1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Ojciec i dziecko

Ojciec i dziecko

</a>
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ojcowie nigdy nie byli tak zaangażowani w wychowywanie dzieci jak obecnie. Ale też nigdy tak wiele od nich nie wymagano. Doktor socjologii, Małgorzatą Sikorską, mówi o tym, jak dziś wygląda relacja ojciec i dziecko.

 Jak bardzo dzisiejsi ojcowie udzielają się w rodzicielstwie?

Upowszechnia się norma społeczna, zgodnie z którą powinni angażować się w rodzicielstwo znacznie bardziej niż ojcowie z minionych pokoleń. Wielu współczesnych młodych ojców wierzy, że jest to ważne. Ale gdy zapytamy ich, ile czasu spędzają z dziećmi, to okazuje się, że niewiele. Z badań zleconych przez „Gazetę Wyborczą” wynika, że nawet w soboty i niedziele dziećmi częściej zajmują się matki. Ojcowie najbardziej angażują się w dwie rzeczy: dawanie klapsa i rozmowy o kieszonkowym. Ale i tak w obu tych przypadkach matki robią to dwa razy częściej.

No dobrze, ale to wizerunek przeciętnego ojca dla całego społeczeństwa. Czy w jakichś konkretnych środowiskach wzorzec relacji  ojciec i dziecko się zmienia?

W środowiskach wielkomiejskich. Tam tata jest bardziej zaangażowany w wychowanie. Coraz więcej mężczyzn z dziećmi pojawia się na placach zabaw i nikogo już nie dziwi ten widok, a jeszcze niedawno tak było. Współczesny tata wielkomiejski nie jest już podobny do inżyniera Karwowskiego z serialu „Czterdziestolatek”, który wracał z pracy, czytał gazetę, leżał na kanapie, a dzieci pojawiały się tylko w tle.

To zabawne, bo mam 7-miesięczną córkę, a na 40. urodziny dostałem DVD z „Czterdziestolatkiem”. Powinienem je  wyrzucić, by nie czerpać z tego serialu złych wzorców?

(śmiech) No może nie wyrzucić, ale schować głęboko na dnie szuflady. Moja studentka pisała pracę na temat wzoru ojcostwa w serialach „Czterdziestolatek” oraz „39 i pół”. Obydwa opisują mężczyzn w podobnym momencie życiowym, ale ukazanie ojcostwa jest w nich kompletnie różne. Inżynier Karwowski pojawiał się z dziećmi na ekranie w zasadzie tylko wtedy, kiedy na nie krzyczał lub je karał. Chyba tylko w jednej scenie w całym serialu próbował się do nich emocjonalnie zbliżyć, opowiadając sentymentalną historię ze swojego dzieciństwa. Ale to było po zakrapianym alkoholem spotkaniu. Można więc oglądać ten serial raczej jako swoisty antywzór ojcostwa. Nowy wzorzec zaangażowanego taty prezentuje serial „39 i pół”. Tu ojciec rozmawia ze swoim synem, interesuje się jego życiem, podejmują wspólne aktywności.

Jeśli w dużych miastach ojcowie są bardziej zaangażowani, dlaczego zatytułowała pani jeden z rozdziałów swojej książki „Nowy ojciec powinien robić to, co matka, a nawet więcej”.

Z analizy pism parentignowych wynika, że mężczyźni są w niektórych czynnościach lepsi od matek, na przykład w zabawie z dziećmi. Są bardziej kreatywni, dzięki czemu – jak twierdzą pisma dla rodziców – mogą mieć większy wpływ na rozwój dzieci. Poza tym rzadziej bywają w domu, więc nie wpadają w pewną rutynę, co często zdarza się matkom. W tym sensie ojciec może „robić więcej”. Zupełnie inną sprawą jest to, czy to robi.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że nigdy w historii ojcowie nie byli tak zaangażowani w rodzicielstwo jak teraz.

Wcześniej ojca albo nie było fizycznie w domu, albo był nieobecny emocjonalnie i nie interesował się dzieckiem, albo był ojcem autorytarnym, który głównie wydawał rozkazy. Warto też podkreślić, że nigdy tak wiele jak obecnie od niego nie oczekiwano. Dobrze opisał to prof. Zbigniew Mikołejko, mówiąc o matkach „wózkowych”. To kobiety, które sądzą, że wszystko im się należy, ponieważ urodziły dziecko. Wysyłają otoczeniu, także ojcu malucha, komunikat: „mam dziecko i nie zawaham się go użyć”. Są roszczeniowe i wiele wymagają, także od ojców. Ale nie tylko one – nawet matki „niewózkowe” wiele oczekują od swoich partnerów.

Z czego wynika ta zmiana ojcostwa w wielkich miastach? Jesteśmy lepiej wyedukowani, media nas uświadamiają...?

Powodów jest wiele. Bardzo ważnym jest zmiana sytuacji kobiet na rynku pracy. Kobiety w Polsce pracowały od dawna, jednak dopiero od paru dekad utrwala się wzór, że kobieta może się spełniać także w życiu zawodowym. W tym sensie praca staje się konkurencją dla macierzyństwa. A skoro kobiety chcą pracować i się w to mocno angażują, ojcowie muszą przejąć część obowiązków rodzicielskich.

Obecni ojcowie nie chcą ponoć karać dzieci, bo pamiętają, że ich ojcowie głównie w ten sposób realizowali swoje rodzicielstwo. Czy nowy tata rozpieszcza potomstwo?

Skoro nawet ci współcześni zaangażowani ojcowie spędzają z dziećmi mniej czasu niż matki, to może się u nich pojawić motywacja: „jak już jestem, to zrobię coś takiego, by dobrze się razem bawić”. I rozpieszczają dzieci. Nie sądzę jednak, żeby polscy rodzice rozpuszczali dzieci ponad miarę. Wielu współczesnych ojców podkreśla, że chcą wychowywać dzieci inaczej, niż sami byli wychowywani. Widać, że brakuje im wzorca dobrego ojcostwa i że nie bardzo mają się do czego odwołać.

Mimo że sami znają swoje dzieci, i tak mają wrażenie, że ten słynny instynkt macierzyński, ta tajemna wiedza, do której mężczyźni nigdy nie zostaną dopuszczeni, stawia matkę w roli niekwestionowanego eksperta. Jak pokazują badania Małgorzaty Fuszary, nawet ojcowie, którzy zdecydowali się wziąć urlopy wychowawcze i zajmują się dziećmi codziennie, gdy wydarza się sytuacja wyjątkowa i trudna, np. gdy maluch dostaje gorączki – dzwonią do partnerek i pytają, co robić.

Ten telefon do żony nie wynika raczej z tego, że ojciec uważa, iż dziecko to strefa kontroli matki?

Także. Kobiety mają dość specyficzne oczekiwania – z jednej strony chciałyby, aby partnerzy włączali się w wychowanie dziecka, ale z drugiej – oddanie tego pola traktują jako utratę części swojej władzy. I to nie do końca im się podoba. W trakcie badań realizowanych w ramach projektu AXA, pt. „Ciemna strona macierzyństwa”, pytaliśmy mamy: „kto wam pomaga?”. Wszystkie chóralnie mówiły: „ojcowie”. Ale gdy drążyliśmy temat i dopytywaliśmy, co konkretnie robią, okazało się, że tata, owszem, nakarmi lub ubierze dziecko, ale dopiero wtedy, gdy mama przygotuje jedzenie czy ubranie.

Ja na początku mojego ojcostwa musiałem wykłócać się z żoną, by móc założyć córce pieluchę. Czy faceci walczą o tę strefę wpływów?

Są tacy, co walczą, ale są i tacy, którym nawet do głowy nie przychodzi, by mogli to robić. Matka, babcia, teściowa utwierdzają mężczyzn w przekonaniu, że dziecko to „działka” kobiet.

Jaki wpływ na dzieci będzie miała obecna zmiana ojcostwa?

Gdy pytamy dziś nastolatków: „Kto jest dla ciebie autorytetem?”, to bardzo często odpowiadają: „rodzice”. Ich wizja własnej przyszłości to „update’owany” świat ich rodziców. Zostali wychowani w rzeczywistości, w której rodzicielstwo jest już bardziej partnerskie, dlatego nie negują dorosłych, nie ma w nich takiego buntu jak kiedyś. To dla nas wielkie wyzwanie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Najstarsi, najmłodsi, jedynacy - jak role w rodzinie wpływają na nasze życie?

Rodzice mniej lub bardziej świadomie, przydzielają nam określone role w rodzinie. Zależne są one od ich oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie naszych narodzin. (Ilustracja: iStock)
Rodzice mniej lub bardziej świadomie, przydzielają nam określone role w rodzinie. Zależne są one od ich oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie naszych narodzin. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Mama i tata – dali ci życie i kochali najmocniej, jak potrafili. Ale też, mniej lub bardziej świadomie, przydzielili ci w rodzinie określoną rolę, zależną od własnych oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie twoich narodzin. Sprawdź, czy nadal ją pełnisz.

Którym dzieckiem z kolei jesteś w rodzinie? Kiedyś to było jedno z najważniejszych pytań, jakie zadawali terapeuci pacjentom podczas zbierania wywiadu. Role dziecka w rodzinie były zaś dokładnie opisane w psychologicznych poradnikach. Od tego czasu trochę się zmieniło. Na przykład najstarsze dziecko, kiedyś owoc eksperymentów młodych rodziców, dziś często jest wynikiem przemyślanej decyzji. Środkowe – bywa, że jest dziełem przypadku, kiedy para po wielu staraniach, wspomagana nowoczesną medycyną, wreszcie spodziewa się dziecka, a po roku, dwóch, zupełnie niespodziewanie na świat przychodzi kolejny potomek. Najmłodsze to nierzadko owoc pogodzenia się rodziców po czasowej separacji albo nowe dziecko w nowym związku. Jedno nie zmieniło się jednak wcale: nasze życie w dużym stopniu naznaczone jest (a może nawet napiętnowane) niewidzialnym, ale bardzo silnym wpływem rodzinnych oczekiwań i głęboko zaszczepioną lojalnością wobec rodziców.

Najstarszy – ten duży

Co do najstarszego dziecka rodzice mają jasne oczekiwania i konkretne plany: prestiżowa szkoła, zawód, a w przyszłości odpowiedzialność za kontynuowanie rodzinnych tradycji i pomnażanie majątku.

Elżbieta od wczesnego dzieciństwa była przygotowywana do przejęcia rodzinnej firmy. – Wiadomo było, że to ja będę kierowała biznesem po ojcu, ale również, że będę zajmowała się rodzicami na stare lata. Młodsza siostra często wypomina mi, że nie muszę martwić się o pracę, ale kiedy mama miała operację, oczywiste było, że ja wrócę z wakacji, żeby odebrać ją ze szpitala.

Najstarsze dziecko zwykle pełni rolę zastępczego rodzica dla rodzeństwa; to do niego dzwonią mama czy tata, żeby pożalić się na niesfornego syna, poprosić o pomoc przy chorym dziecku drugiej córki. To ono czuje się odpowiedzialne za organizację rodzinnych spotkań czy ulokowanie oszczędności rodziców.

„Ustąp, bo jesteś starsza” – ile razy w dzieciństwie Magda słyszała to zdanie? Starsza to znaczy mądrzejsza, bardziej odpowiedzialna, niesprawiająca kłopotów, radząca sobie sama. Tak jest do dziś. Kiedy umierał tata Magdy, to ona, a nie o rok młodszy brat, musiała być tą najsilniejszą, a gdy raz pozwoliła sobie na słabość, usłyszała: „Ty nie dajesz rady?!”. Bo najstarsze dziecko przez całe życie jest „na celowniku”: jego sukcesy odbierane są jako oczywistość, za to porażki surowo punktowane.

Większość moich pacjentów, którzy z różnych powodów zerwali kontakty z rodziną, to właśnie najstarsze dzieci. – Wybrałam partnera z konserwatywnego środowiska – opowiada Dorota. – Moja rodzina była niekonwencjonalna. Łudziłam się, że ktoś z tzw. normalnego domu zapewni mi poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo brakowało mi w dzieciństwie.

Kiedy sześć lat po ślubie jej mąż odszedł do innej kobiety, Dorota przez dwa lata utrzymywała to w tajemnicy przed rodziną. Wstydziła się o tym powiedzieć, bała się, że zostanie odrzucona.

Ale bycie najstarszym ma też dobre strony. Pierworodni to zwykle ludzie odnoszący sukcesy: samodzielni, odważni, z pasją realizujący swoje plany, odpowiedzialni. Można na nich liczyć. Wiedzą, czego chcą, i potrafią o siebie walczyć. A kiedy pogodzą się, że jak każdy, mają prawo do słabości, świat staje przed nimi otworem.

Środkowy – poszukiwacz

Kiedy słyszę zdanie: „Mam trzydzieści parę lat i nie wiem, kim jestem” – mogę w ciemno obstawiać, że pacjent jest środkowym dzieckiem w rodzinie. Jego miejsce od momentu narodzin nie jest jasno określone; nigdy nie zaznało przywilejów jedynaka czy najstarszego, a jak już było najmłodsze, to bardzo boleśnie przeżyło detronizację. Od dzieciństwa musi walczyć o pozycję, bywa, że próbuje dogonić najstarsze albo zdominować najmłodsze. Często pełni rolę rodzinnego rozjemcy, który bardziej dba o dobrą atmosferę niż o własne potrzeby.

– Moja starsza siostra ciągle kłóci się z mamą, za to najmłodsza bez skrupułów wykorzystuje ją do pomocy przy dzieciach – żali się Ania. – A ja muszę wysłuchiwać skarg wszystkich trzech.

Kiedy Ania zaszła w ciążę, po raz pierwszy poczuła, że ona i jej sprawy mniej obchodzą rodziców niż życie sióstr. To było dla niej bardzo bolesne. – Mama przez całą ciążę nie zapytała mnie, jak się czuję, a kiedy powiedziałam, że będę miała dziecko i nie chcę się stresować problemami sióstr, wszystkie się na mnie obraziły.

Środkowe dziecko często jest w rodzinie niewidzialne. Zdarza się – jak w przypadku jednego z moich pacjentów – że rodzice mylą jego imię, nie pamiętają o urodzinach, bagatelizują stan zdrowia.

– Od dzieciństwa bałam się, że kiedy zgubię się w sklepie, rodzice nie będą mnie szukać – mówi Irena. – Dziś wybieram mężczyzn brylujących w towarzystwie, bo mogę się ukryć w ich cieniu.

Matylda od lat leczy się z powodu bezpłodności. Po pół roku terapii przyznała się, że boi się urodzić dziecko: obawia się, że przestanie być wtedy najważniejsza dla męża: – Nigdy dla nikogo nie byłam tak ważna, jestem jego żoną, przyjaciółką, a trochę małą córeczką. Nie chcę z tego rezygnować.

Środkowe dzieci są doskonałymi przyjaciółmi i partnerami. Empatia to ich mocna strona. Potrafią być świetnymi słuchaczami, troskliwymi opiekunami, dużo dają i niewiele oczekują w zamian. Cierpliwie znoszą brak zainteresowania i uwagi, rzadko się obrażają. Choć łatwo ich zranić, zwykle nie bywają agresywni. Kiedy pewnego dnia budzi się w nich ciekawość, żeby poznać prawdę o sobie, dowiedzieć się, kim naprawdę są, pojawiają się w gabinecie terapeuty i są bardzo zmotywowanymi pacjentami. Ich zapał do pracy i tempo, w jakim odkrywają swoje wnętrze, są naprawdę imponujące.

Najmłodszy – wojownik

Kiedyś był rodzinną maskotką, wiecznym dzidziusiem, oczkiem w głowie całej rodziny. Dziś bywa samotnym wilkiem chodzącym swoimi drogami albo wojownikiem z dewizą: „Ja im pokażę, na co mnie stać”. Jest sprytny i przebiegły, nic dziwnego, bywa bowiem, że ma czworo rodziców (mamę, tatę i starsze rodzeństwo), którzy, każde na swój sposób, chcą go wychowywać. Jeśli miał szczęście (lub pecha) przyjść na świat jako nowe dziecko w nowej rodzinie, pełni podwójną rolę: najmłodszego i jedynaka. Uff! Naprawdę należy mu się współczucie.

Monika jest niewiele starsza od dziecka swojej najstarszej siostry. – Właściwie razem się wychowywałyśmy – opowiada. – Kiedy dzieciaki w szkole pytały, czy Asia (wnuczka mojej mamy) jest moją siostrą, myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Mama traktowała nas jednakowo, za to tata powtarzał, że muszę zastąpić mu syna. Jak niby miałam to zrobić?

Wymagania ojca i pobłażliwość mamy sprawiły, że Monika od lat leczy się na nerwicę. Rodzice często kłócili się z jej powodu. Od ojca wiele razy słyszała, że dla niej nie zostawił matki. Bo najmłodsze dziecko często bywa kartą przetargową pomiędzy rodzicami. Jego motto życiowe to stać się kimś, kto zasługuje na podziw. – Musiałam im udowodnić, że warto było mnie urodzić, choć czasami czułam, że gdyby mnie nie było, gdyby coś mi się stało, naprawdę by im ulżyło – żali się Ewa, którą rodzice poinformowali o rozwodzie w dniu jej osiemnastych urodzin.

Bywa też, że najmłodsze z desperacją umacnia się w roli nieporadnego dziecka, upominając się w ten sposób o uwagę rodziny. Na przykład Beata. Już nie pamięta, ile razy zmieniała kierunek studiów. Mieszka ciągle w domu rodziców, pozwala im się utrzymywać. Oddaje się swojej pasji – malowaniu. Choć nigdy nie sprzedała żadnego obrazu. – Oni twierdzą, że moje malowanie to dziecinada – mówi. – Skoro tak, to niech mnie utrzymują. Mnie się do pracy nie spieszy.

Wielu moich pacjentów cierpiących z powodu dolegliwości psychosomatycznych to najmłodsze dzieci w rodzinie. Zwracanie na siebie uwagi poprzez chorobę to sposób dobrze im znany od dzieciństwa i prawie zawsze skuteczny.

Weronika ma trójkę małych dzieci. Nigdy nie pracowała zawodowo, a przy dzieciach pomagają jej teściowie, bo często choruje. – To nie moja wina, że łapię wszystkie infekcje, które dzieci przynoszą z przedszkola. Kiedy jestem chora, mam wreszcie czas, by zająć się tym, co naprawdę lubię.

Weronika pisze wiersze, ale pewnie nigdy ich nie opublikuje. Samo pisanie jest dla niej największą frajdą.

Najmłodsze dziecko jest świetnym manipulatorem. Od rodziny, przyjaciół i partnera potrafi wiele wyegzekwować, ale w głębi duszy cierpi na brak bezwarunkowej miłości i akceptacji. Jego ból bywa tak wielki, że trudno do niego dotrzeć. Rzadko trafia na terapię. Częściej u terapeuty pojawiają się jego bliscy z prośbą o pomoc czy poradę. Jest jak nieoszlifowany diament. Pod maską twardziela lub wiecznego dziecka ukrywa swój prawdziwy potencjał. Gdyby tylko chciał go odkryć…

Jedynak o wielu twarzach

Bywa odpowiedzialny, samodzielny, nad wyraz dojrzały i niezależny. Ale też towarzyski, łatwo nawiązujący kontakty. Czasami despotyczny, mający jedyną słuszną wizję świata. Jak kameleon potrafi zmieniać kolory, wcielać się w różne role.

Lidka marzy o silnym, niezależnym mężczyźnie, ale z lęku przed odrzuceniem wybiera na partnerów nieudaczników. – Michał jest na moim utrzymaniu, choć jego rodzina ma fortunę – opowiada. – Niech mu pani powie, że to mężczyzna powinien utrzymywać dom i rodzinę.

Kiedy zgadzam się spełnić jej oczekiwania, w jej oczach widzę przestrach. Domyślam się, że zależność od kogokolwiek jest dla niej nie do przyjęcia.

Agata wychowywana była tylko przez matkę. Ojca nie znała. – Odszedł od mamy, kiedy dowiedział się o ciąży – mówi.

Agata wybiera na partnerów starszych mężczyzn. – Pewnie myśli pani, że szukam tatusia – mówi przekornie. – Faceci w moim wieku nie wiedzą, czego chcą. – A czego ty chcesz? – pytam. – Ja mogę żyć sama, nie muszę uwieszać się na kimkolwiek.

Jedynacy mają swój własny świat, potrzebują przestrzeni, której nie dzielą z nikim. Dla otoczenia bywają nie lada zagadką. Tajemniczy, intrygujący, nieodgadnieni. Z jednej strony chodzą własnymi drogami, z drugiej lubią być doceniani i podziwiani. Odporni na zranienia, ale kiedy ktoś dotknie ich do żywego, niełatwo zapominają. Zaradni i samodzielni, rzadko proszą o pomoc, ale kiedy problem naprawdę ich przerasta, zdarza im się uciekać w chorobę. Napięciowe bóle głowy to ich pięta Achillesa. Łatwo odnoszą sukcesy zawodowe, w życiu prywatnym nie mają takiego szczęścia. Starzejącymi się rodzicami opiekują się z mniejszą empatią niż najstarsze dzieci w rodzinie. Częściej zapewnią ekskluzywny dom opieki (na który bez trudu zarobią), niż wezmą do siebie. Jakby mieli pretensję do rodziców, że przyszło im żyć bez rodzeństwa.

Edyta od pół roku mieszka za granicą, ale jej mama o niczym nie wie. Kiedy pytam zdziwiona, jak udaje jej się to utrzymać w tajemnicy i dlaczego to robi, odpowiada: – Moja matka wykorzystałaby to przeciwko mnie. Wolę być zaniedbującą, ale hojną córką niż wyrodnym dzieckiem, które porzuciło własną matkę.

Odkryj rolę, jaką przydzieliła ci rodzina - ćwiczenie

Przejrzyj rodzinny album i wybierz zdjęcie, na którym jesteś ty jako dziecko i cała twoja rodzina. Jeśli nie masz takiego zdjęcia, narysuj swoją rodzinę tak, jak ją zapamiętałaś. Teraz przyjrzyj się kolejno dzieciom i na podstawie zdjęcia lub rysunku spróbuj wyobrazić sobie los każdego z nich. Możesz wymyślić najbardziej nieprawdopodobną historię albo bajkę. To twoja bajka, twój los, twoje rodzinne błogosławieństwo albo przekleństwo. Jesteś już dorosła, możesz zmienić swój scenariusz. Dla ułatwienia najpierw wymyśl go na nowo. Potem uwierz, że zmiana zawsze jest możliwa. Wszystko zależy jedynie od ciebie.

  1. Psychologia

O pierwszeństwie partnera przed dzieckiem

Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. (Fot. iStock)
Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. (Fot. iStock)
W wielu małżeństwach pojawienie się dziecka zaburza naturalną kolejność „karmienia”. To, co najważniejsze, czyli nasz czas, uwagę, troskę, dostaje maluch, a nie partner. I związek zawisa na włosku. Psychoterapeutka Katarzyna Miller wyjaśnia, że dzieci są o wiele szczęśliwsze w domu, w którym rodzice skupiają się najpierw na sobie.

Co się dzieje ze związkiem mężczyzny i kobiety, gdy pojawia się dziecko? Zacznijmy od tego, że najczęściej dzieje się to za szybko. Ile znasz par, które sobie założyły, że pożyją sobie jako młodzi, zakochani w sobie i nieobciążeni dodatkowymi obowiązkami, że będą sobie jeździć w podróże, balować, zostawać poza domem, na ile chcą? A ile par wiąże się ze sobą tylko dlatego, że pojawiła się ciąża? Wtedy w ogóle nie mają czasu na to, by nacieszyć się sobą. A ile małżeństw by ze sobą nie było, gdyby nie dziecko? Ja nie chcę powiedzieć, że życie ma być przyjemnością, ale ono ma być przyjemne. Obowiązki, zadania, praca – też mogą być przyjemne. Nie chodzi o to, żeby unikać wszelkiego wysiłku, tylko żeby podejmować się zadań, których wykonanie sprawia nam satysfakcję. Na początku małżeństwa gotowanie i pranie sprawiało mi przyjemność, więc to robiłam, a gdy przestało, skończyłam z tym. Jeżeli nie umiesz żyć i marzysz tylko o tym, żeby stworzyć z kimś dom, do którego on wniesie tę lekkość i pogodę ducha, to się możesz przeliczyć.

Chcesz powiedzieć, że nie dajemy sobie pożyć wspólnie w przyjemności, tylko od razu bierzemy na głowę obowiązki, czyli dziecko… Dokładnie tak. I wiesz, co się dzieje…? Oczywiście są mądre dziewczyny, które chwalą swoich mężów za to, że od początku zajmują się dziećmi, ale zwykle jest tak, że facet, który się boi wziąć dziecko na ręce, zamiast być zachęcanym do tego, jest strofowany, że robi to nie tak. Więc natychmiast przestaje próbować. Nie chce być uważany za fajtłapę ani czuć się jak fajtłapa. A fajna żona zamienia się – nawet nie w matkę, ale w mateczkę.

I co on się do dziecka zbliży, to ona go ofukuje, że teraz dziecko musi pospać albo że źle je trzyma… Ona, po pierwsze, robi tak, bo chce być królową na jakimś polu, po drugie, nie wierzy w siebie i w to, że na innych polach jest ważna i potrzebna, a po trzecie, nie zbudowała z ojcem dziecka silnej więzi. Bardzo często kobiety po to mają mężów, żeby mieć dzieci, żeby nad kimś górować. Bo dzieci są dla wielu osób po to, by mieć coś swojego. Znacznie trudniej, niż urodzić dziecko, jest dogadać się z facetem, szczególnie że ludzie są zwykle niedojrzali i bardzo często dobierają się na zasadzie: ktoś chciał, trafił się, wychodził mnie sobie, wyjął mnie z domu, rozwiódł mnie z mężem albo podobał mi się bardziej niż ktoś inny, co nie znaczy, że podobał mi się najbardziej ze wszystkich albo że się sprawdziliśmy i do siebie pasujemy. Sami siebie nie znamy i niezbyt dobrze czytamy innych, w związku z tym, jak się komuś uda trafić na kogoś dla siebie dobrego, to albo Bozia pomaga, albo intuicja. A to przecież jest najważniejsze, by najbliższą więź mieć ze swoim partnerem.

Bo on najpierw jest partnerem, a dopiero później ojcem twoich dzieci? Właśnie. Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. Powinniście najpierw zbudować bazę, na której dopiero stanie wasz dom, czyli cała reszta, w której też mieszczą się dzieci. Wy jesteście tu dorośli, dzieci są dziećmi. One mają przyjść do domu, w którym jest dwoje kochających się, w miarę mądrych, w miarę zadowolonych i w miarę lubiących się ludzi. W dodatku takich, którzy uważają, że posiadanie dziecka nie jest udręką, nie jest poświęceniem ani hodowaniem sobie kogoś, kto mi będzie herbatę na starość podawał…

I nie jest jedynym szczęściem w życiu. Tak jak nie jest jedynym szczęściem w życiu mieć udany związek. Jest wielkim szczęściem, ale nie jedynym.

Czyli komu należy się palma pierwszeństwa? Kiedyś było tak, że pan domu dostawał przy stole najlepsze kąski, co nie do końca było sprawiedliwe, bo jak mordę pruł, to wszyscy siedzieli cicho. Zresztą dziś też tacy tyrani się zdarzają, tylko oni znęcają się z racji tego, że są tyranami, wtedy dodatkowy pretekst dawała im pozycja. Dziś to już, na szczęście, minęło, starszym odebrało się władzę, ale oddało się ją młodym, którzy są, niestety, durni. Młodość nie może, nie powinna rządzić!

Dziś najlepsze kąski dostają dzieci. I nie wiedzą, co z nimi zrobić. Młodzi nie chcą mieć przyjemnego życia, tylko chcą samej przyjemności. I jeśli się uczą, że nie muszą na nią zapracować, tylko mogą ją dostać, to sobie roszczą do niej prawo. A już najlepsze kąski dostają chłopcy. I znów mamy to samo – kobiety wychowują synów w kulcie patriarchatu.

To jaki powinien być podział kąsków przy stole? To nawet nie o kąski chodzi, tylko o kolejność. Powinno być tak, że my, jako para, zasiadamy do stołu z dziećmi. I gdybym to ja przy tym stole rozlewała rosół, tobym zaczynała od męża, a on powinien zaczynać ode mnie. Dopiero potem wlewamy rosół do talerzy dzieci. Uwaga, jaką się sobie poświęca, troska o siebie, jaką się przejawia na zewnątrz, powinna być skierowana na partnera, bo dzieci to widzą i w takim domu już jest dobrze. Jeżeli obserwują, że tata o nic nie dba, a mama dba o nich nadmiernie, to ich świat się wykrzywia. Rodzice mają wzajemnie o siebie dbać, mają być dla siebie uprzejmi i mili, co nie znaczy, że mają się nie kłócić, tylko nie wciągać w te kłótnie dzieci. Powiedzieć: „To nie wasze sprawy, mama i tata muszą sobie teraz coś wyjaśnić”.

W sumie, jakby to wziąć na logikę, mąż był pierwszy, bez niego nie byłoby dzieci. Dlaczego teraz miałby być nieważny lub mniej ważny? To przecież z nim chcę porozmawiać o dzieciach, to z nim chcę się zastanowić, co robimy w ogóle w naszym życiu, to z nim chcę wypocząć, to z nim chcę się bawić. Owszem, z dziećmi też chcę wypocząć i się pobawić albo iść do filharmonii, ale to dlatego, że on nie lubi filharmonii. Jeśli podobał nam się ten okres zakochania, kiedy byliśmy dziewczyną i chłopakiem, to przedłużmy go, pokażmy drugiej osobie, że ją kochamy. Tymczasem dziewczyny odstawiają na bok swoją kobiecość, dziewczęcość i dziecko w sobie na rzecz bycia mamuśką. Kobieta powinna mieć czas dla siebie, bez dzieci i bez męża, ale też czas dla męża, bez dzieci. Dzieci nie czują się skrzywdzone, kiedy rodzice zamykają drzwi do swojego pokoju, tylko kiedy nie są zauważane i ważne. Każdy jest ważny, ale powinien być na swoim miejscu. Uważam, że rodzice nie zawsze powinni mieć takie samo zdanie, skoro mają inne. Wtedy mówią dzieciom: „Tata ma takie zdanie, ja takie, ale wspólnie postanowiliśmy, że…”. Czyli w skrócie: nie skłócicie nas.

Żeby wszystko stało na swoim miejscu, jaka powinna być kolejność? Najpierw… …ja, potem mój partner, a potem dzieci. Jasne jest, że dzieci zostają na zawsze naszymi dziećmi, a partner nie zawsze musi być partnerem do końca życia. Jeśli rozstajemy się, bo było mi z nim niedobrze, to oczywiście z tego zaszczytnego miejsca go wystawiamy, ale nadal pozostaje ojcem mojego dziecka. Dopóki jednak on jest moim partnerem i nie zamierzam się z nim rozstawać, to wspólnie ten dom budujemy, jesteśmy tym fundamentem, mamy siebie wspierać i być sobie potrzebni. Pójdziesz na bal z partnerem, a nie z dzieckiem, do łóżka też. Poza tym dzieci dorastają, mają rówieśników, swoje sprawy, przestaniemy być dla nich tak ważne. Dzieci powinny wiedzieć, że są tylko dziećmi.

