1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Alfabet pozytywnych emocji – I jak intuicja

Alfabet pozytywnych emocji – I jak intuicja

123rf.com
123rf.com
I jak INTUICJA – z łacińskiego intuitio – wejrzenie. Nie bez przyczyny mówimy o zakochaniu od pierwszego wejrzenia.

Pamiętacie modę na Fast Date czyli szybkie randki? Polegały one na tym, że uczestnicy spotkań mieli tylko 5 minut na zaprezentowanie siebie w krótkiej rozmowie.

Na czym opierał się ten pomysł? Otóż mózg gadzi, najstarsza i najbardziej niepodatna na manipulację część naszego mózgu – bardzo szybko klasyfikuje bodźce. To nasz wewnętrzny ochroniarz. Kiedyś dbał o przetrwanie człowieka pierwotnego, umożliwiając mu podjęcie błyskawicznej decyzji – uciekać lub walczyć. Długie rozważanie mogło się źle dla niego skończyć.

Teraz gadzi mózg daje nam szybki sygnał w kontakcie z nowa osobą: przyjaciel lub wróg a także: ktoś atrakcyjny lub odpychający. Te informacje pojawiają się bez świadomego analizowania sytuacji i docierają do nas drogą niewerbalną.

Natura intuicji wynika z tego, że jest ona procesem podświadomym, którego nie można kontrolować, można jedynie dopuszczać lub odrzucać podawane przez intuicję rozwiązania. Jest bardziej kreatywna i działa na wyższym poziomie abstrakcji niż do myślenie logiczne.

Dlatego tajemnica dużej popularności towarzyskiej wydaje się rozwiązana. Osoby łatwo zawierające znajomości i cieszące się powodzeniem zazwyczaj wysyłają świadomie lub nie – właściwy sygnał do gadzich mózgów innych osób.

Czy wszyscy mamy intuicję?

Według amerykańskiego profesora psychologii Kurta Tepprwaina – „Zdolności intuicyjne posiada każdy, jednak wsku­tek przesadnego korzystania tylko z rozumu intuicja jest tłumiona i prawie w zaniku. Należy zatem przypomnieć i rozwinąć własne zdolności intuicyjne oraz duchową dojrzałość, aby ponownie móc odbierać intuicję świadomie. Nasze życie przebiegałoby zapewne całkiem inaczej, gdybyśmy podążali za tymi impulsami. Kto w swoim życiu stworzy przestrzeń dla rozwoju intuicji, bę­dzie mógł wykonać następny krok. Nie będzie już żadnych pytań, bo będziesz prowadzony przez życie. Wszystko będzie harmonizowało, wszystko będzie zestrojone”.

Trudność, aby zaufać swoim pomysłom, błyskom myśli lub my­ślom niezwykłym, polega po prostu na tym, że intuicja może sprze­ciwiać się rozumowi, uczuciu, przyzwyczajeniu.

Jeśli chcesz zwiększyć swoją intuicję, wykonuj systematycznie następujące ćwiczenie:

Usiądź wygodnie, ale tak, aby kręgosłup był wyprostowany, pooddychaj świadomie kilka minut i skoncentruj się. Następnie wizualizuj, że z Twojej głowy wyrasta połączenie niebem ( możesz wyobrażać sobie np. że jest to wiązka światła albo gałęzie ) a Twoje nogi ukorzeniają się i łączą z podłożem. Następnie oddychaj w taki sposób, że wciągasz powietrze jedną dziurką od nosa, zatykając drugą i robisz zmianę ( w ten sposób aktywizujesz obie półkule mózgowe ).

Czytaj

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Intuicja - powinni uczyć jej w szkole

Często jesteśmy wspierani przez emocjonalne sygnały z naszego ciała. Nie powinniśmy ich lekceważyć. To właśnie jest intuicja. (Fot. iStock)
Często jesteśmy wspierani przez emocjonalne sygnały z naszego ciała. Nie powinniśmy ich lekceważyć. To właśnie jest intuicja. (Fot. iStock)
Nie można robić tego, co każą emocje. Trzeba je odczytać i z nimi podyskutować. Dopiero potem podjąć decyzję – radzi Antonio Damasio, profesor neuronauki, psychologii i filozofii na Uniwersytecie Południowej Kalifornii.

Za pomocą drogiej aparatury do neurooobrazowania mózgu i pomiaru ciepłoty ciała udowodnił pan, że intuicja istnieje. Coś, co od tysiącleci uznawane było w religiach jako „wewnętrzny głos”, „trzecie oko”, zostało potwierdzone przez naukę. Czyli co? W dobie lotów kosmicznych mamy słuchać nieracjonalnych skurczów żołądka, które mówią nam czasami: „Uciekaj stąd”?
Tak. Uważam, że mechanizm intuicji jest piękny i wyjątkowy.

I tani.
Oczywiście. Zamiast zlecać kosztowne analizy jakiegoś przedsięwzięcia, można po prostu posłuchać, co mówi nam ten nasz szósty zmysł. Intuicja to skutek nieświadomego kumulowania doświadczeń całego życia. Podobnie jak komputer korzysta ona z naszych doświadczeń z przeszłości, analizuje je w nieświadomy sposób, poza racjonalnym myśleniem, znajduje reguły nimi rządzące. Kiedy mamy podjąć jakąś decyzję, pamięć dawnych doświadczeń zostaje automatycznie przywoływana. Zanim nasz racjonalny umysł zacznie zastanawiać się nad rozwiązaniem problemu, na pytanie „robić to czy nie robić” odpowiada ciało. Jeśli pamięć podobnych doświadczeń, jakie mamy za sobą, jest zła – doznajemy nieprzyjemnych odczuć, gdy zaś zapis w mózgu jest pozytywny – odczucia są przyjemne. Tę odpowiedź ciała nazwałem markerem somatycznym. On pomaga dostrzec pełny obraz sytuacji. W odróżnieniu od racjonalnego umysłu, który potrzebuje czasem wielu dni na powiedzenie „tak” albo „nie”, intuicja działa szybko, podpowiada nam: „Stop – tu musisz się zastanowić”.

Na przykład?
Dostaje pani zlecenie, żeby zrobić ze mną wywiad, ale coś się pani nie podoba. Coś nie gra. Jakiś dyskomfort. Wtedy dobrze jest usiąść i przeanalizować za i przeciw. Może pani pomyśleć: „No dobra, ten Damasio jest znany, ale to, o czym mówi, jest skomplikowane, nie wiadomo, czy jakaś gazeta to kupi” albo „Zajmuje się skomplikowanymi zagadnieniami, ale to jest ciekawe – może da się na tym zarobić?”. Pani wybrała to drugie – zobaczymy, czy pani na mnie zarobi.

Intuicja przydaje się w pracy?
Zdarza się, że ktoś podpisuje umowę o pracę, a ciało i trzewia mówią mu: „Uciekaj, to nie jest miejsce dla ciebie!”. W ten sposób nasze ciało próbuje nas ostrzec przed ukrytymi złymi zamiarami człowieka, z którym się spotykamy. Słuchajmy intuicji, nie lekceważmy jej, raczej przeanalizujmy, co tak naprawdę chce nam powiedzieć.

Gdzie w naszych mózgach umiejscowiona jest intuicja? Ktoś kiedyś zażartował, że dokładnie w takim miejscu, w które pukamy się w głowę, kiedy się nad czymś zastanawiamy...
To nie jest jedno wydzielone miejsce. To hipokamp, ale także inne obszary naszego mózgu. Intuicja to wynik kooperacji obszarów pamięci mózgu z emocjami.

Dzwonek alarmowy mówiący, że coś jest nie tak, pochodzi z najstarszej części mózgu. Jest umiejscowiony w ciele migdałowatym nad rdzeniem kręgowym. Tam rodzą się przeczucia. Za pomocą obwodów nerwowych docierają potem do ośrodka wykonawczego mózgu znajdującego się w brzuszno-przyśrodkowej części kory przedczołowej mózgu. Tam właśnie zachodzi proces analizy i podejmowania decyzji. Przez połączone z ciałem migdałowatym drogi nerwowe, które prowadzą do organów wewnętrznych, odczuwamy reakcje somatyczne, np. „ból w trzewiach” wywołany zdenerwowaniem.

Czyli de facto podejmujemy decyzje, kierując się emocjami, a nie chłodną kalkulacją?
Tak, to emocje pozwalają nam efektywnie podejmować życiowe decyzje. To, co na pierwszy rzut oka wygląda na działanie rozumu, to właśnie owe markery somatyczne, o których mówiłem. To one w sposób niekontrolowany dokonują za nas wstępnej selekcji informacji, zawężając pole możliwego działania. Sprawiają, że skrupulatne rozważanie każdej z opcji pod względem jej plusów i minusów nie jest konieczne do podjęcia dobrej decyzji. Pamiętajmy, że odczytywanie emocji, słuchanie ich jest nieodłącznym elementem dyskusji z samym sobą i podejmowania decyzji. Nie można robić tego, co każą emocje. Trzeba je odczytać i z nimi podyskutować. Dopiero potem podjąć decyzję.

Czy pomaga nam w tym ciało?
Bardzo często jesteśmy wspierani przez emocjonalne sygnały z naszego ciała, których nie powinniśmy lekceważyć. To właśnie intuicja. Wszystko to, co nas zastanawia, powstrzymuje, i to zarówno przed złymi, jak i dobrymi rzeczami, to właśnie jest ten szósty zmysł. Moim zdaniem umiejętności odczytywania sygnałów z ciała powinno się uczyć w szkole. Podobnie jak refleksji i analizy tego, co się nam przydarza. Pamiętajmy, że de facto nigdy nie jesteśmy sami w podejmowaniu decyzji – partneruje nam zawsze intuicja. Od nas zależy, czy uznamy ten sygnał za pomocny, czy nie.

Dlaczego niektórzy mają dobry kontakt ze swoją intuicją, a inni słaby albo wręcz w ogóle go nie mają?
Świetny kontakt ze swoją intuicją mają ci, którzy w ogóle mają dobre połączenie ze swoimi uczuciami. Myślę, że tak jak mamy różne twarze, wzrost i predyspozycje psychiczne, tak również mamy różną zdolność do odczytywania sygnałów z podświadomości. Wszystko wskazuje na to, że intuicja jest dziedziczna, że można ją przekazać w genach. Ale także w procesie wychowania: jeśli matka odczytuje sygnały płynące z podświadomości, z emocji, uważa je za cenne, wsłuchuje się w nie, to najprawdopodobniej jej dzieci będą działały w podobny sposób.

Pan uważa, że możemy się nauczyć kontrolować emocje?
Tak. Ale nie zawsze jest to łatwe. Kiedy są zbyt mocne, po prostu nie jesteśmy w stanie nad nimi zapanować. Jednak możemy się nauczyć nimi zarządzać. Mówiąc „zarządzać”, mam na myśli, że wiemy, dlaczego właśnie takie emocje powstają, jakie uczucia ze sobą niosą i co konkretnie możemy z nimi zrobić. Wtedy oszczędzimy sobie cierpienia.

Dowiaduję się, że mój partner mnie zdradza. Jak mam skontrolować swoje emocje i oszczędzić sobie cierpienia?
Wytoczyła pani najcięższe działa [śmiech]. Nie będę przekonywać, że nauka znalazła jakieś szczególne remedium na takie emocje, bo nie znalazła. W takim przypadku może tylko powiedzieć: „Tak, te silne emocje są uzasadnione, ale nie pozwól, żeby tobą zawładnęły”.

Jak?
Może medytacja? Na pewno wyciszenie. Wielu naukowców na przestrzeni ostatnich 20 lat interesowało się, jak funkcjonują emocje, jaki mają wpływ na nasze ciała, fizjologię. Wiemy i możemy zobrazować, jak one działają na poszczególne części naszego ciała. A przede wszystkim na mózg, jego ciało migdałowate. To, czego jeszcze nie wiemy, to jaka jest chemia emocji.

Czy naukowców interesuje różnica między emocjami kobiety i mężczyzny, czy uznaliście, że są jednakowe?
To ciekawe pytanie. Jako naukowcy uznajemy, że i kobiety, i mężczyźni mają dostęp do tego samego wachlarza emocji, nie ma tutaj żadnych różnic. Bardzo ciekawy jest fakt, w jaki sposób te emocje są pokazywane: kobiety i mężczyźni różnią się w okazywaniu złości, strachu. Poza tym naukowo udowodniono, że panowie – żeby rozwiązać konflikt – częściej uciekają się do agresji. Im silniejszy jest mężczyzna, tym częściej ucieka się do przemocy. To logiczne. Kobiety są bardziej skłonne do kooperacji niż mężczyźni. Oczywiście, to stereotyp, bo bywa także odwrotnie.

Czy neurobiologia może odpowiedzieć na pytanie, dlaczego kobiety są bardziej skłonne do wyrażania swoich emocji niż mężczyźni?
Biologia i ewolucja to tłumaczą. Kobiety są matkami i już z tego powodu ich emocje muszą być bardziej czytelne. Dla dziecka, ale i dla otoczenia, przede wszystkim dla innych kobiet. Kobiety od samego początku ćwiczyły odczytywanie ekspresji innych, bo musiały budować relacje. Jeżeli opiekowały się dziećmi, były skazane na funkcjonowanie w grupie. Musiały nieźle sobie z tym radzić, bo gdy ojciec dzieci ginął w czasie polowania, od tego, czy zaakceptowała ją grupa, zależał jej byt. Dlatego kobiety są bardziej skłonne do ustępstw i kompromisów.

Antonio Damasion profesor neuronauki, psychologii i filozofii na Uniwersytecie Południowej Kalifornii, pracownik Instytutu Badań Biologicznych im. Jonasa Salka, członek wielu prestiżowych gremiów naukowych. Napisał kilka bestsellerowych książek, w Polsce ukazały się: „Błąd Kartezjusza”, „W poszukiwaniu Spinozy”, „Tajemnica świadomości”, „Jak umysł zyskał jaźń”. Jego publikacja pt. „Błąd Kartezjusza: emocje, rozum i ludzki mózg” była nominowana do nagród „Los Angeles Timesa” i została przetłumaczona na ponad 30 języków. Jego „Tajemnica świadomości” została uznana za jedną z najlepszych książek 2001 roku przez ranking „New York Timesa”.

  1. Psychologia

Humor w życiu. Jak uruchomić pozytywne emocje?

Nie tylko ludzie mają poczucie humoru. Zwierzęta też potrafią się śmiać, chociaż nie zawsze umiemy to odczytać. (fot. iStock)
Nie tylko ludzie mają poczucie humoru. Zwierzęta też potrafią się śmiać, chociaż nie zawsze umiemy to odczytać. (fot. iStock)
Humor, czyli właściwie poczucie humoru - okazuje się, że bardzo je sobie cenimy! Poczucie humoru wymieniane jest bardzo wysoko w rankingach cech, których poszukujemy u partnera. Dlaczego? Kojarzymy humor z inteligencją, dystansem, wyczuciem proporcji. Zapewne słusznie. Johan Wolfgang Goethe twierdził, że „Charakter człowieka najlepiej określa się przez to, co uznaje on za śmieszne."

Humor nie ma jednoznacznej definicji, bo bez względu na to, jak bardzo w życiu codziennym wydaje się zwyczajny i pospolity, jako pojęcie teoretyczne jest o wiele bardziej skomplikowany i nieokreślony. I choć nie powstrzymało to badaczy różnych dyscyplin, takich jak psychologia, socjologia, lingwistyka, przed badaniem istoty humoru - to problem polegał na tym, że niektórzy badacze zwątpili, czy sformułowanie uniwersalnej definicji humoru jest w ogóle możliwe.

Warto przy tym wspomnieć, że śmiech może być skutecznym narzędziem wzmacniania siebie - wtedy mamy do czynienia z humorem afiliacyjnym, któremu towarzyszy mniejsze nasilenie objawów stresu, niższy poziom lęku i depresji. Jednak istnieje także odmiana humoru agresywnego, nastawionego na autodeprecjację, a wówczas towarzyszy mu wyższy poziom stresu, lęku i depresji oraz niższa samoocena.

Według Leszka Kołakowskiego: „Czym innym jest zdolność do śmiechu, czym innym poczucie humoru. Zdolność do śmiechu jest powszechną i wyróżniającą cechą człowieka [...]. Poczucie humoru natomiast jest rzadkie, zakłada bowiem umiejętność osiągnięcia przez człowieka dystansu względem samego siebie, dystansu ironicznego."

Wygląda więc na to, że autentyczne poczucie humoru to prawdziwy diament wśród zwykłych szkiełek.

Poczucie humoru - co zrobić kiedy go brakuje?

Iwona –  37 letnia szefowa działu w dużej firmie, przyszła do mnie z takiego właśnie powodu. „Mój mąż czasem narzeka, że brak mi poczucia humoru, że nie potrafię się głośno i spontanicznie śmiać. Fakt, są sytuacje, które on uważa za zabawne, a ja nie widzę w nich nic śmiesznego. Jednak zaczęłam zauważać, że faktycznie jestem przez to postrzegana jako mniej sympatyczna. Ostatnio nawet w czasie spotkania ze znajomymi złowiłam strzępek zdania ‚nie mówiłam tego przy Iwonie, bo ona wszystko bierze na serio…' – poczułam się wtedy jak ktoś gorszy, mniej inteligentny. Czy poczucia humoru można się jakoś nauczyć?”

Na świecie prowadzone są kursy rozwijania poczucia humoru, terapie śmiechem.

Oto kilka sposobów, jakie są wykorzystywane w takich zajęciach:

  • przynajmniej raz dziennie znajdź powód do śmiechu i wykorzystaj te okazję, by się zdrowo pośmiać
  • oglądaj częściej zabawne filmy i nagrania - zapisz, co najbardziej Cię śmieszy, np. zabawne zachowania zwierząt, ludzka głupotka, pomyłki i przejęzyczenia, wpadki i gafy itp.;
  • kolekcjonuj to, co Cię śmieszy: filmiki, zdjęcia, obrazki, nagrania dźwiękowe;
  • rozmawiaj z osobami, które mają zaraźliwe poczucie humoru;
  • uruchom wyobraźnię - wymyślaj nowe pomysły na pobudzanie się do śmiechu.

Joanna Godecka: life coach, coach oddechu, terapeutka TSR

  1. Psychologia

Jak losy kobiet w rodzinie wpływają na twoje życie?

Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać. (fot. iStock)
Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać. (fot. iStock)
Czy wracając do losów swoich przodkiń, wzmacniam się? Czy życie prababek wpłynęło na mój portret? - z psychoterapeutką Małgorzatą Lipko rozmawia Katarzyna Droga.

Czy losy przodkiń wpływają na nasz charakter lub problemy?
Często wydaje nam się, że to, jak wygląda nasze życie, zależy w zupełności od nas. Tymczasem, gdy przyjrzymy się losom rodzin w kontekście systemowym, można zauważyć wiele podobieństw, wręcz powtarzających się faktów w kolejnych pokoleniach. Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać.

Nie wyobrażam sobie, aby w procesie terapeutycznym pominąć z pacjentem kontekst systemowy – otoczenie, w którym dorastamy, przekazy transgeneracyjne „wyssane z mlekiem matki” mają na nas ogromny wpływ. Kształtują system wartości, sposób przeżywania, patrzenia i komunikowania się ze światem, a wreszcie – obraz samego siebie (to najpierw od najbliższych dowiadujemy się, jacy jesteśmy).

Jakie znaczenie dla kobiety może mieć fakt, że jej matka, babka i prababka nie realizowały swoich ambicji zawodowych, a poświęciły się wychowaniu dzieci?
Jeśli ta kobieta pragnie zrealizować ambicje zawodowe, może przeżywać nieświadomy wewnętrzny konflikt pomiędzy lojalnością wobec własnego systemu (do którego przynależy i jest jego potomkinią) a własnymi pragnieniami, które nie są w zgodzie z wzorcami rodzinnymi – choć ma do nich prawo. Wybór, przed jakim stoi, jest dramatyczny – jakkolwiek bowiem by zdecydowała, wyklucza w sobie część siebie, co rodzi w efekcie frustrację, złość, smutek, a te często prowadzą do depresji, poczucia niespełnienia w życiu.

Jeśli spróbuje pogodzić te obszary, może przeżywać poczucie winy, że robi coś dla siebie, a w tym czasie powinna być przy dzieciach, dbać o dom itp.Realizując model Matki Polki, niechęcią obdarza kobiety, które pracują i dbają o swój obszar rozwoju zawodowego. Często, żeby poczuć się lepiej, rywalizuje, wyższościowo ocenia i użala się nad biednymi, „niezaopiekowanymi” mężami i dziećmi tychże żon… Tak naprawdę im zazdrości, ale nie ma odwagi wyjść ze schematu, w którym tkwi – staje się jego uciemiężoną niewolnicą, palącą na stosie powinności swoje potrzeby, pragnienia, marzenia i fantazje.

Decydując się na kontrę do wzorca systemowego, czyli: „będę singielką i w pełni poświęcę się karierze zawodowej” – odcina się od kobiet w swoim systemie, patrzy na nie z pogardą. Zdecydowanie bliżej jej do mężczyzn, którzy są dla niej autorytetami, wzorcami. Jednak nie szanując kobiet, nie może od nich czerpać, być z nimi blisko, cieszyć się z bycia kobietą. Z impetem wchodzi w świat męski – chętnie zakłada „męskie buty”. Odżegnuje się od kobiecości, bo ta kojarzy jej się ze słabością, poświęceniem, zbytnią emocjonalnością, brakiem ambicji, tanimi serialami… Nie chce, żeby ktoś ją tak postrzegał – staje się zimna, skoncentrowana na sobie, i w efekcie – samotna.

Czy fakt, że narzeczony babki zaginął albo że druga babka była żoną zdradzaną – może jakoś ukształtować losy wnuczki czy córki? Jak?
Jeśli tak było, córka i wnuczka wychowały się z przekazem systemowym: „Mężczyznom nie można ufać”. Konsekwencje takiego przekazu mogą być przeróżne. Począwszy od powtórzenia losów babki czy matki, po różnego rodzaju wariacje na ten temat, typu: „stanę się narzędziem sprawiedliwości i zemszczę się na mężczyznach za krzywdę babki, matki…”, „nie zaufam żadnemu mężczyźnie, nie dam się skrzywdzić – nie zwiążę się z nikim”, „będę czujna – będę go sprawdzać, kontrolować”, „będę się o niego bać, skupiać się na nim, żeby nic mu się nie stało”, „mężczyzna jest słaby – nie ma co traktować go poważnie, jak zawiedzie, nie będę rozpaczać”.

