1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Martwiąc się o bliskich, odbierasz im siłę. Zacznij w nich wierzyć

Martwiąc się o bliskich, odbierasz im siłę. Zacznij w nich wierzyć

Ciągłe martwienie się na zapas dla części osób jest czynnością nawykową, niepostrzeżenie zaburzającą poczucie szczęścia i racjonalnego myślenia. Nadmiernie zamartwiający się ludzie dźwigają niepotrzebny ciężar, którym często obarczają też bliskich. (Fot. iStock)
Ciągłe martwienie się na zapas dla części osób jest czynnością nawykową, niepostrzeżenie zaburzającą poczucie szczęścia i racjonalnego myślenia. Nadmiernie zamartwiający się ludzie dźwigają niepotrzebny ciężar, którym często obarczają też bliskich. (Fot. iStock)
Zamartwianie się to modlitwa o to, czego nie chcesz – powiedziała kiedyś psycholog Doreen Virtue. Racja! Dlatego zamiast martwić się o bliskich, kochajmy ich i zacznijmy w nich wierzyć.

Ciągłe martwienie się na zapas dla części osób jest czynnością nawykową, niepostrzeżenie zaburzającą poczucie szczęścia i racjonalnego myślenia. Nadmiernie zamartwiający się ludzie dźwigają niepotrzebny ciężar, którym często obarczają bliskich, podczas gdy ich szczęście znajduje się na wyciągnięcie ręki. To częsta przypadłość nadopiekuńczych matek, wciąż obmyślających, co może zagrozić ich dziecku, jego zdrowiu czy szkolnym sukcesom…

A oczekiwania, jakie żywimy w stosunku do ważnych dla nas osób, mają ogromny wpływ na osiągane przez nie efekty w wybranej dziedzinie.

Eksperyment

Najlepszym na to dowodem jest eksperyment Roberta Rosenthala i Lenore Jacobson z 1968 roku. Zaryzykowali tezę: nastawienie pedagogów do dzieci wpływa na ich wyniki w szkole. Podali nauczycielom nieprawdziwą informację na temat osiągnięć w nauce pięciorga dzieci w każdej klasie. Powiedzieli, że uczniowie zostali poddani specjalistycznym badaniom, z których wynika, że w ciągu najbliższego roku osiągną ogromne postępy w nauce. Dzieci, od których nauczyciele oczekiwali szybkiego rozwoju, rzeczywiście rozkwitły. Naukowcy zjawisko to nazwali samospełniającą się przepowiednią. Działa wszędzie tam, gdzie ludzie polegają na oczekiwaniach formułowanych przez innych lub przez samych siebie.

Teoria ta w zaskakujący sposób pokrywa się ze współczesną nauką i obserwacją psychologów. Myśli mają swoją energię i chociaż ograniczone zmysły nie do końca pozwalają to zobaczyć i zrozumieć, to zachęcam, abyśmy otworzyli się na tę wiedzę i zaczęli ją świadomie wykorzystywać. Nie mamy pełnego wpływu na wydarzenia zewnętrzne, będące naszym udziałem, mamy jednak wpływ na to, co sami tworzymy w umysłach.

Ćwiczenie - tylko 14 dni

Moim klientkom często polecam, aby na jeden miesiąc przestały martwić się: o dzieci lub rodziców. Proszę, aby skupiły się na swoich mocnych stronach, uwierzyły w swoją wewnętrzną siłę. W trakcie ćwiczenia konieczne jest skoncentrowanie się na pozytywnych rozwiązaniach.

Podaję przykład: jeśli twoje dziecko jest nieśmiałe i odrzucane przez kolegów, należy wyobrazić sobie stan idealny, np. stworzyć obrazy szczęśliwego syna, otoczonego życzliwymi przyjaciółmi. Emocje będą służyć pomocą, a kiedy wejdziemy w stan wzorcowy, będziemy czuli się rozluźnieni i zrelaksowani. W tym czasie należy zminimalizować zamartwianie się, a często sama świadomość, że wystarczy tylko 14 dni bez zmartwień, bardzo pomaga.