Wiesz, że wiele matek nie zgodzi się z tym, co mówisz? Żyjemy w czasach, kiedy to mężczyźni zawodzą, a dzieci są jedynym, co nam się udało. Ale my nie mówimy tu o wyższości męża nad dzieckiem, tylko o jego pierwszeństwie. To jedno. Inna kwestia jest taka, że mamy teraz nadopiekuńcze mamusie. To oznacza tyle, że matki żyją życiem dzieci, a nie swoim. A dlatego to robią, bo nie mają mężów, z którymi jest im dobrze. A nie mają mężów, z którymi jest im dobrze, między innymi dlatego, że pozwalają mężczyznom na wszystko, a w zamian dostają od nich figę z makiem. I to jest taki zaplątany układ, w którym kobiety godzą się na bycie traktowanymi źle przez mężczyzn, bo oni są wartością wyższą według nich, niezależnie od tego, że mamy równouprawnienie i niezależnie od tego, ile kobiet powie: „Wolę być sama niż z kimkolwiek”.

Zauważ, co się dzieje, kiedy siedzi sześć panienek przy herbacie i wchodzi jeden facet. Przynajmniej połowa z nich poleci mu herbatę zrobić albo zapyta: „Jadłeś coś?”, „A może byś tu usiadł? Bo tu jest takie cudowne miejsce”. Nie będą dalej zajmowały się sobą, a niech on sobie sam radzi, tylko zaraz pojawi się słodka minka, zmieniony głosik, całym ciałem się zwrócą w jego kierunku… Dlatego jeżeli kobiety mówią, że dzieci są dla nich najważniejsze, to przepraszam bardzo, ale jest to po prostu zmyła.

Zmyła? Nieprawda i rodzaj usprawiedliwienia. To bardzo pogmatwany temat. Wystarczająco długo pracuję z kobietami, mężczyznami również, ale nade wszystko z dziećmi tych kobiet i tych mężczyzn, żeby widzieć, co się dzieje. Jak bardzo nie sięgamy do rozwiązań, tylko przyklepujemy problemy. Jeśli kobietom jest nie najlepiej w związku, to – dziś coraz częściej niż ich matki – odchodzą. Tyle tylko, że one się rozwodzą dopiero wtedy, kiedy ledwo co żyją, natomiast bardzo długo wytrzymują stan swojego niespełnienia. I pozwalają na to, by było tak, jak jest, nie wymagając i nie domagając się, ale też nie biorąc, tylko oceniając, krytykując i wypłacając. Trzeba się nauczyć brać, a nie mordę drzeć, kiedy się nie dostało. Trzeba brać i nie mieć pretensji. Trzeba siebie kochać, trzeba być egoistką, ale ponieważ mamusie tak nas wychowują, żebyśmy nie były egoistkami, to dla kogo my tymi egoistkami nie będziemy? Dla faceta. Bo jemu trzeba usłużyć, jemu trzeba umilić, jego trzeba omamić, że jestem taka kochana. A przecież nie jestem aż taka kochana, jestem trochę fajna, trochę zołza, a trochę leniwa. Przynajmniej takie powinnyśmy być. Z zezwoleniem na swój egoizm, ale i na egoizm męża.

Mężczyźni to potrafią. I tego się, moje drogie, od nich uczmy. Tymczasem kobiety prędzej dokładnie wyliczą, czego to nie robi ich mężczyzna, jak jest dla nich niemiły, nieadorujący czy nieczuły. Dobrze, kochanie, to powiedz, kiedy ostatnio powiedziałaś mu dobre słowo? Ale za co ja mam mu je mówić? No może za to, że jeszcze, kurde, z tobą jest? Że nie polazł na widok twojej niezadowolonej miny. Ja wiem, że jak ja mam niezadowoloną minę, to mój Edek mnie nie znosi, z tym że ja to robię świadomie, bo nie mam zamiaru się uśmiechać, kiedy nie mam humoru. A niech mnie wtedy nie znosi, ja też go czasem nie znoszę. Ale ja się tego nie boję, że on mnie nie znosi. A one nie są w stanie wytrzymać tego, że on ich nie lubi, bo za sobą nie stoją. W jego oczach szukają potwierdzenia tego, że są coś warte. A przecież ja, ty, my  jesteśmy warte same z siebie.

Ale kiedy związek się nie udaje i się rozstają, mówią: „przynajmniej mam dzieci”. Dzieci nie są do posiadania. Poza tym te kobiety nadal nie mają tego, na czym najbardziej im zależało. Ale tego nas nauczyły mamy. Nie bierz, tylko dawaj. I jeszcze: jak będziesz miła, skromna i grzeczna, to ci dadzą. A nie dadzą. Mało tego, będziesz miła i grzeczna, ale z coraz bardziej zaciśniętymi ustami. Aż wreszcie walniesz pięścią w stół, a on zdziwiony: „Ale co się stało?”. A ty, że ci się uzbierało. „Ale przecież nic nie mówiłaś?”. No właśnie… Jeżeli mama nie pozwalała brać, bo to egoizm, to ty musisz sprytnie dawać po to, żeby dostać. Ale to jest strasznie zawiłe, bo ten, co dostał, nie wie, że ma oddać.

Czyli, po pierwsze, nie mówimy, czego chcemy, a po drugie, nie chwalimy partnerów i nie dziękujemy im, jak już to od nich dostaniemy. Bo się facet rozpuści. Najlepiej, jakby się sam wszystkiego domyślił. I tego też nauczyły nas mamy.

Wprawdzie kobiety decydują się dziś na rozwód, częściej niż ich matki, ale to, co robią przed rozwodem, robią tak samo. Nie mogą już wytrzymać w małżeństwie, ale albo nic o tym mu nie mówią… …albo mówią o tym bez przerwy. I kto jest winny? No przecież on. Gdyby umiały sobie wytłumaczyć, że nie tyle są winne, co współodpowiedzialne za sytuację, do której doszło, byłoby im łatwiej to przepracować. Przecież zależy nam na tym, by mieć kogoś, kogo obchodzimy, a nie kogoś, kto jest winien tego, jak ci jest. No, chyba że odwrotnie

Katarzyna Miller psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Psychologia

Na ile ufasz swoim bliskim?

Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Jak wygląda nasze zaufanie w relacji z partnerem, w rodzinie, w społeczeństwie? - Rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku – mówi psycholog Katarzyna Popiołek z Uniwersytetu SWPS w Katowicach.

W życiu społecznym jesteśmy nieufni. A w rodzinie? Z badań profesor Krystyny Skarżyńskiej wynika, że rodzina jest sferą, w której obdarzamy się największym zaufaniem. Natomiast nasze zaufanie do innych ludzi, do instytucji, władzy jest niewielkie. Wygląda na to, że popadamy w ekstrema – obcym nie ufamy wcale, natomiast bliskim czasem za bardzo. Niedobry jest kompletny brak zaufania do ludzi – gdy jesteśmy podejrzliwi, gdy uważamy, że inni dbają wyłącznie o własny interes – ale zgubna okazuje się też postawa absolutnego zaufania: gdy spodziewamy się, że zawsze wszystko będzie przebiegało zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Najlepszy okazuje się oczywiście arystotelesowski złoty środek.

Na czym polega złoty środek w bliskich związkach? Na tym, że na początku przyjmujemy założenie: wierzę w uczciwość i wiarygodność partnera. Takie założenie jest rozsądne, bo nie mamy jeszcze doświadczeń. A zaufanie to funkcja doświadczeń, które zdobywamy w relacjach z drugą osobą. Kiedy kogoś dopiero poznajemy, mamy wiele wątpliwości, no bo nic o nim nie wiemy. Ale wątpliwości powinna zastąpić wiara, że partner jest uczciwy. Dajemy rodzaj kredytu, świadomi, że możemy doznać zawodu. Bez tego nie da się zbudować trwałego związku. Można powiedzieć, że rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku. W miarę jak czyny potwierdzają nasze zaufanie, gdy przekonujemy się, że partner udziela nam wsparcia, zachowuje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, jest wrażliwy na nasze potrzeby, przejawia pozytywne działania, zaufanie do partnera się stabilizuje. I wtedy nie potrzebujemy już ustawicznych dowodów jego wiarygodności. Co więcej – jeśli nawet zdarzy się, że on coś przeskrobie, to uznamy, że jego zachowanie jest przejściowe i nie powinno być przyczyną konfliktu. To nie oznacza, że mamy wszystko w związku akceptować. Zasada ufności to nie nakaz wyłączenia rozsądku.

No a kiedy wchodzimy w związek z podejrzeniami, nieufnością? To mamy kłopot. Czeski terapeuta Miroslav Plzak odwołuje się tu do innej silnej obawy, jaką jest lęk o życie. Wiemy, że jest kruche, ale to nie znaczy, że z lęku o jego utratę nie będziemy wychodzili z domu. Podobnie jest z zaufaniem – z lęku o jego utratę nie możemy zadręczać partnera kontrolą, nadzorem.

Przykładem braku zaufania jest zazdrość. Człowiek zazdrosny żąda od partnera dowodu wierności. Taki dowód jest jednak faktycznie i logicznie niemożliwy. Nie da się udokumentować wierności, najwyżej można komuś udowodnić, że był niewierny. Jeśli nawet zamknę się w domu i powiem: „popatrz, jestem tylko twój”, zazdrośnik powie: „dobra, dobra, ale zdradzasz mnie w myślach”. Dlatego droga osoby zazdrosnej jest zawsze drogą w labiryncie. Jak powiedział Szekspir, zazdrośnicy są w szponach zielonookiego potwora.

Z takim bagażem nie warto zaczynać związku? Dobrze jest zacząć od aktu zaufania o niewielkim stopniu ryzyka. Na przykład poprosić o spełnienie jakiegoś małego oczekiwania, które stosunkowo łatwo będzie zrealizować. I zobaczyć, czy ta osoba to uczyni.

 
W relacji rodzice – dzieci postępować podobnie? Tak. I podobnie jak w relacji z partnerem musimy zacząć od próbnego zaufania. Powinniśmy jednak pamiętać, że pokusa, na jaką wystawiamy dziecko, nie powinna być duża. Sprawdźmy, czy dotrzyma obietnicy, czy powie prawdę, zacznijmy od kredytu zaufania. Ale na początku ten kredyt powinien być adekwatny do możliwości jego spłaty, tak jak w ekonomii.

A jeśli się przekonamy, że partner nas zawiódł, że dziecko zrobiło coś, czego nie chcieliśmy? Często zawiedzione zaufanie jest sygnałem, że chcieliśmy czegoś niemożliwego albo że coś jest nie tak w naszych relacjach. W bliskich związkach przyczyną może być tak zwany syndrom ciepłej wody. Ktoś siedzi sobie w ciepłym basenie, jest mu dobrze, a na dworze czeka partner i marznie. Może być tak, że czujemy komfort kosztem partnera. Czasami fakt, że ktoś zawiódł nasze zaufanie, może być sygnałem, że nie robimy czegoś, co jest potrzebne drugiej stronie. Ale jeśli kłamstwa się powtarzają, obietnice nie są dotrzymywane, uciekajmy. Z kimś, kto kilkakrotnie zawiódł zaufanie, nie ma sensu budować związku.

A jeśli tym kimś jest dziecko? Dziecko dopiero się uczy, jak nie zawodzić zaufania i jak je okazywać. Jeśli tu coś nie gra, to znaczy, że popełniliśmy jakiś błąd. Na przykład sami na tym polu źle funkcjonujemy – kłamiemy, ile się da. A może mamy zbyt wygórowane wymagania niemożliwe do spełnienia i dziecko dla świętego spokoju obiecuje, a potem nie dotrzymuje słowa, bo wymaganie było nierealne.

Jakie korzyści mamy w życiu z zaufania? Uważam, że bez zaufania człowiek może zginąć, bo w trudnych chwilach nie będzie miał do kogo się udać po pomoc. Stała nieufność prowadzi do samotności i niszczy nas samych.

Powinniśmy ufać, ale i nie zawodzić zaufania, bo dostajemy to, co dajemy. Działają tu dwa prawa: tak zwane prawo bumerangu – co wysyłam, to do mnie wraca. Ale nie zawsze tak jest. Wtedy trzeba zastanowić się dlaczego. Nie wszyscy zasługują na zaufanie, a my czasami nie chcemy tego widzieć. Drugie prawo to tak zwany efekt Rosenthala. Jeśli uważam, że ktoś jest nieuczciwy, to jestem wobec niego nieufna, kontrolująca. A taka postawa często wywołuje u tej osoby zachowania, o które właśnie ją podejrzewałam. Powinniśmy zatem dawać kredyt zaufania, ale jak się okaże, że ktoś nas zawiódł, bądźmy ostrożni w dalszych kontaktach.

Ale najpierw czyńmy innym to, co i nam miłe. Gdy czasem słyszę: „nie ufam nikomu, bo wszyscy mnie zawiedli”, to jestem prawie pewna, że przyczyna leży w tym, kto to mówi. Pamiętajmy, że czas też gra rolę w budowaniu zaufania. Im dłuższy dobry związek, tym większy bank zaufania. Dlatego tak bardzo boli, gdy zdradzi przyjaciel. Mamy wtedy poczucie, że cały nasz bank został obrabowany. Ale z drugiej strony – myślimy sobie: „przez tyle lat ten ktoś nas nie zawiódł i teraz, po jednym złym doświadczeniu, mamy kończyć znajomość?”. I najczęściej, nawet przy dużym wykroczeniu, wybaczamy. Dobrze mieć bank z dużym kapitałem zaufania.

Katarzyna Popiołek - dr hab. psychologii społecznej, profesor Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. Zajmuje się problematyką relacji międzyludzkich, szczególnie relacji pomocy i wsparcia, oraz specyfiką zachowań w sytuacjach kryzysowych. Jest autorką wielu publikacji naukowych, współtwórczynią Instytutu Współczesnego Miasta.

  1. Psychologia

Jak role pełnione w dzieciństwie przenoszą się na dorosłe życie?

Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Które dziecko ma najlepiej: najstarsze, średnie, a może najmłodsze? Czy jedynacy naprawdę są samolubni i trudni we współżyciu? Jakie realne profity mamy z posiadania siostry lub brata? Dlaczego, choć czasem ich nie cierpimy, to zawsze stajemy po ich stronie? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice? Wyjaśnia psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czy jest prawdą, że rola, jaką pełnimy w rodzinie, przenosi się na rolę, którą pełnimy w społeczeństwie? Jak poradzimy sobie w dorosłym życiu, w pewnej mierze wynika z tego, jaką pozycję zajmowaliśmy w rodzinie, ale to bardziej złożona kwestia. Pierwszy czynnik, który trzeba wziąć po uwagę, to kolejność urodzenia, drugi to płeć, a trzeci fakt, czy wszystkie dzieci w rodzinie były zdrowe i pełnosprawne. To wszystko składa się na naszą pozycję w rodzinnym domu.

Wiele się mówi o specyficznych cechach, jakie kształtują się w nas w zależności od tego, którym z kolei dzieckiem byliśmy w rodzinie. Tyle tylko, że tych cech nie nabywa się automatycznie wraz z przyjściem na świat, tylko są one wzmacniane – lub nie – przez rodziców i proces zmian, jaki zachodzi w rodzinie. Na przykład pierwsze dziecko bardzo często ma cechy przywódcze i jest odpowiedzialne – a w dorosłości nawet nadodpowiedzialne – za innych. Jeżeli ponadto długo pełniło rolę jedynego dziecka w rodzinie, to złość i zazdrość, że przestało być najważniejsze, może spowodować, że ta jego odpowiedzialność nabierze cech władczości i kontroli. Rodzice w pewien sposób to wzmacniają, kiedy powierzają mu opiekę nad młodszym rodzeństwem. Już czterolatek może dostawać zadania potrzymania butelki z mlekiem czy poukładania zabawek, a starsze dzieci być oddelegowywane do pilnowania młodszych czy pomocy w lekcjach. Jeśli zadania są odpowiednie dla wieku dziecka, to jest to naturalne, a jednocześnie rozwojowe: wykształcają się w nim jakieś predyspozycje: bycia pomocnym, rozważnym czy kontrolującym. Jeśli dzieci zostają jeszcze za to pochwalone, to się tego uczą i stopniowo staje się to ich wyposażeniem w dorosłym życiu. Z perspektywy najstarszego dziecka wygląda zwykle tak: „Musiałem to małe wszędzie za sobą ciągnąć, stale się za mną pałętało”. Środkowe dziecko z kolei ma często doświadczenie bycia niewidzialnym, ale jednocześnie dzięki temu jest świetnym obserwatorem i negocjatorem, bo musiało nim być, by dogadać się ze starszym i młodszym rodzeństwem. W dorosłym życiu daje mu to nieocenioną umiejętność ogarniania całości, widzenia szerokoaspektowego, nie zero-jedynkowego, ale też mediacji, dogadywania się, współpracy. W wielu zawodach to się bardzo przydaje.

O najmłodszych mówi się, że im wszystko wolno, są wiecznymi dziećmi, zawsze ktoś im pomoże i zajmie się nimi. Z kolei one same mówią, że czuły się zawsze nie tak dobre jak inni, bo nie mogły dogonić starszych. Zostaje w nich taki bolesny kawałek bycia wyłączonym z życia rodzeństwa, dopominania się o to, by być traktowanym poważnie. Starsi bracia, jeśli zabierali młodszego na boisko, to robili mu łaskę, poza tym nie wpuszczali go do swojego pokoju, musiał po nich donosić ubrania, mówili o nim pogardliwie „mały” – najmłodsi mają doświadczenia bycia lekceważonym. Z drugiej strony jest w nich poczucie, że cokolwiek by się działo, ktoś im pomoże. Taka ufność może być życiowym atutem.

Ale to nie jest cały obraz. Dochodzi chociażby płeć – chłopcy nadal zajmują w rodzinie zwykle wyższą pozycję niż dziewczynki, im się na więcej pozwala, wybacza psoty i nieposłuszeństwo. Mają więcej swobody.

Wracając do pierwszego pytania, w życie zawodowe czy związki wchodzimy z określoną pozycją, wyniesioną z domu: pozycją lidera, kozła ofiarnego, mediatora, niewidzialnego, wiecznego dziecka czy maskotki. Na ile ta pozycja wpływa na nasze podejście do życia, przekonałam się podczas warsztatów, jakie prowadziłam na temat rodzeństwa na Uniwersytecie SWPS. Wszyscy uczestnicy mieli się podzielić na grupy jedynaków, najstarszych, średnich i najmłodszych dzieci w rodzinie, z rozróżnieniem na płeć. I okazało się, że w grupie najmłodszych dziewczynek wszystkie są w związkach, co było na tyle wyjątkowe w stosunku do pozostałych grup, że w żadnej innej taka prawidłowość się nie powtórzyła. Wszyscy byliśmy zdziwieni, tymczasem one patrzyły zdziwione na nas: „Ale jak to? Miałabym być sama? Przecież zawsze ktoś będzie chciał ze mną być i się mną opiekować. Tak jest zbudowany świat”. Były przekonane, że znajdą partnera, przecież są tak cudowne.

W związkach chcemy odtworzyć sytuację z domu? Nie robimy tego świadomie, szukamy tego, co już znamy, a znamy na przykład taką sytuację, że zawsze ktoś się mną opiekował albo że ja zawsze to robiłam. Dlatego też bardzo często najstarsze córki wchodzą w związki z jedynakami lub młodszymi braćmi, a najmłodsze z najstarszymi braćmi. Nieświadomie ten klucz gdzieś działa. Czy w życiu nam to później służy? Nie zawsze, bo nas nie rozwija. Na przykład jedynak, którego mama była na każde skinienie, może mieć żonę, która będzie dla niego jak mama, a nie żona. Ona z kolei zajmowała się wszystkimi w domu i teraz też nie wychodzi z tej roli… no, chyba że się zbuntuje.

Sama jestem jedynaczką. Rodzeństwo to dla mnie obszar nieznany i fascynujący. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć brata czy siostrę i z ciekawością obserwowałam znane mi rodzeństwa. Dla mnie to była mieszanka przyciągania i odpychania, wspólnych tajemnic, ale i częstych kłótni, miłości i nienawiści. Czy to jest reguła? To, jakie relacje będzie ze sobą miało rodzeństwo zależy przede wszystkim od tego, w jakiej rodzinie dorastają dzieci. Ogromny wpływ na to, jak się będą układały losy sióstr i braci, mają rodzice. To, jak widzą dzieci, zwłaszcza na ile postrzegają je jako autonomiczne istoty, i to, jak się między nimi układa w parze. Na ile udało im się nie rozgrywać dziećmi jakiejś wewnętrznej walki między sobą, nie wciągać ich w sojusze przeciwko partnerowi, nie dzielić ich na „moje” i „twoje”. Przyciąganie i odpychanie, o których pani mówiła, ta miłość przeplatająca się z wrogością w relacjach siostrzanych i braterskich, mogą wynikać z różnych zaszłości i tego, jaką narrację na ten temat mieli rodzice. Czasem – nieadekwatnie do rzeczywistości – w domu jest podział na starsze dziecko i młodsze, mimo że jest między nimi różnica zaledwie roku czy dwóch, i wtedy to „starsze” dostaje obowiązki opiekuńcze wobec „młodszego”, mimo że samo jest jeszcze dzieckiem – z jednej strony ma z tego powodu gratyfikację w postaci bycia tym ważniejszym, z drugiej strony może cały czas zazdrościć bratu czy siostrze, że mają u rodziców fory.

