1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kuchnia
  4. >
  5. Mistrzowie Czekolady

Mistrzowie Czekolady

Czy oblizaliście się już czytając tytuł? To koniecznie czytajcie dalej - właśnie otwarto w Paryżu Salon Czekolady, na którym odbędą się finały mistrzostw Masters Chocolate World! To jeden z najbardziej prestiżowych konkursów cukierniczych na świecie, który dodatkowo - będziecie mogli obejrzeć online!

Na będzie można na żywo obejrzeć, jak uczestnicy wykonują torciki czekoladowe, dwie praliny rzeźbę w całości wykonaną z czekolady - finałowe zadania dla tych, którzy pretendują do miana World Chocolate Master 2011 i nagrody o łącznej wartości € 75,000. W tym roku tematem Mistrzostw jest "Kakao, dar boga Quetzalcoatla".

Słodką pracę finalistów oceniać będzie dwudziestu jeden ekspertów: jury składa się z cukierniczych gwiazd oraz mistrzów czekolady z lat poprzednich. W gronie sędziów zasiadać będzie Karol Okrasa.  Polskę reprezentować będzie też Mariusz Buritta z - który być może okaże się najlepszym fachowcem od czekolady na świecie. Na jego koncie jest już tytuł Eastern Europe Chocolate Master.

Fani i miłośnicy Mariusza (bądź czekolady) mogą na niego głosować on-line! Zwycięzca otrzyma bowiem specjalną nagrodę publiczności - .

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Przygoda jednej nocy - najważniejsza jest szczerość

Seks może być pięknym przeżyciem także z osobą nieznajomą. (Fot. Getty Images)
Seks może być pięknym przeżyciem także z osobą nieznajomą. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zwykło się przyjmować, że to mężczyźni, wykorzystując naiwność i emocjonalność kobiet, ulatniają się niespodziewanie po wspólnie spędzonej nocy. Jednorazowa przygoda nie musi być jednak czymś złym ani krzywdzącym dla drugiej strony. Najważniejsza jest szczerość wobec siebie i partnera/partnerki.

Zwykło się przyjmować, że to mężczyźni, wykorzystując naiwność i emocjonalność kobiet, ulatniają się niespodziewanie po wspólnie spędzonej nocy. Jednorazowa przygoda nie musi być jednak czymś złym ani krzywdzącym dla drugiej strony. Najważniejsza jest szczerość wobec siebie i drugiej osoby.

Kobiety tak samo jak mężczyźni chcą na różne sposoby realizować swoje potrzeby seksualne. Może być to także przygodny seks z mniej lub bardziej przypadkowymi partnerami. Decyzja o szybkim kontakcie fizycznym wymaga jednak przemyślenia, co to tak naprawdę dla nas znaczy i jak będziemy się potem czuć.

Od dziecka zewsząd słyszymy, że seks jest czymś poważnym, że trzeba z nim zwlekać, a jeżeli czekać nie będziemy, zostaniemy ukarane/ukarani (ciążą, odejściem partnera itp.). Seks jako „sport” spotyka się z potępieniem, a „zaliczanie” kolejnych osób jako bezmyślność i zezwierzęcenie. Kobieta ma jeszcze gorzej – jest „zaliczana” i się „puszcza”. Kobiety często boją się „zszargania opinii” w oczach mężczyzn. Lęk o własną „reputację” często powstrzymuje je przed otwarciem na przyjemność i nowe doświadczenia seksualne.

Jest to jednak tylko jedna wersja! Można postrzegać kontakty seksualne zupełnie inaczej, chociaż pozbycie się z myśli tego negatywnego przekazu wymaga wysiłku i pracy nad sobą, bo to w nim wzrastałyśmy/wzrastaliśmy.

Coraz więcej mężczyzn uznaje równouprawnienie kobiet także w dziedzinie seksualnej. Przygodny seks nie stanowi dla nich przesłanki do potępienia partnerki. Zaciera się nieprzekraczalna wcześniej granica między „świętą” i „dziwką”. Kiedyś mężczyźni wiązali się z innymi kobietami niż z którymi się bawili, teraz ma to coraz mniejsze znaczenie. Doświadczenie seksualne kobiety (a nie jedynie mężczyzny) stanowi zaletę, dziewice nie są już na szczęście poszukiwane tak jak w bajkach.

Przygodny seks nie musi być jedynie „rozładowaniem napięcia” czy zapełnianiem życiowej pustki. Dla niektórych osób to po prostu zabawa i nieskrępowana przyjemność. Seks może być pięknym przeżyciem także z osobą nieznajomą. Nie warto traktować tej sfery jako brudnej i zwierzęcej, bo w ten sposób dręczymy tylko same/samych siebie.

Zabawa nie wyklucza odpowiedzialności, wręcz przeciwnie – trudno dobrze się bawić, obawiając się ciąży, chorób czy oszukując partnera/partnerkę. Dlatego jeżeli zakładamy jednorazowy kontakt, nie wysyłajmy partnerowi/partnerce innych sygnałów. Lepiej między słowami lub dosłownie uprzedzić o swoich planach niż później spotkać się z wyrzutami (choć trudno przewidzieć czyjąś późniejszą reakcję). Oczywiście koniecznie należy pamiętać o zabezpieczeniu! Jeżeli partner lub partnerka nie chcą się zgodzić na seks z prezerwatywą, powinien to być czytelny sygnał, żeby nie posuwać się dalej!

One night stand nie musi wiązać się z egoistyczną chęcią zaspokojenia jedynie własnych potrzeb. Osoba, której zależy na przyjemności partnera/partnerki, będzie zawsze o nią dbała, bez względu na to, ile razy ma jeszcze zamiar się spotkać. Jeżeli ktoś myśli w seksie głównie o sobie, nie zmieni się w stałym związku.

Czasami jednorazowa przygoda jest zaplanowana albo z góry wiadoma (na przykład kiedy spotyka się kochanka/kochankę w szczególnych okolicznościach i trzeba wrócić do domu), a czasami po jednej nocy okazuje się, że na żadną kontynuację nie ma się ochoty. Za każdym razem warto porozmawiać i wyjaśnić sytuację. Nieodpowiadanie na wiadomości jest co najmniej nieeleganckie, chyba że w ogóle nie chcemy się kontaktować, wtedy lepiej kontaktu do siebie nie zostawiać.