Niejednokrotnie w swojej pracy terapeutycznej widziałam skutki takich wariacji. Jeśli kobieta jest związana w sposób szczególny ze swoją babką, która utraciła narzeczonego, istnieje prawdopodobieństwo, że powtórzy jej los, czyli że dobierze sobie partnera, który też w pewien sposób ją opuści. Forma może być nieco inna, ale sam fakt utraty będzie obecny. Przykłady: babka straciła pierwszego męża, UB zamordowało go podczas przesłuchiwań. Jej wnuczka traci narzeczonego miesiąc przed ślubem – zabijają go bandyci okradający dom. Innej kobiecie rozpadają się związki partnerskie po dwóch latach, traci mężczyzn podobnie jak ojca, którego ledwie pamięta, bo umarł nagle na zawał serca, gdy miała dwa lata. Kobieta przychodzi z problemem braku akceptacji przez rodzinę jej narzeczonego, który jest wyznawcą innej wiary, okazuje się, że babka popełniła mezalians, wiążąc się z mężczyzną z klasy niższej. Podobnie z sytuacją doświadczania zdrady. Z lojalności do zdradzonej babci, systemu – wnuczka wybiera mężczyznę, który nie będzie jej wierny, a nawet jeśliby chciał, to ona go do tego nieświadomie sprowokuje – żeby się „wypełniło”…

Małgorzata Lipko: psychoterapeutka, trenerka, współzałożycielka Ośrodka Psychoterapii i Rozwoju Osobistego FENIKS.

  1. Psychologia

Od jakich emocji uciekasz będąc w związku?

Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Miłość nie oznacza odczuwania nieustannie tego samego. Jej bogactwo wynika z pozwolenia sobie na przyjmowanie tego, co się pojawia, bez oceniania, co jest dobre, a co złe. Kiedy jesteś świadoma emocji, które wywołuje w tobie partner, masz szansę na poznanie siebie.

Najbliższe nam osoby pełnią dość niewdzięczną rolę: to na nie projektujemy swoją bezsilność, swoje lęki, pustkę i wszystko to, do czego nie chcemy się przyznać. One niejako zgodziły się wyświetlić obraz nas samych, naszych przekonań, tego, w co wierzymy, co sobie wyobrażamy. Właśnie z tego powodu wiele związków się nie udaje albo nie trwają one długo, ponieważ w którymś momencie już nie możemy wytrzymać patrzenia na siebie poprzez partnera, czujemy tyle lęku przed bólem wywołanym niektórymi emocjami, że wolimy odejść, zamiast pozwolić sobie czuć. Dlatego to, w jaki sposób reagujemy na ból wywołany niektórymi uczuciami, pokazuje nam, jak wyglądają nasze relacje.

Powiedz STOP

Zwróć uwagę, jak reagujesz na niechciane emocje: czy pozwalasz sobie poczuć jądro bólu, czy wręcz przeciwnie – kurczysz się i zamykasz? Jeśli denerwujesz się na partnera lub irytują cię niektóre jego zachowania, możesz być pewna, że to upomina się o uwagę emocja, której nie chcesz odczuwać. Kiedy świadomie przyznasz się, że to, co czujesz, jest twoje, możesz otworzyć serce na tego człowieka, a potem na to, co czujesz. I tym samym uzdrowić siebie. Jeśli wpadłaś w sidła wewnętrznego dialogu, w którym krytykujesz cały czas partnera, to najwyższy czas powiedzieć „STOP” i zadać sobie pytanie: Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje?

Cios w czułe miejsce

Jeśli miałabym jednym zdaniem odpowiedzieć na pytanie, jaka jest recepta na szczęśliwy związek, powiedziałabym: „Bądź wdzięczna za to, co jest, a szczęśliwych dni w twoim związku będzie coraz więcej”. Ta prosta rada jest niczym magiczne zaklęcie, które każdy ma w zasięgu ręki. Jednak do momentu, kiedy nie przejmę odpowiedzialności za to, czego doświadczam, będę nieustannie wciągana w te same tryby, schematy będą się powtarzać, to, z czym nie chcę się skonfrontować, będzie domagało się uwagi poprzez stwarzanie okoliczności, w których nie będę mogła więcej przeoczyć uczucia, przed którym uciekam. Jedynym antidotum na tę sytuację jest przyjęcie tego, co czuję, uznanie, że to po prostu chce być zauważone i zaakceptowane. Tylko tyle.

Jeśli na przykład boimy się odrzucenia w związku, wchodzimy w relacje, które nie dadzą nam satysfakcji, albo żyjemy cały czas w lęku przed odrzuceniem. Wówczas partner może swoim zachowaniem zmuszać nas niejako do przyznania się do bólu, ponieważ jeśli chronimy się przed bólem, zawsze otrzymamy cios właśnie w to miejsce.

Ty, on i lęk

Przyjąć to, co czuję, nie oznacza rozpamiętywania starych historii i na ich podstawie tworzenia nowych. Przyjęcie oznacza pozwolenie na odczuwanie bez dołączania złowieszczych treści, przestawienie się na czyste odczuwanie. Mroczne historie przyklejają się do nas wtedy, kiedy to, co czujemy, uznajemy za złe. Wtedy tak naprawdę odrzucamy część siebie. Ale ta część chce na nowo zostać przyjęta, abyśmy mogli stać się całością, oddychać bez wstrzymywania powietrza, żyć bez ciągłego napięcia wynikającego z potrzeby kontroli, zburzyć mur, który wybudowaliśmy z lęku przed pełnym doświadczaniem siebie.

W słynnej książce „Biegnąca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés pisze: „Jeśli jesteś w związku z osobą, którą bardzo kochasz, nigdy nie będziecie szli we dwójkę, będziesz w trójkącie: ty, on i lęk”. Dlatego jedyne, czego potrzebujesz, to zaakceptować to, co czujesz, a wtedy emocje, nie tylko lęk, przestaną mieć nad tobą władzę, a ty będziesz gotowa, aby prawdziwie rozluźnić się i otworzyć z ufnością serce na partnera, który już nigdy cię nie zawiedzie.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Czy można być dobrym rodzicem, jeśli samemu nie zaznało się dobrego rodzicielstwa?

Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy.

Fragment książki „Matka niedostępna emocjonalnie”

Choć prawdą jest, że większość rodziców, którzy emocjonalnie zaniedbują swoje dzieci lub stosują względem nich psychiczną przemoc, przekazuje dalej to, czego sami doświadczyli, z radością stwierdzam, że na przestrzeni lat wielu spośród moich pacjentów, którzy byli poszkodowani na tym polu, zostało wspaniałymi rodzicami. Większość kobiet, które nie zdecydowały się na macierzyństwo, cierpi na deficyt matki i obawia się, że nie będą wiedziały, jak to się robi. Czasem boją się, że „spaprzą” swoje dzieci tak samo, jak w ich odczuciu same zostały spaprane. (Choć nie zapominajmy, że istnieją inne ważkie powody, dla których ktoś może zdecydować, że nie chce zostać rodzicem). Kobiety żywiące takie obawy zapewniam, że potrafią to zrobić inaczej. Po pierwsze, istnieje coś takiego jak instynkt macierzyński, który przy braku czynników zakłócających włącza się samoczynnie. Znam kobiety, które z zachwytem otworzyły się na energię Dobrej Matki i miłość, spływające na nie, gdy zostały matkami. Po drugie, jesteś zapewne wrażliwsza od swojej matki – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Większość mam, które wypełniają swoją rolę znacznie lepiej od kiepskiego wzorca, jest z natury wrażliwszych i dodatkowo wyczulonych z powodu tego, przez co same przeszły. Chcą mieć pewność, że ich dzieci dostaną to, czego im tak brakowało.

Po trzecie, można się tego nauczyć. I zachęcam do tego. Bycie dobrym rodzicem wymaga dogłębnego zrozumienia poziomów rozwojowych i rozeznania, jak radzić sobie w nowych sytuacjach. Czemu nie skonsultować się z ekspertami: autorami, lekarzami i innymi autorytetami, którzy sprawdzili się jako opiekunowie własnych lub cudzych dzieci?

Jak zauważyłam na początku, jest to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. Nie ulega wątpliwości, że bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy. Im bardziej wyzwolimy się spod wpływu dysfunkcyjnej rodziny, tym pełniej zerwiemy z niechlubną tradycją. Choć słyszałam opinie, że dawanie dzieciom tego, co samemu chciało się mieć, ma działanie terapeutyczne, nie zawsze tak jest. Wspomniałam już, że może być trudniej zapewnić to, co drażni twoje czułe miejsca, rozpalając utajony ból.

Spotkałam także wiele kobiet będących wspaniałymi matkami dla własnych dzieci, co jednak ani trochę nie pomogło im zagoić ich własnych „pomatczynych” ran. Wynika to między innymi z naszej złożonej psychicznej struktury – zakapsułkowanych zranionych dziecięcych części, które jako takie nigdy nie będą w pełni wyleczone, jeżeli sami aktywnie nie otoczymy ich matczyną opieką. Tak więc chociaż bycie dobrym rodzicem dla własnych dzieci jest naturalnie czymś, co wspomaga rozwój zdrowej psychicznej konstytucji, to tylko jeden z elementów układanki. Choć zwracam się tutaj bezpośrednio do kobiet, odnosi się to w równym stopniu do mężczyzn będących dobrymi ojcami.