Jak już wspomniałam, martwienie się jest nawykowym sposobem myślenia. Zmiana nawyku wymaga dużej pracy i wytrwałości, ale jest możliwa. Jeśli spojrzymy na myślenie jak na zespół zachowań wewnętrznych, które możemy obserwować, wówczas łatwiej wyłapać negatywne przyzwyczajenia i wybrać nowe, bardziej wspierające. Zabrzmi to mało realnie, jednak eksperymentowanie nic nie kosztuje. Dlatego zachęcam wszystkich do podejmowania codziennych prób, bowiem kiedy doświadczymy ich siły, życie zacznie nabierać zupełnie nowego wymiaru. Dodam, że wyniki podobnych eksperymentów są zdumiewające. W większości przypadków ludzie, w których zaczęliśmy wierzyć, wzmacniani pozytywną energią, poprawiają znacznie jakość swojego życia. A my, przestając się o nich martwić, pozbywamy się balastu ze swojego życia. I wszyscy są bardziej szczęśliwi!

Warto mieć świadomość, że nie może zaistnieć sytuacja, której wcześniej umysł nie doświadczył, dlatego to, czemu oddajemy najwięcej energii i na czym się koncentrujemy, zaistnieje prędzej czy później w jakiejś formie w rzeczywistości. Bliskich widzimy także przez pryzmat naszych przekonań. Jeśli matka ma małą wiarę w siebie, przez ten filtr będzie również postrzegała swoje dziecko, do momentu aż w sposób świadomy nie zmieni przekonań na swój temat. Każdy człowiek w myślach komentuje swoje działania, wygląd, reakcje. Komentujemy też otaczający świat. Jedno z naszych nawykowych przyzwyczajeń polega na nieustającym krytykowaniu siebie. By ten proces zmienić, warto świadomie przyglądać się swoim myślom i osądom, zamieniając czarnowidztwo i myśli krytyczne na mowę wspierającą i przyjacielską.

Na koniec podzielę się moim osobistym doświadczeniem. Otóż najcenniejszy dar, jaki dostałam od moich rodziców, to wiara we mnie, pomimo wszelkich przeciwności losu. Zachęcam do sprezentowania podobnego upominku również swoim bliskim. Pamiętajmy przy tym, że nie można jednocześnie się o kogoś martwić i w niego wierzyć.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Dzień Matki – wybrane teksty z cyklu "Jak wychowuje"

Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (ilustracja iStock)
Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (ilustracja iStock)
Z okazji Dnia Matki przypominamy artykuły archiwalne z cyklu "Jak wychowuje", w którym nasze rozmówczynie opowiadają o tym, czym jest dla nich macierzyństwo i relacja z dziećmi.

Jak wychowuje

  • Agnieszka Glińska, reżyserka, mama Franka i Janiny: „Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto”.

  • Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki: „Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas”.

  • Grażyna Wolszczak, aktorka, mama Filipa:Wychowanie? To stała obecność, towarzyszenie dziecku w zwykłym codziennym życiu. To całe „wychowanie” dzieje się w trakcie, mimochodem. Musi być spójne. Nie można wygłaszać górnolotnych frazesów, które nie mają zastosowania w zwykłym życiu. Wszystkie złote myśli, choćby najszlachetniejsze, wpadają jednym uchem, wypadają drugim”.

  • Gosia Dobrowolska, aktorka od wielu lat mieszkająca w Australii, matka Weroniki: „Obdarowywanie dziecka wszystkim, czego zapragnie, jest o wiele łatwiejsze niż nauczenie, jak na to zapracować. Dawać trzeba, ale wsparcie, system wartości, wzór postępowania w codziennych sytuacjach”.

  • Lidia Popiel, fotografka, mama Aleksandry: „(...) kiedy rodzi się dziecko, zmienia się nasze podejście do świata, nawet nasz charakter, więc przeorganizowanie kalendarza przychodzi naturalnie. Mówi się, że dziecko zabiera czas. A może jest tak, że ten czas mu się daje?”.

  • Paulina Krupińska-Karpiel, mama Jędrka i Tosi: „Co mi jako mamie się nie udało? Na pewno to, że czasem tracę cierpliwość i nakrzyczę na dzieci. A potem mam wyrzuty sumienia. Wtedy je przepraszam, mówię: „Nie chciałam tego zrobić”. Na co Tosia: „Wiem, mamusiu, dorośli tak czasem mają”. I rozkłada mnie na łopatki”.

  • Monika Mrozowska, mama Karoliny, Jagody, Józia i Lucjana: „Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe”.

  • Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana, Aliny, i Franka: „Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności”.

  1. Psychologia

Odchodzę… i co dalej? W jaki sposób kończymy relacje?

Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Koniec w relacjach z ludźmi jest zawsze trudniejszy niż początek. Na liście najbardziej stresujących wydarzeń w naszym życiu rozwód zajmuje drugie miejsce po śmierci współmałżonka. A zwolnienie z pracy trzecie. Tym większą więc sztuką jest odejść bez strat po obu stronach. Tylko czy to w ogóle możliwe?

Sposób, w jaki się rozstajemy, więcej mówi o nas niż to, jak rozpoczynamy znajomość albo pracę. Wszyscy to wiemy. Jednak gdy przychodzi się rozstać, puszczają wszelkie hamulce. Jeszcze niedawno kochający się ludzie skaczą sobie do oczu, a dotąd zadowoleni pracownicy nasyłają na pracodawcę kontrole, idą „na chorobowe”, kopiują i wynoszą z firmy bazy danych. Mało kto traktuje rozstanie jako krok naprzód, jako zmianę, dzięki której można się rozwinąć i czegoś nauczyć.

Końca wojny nie widać

Ewa (nauczycielka, lat 35) i Piotr (handlowiec, lat 32) rozstają się już cztery lata. Od momentu, kiedy Ewa złożyła pozew o rozwód, odbyło się pięć rozpraw (nie licząc pojednawczej) i jak na razie nie ma finału. Ewa żąda rozwodu z orzeczeniem o winie męża.

Ewa: – Zdradzał mnie przez całe trzy lata, kiedy byliśmy razem, o czym dowiedziałam się oczywiście ostatnia. Niech się przyzna, że to on rozwalił nasz związek. A Piotr przyznać się do winy nie zamierza. Owszem, zdradził, ale to był według niego tylko incydent, za który zresztą żonę przeprosił.

Piotr: – Nie można karać na tysiąc sposobów za jeden czyn. Ewa wyrzuciła mnie z domu, zażądała rozwodu i odszkodowania, nie dopuszcza mnie do córki. A niech powie, dlaczego ją zdradziłem! Sama się o to prosiła!

Ewa: – On ma argument – zdradziłem, bo nie chciałaś ze mną spać. A to nie tak. Bardzo źle znosiłam ciążę, przez cztery miesiące musiałam leżeć plackiem, wymiotowałam. Po urodzeniu Gabrysi przeszłam depresję poporodową. A on wtedy spotykał się z tamtą kobietą!

Każde z nich robi wszystko, żeby dowieść, że racja jest po jego stronie. Niczym innym teraz nie żyją. Zbierają przeciwko sobie dowody, namawiają świadków do zeznań, utrudniają sobie nawzajem życie. I on, i ona doskonale wiedzą, jak najmocniej dopiec drugiemu – posługując się dzieckiem. Dosłownie wydzierają sobie Gabrysię (ma pięć lat) z rąk. Któregoś dnia Piotr odebrał ją z przedszkola i nie chciał oddać Ewie. Wezwała policję. Teraz wnioskuje o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. A na wszelki wypadek nie posyła córki do przedszkola, małą opiekują się dziadkowie. Ewa jest skrajnie wyczerpana, od wielu miesięcy na lekach antydepresyjnych. Piotr nie jest już z tą trzecią, zmienia partnerki, z nikim nie chce się wiązać. Liczy na to, że ułoży sobie nowe życie, gdy zakończy stare. Ale końca wojny nie widać.

Zostańmy przyjaciółmi!