A co zrobić, gdy po jednorazowej przygodzie chcemy więcej, a druga osoba niekoniecznie? Niestety, tak bywa. Każdy ma prawo odmówić kolejnego spotkania bez tłumaczenia się. Musimy to przyjąć i nie załamywać się. Jeżeli rozczarowanie i przygnębienie zdarzają nam się częściej, warto zastanowić się, czego tak naprawdę oczekujemy od przygodnych znajomości i czy przypadkiem nie szukamy czegoś zupełnie innego.

  1. Psychologia

Męskość kręci się wokół jednego organu

Przez wieki mężczyźni żyli w przekonaniu o swojej wyższości nad kobietami, co znalazło odzwierciedlenie w admiracji penisa. (Fot. Getty Images)
Przez wieki mężczyźni żyli w przekonaniu o swojej wyższości nad kobietami, co znalazło odzwierciedlenie w admiracji penisa. (Fot. Getty Images)
Penis potrafi dawać dużo przyjemności, ale rozkosz można także osiągnąć bez jego udziału. Jak przekonują psycholodzy i seksuolodzy, w seksie – wbrew pozorom – najważniejszy jest mózg.

Pewnie nie byłoby tego artykułu, gdyby nie Tom Hickman i jego książka „Boskie przyrodzenie. Historia penisa”. Bo temat, owszem, fascynujący, ale jak tu zaproponować go poważnej redakcji (i poważnym czytelnikom), żeby nie wyjść na prześmiewcę albo osobę perwersyjną. A że angielski publicysta napisał całkiem poważne kompendium o fallusie, które ukazało się również w Polsce (wyd. Czarne), uznałam, że chyba można. Zwłaszcza po przeczytaniu takich zdań:

„Penis nie jest tylko częścią ciała – jest determinantem tożsamości i zachowania. Może wznieść mężczyznę na wyżyny albo zrzucić go w głęboką przepaść”

Jak Batman i Robin

Czy świat mężczyzny naprawdę kręci się wokół penisa? I czy prawdziwy jest pogląd, głoszony przez Freuda, że kobiety zazdroszczą panom tej niezwykle ruchliwej części ciała, która często żyje własnym życiem? Tom Hickman potwierdza: pod wieloma względami posiadanie członka ogranicza mężczyznom widzenie świata. Już od dzieciństwa uważają go za centrum rozrywki dla siebie i innych. Wygląda na to, że już w momencie narodzin są w bliskim związku, tworzą nieodłączną parę. On i jego alter ego – dla Hickmana są jak Batman i Robin. Ów on – jak podkreśla Hickman – występuje w niezliczonych rozmiarach, kształtach i kolorach. Autor opisuje je z lubością i lansuje pogląd, że penisy są tak różne jak twarze. Że obdarzone są osobowością. Nic dziwnego, że ludzie nadają im od dawna męskie imiona. W niektórych krajach (Indie, Tybet) długą tradycję ma genitologia, czyli sztuka wróżenia z genitaliów. O dziwo, przepowiednie te nie są zbyt życzliwe wobec mężczyzn hojnie obdarzonych przez naturę. Gwarantem bogactwa na przykład jest członek, którego długość nie przekracza szerokości sześciu złączonych palców.

Przedmiot kultu i czci

Przez długie wieki mężczyźni żyli w przekonaniu o swojej wyższości nad kobietami, co znalazło odzwierciedlenie w admiracji penisa. Wzwiedziony, dumny, rządził niemal wszędzie – ciosany w kamieniu, odlewany z żelaza. Zdaniem historyka Alaina Daniélou trudno znaleźć religię wolną od kultu fallusa, dotyczy to także naszego, zachodniego, kręgu kulturowego. Po II wojnie światowej, kiedy historyk sztuki Geoffrey Webb badał uszkodzone podczas bombardowań angielskie kościoły, w 90 proc. z nich znalazł figurki penisa, które miały chronić przed epidemią. Podobno jeszcze w średniowieczu księża sugerowali wiernym z problemami seksualnymi odwiedzenie fallicznego głazu. Większość podobnych praktyk udało się Kościołowi wyplenić, ale przecież symbole przetrwały. Choćby minarety, wieże czy kopuły wieńczące świątynie. W książce Hickmana pojawia się też wątek polski. Bo to z Polski pochodziły modne w XV wieku ciżmy – buty o wydłużonych noskach, które mężczyźni (wypychając i modelując) wydłużali jeszcze bardziej. Takimi sterczącymi czubkami kusili przechodzące ulicami kobiety.

Ciżmy przeminęły, Kościół uporał się z praktykami fallicznymi, ale na początku XX wieku pojawiła się psychoanaliza. Zygmunt Freud znów postawił członek na piedestale, stwierdzając, że kobiety są o niego zazdrosne – w porównaniu z męskim narządem ich organy wydają im się rzekomo „małe i niepozorne”. Według Freuda kobieca zazdrość ustępuje, kiedy pragnienie posiadania penisa ewoluuje w pragnienie mężczyzny. W „Objaśnianiu marzeń sennych” psychoanalityk podaje długą listę symboli fallicznych. Nie zabrakło na niej krawatów, ale też balonów i maszyn latających – jako że wznoszą się wbrew prawom grawitacji.

Co na to kobiety? Jedne, jak artystka Betty Dodson, tworzą z zachwytem rysunki męskich narządów, inne wyrażają się o nich z niesmakiem (Sylvia Plath pisze o „szyi starego indyka”) czy uważają za śmieszne. Niezależnie od tego skłonne są okazywać im czułość, jeśli kochają partnera. Z badań wynika, że zakochane kobiety postrzegają członek kochanka jako większy niż w rzeczywistości. Jeśli jednak związek zakończy się urazą, skłonne są go „umniejszać”.

Długi jak nazwisko

No właśnie: kwestia wielkości. Temat niby zgrany, ale w tym kontekście nie sposób go pominąć. Mniejsza o liczby, chodzi o obsesję, jaką mężczyźni mają na tym punkcie. Niepokój o centymetry zdaje się być zakorzeniony w męskim umyśle i potrafi towarzyszyć panom niemal przez całe życie. Jak twierdzi Hickman, niemal w każdej epoce i kulturze mężczyźni próbowali wpłynąć na rozmiary swojego przyrodzenia, korzystając z ciężarków i innych urządzeń. Również dziś mają do dyspozycji gumki rozciągające, pierścienie, sprężyny, belki, nie wspominając o bardziej wymyślnych sposobach, jak wstrzykiwanie wazeliny czy parafiny albo użycie wysokociśnieniowej smarownicy pneumatycznej. Od lat 90. XX wieku do tego biznesu włączyła się chirurgia plastyczna.

Być może słyszałeś o zaburzeniu psychologicznym (częstym wśród kulturystów) zwanym dysmorfią mięśniową. Dotknięta nim osoba ma poczucie posiadania niewystarczającej masy mięśniowej. Zdaniem amerykańskich badaczy Williama Mastera i Virginii Johnson mężczyźni mają takie napady dysmorfii dotyczącej penisa. Można im wtedy wiele wmówić: na przykład, że 40-centymetrowy członek bohatera filmu „Boogie Nights” nie jest z lateksu. Trochę na fali tej paranoi agencja reklamowa z Tel Awiwu zaprojektowała w 1994 roku plakat z hasłem: „Z badań wynika, że agresywni kierowcy mają małe penisy”.

Dla ścisłości: przyjmuje się, że jeden mężczyzna na sto ma członek mniejszy niż sześć centymetrów (określany przez medycynę jako mikropenis). Zwykle wywołuje to „uczucie niedopasowania, a nawet głębokiej rozpaczy”, jak pisze Hickman. Tylko nieliczni jak Franz Kafka, Salvador Dalí czy Enrique Iglesias – pozwolili sobie na publiczne komentarze na temat swoich niedoborów (przy tym ten ostatni wycofał się z „żartu”). Co innego, jeśli rozmiary należą do tzw. słusznych, jak w przypadku Rasputina, którego penis jest główną atrakcją Muzeum Erotyki w Petersburgu. Charlie Chaplin (ponoć nie bez powodu) nazywał swój członek „ósmym cudem świata”, a podobno organ Rudolfa Valentino był tak długi jak pełne nazwisko aktora: Rodolfo Alfonso Raffaello Pierre Filibert Guglielmi di Valentina d’Antonguella.

Organ seksualny

Choć tylko niektórzy panowie mogą się pochwalić imponującym wzwodem, to dla wszystkich, jeśli wierzyć Hickmanowi, jest on jak „lwia grzywa, ogon pawia, źródło tożsamości, psychologiczne i fizyczne centrum istnienia”. To „cud inżynierii hydraulicznej”, przemiana gąsienicy w motyla. Tak naprawdę mężczyźni nie mieliby nic przeciwko temu, żeby kobiety na widok tego cudu odczuwały strach...

Tymczasem to sami mają mnóstwo frustracji i lęków związanych z penisem. Choćby takich, czy w kluczowym momencie dojdzie do rzeczonego cudu. W tej kwestii gotowi są zrobić naprawdę wiele, sięgając niejednokrotnie po absurdalne (i niebezpieczne) rozwiązania. Również ryzykując priapizm – przedłużający się i bolesny wzwód. Ale nie tylko rozmiar i dysfunkcje erekcji są przedmiotem ich zmartwień.

Męski penis jest bardzo kruchy (nie to, co u innych ssaków, wyposażonych w osłonę). Delikatne części mężczyzny są wyeksponowane, narażone na uszkodzenia. Co więcej, całkiem nierzadko do takich uszkodzeń (niezwykle bolesnych!) dochodzi – w trakcie uprawiania sportu czy seksu. Mężczyźni noszą w sobie lęk przed kastracją, która przez wieki praktykowana była na jeńcach wojennych czy zdrajcach, ale też przed skutkami długo tępionej masturbacji i nocnych polucji. To wszystko wciąż pracuje w zbiorowej świadomości: strach przed gusłami, przed nagłym zniknięciem członka albo jego „kradzieżą” (spłonęła z tego powodu niejedna czarownica).

Dlatego wielu seksuologów i psychologów zachęca mężczyzn, by zmodyfikowali swoje podejście do tej części ciała, a często do seksu w ogóle, zrezygnowali z wyznaczania sobie spektakularnych zadań, zbierania laurów. We Włoszech, gdzie temat seksu i męskości jest nieustannie na pierwszym planie, coraz więcej mężczyzn cierpi na syndrom zwany l’ansia da prestazione („niepokój o wyczyn”). Jeśli akt seksualny traktowany jest jako wyczyn, nietrudno przewidzieć konsekwencje.

Psycholog i psychoterapeuta poznawczo-behawioralny Pierpaolo Casto specjalizujący się w terapii stanów lękowych, nie ma wątpliwości: w większości przypadków problemy seksualne mają podłoże emocjonalne albo psychologiczne.

„Im bardziej mężczyzna niepokoi się o swoje wyczyny, tym większe prawdopodobieństwo, że rzecz zakończy się niepowodzeniem. Tak działa samospełniające się proroctwo”
Casto podkreśla, że najważniejszym organem seksualnym nie są bynajmniej genitalia, a mózg – to on decyduje o jakości i sile podniecenia. Może albo bardzo pomóc, albo bardzo zaszkodzić. „Mężczyzna zaniepokojony tym, czy stanie na wysokości zadania, koncentruje się bardziej na aspekcie mechanicznym stosunku niż na przyjemności, zmysłach. To tak jakby obserwował siebie z zewnątrz, przeżywał akt seksualny jako widz, nie uczestnik. Zwraca większą uwagę na to, co i jak robi, niż na to, co czuje w danej chwili. A seks najpiękniejszy jest wtedy, kiedy przestajemy myśleć, a zaczynamy odczuwać, pozwalamy sobie na namiętność”. Ważne, by mężczyzna zrozumiał, że seks to nie tylko penetracja i nie tylko czysta fizyczność. Trudno o udane pożycie, jeśli w związku brakuje bliskości. Kiedy zaczynamy ją budować, krok po kroku (nawet rezygnując na jakiś czas ze stosunków), pewne rzeczy przychodzą same.

Co jeszcze zaleca się mężczyznom na tremę przed seksem?

