Dorota Zawadzka: Wszystko jest w rodzinie

Dorota Zawadzka
Archiwum prywatne

Z Dorotą Zawadzką rozmawia Maja Jaszewska.
Jakim dzieckiem pani była?

Myślę, że byłam grzeczną, trochę nudną dziewczynką. Miałam oczywiście różne głupie pomysły, raz nawet wpadłam do bunkra, a moi przestraszeni koledzy uciekli. Na szczęście wyciągnął mnie jakiś bezdomny, któremu zajęłam miejsce noclegu. Mama opowiadała też, że znalazła kiedyś papierosa w moim piórniku. Chodziłam do pierwszej klasy, pewnie nosiłam go dlatego, że wszyscy naokoło palili.

Co prawda nigdy w życiu nie byłam na dyskotece, ale również nie pyskowałam rodzicom. Dużo ze mną rozmawiano, chyba dlatego jestem dziś taka wygadana i potrafię mówić o tym, co czuję i czego potrzebuję.

Uczyłam się tego, co mnie interesowało, bardzo dużo czytałam, często z latarką pod kołdrą, lubiłam geografię. Fascynowali mnie ludzie i chyba trochę rządziłam innymi dziećmi, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, zawsze byłam „pomysłowo chora” i inicjowałam zabawy.

Jak wspomina Pani swój dom rodzinny?

Byłam dzieckiem w tzw. kobiecej rodzinie, którą kierowała mama i babcia. Pełno w niej było różnych ciotek i kuzynek. Oczywiście był też tata, ale wedle zwyczaju tamtych czasów pracował i na co dzień niespecjalnie był obecny. Za to w weekendy był czas na rodzinne wyprawy do kina, na wycieczki, spacery i wspólny obiad.

To było naprawdę szczęśliwe dzieciństwo, pełne zabawy, lalek, maskotek, wypraw na poranki do kina i do teatru. Czułam się bardzo ważna dla całej mojej rodziny, dostałam od niej mnóstwo uwagi i troski.

Pamiętam jak ciotki godzinami się ze mną bawiły lalkami, szyły mi dla nich ubranka. Byłam dzieckiem z wyobraźnią, ciągle coś wymyślałam i one z ochotą wchodziły w świat mojej fantazji. Otrzymałam ogromne poczucie bezpieczeństwa.

A kiedy miałam 13 lat zawalił mi się świat. Moja babcia umarła mi na rękach. Wszyscy byli wtedy w szoku i nikt się wystarczająco nie zatroszczył o to, żebym sobie z tym poradziła. Z dnia na dzień przestałam być dzieckiem. I potem wszystko już było inaczej. Myślę, że do dzisiaj mam z tym kłopot.

Na ile Pani zdaniem dom rodzinny determinuje nasze późniejsze życie?

Według mnie determinuje prawie wszystko. Na pewno pokazuje wzorce relacji na wszystkich poziomach, czyli z dziadkami, rodzicami czy rodzeństwem. Dom rodzinny buduje też wiedzę o nas samych.

Znajomi pytają mnie: Jak ty możesz czytać złośliwe komentarze na swój temat, że wyglądałaś w „Tańcu z gwiazdami” jak pędzący wóz strażacki, śmiać się z tego i jeszcze to cytować? Fakt, nie mam problemu ze złośliwościami tego typu, bo wiem, ile jestem warta i tego właśnie nauczono mnie w domu rodzinnym.

Jeżeli rodzice i bliscy dziecka wzmacniają je, dbają aby wiedziało, jak jest wartościowe, to krytyka z zewnątrz nie rani wówczas tak mocno. Ważne jest przy tym, żeby uświadamiać dziecku nie tylko to, w czym jest mocne, ale również jego słabsze strony. Jestem przeciwniczką mówienia: możesz wszystko. Marzenia muszą być weryfikowane przez możliwości ciała czy intelektu. Co nie znaczy, że mamy rezygnować z pragnień, bo nawet jeżeli dziecko ma jakieś ograniczenia, może znaleźć niszę, w której zrealizuje to do czego dąży.

A własne dzieci? Jak przeprowadziła pani synów przez czas burz i naporów?

Podobnie jak ja, nie przechodzili specjalnych etapów buntu … Moi synowie mówią: mamo, myśmy mieli szczęśliwe dzieciństwo. Kiedy mój starszy syn Paweł udzielał parę lat temu jakiegoś wywiadu, powiedział coś, co mnie szczerze wzruszyło: „Nigdy nie musiałem skłamać mojej mamie.” Nie potrzebował już niczego więcej dodawać. W tym zdaniu jest dla mnie wszystko. Myślę, że ich fajnie wychowałam i będą dobrymi partnerami dla swoich kobiet a w przyszłości ojcami. Dałam im to, co dla mnie jest najważniejsze, czyli uwagę i szacunek.

Nie musiałam zaspokajać wszystkich zachcianek synów, żeby czuli, że są dla mnie najważniejsi na świecie. Do dziś ich maile i smsy kończą się słowami „mamo kocham cię”, a przecież nie muszą tego pisać. Oczywiście ja też tak im mówię i piszę tak często jak to tylko możliwe.