Jeśli rodzeństwo nie jest w stanie w dorosłym życiu porozmawiać o tym w dojrzały sposób, uznać, że rodzice świadomie lub niezamierzenie „wrobili” nas w tę sytuację i napisać nową narrację na temat swojej relacji – to amplituda między miłością a nienawiścią może się utrzymywać przez cały czas. Ale niekiedy rzeczywiście nie da się tego od nowa poskładać. Bo rodzice nie są w stanie zmienić swojego zachowania, co przez postronnego obserwatora i jedno z dzieci może być postrzegane jako krzywdzące, lecz drugiemu wydaje się zupełnie naturalne. Na przykład ukochany synek dostaje mieszkanie, wsparcie finansowe, a siostra jest jakby osierocona i musi sobie radzić sama.

Rodzice są przekonani, że jej nie trzeba pomagać, bo ona i tak sobie świetnie radzi. A synkowi ciągle coś się nie udaje, więc trzeba mu pomagać. Taki jest mit w tej rodzinie, mit, który nigdy nie został tak naprawdę zweryfikowany. Rodzice często patrzą na dzieci przez filtry, które nie zawsze są obiektywne. Tym bardziej warto w dorosłym życiu od nowa prześledzić historię własnego dzieciństwa i swojej relacji z rodzeństwem, ale ze świadomością, że każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie.

Nawet jeśli w tej samej? Dzieci przychodzą na świat w jednej rodzinie, ale nigdy nie jest to ta sama rodzina. Wyobraźmy sobie parę, która niedawno się poznała, są w sobie po uszy zakochani i nagle dowiadują się, że będą mieli dziecko. Albo są wniebowzięci i szczerze cieszą się na tę zmianę, albo budują swoją relację na przekonaniu, że musimy być razem, bo przytrafiła się ciąża, albo myślą: „Wprawdzie nie planowaliśmy tego, ale to przypieczętuje nasz związek, który i tak mieliśmy zalegalizować”. Jak widać, w tym momencie dziecko już dostaje jakąś historię o tym, jak i po co przyszło na świat. Czy jest chciane, czy nie; czy pojawia się we właściwym momencie, czy nie – bo jego rodzice są na studiach i dziecko mieli raczej w odległych planach albo ojciec dziecka właśnie uległ wypadkowi, ma złamaną nogę i trzeba się nim opiekować.

Poza tym każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie nie tylko dlatego, że jest już na świecie jego brat czy siostra, ale też dlatego, że rodzice się zmieniają, a ich związek ewoluuje: najpierw to może być małżeństwo studenckie, potem młodzi z własnym mieszkaniem, natomiast przy narodzinach kolejnego dziecka jest już małżeństwo, w którym to on stracił pracę, a ona utrzymuje rodzinę. Czy zmarła babcia, która wcześniej matkowała dzieciom, by mama mogła kształcić się lub pracować. W każdej z tych sytuacji dziecko na dzień dobry dostaje inne wyposażenie.

Czy już wtedy pojawiają się pierwsze oczekiwania – jaką rolę to dziecko ma spełniać w rodzinie? Tak, i czasem te oczekiwania stają się bardzo nieadekwatne do jego możliwości. Często słyszy się, że ta czy tamta dziewczyna złapała chłopaka na dziecko, bo już chciała być żoną. Wtedy dziecko – nawet jeśli w dobrej wierze – jest użyte po to, by stworzyć małżeństwo.

I jego rolą jest łączyć rodziców? Niekoniecznie, bo związek rodziców może się już w tym czasie ukształtować. Niemniej jednak nawet jeśli rodzice są razem i są z tego powodu zadowoleni, fakt, że to dziecko do tego doprowadziło, sprawia, że ono ma już jakąś nieadekwatną rolę w rodzinie. Niektóre dzieci przeżyją tę sytuację jako wyróżnienie i podbije to ich ego, a dla innych może być to ciężar, który bardzo skomplikuje im życie.  Mogą też czuć się w obowiązku jednać zwaśnionych rodziców, kiedy się kłócą. Jest też mniej pozytywny wymiar takiej roli – kiedy na przykład matka, której bardziej zależało na związku, w sytuacjach kryzysowych szantażuje emocjonalnie ojca dziecka, mówiąc: „I co, swoją ukochaną córeczkę zostawisz?”. Dziecko jest używane do zatrzymywania ukochanego mężczyzny, jest „po coś”. I to jego życiowy bagaż. Ale każdy z nas jakiś ma.

Drugie dziecko pary przychodzi na świat w zupełnie innej rodzinie – rodzinie z małym dzieckiem. Pierwsze dziecko mogło pełnić rolę łącznika między rodzicami, ale mogło też czuć się pępkiem świata, darem, który przydarzył się zakochanej parze. I nagle po dwóch latach temu królewiczowi lub królewnie rodzi się rywal: do miłości mamy, uwagi taty, ich czasu, do zabawek, do przestrzeni w pokoju. To dobrze i źle. Dobrze, bo rodzeństwo staje się dla niego takim poligonem, na którym uczy się bycia w relacji, tego, że czasem trzeba coś dać i z czegoś zrezygnować, żeby coś dostać w zamian – czyli z braciszkiem można się fajnie bawić w pociąg, ale trzeba będzie mu oddać też część zabawek. Źle, bo od teraz musi ciągle o coś i z kimś rywalizować. Co prawda dzieje się to w naturalny sposób i najczęściej w bezpiecznych warunkach, jeżeli rodzina jest bezpieczna, czyli kiedy rodzice mogą w każdej chwili wkroczyć i pogodzić strony. W konsekwencji do szkoły czy przedszkola dziecko wchodzi już z pierwszym doświadczeniem socjalizacji i nie przeżywa tak bardzo, że nagle musi się liczyć z innymi i że pani wychowawczyni jest nie tylko dla niego.

Bo z rodzeństwem można było to wcześniej przećwiczyć na „domowym ringu”… Właśnie. Z drugiej strony jeśli rodzice będą rozwijać rywalizację między rodzeństwem i oceniać: „zdolny”, „mniej zdolny”, jeśli nie będą na tyle przytomni, by dostrzegać osobiste atuty danego dziecka, czyli to, co je wyróżnia, a nie co sprawia, że jest lepsze czy gorsze od swojego brata – naruszy to w nim bazowe poczucie wartości, a brata czy siostrę zamieni we wroga numer jeden. Łatwiej jest czuć wrogość czy złość w stosunku do brata niż do rodziców, stąd małe dzieci wszystkie frustracje, których doświadczają z powodu bycia odmiennie traktowanym, kierują przeciwko sobie, a nie na rodziców. Oczywiście czasem bezpośrednią przyczyną złości jest także rodzeństwo, bo jeżeli starsze dziecko nie potrafi pogodzić się z tym, że ma konkurenta do miłości rodziców, i bezkarnie terroryzuje młodsze, to maluch będzie odczuwał lęk i poczucie krzywdy, że nikt za nim nie staje. Albo na odwrót: jeśli starsze będzie musiało we wszystkim ustępować młodszemu i ze wszystkiego rezygnować, a mały będzie się panoszył, bo jemu wszystko wolno – to w starszym zrodzi się poczucie bezradności i krzywdy.

Ale tego chyba nie da się uniknąć? Nie, to jest niemożliwe. Dlatego moja rada jest taka: to, że dzieci się ze sobą biją i kłócą, jest zupełnie naturalne. Małe kotki czy pieski też się bez przerwy podgryzają. Trzeba tylko zachować czujność, żeby nie widzieć ich konfliktów zero-jedynkowo, że któreś będzie zawsze pokrzywdzone, a któreś zawsze winne, bo to nigdy nie jest takie proste. Amplituda relacji między rodzeństwem jest zmienna: najpierw się kochają, a potem piorą, ale to jak najbardziej OK.

Poza tym jest szansa, że tej miłości z czasem zacznie być między nimi więcej. To drugi największy profit z posiadania rodzeństwa. Oprócz tego, że jest ono naturalnym poligonem doświadczania relacji, to jak coś się złego w rodzinie dzieje, np. rodzice piją, to dzieci, nawet jeśli się kłócą, bardzo za sobą stają. Jak nie mają rodziców, którzy są dysfunkcyjni, i nie mogą na nich polegać, to mają przynajmniej brata lub siostrę. Czyli miłość, więź, bliskość. Sama pani przyznała, że tęskniła za rodzeństwem. Wszyscy tęsknimy za tym, żeby mieć się z kim bawić, z kim wymieniać swoje spostrzeżenia, komu ponarzekać na mamę i tatę. Grupa odniesienia jest nam bardzo potrzebna. W każdej rodzinie bywają kryzysy, ale jeśli w domu panuje otwartość na wyrażanie miłości, ale i złości, to brat czy siostra w takich kryzysowych sytuacjach mogą stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Można im się zwierzyć z trudnych rzeczy, takich, o których się nie rozmawia z nikim innym. To poczucie, że nie jest się w tym samym, stanowi ogromną wartość. Brat czy siostra to ktoś taki jak ja, tylko mniejszy, starszy czy o trochę innym charakterze.

Genetycznie – najbliższy krewny. Dlatego rodzeństwo zawsze będzie jakoś tam się kochać i jednocześnie walczyć ze sobą o pozycję w rodzinie, ważność, uwagę i miłość rodziców, ale z reguły będzie też wobec siebie lojalne. Jeżeli nawet w domu dzieci mają ze sobą na pieńku i mówią: „Ja go nie kocham, ja go nie chcę”, to rzadko się zdarza, żeby nie stanęły za sobą, gdy atakuje je ktoś obcy. To działa trochę na zasadzie: „Ja mogę bić mojego brata, ale jak go uderzy jakiś chłopak na boisku, to stanę w jego obronie”. Ta lojalność pozostaje, czasem na całe życie.

Nie musimy się z rodzeństwem lubić, bo nasze charaktery czy systemy wartości są tak różne, że trudno się ze sobą kolegować, także w dorosłym życiu, ale zawsze będziemy stawać po swojej stronie. A jak tej lojalności zabraknie, to zostaje wielkie poczucie winy. Choć trzeba zaznaczyć, że trudniej jest zbudować więź z rodzeństwem, gdy rodzice nastawiają dzieci przeciwko sobie i kiedy różnica wieku między dziećmi jest większa niż 7 lat. Wtedy rodzeństwo przez dłuższy czas nie ma ze sobą kontaktu mentalnego, tak jakby każde z dzieci było jedynakiem. Ale to może się zmienić w dorosłym życiu.