  • Zrezygnować z dążenia do wydumanych „ideałów” (zwłaszcza jeśli punktem odniesienia jest pornografia)
  • Nie myśleć o minionych sytuacjach, niezależnie od tego, czy chodzi o takie, w których poszło coś „nie tak”, czy o spektakularne wyczyny
  • Rozluźnić się i przestać traktować łóżko jak salę egzaminacyjną
  • Zamiast myśleć o mechanice, przenieść uwagę na partnerkę, cieszyć się jej obecnością
  • Komunikować, sygnalizować, rozmawiać. Dzielić się swoimi odczuciami, wątpliwościami
  • Nauczyć się rozpoznawać sabotujące myśli i je ignorować. Pracować nad zaufaniem do siebie, nad poczuciem wartości (i nie uzależniać jej od przyznawanej samemu sobie punktacji)
  • Jeśli trzeba, zmienić styl życia, zasięgnąć rady specjalisty
Oczywiście, kobieta też musi być uważna, świadoma lęków partnera – wszelkie żarty na temat męskiego przyrodzenia czy zdrobnienia surowo zabronione! Nie musi się nim zachwycać, ważne, by traktowała go poważnie i z czułością.    

  1. Seks

Oddech a seks. Nasz wewnętrzny afrodyzjak

Oddech pozwala czuć, roztapia to, co w nas zamrożone, daje szansę na prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem. (Fot. iStock)
Oddech pozwala czuć, roztapia to, co w nas zamrożone, daje szansę na prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem. (Fot. iStock)
Głęboki wdech, spokojny wydech – niby takie proste, a zależy od nich całe twoje życie, także seksualne. Im pełniej oddychasz, tym bardziej otwierasz się na spotkanie z partnerem i samą sobą, emocje oraz przyjemność. 

Energia seksualna jest najsilniejszą energią na Ziemi, i to nie tylko dlatego, że ma moc tworzenia nowego życia – mówi Grzegorz Pawłowski, coach i autor książki „Oddech. Oddychaj świadomie, żyj pełniej”. – To także energia twórcza, która ma największy potencjał, żeby dać człowiekowi przyjemność i poczucie spełnienia. Do jej wzbudzenia i działania potrzebny jest oddech. On pozwala czuć, roztapia to, co w nas zamrożone, daje szansę na prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem – tłumaczy.

Uczucia na wydechu

Gdy jesteś z kimś blisko, wasze oddechy automatycznie się synchronizują. Tę zależność warto wykorzystać w seksie. Połączenie miarowego oddechu z patrzeniem sobie w oczy buduje więź. Nie ma też wątpliwości, że im pełniej oddychasz, tym większą przyjemność ze zbliżenia odczuwasz. Głęboki oddech pobudza mięśnie dna miednicy oraz zakończenia nerwowe w całym ciele, kluczowe dla satysfakcji seksualnej. Krew staje się lepiej dotleniona, a energia seksualna może płynąć swobodnie. Jednak tym, co sprawia, że seks może być prawdziwie transformującym doświadczeniem, jest fakt, że w połączeniu z głębokim oddechem pozwala otwierać się na emocje.

Jak tłumaczy Grzegorz Pawłowski, spełnienie przez stosunek seksualny wymaga porzucenia kontroli. Dzięki temu możesz nie tylko osiągnąć orgazm, ale też skonfrontować się ze swoim cieniem. Seks pomaga wydobyć na światło dzienne to, co z powodu norm społecznych, traum czy dzieciństwa dotąd w sobie tłumiłeś. Dlatego płacz, złość, poczucie samotności lub przemożnego smutku po stosunku nie są niczym dziwnym. To znak, że twoje ciało, twój oddech odmroziły to, co pozostawało w uśpieniu. Zdaniem coacha nie warto tego tłumić, odpalając np. papierosa czy zasypiając, tylko lepiej, oddychając głęboko, pozwolić uczuciom w pełni wybrzmieć. Stopniowo, wraz z każdym świadomym oddechem, będą się coraz bardziej rozpuszczać, a ty poczujesz się od nich wolny. Jeżeli emocje pojawiają się u twojego partnera czy partnerki, swoją uważną obecnością będziesz towarzyszyć im w tym procesie. Akceptacja dla jego lub jej uczuć to najlepszy dar, jaki możesz im w tej sytuacji dać.

Jedną z dyscyplin rozwoju osobistego poprzez przyjemność jest wywodząca się z Indii tantra. Jej podstawą są właśnie oddech i wszelkie techniki jego kontrolowania. Dzięki świadomej koncentracji na nim, spowalnianiu go i rozluźnianiu ciała, praktykujący tantrę mogą transformować swoją energię seksualną. Akt zbliżenia staje się wtedy nie tylko drogą do jeszcze większej przyjemności, ale też pozwala na doświadczenia duchowe i poszerzanie świadomości. Poprzez fizyczną bliskość i dążenie do rozkoszy pozwala przepracować cienie i blokady.

To piękna droga do pełniejszego życia, ale wcale nie musisz nią podążać, by czerpać satysfakcję z seksu. Wystarczy, że będziesz… głęboko oddychać – przekonuje coach.

Etapy miłości

– Doskonałego kochanka można poznać nie po arsenale wyrafinowanych technik miłosnych, a po tym, jak oddycha – mówi Grzegorz Pawłowski. Nie da się ukryć, że seks to sesja oddechowa, o czym pisze we wspomnianej już książce „Oddech. Oddychaj świadomie, żyj pełniej”. W fazie gry wstępnej spokojny, długi, pogłębiony oddech pozwala rozsmakować się w spotkaniu z drugim człowiekiem. Rozpuszcza napięcia, buduje bliskość, prowadzi do rozluźnienia. Pomaga otworzyć się na dotyk i doznania zmysłowe, sprowadzić umysł do tu i teraz. Przesuwając dłońmi po ciele partnera, wyobrażaj sobie jednocześnie, że oddychasz miejscem, którego dotykasz.