Dzielimy się uczuciami i emocjami, mają potrzebę obdarowania mnie zarówno swoją radością i tym, że załapali „doła”. Nie robię im przesłuchań, o nic ich nie wypytuję, ale wiedzą że zawsze jestem gotowa wysłuchać, przyjechać czy pomóc. Jesteśmy trochę jak papużki nierozłączki, świetnie się ze sobą czujemy.

A jak jest z partnerstwem w polskich domach?

Niestety w bardzo wielu domach kobiety są traktowane, i same siebie traktują, jak służące, z tym, że nie otrzymują wynagrodzenia za swą pracę. Rodzina polska ciągle jest oparta na „tradycyjnym” modelu podziału ról. Nie mówię, że nigdy nie powinno tak być. Jeżeli oboje partnerzy chcą żyć w ten sposób, to w porządku. Ale nieustannie spotykam się z kobietami, które żyjąc wedle tego modelu po cichu mówią: Już nie mogę! Nienawidzę tego! Nie chcę! Dlaczego nie mogę pracować?! Dlaczego nikt nie liczy się z moimi potrzebami?

Ale nie skarżą się swoim mężom, a ci nie dostrzegają nic niepokojącego. Nie dlatego, że są złymi ludźmi. Odtwarzają wzorzec swojego rodzinnego domu, gdzie ojciec wręczał matce określoną ilość pieniędzy na miesiąc i nie obchodziło go, jak ona sobie ze wszystkim poradzi. To jest straszne, bo one żyją jak w więzieniu. Pytam czemu godzą się na taką sytuację. Odpowiadają, że muszą, ale co tak naprawdę je zmusza – same nie wiedzą.

W rankingach na temat hierarchii wartości Polacy zawsze odpowiadają, że najważniejsza jest dla nich rodzina!

To gołosłowne deklaracje. Nie obserwuję, żeby ta powszechna adoracja wobec hasła „rodzina” przekładała się na jakość życia w domach. Sądzę, że dotyczy ona rodziny jako obszaru prywatnego, w złym tego słowa znaczeniu. W wielu domach rodzina jest pustym słowem tak samo, jak niestety wiara. Mnóstwo ludzi, którzy mówią, że są wierzący, nie żyje w zgodzie z deklarowanymi wartościami. Dla mnie wiara to nie tyle przestrzeganie rytuału, co życie na co dzień wedle wyznawanych wartości.

A rodzina kojarzy mi się z ciepłem, odpowiedzialnością, szacunkiem, partnerstwem, troską poświęconą przez każdego jej członka wszystkim pozostałym. Rodzina to ludzie, którzy razem żyją, dbają o siebie, są partnerami w codziennym życiu, wychowują wspólnie dziecko z dbałością o jego rozwój i dobro. Przy okazji pracy nad ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, rozgorzała dyskusja: czym jest rodzina. Czy rodziną jest tylko związek sakramentalny, czy możemy tak nazwać związek ludzi, którzy nie mają żadnego ślubu, ale mają dziecko i wspólnie się nim zajmują. To jest bardzo poważna sprawa, którą należałoby rozstrzygnąć na gruncie prawnym.

Niejedyna dyskusyjna. Co pani myśli o adopcji dzieci przez pary homoseksualne?

Moja szwagierka powiedziała kiedyś piękne zdanie: „Miłość wędruje sobie po świecie i czasem dotyka kobietę i mężczyznę, a czasem dotyka dwóch kobiet, a czasem dwóch mężczyzn. Miłość nie jest przez to gorsza, ona może mieć różną siłę, niezależnie kogo dotyczy, ale to zawsze jest ta sama miłość.”

Osoby homoseksualne kochają tak samo jak heteroseksualne, również miewają długoletnie związki, cierpią, kiedy druga osoba odchodzi, umiera czy zdradza. Jeden z odcinków Superniani realizowany był w domu dwóch dziewczyn, które wychowywały dzieci jednej z nich. One funkcjonowały jak normalna rodzina i miały takie same problemy.

Osobiście wolę miłość i szacunek w związku homoseksualnym niż brak miłości i przemoc w heteroseksualnym. Nie chodzi o to, że namawiam do życia w związkach homoseksualnych, bo orientacja seksualna nie jest kwestią wyboru. Z nią człowiek się rodzi.

Natomiast w kwestii wychowywania dzieci w rodzinie homoseksualnej mam pewną wątpliwość. Istnieją wyniki badań, które mówią, że rodzina heteroseksualna rozpada się średnio po 17 latach, a związek homoseksualny po 17 miesiącach. Są to badania sprzed kilku lat i tylko z kilku krajów europejskich, gdzie się ten temat porusza, więc nie są one miarodajne, ale jedynie dostępne, które znam. Należałoby przeprowadzić nowe, kompleksowe i pełne badania w krajach, które dopuściły taką możliwość. To jedyny argument, dla którego byłabym przeciwna adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Tak krótka średnia trwania związku jest dla dziecka dramatem. Do tego dochodzi właśnie brak uregulowań prawnych odnośnie związków homoseksualnych. To kwestia o tyle kluczowa, że dotyczy zapewnienia dziecku bezpieczeństwa bytowego.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze