To, dla kogo gotujesz i z kim siadasz do stołu ma znaczenie!

To, dla kogo gotujesz i z kim siadasz do stołu ma znaczenie. (Fot. iStock)

Niektóre potrawy są bogate w związki sprzyjające wydzielaniu endorfin. Jednak składniki odżywcze, minerały i witaminy to nie wszystko. Na samopoczucie wpływają nie tylko substancje chemiczne, ale coś znacznie silniejszego – emocje. To, dla kogo „stoisz przy garach” i z kim siadasz do stołu, może cię zdołować albo uskrzydlić.

W roku 2007 w opisującym amerykańską odmianę języka angielskiego słowniku Webstera pojawił się termin comfort food. Oznacza on jedzenie przygotowane w tradycyjny sposób, które ma dla człowieka silne konotacje sentymentalne. Jest swoistą teleportacją z kubków smakowych wprost do emocjonalnego raju.

Każda kultura ma oczywiście inny jadłospis comfortfoodowy. Za chwilę nakryjemy nasze stoły białymi obrusami, a na nich postawimy… polską dietę szczęścia. To, co jadamy w święta w domu rodzinnym, zapamiętujemy na całe życie. Zatem wyspecjalizuj się w swoim ukochanym comfort foodzie i – zamiast sterty rupieci – podaruj go bliskim pod choinkę.

Alchemia szczęścia

Badania pokazują, że tłuszcz, który jest nośnikiem smaku, wzmacnia nasze zadowolenie po zjedzeniu potraw z jego zawartością (dlatego kochamy smażone, tłuste i słone). Cukier z kolei pobudza w mózgu ośrodki odpowiedzialne za wyrzut serotoniny – hormonu szczęścia. Jemy słodkie i nam dobrze. To jedno podejście do comfort foodu, drugie to takie, które odwołuje się do pozytywnych skojarzeń oraz poczucia bezpieczeństwa i które pozwala na ukojenie negatywnych emocji. To pokarmy, które przywołują najpiękniejsze wspomnienia.

Mnie bliższe jest to drugie – emocjonalne – podejście, ale idę jeszcze dalej: gdy mówię o diecie szczęścia, myślę o psychologii relacji międzyludzkich, a konkretnie o synergii szczęścia. Synergia oznacza współdziałanie różnych czynników, których efekt jest większy niż suma poszczególnych oddzielnych działań. Bardzo silnie odczuwa się to w kuchni. Wiele osób nie lubi, gdy ktoś im się kręci obok garnków. Nie dopuszczamy do pomocy czy wspólnego gotowania. A może w tym tkwi problem nielubienia świąt i oceniania ich jako obciążających psychicznie? Nie gotujemy razem. Dlaczego?

Dziesiątki razy w życiu, gdy jakaś para się rozstawała, słyszałam zdanie: „Na pewno nie gotowali wspólnie”. Nie znalazłam poważnych badań na ten temat, ale pary gotujące razem, razem nakrywające do stołu i sprzątające razem – zwykle są razem. Wspólne gotowanie to silny element diety szczęścia. Gdy gotuje tylko jedna osoba, to tylko ona „odpowiada” za jakość posiłku. Gdy gotujemy we dwoje czy nawet w kilka osób – jest to nasza wspólna odpowiedzialność, wspólny problem i temat do rozmowy. Może w tym roku w ramach zapobiegania przedświątecznemu stresowi warto zgromadzić całą rodzinę i wspólnie coś upichcić? Może to, co wybierze młode pokolenie, stanie się naszym comfort foodem?

Nie daj się zwieść pozorom

Drążę temat i o koncepcję diety szczęścia pytam dietetyczkę i autorkę książek dotyczących zdrowego odżywiania, Agatę Lewandowską. – Dla wielu moich pacjentów dieta szczęścia to nie być na żadnej diecie – odpowiada. – Po prostu jeść, żeby żyć i być zdrowym, bez żadnych reżimowych rozwiązań. Dla innych dieta szczęścia to utrzymanie wagi, którą udało im się osiągnąć. Każdy sam musi sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest jego dietą szczęścia.

Ale ekspertka przestrzega też, że żaden rodzaj pokarmu nie zapewni nam poczucie szczęścia po jednym dniu. – Stosowanie mądrej, zbilansowanej diety już po kilku dniach da poczucie lekkości, nasycenia i ciepła, ale wierzenie, że kostka czekolady nas uszczęśliwi, to absurd – wyjaśnia. – Jest wręcz przeciwnie, bo kostka czekolady często zamienia się w tabliczkę czekolady, a to prowadzi do gigantycznych wyrzutów sumienia i ostatecznie do znaczącego obniżenia nastroju.

Sekret dopaminy

Dieta szczęścia ma wiele twarzy… W kulturze zmagającego się z otyłością Zachodu do czynników wpływających na odczuwanie szczęścia zalicza się odpowiednią wagę ciała. Brytyjski szef kuchni Tom Kerridge wskazuje swoją drogę ku odczuwaniu szczęścia poprzez jedzenie zawierające dopaminę i jednoczesne pozbywanie się nadwagi. „Czym jest dopamina? To kluczowa substancja chemiczna, która towarzyszy sygnałom nerwowym w mózgowym ośrodku przyjemności. Kiedy doświadczasz przyjemnego uczucia – nieważne, czy z powodu jedzenia, śmiechu, seksu, alkoholu, czy hazardu – w mózgu wytwarza się dopamina. Istnieją badania, które wskazują, że niski poziom dopaminy prowadzi do obniżenia motywacji, letargu i apatii, a nawet depresji” – czytam w jego książce „Dieta szczęścia” (Wyd. Zwierciadło).

Dopamina wytwarzana jest w wyniku rozkładu tyrozyny (aminokwasu), którą zawiera wiele różnorodnych potraw. Wysokie stężenie tyrozyny notuje się w tłustym nabiale, jajach, rybach, owocach (jabłkach, bananach, jagodach, winogronach, pomarańczach). Owoce jagodowe, jabłka i banany są tu szczególnie ważne i nie wolno ich zaniedbywać – zawierają działający antyoksydacyjnie flawonoid o nazwie kwercetyna, który zapobiega utracie dopaminy z organizmu. Jak widać, angielskie powiedzenie: „wystarczy jedno jabłko dziennie, żeby lekarze trzymali się ode mnie z daleka” – ma swoje naukowe uzasadnienie.

Tom Kerridge postawił właśnie na dopaminę. Proponuje dietę absolutnie niezbilansowaną, niskowęglowodanową, a wysokoproteinową, zdominowaną wszystkimi rodzajami mięsa oraz warzywami, zwłaszcza zielonymi. Ten jeszcze do niedawna ważący 190 kg brytyjski zdobywca gwiazdki Michelin w ciągu trzech lat stracił 70 kg. To robi wrażenie.

Szczęście poza talerzem

Zaczynam powoli wątpić, czy uszczęśliwianie się za pomocą skupienia na tym, co na talerzu, ma w ogóle sens. Co ciekawe, Agata Lewandowska ma podobne poglądy i wcale nie uważa, że jedzenie to jedyna droga do szczęścia, a nawet twierdzi, że wcale nie najlepsza. – Wielu ludzi chce się po prostu najeść, a dla zażycia szczęścia iść na spacer i endorfin poszukać w wysiłku fizycznym – puentuje.