Nie musicie się spieszyć do kolejnego etapu, w którym podniecenie zaczyna rosnąć. Wkrótce wasze oddechy i tak naturalnie przyspieszą, stając się coraz płytsze, często mogą wręcz przypominać dyszenie. Opóźnienie wytrysku przez mężczyznę  i odłożenie go w czasie potęguje obustronną ekstazę. Zamiast więc skupiać się na błyskawicznej przyjemności, lepiej jest znowu wrócić do oddechu, pogłębić go i spowolnić. Dajcie się nawzajem prowadzić, jak w tańcu, w którym kobieta może kilkakrotnie szczytować. Jego kulminacją będzie niezwykle intensywny wspólny orgazm.

Z książki dowiaduję się, że oddechem możemy wpływać również na sam orgazm. Gdy nadchodzi, bierzemy głęboki wdech i wydech. Potem oddech się wydłuża, choć niektórym z nas w ekstatycznym uniesieniu zdarza się wręcz zachłysnąć, spontanicznie go wstrzymując. W tym momencie pozwól sobie na pełną ekspresję i uwolnienie głosu, krzyk, a także wszelkie przejawy dzikości, bo bycie zbyt cichym może być blokadą dla przepływu energii, ekstatyczności, a w rezultacie przyjemności. Wreszcie na moment przenosisz się w inny wymiar. Gdy wracasz na Ziemię, pojawia się uczucie rozluźnienia. Poddaj się mu. Wszystkie emocje, które mogą się teraz pojawić, są elementem naturalnego procesu ozdrowieńczego.

Oddech przyjemności

Twoje życie seksualne może być pełniejsze dzięki konkretnym technikom oddechowym. Świadomy oddech pomaga lepiej osadzić się w ciele i zintensyfikować doznania. Jeśli jednak nigdy wcześniej go nie praktykowałeś, zacznij od prostego ćwiczenia solo: z zamkniętymi oczami przyglądaj się, jak oddech w ciebie wchodzi jak fala, wypełnia twoje ciało i jak fala wracająca do oceanu – wychodzi z niego. Dzięki tej prostej metodzie nauczysz się kontrolować oddech i możesz przejść do trudniejszych praktyk we dwoje.

Według kanadyjskiej seksuolożki dr Jessiki O'Reilly ważne jest, by w czasie seksu nie blokować głosu, ale i nie starać się naśladować dźwięków z filmów erotycznych. Modulowanie głosu ma efekt odwrotny od zamierzonego – oddech traci swój naturalny rytm, co negatywnie wpływa na przepływ krwi i dotlenienie mięśni, a tym samym może zakłócać odczuwanie spełnienia. Ekspertka zaleca również, by podczas gry wstępnej zbliżyć usta do skóry partnera, ale tak, by jej nie dotykać, i wydmuchiwać na nią powietrze. Takie „powietrzne pocałunki” to bardzo subtelna, a przy tym skuteczna metoda podkręcania atmosfery. Tuż przed orgazmem spróbuj zwolnić tempo oddechu (wdech i wydech powinny trwać około czterech sekund). Jeśli dodatkowo zaciśniesz mięśnie dna miednicy, przyjemność będzie jeszcze intensywniejsza. Możesz też przyjąć dokładnie odwrotną strategię – przyspieszając oddech na chwilę przed ekstazą.

Jak podkreśla dr O'Reilly, każdy z nas jest inny i reaguje na co innego, sprawdź więc, która metoda działa lepiej na ciebie.

  1. Psychologia

Empatia zamiast chciwości. Mieć czy być?

By przezwyciężyć chciwość należy przede wszystkim doceniać to, co mamy, i być za to wdzięcznym. (Fot. iStock)
By przezwyciężyć chciwość należy przede wszystkim doceniać to, co mamy, i być za to wdzięcznym. (Fot. iStock)
Pytanie, nad którym zastanawiał się Erich Fromm, przestało być przedmiotem swobodnych dywagacji. Bo dziś nie ma już wyboru. Chcąc przetrwać i uratować planetę, musimy okiełznać pragnienie posiadania. A to wymaga codziennej pracy nad własną uważnością, empatią wobec świata i samego siebie – uważa psycholożka społeczna Patrycja Sławuta z  Uniwersytetu The New School w Nowym Jorku.

Zachłanność to nasza natura?
Niekoniecznie. Choć istnieje w nas potrzeba poszerzania terytorium, by poczuć się bezpieczniej. Współczesnym jej wyrazem jest pomnażanie dóbr, wspinanie się po szczeblach kariery. Ale to jeszcze nie oznacza chciwości. Zachłanność to pożądanie bez opamiętania. Mówimy o niej, gdy ambicja posiadania radykalnie przerasta nasze potrzeby i możliwości. Gdy jest niepohamowana, przekracza zasady moralne i wymyka się spod kontroli.

W naszym kręgu kulturowym chciwość to chyba norma. A umiar – cnota wyjątkowa.
Chciwi mają mniejszą empatię. Słabiej odczytują komunikaty innych. Z ewolucyjnego punktu widzenia – im większy dostatek, tym mniej jesteśmy zależni od otoczenia i tym mniejszy nasz interes w zagłębianiu się w cudze przekazy. Inni przestają być tak istotni z punktu widzenia naszego przetrwania. Stajemy się indywidualistami, mniej nam zależy na relacjach. Skupiamy się na sobie i zasobności portfela. Wysoki poziom życia w krajach rozwiniętych sprawia, że wpadamy w pułapkę chciwości.

Pułapkę, bo nie jesteśmy wcale szczęśliwsi, chcąc i  mając więcej?
Rozmaite badania nieraz dowiodły, że poziom satysfakcji z życia rośnie wraz ze zwiększaniem dochodów, ale tylko do pewnego pułapu. W Polsce to ok. 5 tys. zł miesięcznie. Zapewnimy sobie za to dach nad głową, wykarmimy dzieci i niewiele więcej. Powyżej tej kwoty możemy być majętni na dowolnym poziomie, ale szczęśliwsi już z tego powodu nie będziemy.

Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Utożsamiamy pieniądze z bezpieczeństwem, statusem. Myślimy: „A gdybym miał jeszcze więcej?”. Aż 80 proc. mieszkańców krajów rozwiniętych niezależnie od wysokości dochodów uważa, że jeśli zarabiałoby od trzech do czterech razy więcej, osiągnęłoby dziesiątkę na skali szczęśliwości. To iluzja, która potrafi zgubić na lata. Fałszywe przekonanie, do którego jesteśmy niezwykle przywiązani. W latach 60. dla połowy maturzystów w Stanach Zjednoczonych największym marzeniem było być bogatym. Dziś o fortunie śni 75 proc. 19-latków. W Polsce wynik byłby zbliżony.

Jesteśmy coraz bardziej chciwi?
Tak, przy tym pogłębia się też poczucie osamotnienia, częściej cierpimy z powodu depresji i lęku. Idą w parze z zachłannością. Pracowałam w 2009 roku na Wall Street. Zaproponowano mi tygodniowo więcej, niż przez dwa miesiące byłam w stanie zarobić na uczelni. Potem okazało się, że inni dostawali tam pięć razy więcej. Patrząc w górę, zawsze mogłeś dostrzec kogoś, kto miał pensję jeszcze wyższą. Nie wiedziałam, co robić z takimi pieniędzmi. Kupowałam kolczyki, buty, szaliczki. Aż tyle tego nagromadziłam, że otrzeźwiałam. Zakupy były środkiem kojącym poczucie winy i wstyd. Bo zarabialiśmy duże pieniądze, widząc, jak inni tracą mieszkania, lądują na ulicy. Na Wall Street była wtedy specyficzna kultura, w której się chce jeszcze i jeszcze. Ludzie dość często idą w używki. Bawią się bez hamulców, kupują dużo i drogo, uzależniają się od seksu. To miejsce przyciąga specyficzne typy osobowościowe. Dla niektórych pęd, presja i szybkość świata finansów to grunt pod chciwość.

Ale nie musi ona dotyczyć pieniędzy?
Można być chciwym np. nobilitujących tytułów lub czasu. Wciąż ci mało. Nie możesz się zatrzymać, bo masz poczucie, że coś wartościowego ucieka ci sprzed nosa. Że jesteś z jakiegoś powodu niekompletny. Musisz więc zapełnić lukę. Mistrzostwem w efektywnym wykorzystaniu czasu, zrobieniem czegoś, co przełoży się kiedyś na stan konta. Ciekawe jest, że nasz mózg reaguje podobnie w przypadku poczucia braku pieniędzy, jak też braku czasu. Włącza się tzw. myślenie tunelowe. Spada iloraz inteligencji, zawęża się spektrum świadomości. Dostrzegamy jedynie krótkoterminowe konsekwencje własnych działań, zapominając o dłuższej perspektywie. Stajemy przed pytaniem: „Jak najszybciej zarobić pieniądze?”, i… wpadamy w amok. Rodzina schodzi na drugi plan. Nie ma czasu na pielęgnowanie relacji, odpoczynek. Funkcjonujemy w kategoriach długu. Tutaj pożyczę, tam pożyczę, w przyszłości oddam.

Wytworem naszych czasów jest też chciwość doświadczania…
Ta ma nieco lepszą reputację. Okazuje się, że poziom szczęścia wzrasta, jak tylko wyobrażamy sobie ekscytujące przeżycie, które ma szansę stać się naszym udziałem. Nie mówiąc o tym, co się dzieje, gdy faktycznie go doświadczamy. Za każdym razem dostajemy zastrzyk endorfin. Kupowanie przedmiotów nie ma szans na tak długoterminowe profity. Z butów, które dostaliśmy pod choinkę, cieszymy się przez pierwszą dobę. Po kilku dniach nam powszednieją. Za to znacznie dłużej zasilać nas będzie wspomnienie samego doświadczenia Wigilii. Naszych odczuć, ciepła, radości.

Może kolekcjonowanie doświadczeń nie wynika z zachłanności, ale z apetytu na życie?
Warto umieć to rozróżnić. Można coś chwytać po to, by to podtrzymywać i cieszyć się doświadczaniem tego. Albo chwytać po to, by trzymać się tego kurczowo w lęku i potrzebie posiadania tej rzeczy. Pierwsze to konsekwencja apetytu na życie. Drugie – zachłanności. Podobnie jest z bogactwem. Można żyć w obfitości, ale nie przywiązać się do niej. Albo uzależnić się od dostatku i w lęku przed jego utratą utrzymywać go za wszelką cenę, np. kosztem relacji.

Jak przestać chcieć więcej i nie być przygnębionym?
Przede wszystkim doceniać to, co mamy, i być za to wdzięcznym. A umiejętność ta nie spadnie z nieba. Nasz mózg jest ewolucyjnie uwarunkowany na dostrzeganie w pierwszej kolejności negatywnych rzeczy. Ale możemy go przeuczyć. Podstawą jest świadome zwracanie uwagi na dobre aspekty życia i afirmowanie radości z ich powodu. Nawet jeśli to rzecz materialna, warto się przy niej zatrzymać. Uświadomić sobie, jak bardzo jest przydatna i jak przyjemnie z nią obcować.

Brzmi jak prowadzenie dzienniczka wdzięczności.
Bo o praktykę wdzięczności tu chodzi. Jest numerem jeden na liście czynności szczęściodajnych. Sęk w tym, by ćwiczyć codziennie. Nauczymy się wtedy dostrzegać dobro i reagować na nie automatycznie pozytywnymi emocjami. Wdzięczność to mięsień, który można rozbudować i wzmocnić.

To już cała recepta na zmianę chciwego w ceniącego umiar?
Niecała. Warto rozprawić się ze swoim przywiązaniem do rzeczy. W książce „Sztuka sprzątania...” Dominique Loreau uczy, jak żegnać się z przedmiotami. Przed przeprowadzką z Nowego Jorku do San Francisco musiałam oddać 500 książek. Gdyby nie jej techniki, nie poszłoby tak gładko. Bierzesz rzecz, którą chcesz puścić dalej, i dziękujesz jej, że ci służyła. Zadajesz sobie pytanie, czy jeszcze ci się przyda. I jeśli uczciwa odpowiedź brzmi „nie”, pozwalasz rzeczy odejść, dziękując jej i życząc, by pomogła kolejnym osobom.

