie ostatnich wakacji większość czasu spędziła ze mną i rodzeństwem. Gdy dochodzi do konfliktu między starszymi córkami, czekam, aż się dogadają. Natomiast jeśli chodzi o relacje młodszej córki i syna, to od razu muszę interweniować. Oczywiście trudno dociec, kto zaczął. Dla mnie te ich konflikty są przykre, bo sama mam młodszego o siedem lat brata, z którym mieszkałam w jednym pokoju, i nie pamiętam, żebyśmy się kłócili. Co więcej, uwielbiałam z nim przebywać, zajmowałam się nim. Mam nadzieję, że z tego wyrosną.

Monika Mrozowska: Uważam, że rodzice wychowują dzieci, ale one też uczą nas, to układ dwustronny. (Fot. Karolina Synowiec) Monika Mrozowska: Uważam, że rodzice wychowują dzieci, ale one też uczą nas, to układ dwustronny. (Fot. Karolina Synowiec)

Najważniejsza jest współpraca

Starsze córki mają młodszego brata przyrodniego także od strony taty. Syn ma starszą, dorosłą siostrę. W naszym patchworku sprawdzają się różne modele opieki nad dziećmi. Dziewczynki są w klasycznym trybie, czyli mieszkają ze mną, a do taty jeżdżą dwa razy w miesiącu na weekend, tata organizuje im też połowę wakacji. Grafik jest przewidywalny, ustalony, a w razie potrzeby modyfikowany. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby córki czuły się dobrze w domu taty, żeby były tam dobrze traktowane, ale żeby też dobrze traktowały tamtą rodzinę. I to się udało w zasadzie od początku. Nie ma tak, że ktoś nastawia dzieci przeciwko komuś. Nasze relacje z rodziną taty córek nie są cukierkowe, nie obchodzimy wspólnie świąt, nie bywamy u siebie na obiadkach. Ale nie wbijamy sobie szpil. Myślę, że nasze córki wiedzą, że spotkanie taty z mamą nie spowoduje eskalacji nerwów. Z tatą Józia też współpracujemy. Ale mamy zupełnie inny system dzielenia się opieką nad synem. Na początku zabiegałam o to, żeby ta opieka wyglądała tak samo jak w przypadku córek, czyli żeby syn mieszkał u mnie, a z tatą widywał się w ustalonych terminach. Na co tata Józia, że on chce spędzać z nim tyle samo czasu co ja. A ja powtarzałam: „nie”. W tym czasie spotkałam wspaniałą psycholożkę, panią Aleksandrę Piotrowską. Wzburzona opowiadam jej o mojej walce o to, żeby syn mieszkał ze mną, a ona pyta: „Dlaczego?”. Odpowiadam: „Dlatego że to się sprawdziło w przypadku córek”. Pani Aleksandra na to, że tu jest inna sytuacja, bo tata Józia zabiega o naprzemienną opiekę, a poza tym będę miała więcej czasu dla córek, dla siebie. Po namyśle przyznałam jej rację. I syn jest w takim trybie już trzeci rok – tydzień albo dwa u mnie, potem tydzień lub dwa u taty. Tata Józia rewelacyjnie się nim zajmuje, jest wspaniałym tatą. Taki system okazał się bardzo komfortowy dla nas, ale przede wszystkim bardzo dobry dla Józia. Dorosła siostra już nie mieszka na stałe z tatą, więc w domu wszystko kręci się wokół niego, a u mamy musi się czasem dostosować do sióstr. Logistyka naprzemiennego sposobu opieki nad dzieckiem musi być dopracowana, ale potrzebny jest też zdrowy rozsadek. Józio ma ubrania, zabawki, książeczki u taty i u mamy. Jeśli jedzie do taty w jednym ubraniu, to wraca w innym i nie ma z tego powodu żadnych napięć. Wydaje mi się, że trochę inaczej podchodzimy z jego tatą do niektórych spraw, ale co do pryncypiów jest między nami pełna zgoda. Pamiętamy oboje, że dziecko jest najważniejsze. Z tatą córek też wszystko uzgadniamy. Jak coś się dzieje, od razu do siebie dzwonimy. Gdy Karolina poszła do liceum, zaczęła sprawdzać, na ile może sobie pozwolić. Ale doskonale wiedziała, że jak na przykład tata zablokuje jej kieszonkowe, to ja tę decyzję poprę. To uniemożliwia manipulacje, na zasadzie: „A mama się na coś nie zgodziła, ale zadzwonię do taty”. Ona wie, że nic nie ugra, nie ma takiej opcji. Natomiast Józek, jak się pokłóci z Jagodą, to mówi: „Chcę jechać do taty”. Też nie ma takiej opcji. Na szczęście szybko mu przechodzi.

W patchworku nigdy nie jest nudno

Patchworkowa rodzina to mnóstwo wyzwań. Wiadomo, że nikt przy zdrowych zmysłach nie dąży do rozbijania rodziny. Ale uważam, że lepszym rozwiązaniem jest rozstanie niż tkwienie w toksycznym związku. Oczywiście zawsze trzeba dać sobie szansę, pracować nad relacją. Z tatą Józia przeszliśmy terapię, nie poddaliśmy się bez walki. Nie udało się. Mimo to dla mnie rodzina była i jest wartością nadrzędną. Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami, ale staram się mówić im prawdę, oczywiście dostosowując rozmowę do ich wieku. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Wiadomo, że rozstanie rodziców bywa traumatyczne, zwłaszcza dla małych dzieci. Możemy wtedy wesprzeć się psychologiem, i ja tak zrobiłam. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców może być dla nich życiową lekcją. Pokazuje, że zawsze można zacząć budować od początku. Moim największym marzeniem jest to, żeby za kilkanaście lat znalazły swoje miłości na całe życie. Ale też żeby miały poczucie, że nie muszą trwać w związku na siłę. A rolą matki jest stanie przy nich. Tak robiła moja mama. Kiedy przechodziłam przez różne życiowe zakręty, nie panikowała, tylko powtarzała: „Nic takiego się nie stało”. Moje dzieci też zawsze usłyszą ode mnie, że jestem z nimi. I że nie ma sytuacji bez wyjścia. Moje życie toczy się w niestandardowy sposób. Chciałabym przeżyć je w zgodzie ze sobą. I pokazać dzieciom, że zawsze można sobie poradzić. Powtarzam im, że trudności pomagają docenić to, co mamy. A my mamy siebie. I gwarancję, że nigdy nie będzie nudno. 

Monika Mrozowska aktorka, znana z seriali „Rodzina zastępcza” i „Sprawiedliwi – Wydział Kryminalny”. Propagatorka zdrowego żywienia, autorka wegetariańskich książek kucharskich, między innymi: „Zdrowe przekąski”, „Zupy moc”, współautorka „Uczty dla maluszka” i „Uczty dla dwojga” (wszystkie wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Kłótnie, manipulacje, brak wsparcia - jak dzieci przechodzą przez rozstanie rodziców. Raport z badania

Fot. materiały prasowe kampanii „Rozchodzi się o dzieci”.
Fot. materiały prasowe kampanii „Rozchodzi się o dzieci”.
Co trzecie rozstanie przebiega w nerwowej atmosferze. Z tego powodu cierpią zwłaszcza dzieci – prawie co drugie jest świadkiem kłótni rodziców, a co piąte w nich uczestniczy. Raport z badania pt. „Dziecko w czasie rozstania rodziców” rzuca światło na proces rozpadu polskich rodzin oraz wskazuje jego psychologiczne i społeczne konsekwencje, ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy dziecka. Raport jest elementem kampanii społecznej „Rozchodzi się o dzieci”.

Liczba rozwodów w Polsce od wielu lat rośnie. W samym 2019 roku rozwiodło się ponad 65 tys. małżeństw – to o 2 tys. więcej niż w roku poprzednim. Zgodnie ze statystykami (GUS) ponad połowa rozwodzących się par posiada dzieci. W konsekwencji coraz więcej osób narażonych jest na ogromny stres, poczucie bezradności, zagubienie czy wstyd.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Stowarzyszenia OPTA, ponad 40% ankietowanych rodziców miało poczucie, że ich dzieci ucierpiały w trakcie rozstania. Prawie co piąte dziecko w tym czasie mogło czuć się niekochane lub stracić poczucie bezpieczeństwa. Prawie co drugie było świadkiem kłótni, a co piąte w nich uczestniczyło. Również co piąte dziecko doświadczyło manipulacji ze strony któregoś z rodziców.

Rozstanie rodziców - skutki u dzieci

U jednej trzeciej wszystkich dzieci (37%) rodzice nie zaobserwowali żadnego ze skutków rozstania, co, zdaniem ekspertów, wcale nie jest pozytywnym zjawiskiem.

Tam, gdzie pojawiły się zauważalne konsekwencje rozwodu najczęściej wymieniano: obniżone samopoczucie, zamknięcie się w sobie, pogorszenie relacji z rodzicem czy zwiększoną płaczliwość (zdecydowanie częściej w przedziale wiekowym 0-9 lat). Wśród dzieci w przedziale wiekowym 10-18 lat dochodziło do problemów z nauką oraz niechęci do chodzenia do szkoły. Część rodziców wymieniała też ataki złości i agresji u dziecka i pogorszenie relacji z rówieśnikami.

Jak podkreśla Dorota Sakławska, mediatorka Stowarzyszenia OPTA oraz koordynatorka kampanii społecznej „Rozchodzi się o dzieci”: Tak liczne deklaracje wskazujące na niewiedzę rodziców odnośnie stanu ich dzieci są niepokojące. Partnerzy w trakcie rozstania, ze względu na dużą ilość stresu, mogą być nadmiernie skupieni na sobie i swoich problemach, a przez to nie dostrzegać rzeczywistego stanu i potrzeb dziecka. Oznaki zagubienia w domu mogą być maskowane, a nadmiernie ujawniać się w szkole czy w kontaktach rówieśniczych. Musimy również pamiętać, że każde dziecko przez rozstanie rodziców przechodzi inaczej. W tym okresie szczególnie ważne mogą okazać się konsultacje ze szkolnymi pedagogami czy specjalnymi placówkami, które pomogą w pełni rozpoznać stan dziecka oraz podjąć odpowiednie działania.

Kobiety rozwód znoszą trudniej  

Co trzecia rozstająca się para (37%) przyznała, że rozstanie odbyło się w nerwowej atmosferze, w tym co szósta (16%) przyznała ocenę skrajnie negatywną. Pesymistyczne nastroje zdecydowanie częściej towarzyszą kobietom. Jako nerwową, atmosferę wokół rozstania określiło 43% pań. Takiego zdania był co czwarty mężczyzna. Co czwarta osoba (26%) z perspektywy czasu wyznała, że rozwód mógł przebiec w przyjaźniejszej atmosferze.

Kobiety gorzej znoszą atmosferę rozstania, jednak warto zwrócić uwagę, że to właśnie one zdecydowanie częściej sprawują opiekę nad dziećmi - wśród badanych opiekę nad dzieckiem decyzją sądu otrzymało 59% kobiet i jedynie 7% mężczyzn - co bez wątpienia może wpływać na ich ocenę tej sytuacji. Rozpad rodziny jest wyjątkowo trudnym momentem. Na osobie, która w tym czasie dodatkowo opiekuje się dzieckiem, spoczywa ogromna odpowiedzialność. Ma ona obowiązek zadbać o potrzeby dziecka, ale sama także musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Również w przypadku rodziców kluczowe jest wsparcie rodziny, przyjaciół lub specjalisty. Znalazło to też potwierdzenie w naszych badaniach - im więcej osób wspierało respondentów, tym częściej mówili oni, że atmosfera rozstania przebiegła spokojniej - tłumaczy Sakławska.

Czy rodziny otrzymują pomoc w czasie rozstania?

Aż 40% rodziców przyznało, że w czasie rozstania brakowało im wsparcia innych osób. Jeżeli mogli liczyć na pomoc, najczęściej przejawiała się ona ze strony dziadków (57%). W dalszej kolejności pojawili się inni członkowie rodziny (41%) oraz znajomi (31%). Co szósta osoba nie otrzymała od bliskich żadnej pomocy w tym trudnym okresie. W trakcie rozstania niektórzy decydują się na korzystanie z pomocy specjalistów. Rodzice najczęściej decydują się na wsparcie psychologa (31% przypadków) oraz psychoterapeuty (24%). Z kolei w przypadku pomocy udzielanej dzieciom najczęściej wybieranym specjalistą jest pedagog (30% wskazań).

Katarzyna Przyborowska, prezeska Stowarzyszenia OPTA oraz pomysłodawczyni kampanii, tłumaczy: Wieloletnie doświadczenia naszych specjalistów pokazują, że rozstanie jest jednym z najtrudniejszych kryzysów dotykających rodzinę. Zwykle to dzieci, ze względu na brak odpowiednich zasobów osobistych, najdotkliwiej odczuwają konsekwencje tej decyzji. Jako Stowarzyszenie OPTA prowadzimy kampanię społeczną „Rozchodzi się o dzieci”, której celem jest pokazanie różnych aspektów kryzysu rozpadu rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy dziecka. Chcemy zwiększyć świadomość i wrażliwość społeczną, ponieważ praktyka naszych specjalistów wskazuje na dużą potrzebę edukacji dotyczącej zagrożeń okołorozwodowych. Nie oceniamy decyzji o rozstaniu, lecz w tym trudnym czasie zachęcamy do szczególnej troski o dziecko.

Badanie „Dziecko w czasie rozstania rodziców” zostało zrealizowane jako element kampanii „Rozchodzi się o dzieci”, organizowanej z inicjatywy Stowarzyszenia OPTA. Pełny raport, a także liczne wskazówki i materiały edukacyjne związane z kryzysem wokół rozstania, dostępne są na stronie:www.rozchodzisieodzieci.pl.

Badanie zostało przeprowadzone przez agencję badawczą SW Research, na próbie 204 osób, które w ostatnich 10 latach doświadczyły sytuacji rozwodu lub rozstania oraz posiadały dzieci do 18 r. ż. W ten sposób została opisana sytuacja 309 dzieci.

Stowarzyszenie OPTA od 25 lat działa na rzecz osób znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej, zwłaszcza rodzin doświadczających kryzysów, m.in. wynikających z przemocy domowej i uzależnienia. Oferuje bezpłatne wsparcie psychologiczne i terapeutyczne dla rodziców i dzieci, a także pomoc prawną, mediacje czy specjalne programy edukacyjne.

  1. Psychologia

Rozwód - co zrobić, żeby dziecko nie stało się jego ofiarą?

Rozstanie rodziców jest dla psychiki dziecka dużym obciążeniem, dlatego ważne, żeby nie zatruwać go dodatkowo swoimi emocjami. (Ilustracja Getty Images))
Rozstanie rodziców jest dla psychiki dziecka dużym obciążeniem, dlatego ważne, żeby nie zatruwać go dodatkowo swoimi emocjami. (Ilustracja Getty Images))
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Decyzja zapadła – rozwodzicie się. Jak o tym rozmawiać z dzieckiem? Jak je wspierać? Jak zrobić mu możliwie najmniejszą krzywdę?

Przez wiele lat mówiło się o tym, jak destrukcyjne skutki dla psychiki dziecka wywołuje rozwód. Były to czasy, gdy jako społeczeństwo stosowaliśmy tę metodę, by odstraszyć ludzi od rozwodu. Dla dobra dziecka i w obawie przed destrukcyjną traumą psychiczną wiele rodzin przeżyło kryzys i nie zdecydowało się na roz-stanie. Dziś, gdy dorosły dwa pokolenia dzieci z rozbitych rodzin, wiemy już, że sam rozwód nie przynosi tak wielkich strat w psychice dziecka jak to, co w tej sytuacji potrafią zrobić swoim pociechom rodzice. Pierwsza pomoc dla dziecka, gdy musicie się rozstać, to nieobarczanie go nadmiernie tą sytuacją.

Nie zrób dziecku krzywdy „dla jego dobra”

Rozwód, zwłaszcza dla matki, jest bardzo obciążający. Obarczasz się winą za to, że nie stworzysz swojemu dziecku pełnej rodziny. To prawda. Nie stworzysz, ale najgorsze, co możesz zrobić, to dla wynagrodzenia „krzywdy” zrobić mu inną, znacznie gorszą – nadmiernie je wspierać.

Dzieci podczas rozwodu często zachowują się nieznośnie. Uważamy, że to dlatego, że są rozbite emocjonal-nie, sfrustrowane, odebrano im poczucie bezpieczeństwa, muszą więc odreagować gniew i poczucie winy. Na pewno tak, ale inną ważną przyczyną jest nadmierne nimi zainteresowanie. Dorośli „wiszą” na swoich dzie-ciach, bo one im zostały. To nie dziecko, ale dorosły ma ogromną potrzebę nieustannego bycia blisko, rozmów, zwierzania się, zapewniania, że bardzo dziecko kocha. Dzieci są przeciążane potrzebami emocjonalnymi dorosłych; natychmiast orientują się, że teraz nagle wszystko im wolno, mogą zażyczyć sobie czego tylko chcą i zachowywać się jak im się podoba. Zachowania pozytywne, które mają z założenia neutralizować skutki rozwodu, często przynoszą znacznie gorsze konsekwencje – podczas rozwodu dziecko uczy się czerpać z tej sytuacji rozmaite korzyści. Dlatego najważniejsze, co możesz zrobić dla swojego dziecka, to nie demonizować skutków rozwodu.

Zastanów się: co i jak mu powiedzieć?

Po pierwsze, nigdy nie realizuj rad w rodzaju „musisz z nim przeprowadzić poważną rozmowę”. To tobie taka rozmowa jest potrzebna, a nie dziecku. Jeśli posadzisz kilkuletnie czy nawet nastoletnie dziecko przy stole, wyłączysz komórkę i zarezerwujesz sobie dwie godziny (albo więcej), to pokażesz mu, że stało się coś najstraszniejszego.

Zamiast prowadzić poważne rozmowy, po prostu nie okłamuj dziecka
. Odpowiadaj na pytania. Podążaj za pytaniami. Mów prawdę, ale zwyczajnie – tak jak informujesz je o innych sprawach.

Nie używaj słowa „rozwód”, bo gdy je wymawiasz, twarz ci tężeje, a głos drży. Natychmiast przekażesz więc dziecku, że rozwód to coś tragicznego. Zamiast tego powiedz: tak się czasem zdarza, że tata i mama mieszkają osobno. „Tak się czasem zdarza” – to dobra, nieobciążająca dziecka poczuciem winy forma rozmowy o rozwodzie.

Jak myślisz, czym martwi się twoje dziecko?

Konkretami. Na swoim poziomie wiekowym dziecko zawsze martwi się o swoje własne sprawy, na przykład:
  • Czy to moja wina? Czy to przeze mnie?
  • Gdzie ja teraz będę mieszkać?
  • Czy teraz tata już mnie nie kocha?
  • Kto będzie odbierał mnie z przedszkola? A jak będę chciał iść do Antka, to kto mnie zawiezie?
  • Czy babcia o tym wie?
  • Nastolatka zmartwi, czy teraz pogorszy się sytuacja finansowa i czy straci kontakt z drugim rodzicem.
Dziecko to odrębny człowiek z odrębnymi lękami. Nie mów mu więc, czym ma się zamartwiać, pozwól na jego własne obawy.

Odpowiadaj normalnie na pytania

Czy tatuś już mnie nie kocha? Takie pytanie dziecka stwarza ci fantastyczną okazję do wylania z siebie całej frustracji. Jesteś jednak dorosła, więc jak dorosła osoba mówisz: „No, coś ty! Jasne, że cię kocha”. Błędem są łzy w oczach i deklaracja: „Kochanie, tatuś bardzo cię kocha i nigdy nie przestanie”. Twoje dziecko od razu wyczuje minorowy ton i zrozumie, że coś jest nie tak, skoro mówisz to aż tak poważnie. Dlatego o rozwodzie rozmawiajmy jak o wszystkich innych sprawach.

Zminimalizuj skutki

Traumą nie jest sam rozwód, rozejście się rodziców, tylko to, co z tą sytuacją zrobią jego rodzice, dziadkowie, ciocia i inni zaangażowani emocjonalnie w sprawę dorośli. Dlatego z wielkim dystansem czytaj rady dotyczące traktowania dziecka w tym czasie i „przeprowadzania go przez wasz rozwód”. Jesteś rozedrgana emocjonalnie i łatwo popadasz w przesadę.

Kontakt fizyczny, o którym na pewno już czytałaś, jest w tym okresie ważny, ale on też nie może być przesadny.
Dość często mamy robią projekcje swoich emocji i potrzeb, również w obszarze kontaktu fizycznego. Kontakt fizyczny tak, ale bez nadmiaru i nie w postaci pełnego smutku i rozpaczy tulenia dziecka do siebie, kołysania w ramionach przy każdej okazji. Wręcz przeciwnie – dziecko potrzebuje teraz optymizmu, radości, wygłupów, łaskotek, śpiewów i dynamicznych zabaw, żeby mieć jak odreagować gęstą atmosferę i przekonać się, że nie będziesz smutna do końca życia.

Zadbaj o zmęczenie fizyczne
– skupianie się tylko na potrzebach emocjonalnych dziecka jest wielkim błędem. Dzieci potrzebują ruchu, solidnego zmęczenia, spocenia się, wyżycia. Wbrew twoim potrzebom powinnaś zadbać, żeby twoje dziecko miało się z kim i gdzie wyszaleć. W okresie rozwodu dzieci mają problemy z zasypianiem – między innymi dlatego, że najczęściej nie bywają zmęczone.

Otwórz się na nowe możliwości
(inni ludzie, nowe zajęcia) – nie zamykaj się z dzieckiem w domu lub w kręgu twoich rodziców i znajomych, którzy są „po twojej stronie”. Daj mu odetchnąć od twojego problemu.

Zdjęcie taty postaw w jego pokoju
, będzie to jednoznaczny sygnał, że wolno mu nadal go kochać. Pamiętaj, że dziecko ma potrzebę kochania obojga rodziców. Ty mu nie wystarczysz.

Warto wspomóc się bajką terapeutyczną
– pokazać inne dzieci, które nie mieszkają z obojgiem rodziców. Taka bajka przyda się także tobie.

Nie ulegaj toksycznym pokusom

Jakie pokusy są surowo zabronione?

1. Zadręczanie się poczuciem winy, że rozbijając rodzinę, zniszczyłaś własnemu dziecku dzieciństwo. Nic podobnego, ale zniszczysz je, jeśli będziesz tak myśleć. Nie demonizuj skutków rozwodu. 2. Chęć kompensacji „utraty kontaktu z ojcem” za pomocą spędzania z dzieckiem całego swojego wolnego czasu. Nie zbliżaj się nadmiernie z dzieckiem, bo robisz to dla siebie, a nie dla niego. 3. Folgowanie mu we wszystkim
, żeby przestało czuć się gorsze. Ono się nie czuje gorsze. To twoje myślenie. Nie rozpieszczaj i nie spełniaj wszystkich jego zachcianek, tylko dlatego, że się rozwodzicie.

  1. Psychologia

Co przejąć, co odrzucić - cykl "Rodzice na nowe czasy", rozmowy z Wojciechem Eichelbergerem

CWarto się zastanowić, jak przywrócić instytucję podwórek– w pełni demokratyczną, łączącą dzieci z różnych rodzin, o różnym statusie społecznym, a nawet z różnych krajów,
które tworzyły zróżnicowaną społeczność. (Fot. Getty Images)
CWarto się zastanowić, jak przywrócić instytucję podwórek– w pełni demokratyczną, łączącą dzieci z różnych rodzin, o różnym statusie społecznym, a nawet z różnych krajów, które tworzyły zróżnicowaną społeczność. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpoczynamy kolejny cykl wywiadów z Wojciechem Eichelbergerem, znanym psychoterapeutą, autorem kultowych książek o wychowaniu, na których uczyło się kilka pokoleń rodziców. Tym samym wracamy do początków jego terapeutycznej i edukacyjnej pracy. W pierwszym odcinku rozmawiamy o tym, jak zmieniło się w Polsce przygotowanie do bycia rodzicem i co z tych zmian wynika. 

Rozpoczynamy kolejny cykl wywiadów z Wojciechem Eichelbergerem, znanym psychoterapeutą, autorem kultowych książek o wychowaniu, na których uczyło się kilka pokoleń rodziców. Tym samym wracamy do początków jego terapeutycznej i edukacyjnej pracy. W pierwszym odcinku rozmawiamy o tym, jak zmieniło się w Polsce przygotowanie do bycia rodzicem i co z tych zmian wynika. 

Kiedyś nikt nie słyszał o przygotowywaniu się do rodzicielstwa. Dzieci pojawiały się nie wiadomo skąd, na spontanie, były naturalną częścią życia rodziców i tak je też traktowano – jako jedną ze składowych życia, a nie jego centrum.
To prawda. Wychowywanie dzieci odbywało się wtedy bezrefleksyjnie. Sam przechodziłem przez taki proces wychowawczy jako dziecko. Nie było wsparcia psychologicznego dla rodziców i dzieci, nie mówiąc o psychoterapii. Powstał co prawda Komitet Ochrony Praw Dziecka, w którym działała prof. Maria Łopatkowa, i spierano się tam o koncepcje wychowawcze w domach dziecka, więc jakaś refleksja i dyskusja pedagogiczna istniały, ale brakowało psychologicznej. Na początku lat 60. na polskich uniwersytetach nie było nawet wydziałów psychologii, ta była częścią pedagogiki, niemal całkowicie zideologizowanej, bo miała służyć wychowaniu „nowego socjalistycznego człowieka” według recepty ukraińskiego pedagoga Antona Makarenki. W USA i w Europie Zachodniej już wtedy wyglądało to zupełnie inaczej. Tam pedagogika została szybko podporządkowana burzliwie rozwijającej się psychologii i jej odkryciom, co sprawiło, że po raz pierwszy w historii zaczęto na tak wielką skalę myśleć o wychowaniu personalistycznie i indywidualistycznie.

Czyli?
Jak o procesie sprzyjającym rozwojowi potencjału dziecka jako osoby ludzkiej, a nie kształtowaniu monotypowych osobników idealnie dostosowanych do ideologicznych, systemowych i społecznych okoliczności miejsca urodzenia. Tymczasem w PRL i w krajach tzw. obozu socjalistycznego rodzice żyli w szczelnej izolacji od myślenia w kategoriach potrzeb rozwojowych dziecka i byli pogrążeni w błogiej ignorancji.

Jakie to miało konsekwencje?
Takie, że z punktu widzenia rodziców wychowanie dzieci w tamtych czasach było łatwiejsze.

Łatwiejsze?
Bo bezproblemowe i bezrefleksyjne. Także dzięki temu, że socjalistyczne państwo w dużej mierze uwalniało rodziców od ich wychowawczej odpowiedzialności, oferując dostępne dla wszystkich potrzebujących żłobki i przedszkola, powszechną, darmową – indoktrynującą, ale solidną – edukację dzieci i młodzieży aż do matury, powszechny, ale trudny dostęp do darmowych uczelni wyższych. W dodatku rodzice mieli dla dzieci więcej czasu, bo z reguły pracowali do czwartej po południu, więc także życie rodzinne, sąsiedzkie, społecznościowe było żywe i bogate.

To był jednak opresyjny system. Rodzicom ułatwiano życie, ale za cenę zdrowia psychicznego dzieci.
Po prawdzie to nie jestem pewien, czy tamten system szkodził psychicznemu zdrowiu dzieci bardziej niż konkurencja i konsumpcjonizm, w którym obecnie żyjemy. Myślę nawet, że mógł szkodzić mniej. Wówczas z pewnością wskaźniki depresji wśród dzieci nie osiągały dramatycznego poziomu 20–25 proc., a otyłości – 30 proc., tak jak to ma miejsce dziś. Demokratycznie dystrybuowana bieda sprzyjała niepowstawaniu wielkich różnic majątkowych, a także społecznej integracji i pomocniczości. Podobnie działał gratisowy dostęp do sportu, do kółek zainteresowań i organizowanych wakacji. No i były powszechne, w pełni demokratyczne podwórka, na których dzieci organizowały się w nieformalne grupy i zdobywały niezbędne umiejętności społeczne.

Tamci rodzice nie musieli więc specjalnie przygotowywać się do rodzicielstwa. Mieli poczucie, że jakoś to będzie, że system dużo za nich załatwi.
To, plus duża ilość wolnego czasu, poczucie podstawowego bezpieczeństwa ekonomicznego – czyli świadomość, że państwo nie pozwoli nikomu umrzeć z głodu – i generalnie mniej stresujący tryb życia z pewnością przyczyniły się do dynamicznego przyrostu naturalnego w latach 50. i później. Rodzice koncentrowali się tylko na tym, żeby spłodzić i urodzić dziecko, a resztą w dużej mierze zajmował się rozbudowany i wydajny system edukacyjno-wychowawczy.

No i można było liczyć na pomoc dziadków.
To też było ważne. I dla rodziców, bo mieli wsparcie, i dla dzieci, które uczyły się szacunku dla starszych, oswajały ze starością i śmiercią, z naturalnym cyklem życia. Tak więc z punktu widzenia wygody posiadania dzieci, kosztów z tym związanych oraz poziomu i odpowiedzialności, i stresu, słusznie miniony system miał swoje niewątpliwe zalety.

Ale i mnóstwo wad. Rodzice o innym podejściu do wychowania, inaczej myślący byli napiętnowani.
To prawda, choć działania wychowawcze niezgodne z ideologią państwa łatwo było zakonspirować. Pamiętam, jak matka szeptem uczyła mnie zakazanej pieśni „Czerwone maki na Monte Cassino”.

Kwitły przemoc, alkoholizm, brak szacunku dla podmiotowości dzieci.
Ten system był z pewnością w większym stopniu korzystny dla rodziców niż dla dzieci. Psychoterapia ani prawa dziecka nie istniały. Pokolenie powojennych rodziców mogło więc bezrefleksyjnie i bezkarnie odreagowywać na dzieciach swoje wojenne traumy.

Bicie dzieci było powszechne, uznawane za normę.
To prawda. Sam dostawałem czasami upokarzające lanie od matki, a w szkołach dozwolone były kary cielesne. Ale tak naprawdę nie wiemy, co wtedy się działo w polskich rodzinach i jak to się odbijało na dzieciach, bo nie robiono wówczas takich badań ani nie prowadzono odpowiednich statystyk.

Ilustracja Katarzyna Bogucka Ilustracja Katarzyna Bogucka

Dzisiaj wychowanie zmieniło się o 180 stopni, już na etapie przygotowań do bycia rodzicem. Dla młodych ludzi dzieci są kolejnym projektem życia, po zdobyciu wykształcenia, kupnie domu, samochodu. Widzę w takim podejściu do rodzicielstwa wielką odpowiedzialność młodych, choć często jest ono wykpiwane. A ty jak je oceniasz?
Wzięcie odpowiedzialności za swoje i dzieci życie to niewątpliwie wyraz dojrzałości. Współcześni ludzie żyjący w kapitalizmie, czy tego chcą, czy nie, są kowalami własnego losu.

Czy jednak nie za bardzo kalkulują?
Rynkowa kalkulacja w odniesieniu do rodziny ma, oczywiście, także negatywne strony. Większość specjalistów twierdzi, że to główny powód ujemnego przyrostu naturalnego. Obecnie mnóstwo kobiet pracuje zawodowo i doświadcza komfortu niezależności finansowej, ale nie decydują się rodzić, gdy budżet macierzyńskiego projektu się nie spina, a państwo nie pomaga. Poza tym decyzja o rodzicielstwie wymaga obecnie nie tylko finansowego namysłu. Rodzice mają do wyboru wielką różnorodność metod wychowawczych, systemów edukacyjnych i kontekstów światopoglądowych. Decyzja o wysłaniu dziecka do tej, a nie innej szkoły może nieść dzisiaj ogromne, długofalowe konsekwencje dla całego jego życia. Poza tym szkoły o lepszej reputacji i szkoły alternatywne, czyli wolne od systemowej indoktrynacji, są z reguły drogie, a więc niedostępne dla wszystkich. Bogaci mają więc większe szanse lepiej wykształcić swoje dzieci.

Często to pozorna przewaga, bo ci bogaci czasem fundują dzieciom piekło.
Tak, ale nie zawsze przesadzają z edukacyjną presją na dzieci, natomiast potencjalnie mają tę przewagę, że mogą wybierać z szerszej oferty. W sprawie edukacji są mi bliskie lewicowe poglądy, czyli troska o wyrównywanie szans środowiskowych m.in. poprzez wspomaganie rodziców przez państwo czy samorządy – chociażby w postaci darmowych, dostępnych żłobków i przedszkoli.

Małe dzieci oderwane od mamy i taty? Powinny być z rodzicami do trzeciego roku życia. Tak przynajmniej sądzą zwolennicy wychowania w bliskości.
Pytanie tylko, jak to pogodzić z emancypacją kobiet, z ich potrzebą budowania karier zawodowych. Bo nie ma już powrotu do tego, co postuluje prawicowa doktryna rodzinno-wychowawcza, że mąż zarabia na rodzinę, mama zostaje z dziećmi w domu, a państwo się nie wtrąca.

Z moich obserwacji wynika, że nie tylko w konserwatywnych rodzinach matki chcą być z dzieckiem w pierwszych latach życia, wychowanie w bliskości to dość powszechne zjawisko. Dobre?
Absolutnie tak. Zgadzam się, że małe dziecko powinno być blisko matki i ojca, a zwłaszcza matki, mieć z nimi fizyczny kontakt. Pod warunkiem że okresowo ojciec może bez ryzyka utraty pracy i dochodów zastąpić mamę. Trzeba więc wspierać pomysły zmierzające do tego, żeby ojcowie dzielili z matkami trudy wychowania dziecka od pierwszego okresu życia.

Planując dziecko, młodzi chcą być z nim i jednocześnie nie rezygnować z kariery. Myślisz, że to możliwe?
Ten scenariusz już realizuje się na naszych oczach, został wypraktykowany w dobie pandemii pod pojęciami home office i zdalna szkoła. Mogą one skutecznie pomóc rodzicom w dzieleniu się obowiązkami.

Młodzi chcą mieć dziecko, ale jednocześnie niczego nie chcą stracić: wolności, możliwości robienia kariery. Nie chcą za dużo?
Nie chcą. Powinny istnieć systemowe rozwiązania, które będą wspierać takie potrzeby. Kobiety, które stoją wobec wyboru, czy zadbać o swoją karierę, czy o dziecko, powinny mieć możliwość naprzemiennej z ojcem opieki nad dzieckiem przez pierwsze trzy lata jego życia, czyli do przedszkola, a matki samotnie wychowujące dzieci – jeszcze więcej systemowego wsparcia.

O jakich rozwiązaniach myślisz?
Np. żeby można było zabierać dzieci do pracy. Takie możliwości mają rodzice we Francji, Anglii, tam są przedszkola w tym samym budynku, w którym matki pracują, rodzice nie muszą wieźć dzieci do przedszkola na drugi koniec miasta, a poza tym mogą zobaczyć je w czasie pracy. Myślę o wszystkich rozwiązaniach, które sprzyjają temu, żeby dziecko miało poczucie wsparcia, zakorzenienia w środowisku pierwotnym, czyli w rodzinie pojmowanej niekoniecznie jako małżeństwo. Decydując się na nieposyłanie dziecka do przedszkola, trzeba pamiętać, żeby miało ono inne okazje do budowania umiejętności społecznych. To duży problem w edukacji domowej, ale także zdalnej.

Przygotowując się do roli rodziców, nie można zapominać, jak ważny jest kontakt dziecka ze światem.
Dlatego warto by się zastanowić, jak przywrócić instytucję podwórek. To dobre zadanie dla jakiegoś think tanku. Podwórko było instytucją w pełni demokratyczną, łączącą dzieci z różnych rodzin, o różnym statusie społecznym, a nawet z różnych krajów, które tworzyły zróżnicowaną społeczność.

Czy to nie paradoks, że w nowych czasach powinniśmy więcej czerpać z czasów słusznie minionych?
Tak, to paradoks. Ale model państwa wspierającego rodziców jest nadal obecny w lewicowym czy socjaldemokratycznym myśleniu o społeczeństwie. Niestety, przyszyto mu łatkę lewackiego, rozrzutnego i antyrynkowego, a także antyfeministycznego, bo uważa się, że wypycha kobiety z rynku pracy.

Czy przygotowanie do bycia rodzicem nie powinno polegać także na tym, żeby zadać sobie pytanie: Co z dawnego modelu przyjąć, a co odrzucić? Chcemy oboje pracować czy tylko jedno, a drugie zajmie się wychowaniem? Ważne, żeby każda rodzina miała prawo do własnych wyborów.
Oczywiście, to bardzo ważne, żeby w sferze kultury, wychowania, polityki społecznej wszystkie opcje były równoprawne. Aby w zależności od sytuacji konkretnej rodziny czy momentu, w którym ta rodzina się znajduje, ludzie mogli swobodnie wybierać najlepszą dla siebie wersję bez presji środowiskowej czy ideologicznej. I żeby feminizm walczył nie tylko o prawo kobiet do samorealizacji zawodowej, lecz o prawo wyboru takiej drogi, która jest w danej sytuacji dla danej kobiety najlepsza, i żeby żaden wybór nie był uznawany za niewłaściwy.

Może rodzice planujący potomstwo powinni odłożyć decyzje dotyczące kształtu rodzicielstwa do przyjścia dziecka na świat? Bo często dopiero wtedy okazuje się, jakimi chcą być rodzicami.
Warto o to zaapelować. Przygotowanie strategiczne i taktyczne na przyjście dziecka jest bardzo ważne, ale powinniśmy też przygotować się psychologicznie. Czyli przerobić traumy własnego dzieciństwa, żeby zrozumieć, w jaki sposób zostaliśmy skonfigurowani jako przyszli rodzice, na co musimy uważać, jakie mieliśmy wzorce rodzicielskie, jakie są nasze przekonania wyniesione z systemu rodzinnego. Naprawdę warto jest zdać sobie sprawę z tego wszystkiego w kontekście planowanego rodzicielstwa.

I właśnie o tym porozmawiamy w następnym odcinku.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).