Wytrwać w drodze do uleczenia

Jeżeli zainicjowałeś ten proces i jesteś na drodze do uzdrowienia, wiesz, że to ciężka praca. Gruntowna przebudowa. Przenicowujemy się na tak wielu poziomach: od połączeń w obrębie mózgu limbicznego po sztandarowe przekonania; od koncepcji samego siebie po relacje z innymi; od wywołanego niepokojem ucisku w klatce piersiowej po zdolność kochania, zarabiania pieniędzy i spokojnego przesypiania nocy. Prawdopodobnie proces ten zajmie kilka lat, jeżeli nie kilka dekad. Mówię to otwarcie, choć nie bez obawy, że cię to zniechęci. Lecz byłbyś równie rozgoryczony, gdybyś sądził, że wszystko pójdzie raz-dwa, a tak się nie stanie. Żadna znana mi osoba, która przepracowała swoje „pomatczyne” rany, nie dokonała tego szybko. Ważne więc, aby wyznaczyć sobie umiarkowane tempo, robić przerwy, dostrzegać poczynione postępy i się nimi chlubić.

Nie imituj matki, która nigdy nie doceniała twoich osiągnięć, nie wspominając o ich świętowaniu. Wzrost nie jest procesem liniowym, lecz spiralnym. Te same kwestie będą się w nim przewijać wielokrotnie. Jeżeli dany cykl nie przyniesie żadnej zmiany, to znak, że potrzebujesz większego wsparcia, lecz poza tym nastaw się, że będziesz musiał kilka razy opłakać to, co utracone, odżałować niesprawiedliwości i zaspokoić zignorowane potrzeby. Nie będzie to trwało wiecznie. Proces leczenia idzie swoim tokiem, i chociaż to, że raz porządnie się wypłaczesz, nie zrekompensuje lat tłumionego smutku, przybliży cię do upragnionego celu bardziej, niż mógłbyś przypuszczać.

Dobra Matka rozumie, że proces wzrostu nie jest równomierny i nie wyśmiewa ani nie karci dziecka za przestoje. Ważne, aby mieć dla siebie współczucie i wyrozumiałość. Robimy, co w naszej mocy, i niektóre dni są po prostu cięższe niż inne.

Czy jest możliwe pełne uleczenie?

Choć proces leczenia nigdy definitywnie się nie kończy, ból mija, a poczucie bycia dzieckiem pozbawionym matki może ustąpić całkowicie. Nigdy jednak nie będziemy w stanie ostatecznie zamknąć tego rozdziału, a to dlatego, że nieustannie się zmieniamy. Sam bieg czasu daje nam nową perspektywę i pozwala zdystansować się do przeszłości. W rok czy dwa lata po tym, jak zaleczymy większość ran, będziemy czuć się inaczej niż dziesięć lat później, kiedy przeszłość będzie jeszcze odleglejsza. Głęboki uraz zawsze pozostawia choćby delikatną bliznę: pozostaje przynajmniej wspomnienie rany lub pewna tkliwość. Lecz moc tej rany słabnie wraz z postępami terapii i zmienia się reakcja na podrażnienia tego obszaru. Zamiast dać się usidlić dziecięcym uczuciom za każdym razem, gdy zostaną wyzwolone, uczymy się delikatnie przekierowywać uwagę i pytać wewnętrzne dziecko, czego aktualnie potrzebuje. Umiemy odpowiedzieć na uczucia, zamiast pozwolić, aby nas zniewoliły.

W miarę pracy nad „pomatczynymi” ranami nasza tożsamość również ewoluuje. Ostatecznie nasza historia się zmienia. Nasze życie się zmienia. Czas, aby zmianie uległa również nasza wewnętrzna narracja. Jak powiedziała mi pewna osoba: „Rana pozostała, lecz nie kieruje już moim życiem. Nie definiuje tego, kim jestem”. U tych, którzy zostaną otoczeni opieką przez kogoś, kto zastąpi im Dobrą Matkę, lub potrafią stać się Dobrą Matką dla własnych wewnętrznych dzieci, w miejscu poczucia deficytu matki może pojawić się poczucie dostatku. Możesz czuć się kochany, wspierany i zadbany. Nie, nie możesz cofnąć się w czasie i przeżyć przeszłości od nowa, lecz możesz mieć teraz to, na co zasługiwałeś wtedy. Jak powiedział powieściopisarz Tom Robbins: „Na to, żeby mieć szczęśliwe dzieciństwo, nigdy nie jest za późno”

Psychoterapeutka Jasmin Lee Cori w książce „Matka niedostępna emocjonalni” pomoże ci lepiej zrozumieć twoją matkę i wyleczyć ukryte rany niedostatecznego macierzyństwa. Lektura pomaga zrozumieć m.in.: czym jest „deficyt matki” i dlaczego twoja matka nie była w stanie dać ci w dzieciństwie miłości, jak odnaleźć dziecko w sobie i wypełnić „matczyną lukę”, czym jest zaniedbanie i przemoc emocjonalna i jak sobie z nimi radzić w dorosłym życiu, jak uzdrowić „pomatczyne” rany i zadbać o szczęśliwszą przyszłość dla siebie (i być może dla swoich dzieci).