Czy to przypadkiem nie technika dla nałogowych zbieraczy?
Nie tylko. Również dla zachłannych, by nauczyli się zamykać silne związki z przedmiotami. Nasze ego rozpływa się poza ramy cielesne. Jeśli rozdzielamy się z naszym smartfonem, aktywują się te same części mózgu co po stracie kogoś bliskiego. Z telefonem mamy więź. Badania pokazują, że jeśli tylko dotkniemy palcem produktu na ekranie smartfona, od razu chcemy go kupić. Bo nasze „ja” zdążyło się rozlać i stał się on częścią nas. Psychologia tzw. myślenia magicznego mówi, że jeśli coś miało z czymś kontakt, na zawsze przyjmuje tego esencję. W słynnym badaniu Rosina dotyczącym obrzydzenia zadawano jego uczestnikom pytanie: „Czy jeżeli dałbym ci sweter noszony przez Hitlera, prany potem kilkadziesiąt razy, to włożyłbyś go?”. Nie znalazł się chętny. Ale na propozycję: „Czy włożyłbyś sweter noszony przez Matkę Teresę”, uczestnicy ochoczo się ożywiali.

Wygląda na to, że chcąc żyć z umiarem, nie można spać spokojnie?
Można. Wystarczy rozróżniać realne pragnienia od absurdalnych, sztucznie wzbudzanych. Praktyka uważności pomaga. Bo umożliwia identyfikację i rozumienie własnych emocji, a przede wszystkim oddzielenie się od nich, by przyjrzeć się im z pozycji obserwatora. Zyskujemy wtedy kontrolę nad uczuciami. Dzięki niej stając przed ladą w sklepie, zanim coś kupimy, spytamy siebie kilka razy: „Po co mi to?” i „czy na pewno tego potrzebuję?”. Na zmianę postawy życiowej możemy też wpływać sposobem jedzenia. Zachłanne osoby na ogół wrzucają w siebie kęsy w pośpiechu i szybko połykają. A jeśli zwalniamy i delektujemy się daniem, zmienia się nasza percepcja rzeczywistości. Dziś poczujesz całym sobą, jak smakuje mały kęs, jutro będziesz czuł każdą wydaną złotówkę. Delektując się jedzeniem, dostarczamy sobie witaminy P, czyli otwieramy się na zmysłową przyjemność, w której możemy się rozpłynąć. Picie latte, słuchanie pięknej muzyki, podziwianie zachodu słońca. Poczucie zachwytu na widok piękna w małych rzeczach stymuluje system immunologiczny. Czas spowalnia. Robimy się bardziej gościnni, milsi dla innych. Zapominamy o zbyt agresywnych celach finansowych.

Jak powstrzymać epidemię zachłanności?
Media mogą pokazywać jej potencjalne skutki na przykładzie losów pojedynczych bohaterów. Dopiero wtedy uruchomimy empatię, przejmiemy się. Ciekawe też są eksperymenty społeczne, jak np. festiwal Burning Man na pustyni Nevada, gdzie chętni zjeżdżają się na tydzień, by budować od podstaw nowe społeczeństwo. Pieniądze nie istnieją. Istnieje wymiana dóbr i usług. Robisz wyłącznie to, na co masz ochotę. Nie ma zasięgu telefonicznego i jesteś zdany na współtowarzyszy. Okazuje się, że ludzie potrafią tworzyć doskonale funkcjonujące wspólnoty, w których liczy się kreatywność, sztuka, radykalna ekspresja i radykalna zależność jednej osoby od drugiej. Festiwal odrodził u wielu uczestników wiarę w ludzkość. W tygodniowym eksperymencie może wziąć udział każdy, a dotąd poddały się mu tysiące osób.

Jeden festiwal nie uleczy wszystkich.
Z jednej strony panoszy się chciwość, z drugiej – coraz częściej spotykam odwrotne postawy. Niektórzy mówią: „Ja nie chcę 30-letniego kredytu”; „Nie interesuje mnie etat i emerytura, której i tak nie dostanę”. Coraz więcej osób zadaje sobie pytanie: „Dokąd to wszystko prowadzi”, i zaczyna żyć minimalistycznie. Ale największą pracę mamy do wykonania nad sobą. Zerwanie z chciwością musi się zacząć od uruchomienia empatii wobec nas samych. Postawa: pracuj i miej więcej, to brak współczucia dla własnego losu. Psychiatra Mark Epstein w książce „Trauma codzienności” pisze o malutkich traumach, jakie przechodzimy każdego dnia. Dla przyszłości najważniejsze jest dziś to, w jaki sposób zwracamy się do siebie samych. Czy stawiamy siebie pod ścianą, strofując: „Jesteś beznadziejny, nie osiągnąłeś tego i tego”, czy delikatnie szepcemy: „Ależ miałeś ciężki dzień. Zrób dla siebie coś przyjemnego i spróbuj znów jutro”.

To wszystko?
Wielu psychologów twierdzi, że przejdziemy wkrótce ważną ewolucję. Za sprawą technologii. Portale takie jak Facebook czy Twitter zrewolucjonizowały radykalnie komunikację społeczną. Nadchodzi czas nowego Internetu, który bezpowrotnie zmieni charakter naszych najbliższych relacji. Troska, empatia, głęboki kontakt mają odzyskać wysokie noty. A wtedy… dla chciwości może nie starczyć już miejsca.

Patrycja Sławuta, najpopularniejsza polska psycholog społeczna w Dolinie Krzemowej.  Mieszka w Nowym Jorku i San Francisco. Ukończyła psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Zajmuje się m.in. psychologią moralności, kolektywnym poczuciem wstydu. Współpracuje z uczelniami w USA, Hiszpanii i Izraelu.

  1. Psychologia

Lęk antycypacyjny zamień w... przyjemność

To, co od ciebie zależy to bycie prawdziwą, szczerą i dzielenie się swoją radością z innymi. Jeśli skupisz się na tym, stres odrobinę odpuści na starcie. (Fot.iStock)
To, co od ciebie zależy to bycie prawdziwą, szczerą i dzielenie się swoją radością z innymi. Jeśli skupisz się na tym, stres odrobinę odpuści na starcie. (Fot.iStock)
Z lękiem antycypacyjnym mamy do czynienia wtedy, gdy już na samą myśl o jakiejś konkretnej czynności czujemy niepokój. Hiszpański psycholog Rafael Santandreu ma jednak niezawodny sposób na jego zneutralizowanie – zamienić go w przyjemność antycypacyjną!