Porozmawiamy o jedynakach. W społeczeństwie mają raczej czarny PR: samolubni, egoistyczni… Nawet jeśli, to czy to do końca ich wina? Jedynacy mają i dobrze, i źle. Dobrze, bo od małego pozostaje na ich wyłączność cała uwaga rodziców i są na wyjątkowej pozycji, w której nikt im nie zagraża, ale niosą też swój ciężar. Gdy rodzice zawodzą, to jedynacy są zupełnie pozbawieni wsparcia. Jeżeli brakowało im do zabawy kuzynów albo jeśli rodzice nie mieli tyle czasu czy możliwości, by zapewnić im stały kontakt z rówieśnikami, to wchodzą w okres przedszkolny i szkolny niewyposażeni w umiejętność radzenia sobie z rówieśnikami i muszą się tego uczyć. A to nie jest przyjemna nauka. Często już jako kilkulatki mają percepcję dorosłych lub są bardziej infantylne niż inne dzieci, bo dużo czasu spędzają z rodzicami i dziadkami, czują się więc przy dzieciach trochę nieadekwatnie – z jednej strony są lepsi, bo dojrzalsi od tych „maluchów”, z drugiej gorsi, bo mogą być mało samodzielni, słabo radzący sobie w różnych sytuacjach, nie umieją się odnaleźć w takich zabawach jak przepychanki, dają się wkręcać w różne sytuacje, biorą wszystko na poważnie. I na długi czas zostaje w nich ta tęsknota za rodzeństwem.

Czy mają z góry określoną rolę do pełnienia? Niekoniecznie. Wszystko zależy od rodziców, którzy mogą dawać jedynakowi taki przekaz: „Masz przynieść chlubę domowi, bo mamy tylko ciebie”, ale mogą też wrabiać go w rolę najmłodszego, na zasadzie: „Nie wolno ci się usamodzielnić, zawsze masz być naszym dzieckiem”. Zwykle jak małżeństwo jest nieudane i w parze coś szwankuje, to dziecko bywa wciągane do koalicji z jednym z rodziców i na przykład chłopiec zostaje uwiedziony przez mamę przeciwko ojcu. Często dla takich chłopaków, którzy słyszeli od mamy: „Ty jesteś moim mężczyzną, jesteś lepszy od taty”, to duże obciążenie, któremu chłopiec nie umie sprostać. Z tego powodu ma wewnętrzny problem poczucia swojej realnej siły i wartości. Syn zdewaluowanego przez mamę ojca doświadcza utraty możliwości identyfikowania się z mężczyzną, który powinien być dla niego najważniejszy. Niestety, wielu ojców odsuwa się lub porzuca wtedy synów, zamiast o nich walczyć. Tacy chłopcy w dorosłości mogą borykać się ze swoją tożsamością, mieć tendencję do wchodzenia w związki trójkątne. Ale bywają też dziewczynki uwiedzione w kontrze do ojca czy dziewczynki uwiedzione przez ojca przeciwko matce, który powtarza im: „Teraz ty jesteś moją kobietą, jesteś fajniejsza niż mama”…

Jak widać, jedynacy mają przechlapane, bo z jednej strony są pępkiem świata, a z drugiej są wikłani w gry między małżonkami. Ale są też profity – jedynacy często mają predyspozycje do tego, by samemu sobie świetnie organizować czas, być ciekawymi sami dla siebie. Rzadko się nudzą, bo od zawsze musieli ubogacać sobie samotne spędzanie czasu, wymyślając, tworząc, poszukując nowych bodźców i wrażeń. Sporo z nich dzięki temu nieustannie robi wiele nowych rzeczy i cały czas rozwijają siebie i swoje życie.

Ale mają też poczucie, że ktoś inny nigdy nie zrozumie ich tak dobrze, jak oni rozumieją siebie. Bo nie było tego lustra w postaci rodzeństwa. Tak, nie było z kim zweryfikować poglądu na swój temat. Jedynak ma tylko swój wizerunek siebie, pozytywny lub nie, i nie zawsze jest on prawdziwy. Ktoś, kto ma braci i siostry, może przejrzeć się w wielu oczach i szybciej się osadzić w sobie, stwierdzić: „O, taki jestem, a taki nie, to jest we mnie fajne, a to niekoniecznie, a to tylko mi się wydaje”. Jedynak dostaje feedback tylko od rodziców, stąd może mieć problem z ugruntowanym poczuciem własnej wartości. Może żyć długo w błędnym wyobrażeniu o sobie, zadawać sobie ciągle pytanie: „Czy ja jestem coś wart, czy tylko mi się tak wydaje?”.

Czyli najpierw poczucie satysfakcji: „Wow, coś mi się udało”, by zaraz potem pewność siebie zjechała w dół, bo może to nie jest prawda? Tak, i te skoki bywają bardzo duże i frustrujące. Szczególnie jak ktoś miał rodziców, którzy nie dawali jasnych i prawdziwych komunikatów. Normalna, zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy mama dwulatka mówi:  „Super!”, kiedy maluch zbuduje wieżę z klocków, ale też mówi: „Wiesz, to już nie było fajne”, kiedy ten sam dwulatek w złości porozrzuca klocki po pokoju. Co innego matka, która zachwyca się wszystkim, co dziecko zrobiło. I to dziecko potem nie wie, czy to, co robi, jest wartościowe czy nie, bo nie dostaje adekwatnego feedbecku, zawsze jest „super”.  Na dodatek nie ma rodzeństwa, które by powiedziało: „E tam, matka cię zawsze chwali”.

Matki potrafią chwalić nieadekwatnie, ale też z lęku, że wychowają rozpieszczonego jedynaka, wszystko umniejszać. Cokolwiek by dziecko zrobiło, zawsze jakiś Kowalski zrobił to lepiej. Niektóre matki, nie tylko jedynaków, mają problem z separacją, uważają, że dziecko jest jakby częścią ich i nie ma autonomii. One wiedzą, co to dziecko czuje i jak podchodzi do pewnych spraw, bo one jakby były tym dzieckiem. Bardzo trudno się spod tego jarzma miłości wyrwać. Dlatego dobrze jest mieć u boku też ojca, babcię czy rodzeństwo, zobaczyć, jaka jest mama w stosunku do innych, i jak mnie widzą ci inni, by móc powiedzieć sobie: „Nie, nie zwariowałem, czuję coś innego niż mama mi wmawia”. Brak wieloobrazowego odbicia w oczach innych jest częstym deficytem jedynaków, stąd ich problem z opanowaniem swojego egocentryzmu i lekceważeniem innych osób.

Czyli: warto mieć rodzeństwo! Ostatnio pojawiło się bardzo dużo filmów o rodzeństwie. Mój ulubiony to ten, w którym Agata Kulesza mówi do swojej siostry: „Jedna z nas na pewno musiała być adoptowana”, czyli „Moje córki krowy”, ale ciekawy jest też  film „Barany. Islandzka opowieść” o braciach, którzy nie rozmawiali ze sobą latami i jako dojrzali samotni mężczyźni podejmują współpracę w imię ważnej dla ich rodziny kwestii. Widocznie we współczesnym świecie, kiedy o bliskie relacje jest trudno, zaczynają być w cenie relacje rodzinne. I dobrze. Często słyszy się opinię, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne w dzieciństwie, kiedy kształtuje się nasz charakter, i na starość, kiedy rodzice już zwykle nie żyją, koleżanki mają swoje życie, a jeszcze dzieci wyjdą z domu i nie daj Boże mąż czy żona nas opuści. Rodzeństwo pozwala nie czuć się samotnym, mieć jakieś oparcie w drugiej osobie – osobie, która zna nas od małego.

Dlatego warto w dorosłym życiu porównać te wszystkie narracje z naszego dzieciństwa: naszą narrację, narrację siostry i brata, z cierpliwością, bez komentowania, że tak było lub nie. Być może wtedy perspektywa każdego z nas trochę się rozszerzy i stanie się bardziej plastyczna. Bliżej nam będzie do siebie i do zrozumienia, czemu mój brat czy siostra są tacy, jacy są, zobaczyć, że co innego ich ukształtowało.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.

  1. Psychologia

Zapętleni w żalu - dlaczego relacje ojca z synem często są tak trudne?

Brak zrozumienia, skumulowana złość, ból i smutek - tak wygląda relacja wielu ojców z synami. (fot. iStock)
Brak zrozumienia, skumulowana złość, ból i smutek - tak wygląda relacja wielu ojców z synami. (fot. iStock)
Syn przyznaje, że nie może zatrzymać wybuchów wściekłości na ojca. Dochodzi do aktów przemocy, także fizycznej. I w takim stanie obaj – ojciec i syn – zapisują się na wspólną sesję do psychoterapeuty. Pogratulować – mówi Benedykt Peczko.

Relacja między ojcem a synem to najczęściej sprawa wielce drażliwa i skomplikowana. Badania pokazują, że zaledwie kilka procent mężczyzn ma serdeczną relację ze swoim ojcem. Pozostali czują do ojców obezwładniający żal, a nierzadko wściekłość i wrogość. Właśnie opowiadasz mi o ojcach i dorosłych synach, którzy z tą złością i bezradnością przychodzą razem na psychoterapię. Nastąpił jakiś wyraźny przełom w zbiorowej świadomości, skoro ojcowie i synowie mimo tylu urazów i zadrażnień decydują się na zmianę, ale – co najważniejsze – wierzą, że zmiana jest możliwa. Jak wyglądają sesje psychoterapeutyczne dla nich? Z czym konkretnie przychodzą? Ojciec z ręką na temblaku, zwichniętą w czasie szarpaniny z synem, mówi: „Jestem coraz starszy, chcę chłopakowi pomóc, ale mi nie wychodzi. Może pan zaradzi?”. Ojciec przedstawia sytuację: syn ma problemy ze sobą, wybucha, ma pretensje, obraża go. „Sytuacja jest już tak dramatyczna – mówi ojciec – że boję się, iż następnym razem on mnie dźgnie nożem albo udusi! Co robić?”. W trakcie sesji syn przywołuje różne skandaliczne zachowania ojca i znów padają wyzwiska: ojciec jest rasistą, seksistą, ksenofobem. To, oczywiście, bierna agresja, nierozładowana złość, która teraz dochodzi do głosu.

Zemsta. Tak. Ojciec dowiaduje się od syna, że nie ma prawa zgłaszać jakichkolwiek oczekiwań po tym, co mu zrobił.

A co mu zrobił? „Zostawiłeś mnie, kiedy cię najbardziej potrzebowałem. Nie było cię przy mnie, a gdy już byłeś, zmuszałeś mnie do posłuszeństwa. Zmarnowałeś mi życie!” To są bardzo burzliwe spotkania. Panowie wymachują rękami, przekrzykują się. Zachowują się tak, jak w codziennym życiu, gdzie tracą panowanie nad sobą i nierzadko dochodzi nawet do przemocy fizycznej. Gratuluję im świadomości psychologicznej; zdają sobie sprawę z tego, że sami już nie dadzą rady, i sięgają po pomoc. To naprawdę wielka sprawa. To ich siła, zasób, nie słabość czy wstyd. To także siła ich relacji.

Jak już nieraz mówiliśmy, silni ludzie proszą o pomoc. Trzeba to przypominać, wciąż sobie uświadamiać.

Co jest głównym wyzwalaczem biernej i czynnej agresji? Syn czuje się rozpaczliwie bezradny. Nie wie, jak zatrzymać ojca, który go ocenia, porównuje do innych, do siebie. Ojciec mówi: „Co ty osiągnąłeś? Rozejrzyj się, tylu młodych ludzi odnosi sukcesy, mają pasje”. Syn czuje, że ojciec go nie rozumie, narzuca mu własne rozwiązania, więc niejako odbiera mu prawo do odrębności, indywidualności. A ojciec nadal swoje: „Przecież gdybym go rano nie obudził, to przespałby cały dzień! Co ja mam robić? Mam zamknąć oczy, wycofać się? »Tak, synku, poleż, nic nie rób, pośpij do drugiej po południu. Nie zaliczyłeś roku na studiach? Nie szkodzi, kocham cię i tak!«” Mam mu tak mówić? No, proszę pana!”. Ten monolog ojca jest wyrazem jego bezradności.

Obaj więc czują się bezradni. Nie wiedzą, jak się porozumieć. Trudność polega na tym, że ojcowie próbują użyć jakiegoś sposobu komunikacji, a widząc, że ten sposób nie działa, następnym razem robią to samo, tylko mocniej, ale sama metoda perswazji się nie zmienia. To trochę tak jak próba przekręcenia klucza w zamku w sytuacji, gdy klucz nie pasuje do zamka. Ojcowie nie zdają sobie sprawy, że używają niewłaściwego klucza. To jest pułapka w komunikacji. Druga pułapka to usprawiedliwianie się. Gdy syn oskarża ojca, że zmarnował mu życie, ponieważ nie było go wtedy, gdy jako chłopiec najbardziej go potrzebował, ojciec tłumaczy się: „Musiałem pracować, zapewnić rodzinie materialne przetrwanie, co w tamtych czasach było bardzo trudne, trzeba było wszystko zdobywać, dorabiać, więc mnie nie było, bo chciałem, żebyś miał jak najlepsze warunki”. A syn na to: „W dupie mam te warunki! Nie było cię! Byłem sam w okrutnym świecie, na podwórku, w szkole. Matka ciągle czymś zajęta, a ciebie nie ma!”. Na to ojciec: „No tak, ja rozumiem, ale nie było mnie dlatego, że musiałem ciężko pracować, żeby starczyło na wszystko, na twoje książki, ubrania… Starałem się dla ciebie”. Syn: „Dla mnie? Ty w ogóle nie rozumiałeś moich potrzeb! Dla siebie to robiłeś! Potrzebowałem czegoś innego! Ciebie mi brakowało! Nie miałem kogo zapytać, poradzić się. Matka gotowała, sprzątała, prała, kołysała kolejne dziecko. A ciebie nie było! Ja potrzebowałem wtedy mężczyzny, wzorca! Nie miałem wzorca!”. W kółko to samo. I ojciec, i syn mówią ciągle to samo. Tylko obaj coraz mocniej: ojciec coraz mocniej się usprawiedliwia, a syn coraz mocniej atakuje.

Jak wychodzą z tej komunikacyjnej zapaści? Pytam syna, co byłoby dla niego potwierdzeniem, że ojciec ma świadomość tego, co się wydarzyło, że go rozumie. Odpowiada: „No… zwykłe przepraszam!”. Na to ojciec: „Ale przecież ja już cię przeprosiłem”. Syn: „No, niby formalnie tak, ale ja tego nie poczułem!”. Syn tłumaczy, że nie chce już usprawiedliwień ojca, chce, aby ojciec przyznał, że go skrzywdził. Ojciec to przyznaje, ale zaraz potem znowu się tłumaczy. To się nazywa pętla komunikacyjna, w kółko wracamy do tych samych zdań, sformułowań, te z kolei wywołują te same emocje: bezradność, frustrację, złość.

Jak czujesz się, obserwując ten teatr męskiej miłości i nienawiści? Jestem bardzo zmobilizowany. Potrzeba uwagi, żeby ogarnąć to, co dzieje się z każdym z nich i dodatkowo między nimi. Kiedy dochodzi do eskalacji przemocy, mam chwile zwątpienia, nie wiem, czy tu jeszcze coś da się zrobić. Ale te chwile szybko mijają, gdy przypominam sobie, że przecież są tutaj – zdecydowali się odsłaniać siebie, co przecież nie jest łatwe, tylko z jednego powodu – ponieważ zależy im na sobie nawzajem, kochają się. Gdy na chwilę wchodzę w stan zagubienia czy zniechęcenia, to wiem, że odczuwam dokładnie to, co oni, dzięki czemu lepiej ich rozumiem, poznaję, jak to jest przeżywać coś takiego. To mnie tym bardziej motywuje, żeby podpowiadać im nietypowe rozwiązania. Dużo zmienia już sam fakt, że ja nazywam ich uczucia, mówię o tym, co dzieje się między nimi, co widzę, dzięki czemu zyskują samoświadomość. Szczególnie dla ojców jest to ważne. Ojcowie zwykle mówią: „Proszę pana, całe życie przepracowałem. Kto miał czas zastanawiać się nad swoimi uczuciami? Kto o tym mówił? Mnie nie jest łatwo nazywać te rzeczy…”.

Ojciec się tłumaczy, czuje, że zawiódł. Dlaczego ta ojcowska skrucha nie wywołuje ciepłych uczuć syna? Syn chroni siebie. Gdyby naprawdę chciał przebaczyć i dopuścić do siebie współczucie, wtedy musiałby dotrzeć do bardziej miękkich uczuć w sobie, poczuć miłość do ojca, tęsknotę za nim, smutek, rozpacz, przed którymi skutecznie się obronił, przykrywając miłość skorupą złości, agresji, pretensji, wyrzutów i oskarżeń. Paradoksalnie łatwiej jest przeżywać tego typu stany – bo to takie męskie, daje energię – niż dotknąć swojej męskiej depresji, związanej z nieobecnością ojca. Syn musiałby się otworzyć na coś nowego, czego dotąd nie znał, ale właśnie tego nowego najbardziej pragnie i potrzebuje. Ponieważ to jest nowe, nieznane, więc odruchowo broni się, sabotuje bliskość nawet wtedy, gdy ojciec wyciąga rękę pierwszy, przyznaje się do błędów, żałuje za nie. Chłopiec w nim – irracjonalnie, głęboko i organicznie – boi się otwarcia. Boi się, żeby znów nie być zostawionym. Oszukanym. Ukaranym. Nie chce odrzucenia. Przemocy. Bólu. Samotności. Teraz w bezpiecznych warunkach uczą się, w jaki sposób mogą otwierać serce. I że to otwarcie nie musi się wiązać z tym, co było kiedyś. Obaj podejmują ryzyko.

Jakie ryzyko podejmuje ojciec? To najczęściej ojcowie umawiają spotkania, wykazują gotowość zmiany, starają się. Wielokrotnie zwracam im uwagę, ile w nich determinacji, motywacji. Podejmują ryzyko, bo ryzykiem jest w obecności innego mężczyzny, psychoterapeuty, odsłaniać się, pokazywać słabe strony, konfrontować się z atakami syna, uznać, że w tej ważnej roli nie sprostało się wyzwaniom.

Pytam ojca, jak mógłby sformułować swój komunikat do syna w taki sposób, jakiego do tej pory nigdy nie stosował. Żeby powiedział, zrobił coś innego, nowego, może szalonego, zwariowanego, coś, co teoretycznie absolutnie do niego nie pasuje. Trochę pomagam, podpowiadam, co by to mogło być. Jeden z ojców, który skarżył się, że syn mu przerywa, nie daje mu skończyć zdania, krzyczy, wpadł na pomysł, aby napisać do syna list. Inny doszedł do wniosku, że powie synowi o czymś, o czym mu jeszcze nigdy nie mówił, o swoich lękach, o tym, czego się obawiał, gdy był młody, i co teraz go dręczy. Inny zaczął mówić o poczuciu straty, jaką czuje, gdy nie może się porozumieć z synem. Zostaje przełamany schemat. Ojciec przestaje się usprawiedliwiać, mówi o sobie, może po raz pierwszy w relacji z synem. W końcu przyznaje: „Gdybym wiedział to, co wiem teraz, inaczej zorganizowałbym życie, pracę, zadbałbym o to, żebyśmy więcej czasu spędzali razem”. Teraz mogę już wręczyć obu panom spisane nowe zasady komunikacji.

Teoretycznie wszyscy znamy te zasady. Nie przerywamy sobie: gdy jedna osoba mówi, druga słucha. Mówimy o swoich reakcjach, które odnoszą się do konkretnych zachowań; unikamy uogólnień typu: „bo ty zawsze”, „bo ty nigdy”. Mówimy o swoich uczuciach i potrzebach, wyrażamy prośby, nie żądania. Nie obrażamy siebie nawzajem. Nie krytykujemy. Nie atakujemy. Nie osądzamy. W ten sposób stwarzamy bezpieczną przestrzeń do rozmowy. Uczymy się mówić o sprawach trudnych w sposób, który nie rani. Uczymy się, jak te zasady praktykować w codziennym życiu. Do tego ojciec i syn zobowiązują się wobec siebie i wobec mnie. Dobra wiadomość jest taka, że poprawa komunikacji następuje już po kilku tygodniach. Oczywiście na to, aby dokonała się głębsza wewnętrzna zmiana, potrzeba więcej czasu. Bywa i tak, że komunikacja się poprawia, a syn mówi: „Coś mnie w środku trzyma, coś nie zostało dokończone, coś przeszkadza, abym mógł być w bliskiej, zażyłej relacji z ojcem…”. Ojciec nieśmiało wtrąca: „Nie wiem, synu, czy doczekam…”. I to prawda. Staram się zwrócić na to uwagę synowi: w oczekiwaniu na to, aż coś się domknie, dopełni, każda kolejna chwila jest tracona, przemija. Nie wiadomo, ile jeszcze tych chwil będzie. To, co teraz, jest najważniejsze. Mamy tylko ten czas, który właśnie mamy. Od nas zależy, jak go wykorzystamy. Możemy, oczywiście, żałować, że nie wcześniej, że tak późno, ale to byłoby kolejne marnowanie czasu i energii. Syn mógłby powiedzieć: „Nie było cię, do tej pory za to płacę. Mam do ciebie żal, złość, a jednocześnie chciałbym cieszyć się chwilami z tobą. Nie bardzo mi to wychodzi, ale pragnę tego, bo mi na tobie zależy”. Takie serdeczne słowa mogą się stać początkiem prawdziwej bliskości i zażyłości z ojcem.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP. Niedawno ukazała się książka „Zrozumieć mężczyznę”, którą napisał z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.