Znasz to? Nie cierpisz publicznie przemawiać, dlatego na samą myśl, że będziesz musiała przywitać gości na przyjęciu swojego dziecka, zabrać głos na zebraniu czy nawet wygłosić toast, gdy oczy wszystkich będą zwrócone na ciebie – twój oddech przyspiesza a ciało się spina. A ponieważ wiesz, że to cię zestresuje, kiedy już stajesz przed audytorium lub wchodzisz na salę, ogarnia cię panika. I tak jak przewidywałaś – idzie ci fatalnie: ręce się pocą, rumieniec zakwita na szyi, a głos się łamie. I nawet jeśli po wszystkim słyszysz, że wypadłaś dobrze i nie było widać po tobie zdenerwowania – ty wiesz swoje. Byłaś beznadziejna!

Tymczasem wcale nie musisz się tak czuć. Wystarczy zmienić nastawienie i zamiast wyobrażać sobie porażkę, zracjonalizować sobie to, co się stanie i skupić na przyjemnych aspektach tego zdarzenia. Psychoterapeuta Rafael Santandreu w swojej najnowszej książce „Wszystko jest łatwiejsze, niż nam się wydaje” (wyd. Muza) przedstawia czterostopniowy schemat takiej wizualizacji, który możesz zastosować w każdej sytuacji, która przyprawia cię o zdenerwowanie:

1. Uporządkuj system wartości

Daj sobie wewnętrzną zgodę na cieszenie się życiem w oderwaniu od rezultatów czy osiągnięć. Przyjemność ma ci sprawiać sama droga, a nie cel – czyli samo przemawianie, a nie to, czy ludzie cię usłyszą, wysłuchają lub czy to, co powiesz, będzie dla nich wartościowe. „To, co na końcu zdarzy się albo nie zdarzy, nie powinno za bardzo nas zajmować” – pisze Santandreu. Jego zdaniem stresujemy się z obawy przed klęską, tymczasem powinniśmy zadać sobie pytanie: po co to robimy? Po co witasz gości na przyjęciu swojego dziecka? Chcesz, żeby dobrze się tu czuli i cieszysz się, że przyszli z sympatii do twojego syna lub córki. Zatem najważniejsze jest okazanie im wdzięczności za to – nie sam fakt, czy powiesz coś oryginalnego, zabawnego czy wzruszającego. Nie wrażenie, jakie na nich zrobisz. Na to nie masz żadnego wpływu. To, co od ciebie zależy to bycie prawdziwą, szczerą i dzielenie się swoją radością z innymi. Jeśli skupisz się na tym, stres odrobinę odpuści na starcie. 

2. Wyobraź sobie sytuację jako przyjemną

„Zamiast czegoś, co przeraża, powinniśmy dołożyć starań, by dostrzec w tym najpiękniejsze zadanie w naszym życiu” – radzi Santandreu. Jak tłumaczy, zwykle uspokajamy się słowami „nie ma się czego bać, to nie musi być takie straszne” – jego zdaniem to błąd, jesteśmy za mało ambitni. Powiedzmy sobie, że to nie tylko nie będzie straszne, ale będzie wręcz fantastyczne. Przecież toast za czyjeś zdrowie, spotkanie czy szczęście młodej pary – to sama radość. Będziesz wśród ludzi, którzy znają tę osobę i ciebie, lubią was a może nawet kochają i zebrali się tu z samymi dobrymi intencjami. Czyż to nie cudowne? Nawet zebranie może być wyjątkowym przeżyciem – w końcu będziesz miała okazję powiedzieć na nim coś od siebie, ludzie cię zauważą, usłyszą, a ty powiesz jedynie swoje zdanie, opinię lub komentarz, który masz przemyślany, przygotowany i który według ciebie jest istotny i zasługujący na to, żeby go wygłosić. Poza tym wyrazisz w ten sposób siebie a trzeba doceniać każdą okazję, która daje nam taką możliwość.

3. Uprość zadanie

Po zrobieniu dwóch pierwszych kroków w jakiś tajemniczy sposób pojawia się nam pomysłowe rozwiązanie, które czyni wszystko łatwym – czytamy we „Wszystko jest łatwiejsze…”. Zawdzięczamy to uwolnieniu się od strachu i uruchomieniu wyobraźni. Jako przykład Santandreu podaje przypadek pewnego kompozytora, z którym kiedyś pracował. Właśnie podpisał duży kontrakt z wytwórnią płytową, wypłacono mu dużą zaliczkę i nagle... dopadła go blokada twórcza. Tak naprawdę sparaliżował go lęk przed brakiem efektywności, bo za dużo od siebie wymagał. Zaczął wiec pracować z naszym schematem. Kiedy już uporządkował sobie system wartości i wyobraził sobie sytuację jako przyjemną – przyszło mu do głowy, że nagra dwie płyty. Pierwszą z łatwymi, komercyjnymi piosenkami, a po niej płytę z najlepszymi swoimi utworami – dojrzałymi, wyrażającymi jego samego. Jeśli druga mu się nie uda, przynajmniej pierwszą wywiąże się z kontraktu. Czyli zacznie od czegoś prostego, łatwego do wykonania. To sprawiło, że zeszło z niego całe napięcie i ostatecznie wydał jedną płytę – swoją najlepszą z dotychczasowych. Łatwa, komercyjna płyta nigdy się nie ukazała, tamte kompozycje pozwoliły mu się jedynie odblokować i poczuć przyjemność.

4. Uwierz w stopniowy wzrost

Santandru przypomina, że wielkie osiągnięcia przychodzą zwykle niepostrzeżenie i są owocem łatwego i naturalnego procesu, wspomaganego czerpaniem przyjemności. Wybitni muzycy – jak dowodzi – najlepsze utwory komponowali jako młodzi ludzie, kiedy nie czuli presji i cieszyli się tym jak dzieci. Dlatego jeśli będziemy podążać za przyjemnością, nie przestaniemy się rozwijać. Z kolei rozwój sprawi, że będziemy odczuwać coraz większą przyjemność. A wtedy nie będzie mowy o żadnym stresie, ani o żadnym lęku.

Rafael Santandreu, „Wszystko jest łatwiejsze, niż nam się wydaje” (wyd. Muza) Rafael Santandreu, „Wszystko jest łatwiejsze, niż nam się wydaje” (wyd. Muza)