Kinga (42 lata, anglistka) i Sławek (również 42, politolog i informatyk) od dwóch lat są po rozwodzie. Poznali się na drugim roku studiów. On wywiesił kartkę, że poszukuje tłumaczki dla zespołu, którego koncert przygotowywał, ona zaoferowała pomoc. Wybuchła wielka miłość. Ewa rozpoczęła nawet drugie studia na naukach politycznych, żeby mogli być jak najbliżej. Szybko wspólnie zamieszkali. Na ostatnim roku wzięli ślub, dwa lata potem zostali rodzicami Kuby. Razem pracowali (założyli firmę informatyczną), robili zakupy, gotowali, sprzątali, odpoczywali. Znajomi mówili o nich: „Ci do siebie przyklejeni”.

Coraz lepiej im się powodziło, firma się rozrastała. Trzy lata temu zatrudnili kilkoro nowych pracowników, w tym kolegę Sławka z liceum. Niedługo potem, po raz pierwszy w czasie 19 lat znajomości, wyjechali oddzielnie: on w interesach do Krakowa, ona, razem z kilkoma pracownikami firmy, na branżowe targi do Poznania.

Kinga: – Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po prostu zakochałam się i już. W Jacku. Serce zabiło mi mocniej, jak tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Ale nową miłość dopuściłam do głosu dopiero na tym wyjeździe. Może dlatego, że nie było obok mnie Sławka. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. On wyprowadził się z domu, wniósł pozew o rozwód. Nie było orzekania o winie, podziału majątku przed sądem i walki o syna.

Sławek: – Wszystko uzgodniliśmy. Dom jest dla Kingi i syna, dla mnie konto i samochód. Niedawno zresztą kupiłem obok ich domu działkę, będę się budował. Firmę nadal prowadzimy razem.

Kinga: – Dla dobra syna bardzo zabiegałam o to, abyśmy pozostali przyjaciółmi. I chyba się udało. Mamy już swoje nowe związki, często spotykamy się całymi rodzinami, nasze dzieci się lubią. Ostatnio byliśmy wszyscy razem na wakacjach.

Ponieważ brzmi to tak pięknie, że aż nieprawdziwie, usiłowałam dowiedzieć się, jak w tym czworokącie czują się nowi partnerzy Kingi i Sławka. Odmówili rozmowy.

Pani już tu nie pracuje

Krystyna w ubiegłym roku obchodziła 55. urodziny i 35-lecie pracy w pewnej znanej firmie. Przeszła drogę od sekretarki do dyrektorki administracyjnej. Przeżyła ośmiu prezesów, kilkunastu kierowników. Przez wszystkich chwalona jako sumienna, pracowita, oddana firmie. Nie zdziwiła się więc, gdy jej bezpośredni przełożony oznajmił: „Ubierz się elegancko i 10 maja jedź do centrali”. Pewnie dadzą mi nagrodę, pomyślała, bo 10 maja firma miała świętować jubileusz. W przeddzień Krystyna poszła do fryzjera i kosmetyczki. Tamto majowe popołudnie pamięta do dziś. Wyciągnęła z szafy markową garsonkę, szpilki, założyła sznur pereł. – I jeszcze wróciłam po aparat, żeby jakiś ślad po tej uroczystości został. Spodziewałam się nagrody, bo to była okrągła rocznica, a firma miała się czym chwalić. Wchodzę uśmiechnięta do biura prezesa, a on bez żadnych wstępów wręcza mi zwolnienie. I podniesionym tonem mówi: „Od jutra już tu pani nie pracuje”. Po czym przez pół godziny perorował, jakim to on był dobrym szefem, co on to dla firmy zrobił, jak długo tolerował ludzi ze „starego rozdania”, czyli między innymi mnie. Gdy otworzyłam usta, żeby powiedzieć, co o tym myślę, przerwał mi: „Rozmowę uważam za zakończoną”. Co miałam robić, uniosłam się honorem i podpisałam.

Okazało się, że na jej miejsce zatrudniono młodą dziewczynę, jak się plotkuje, kochankę prezesa. Zmieniono tylko nazwę jej stanowiska. Krystyna wniosła sprawę do sądu. Wie, że ma małe szanse na wygraną, bo wypowiedzenie przecież podpisała. Walczy tylko o swoją godność.

Pomocne lektury: Jakub Jabłoński „Rozwód. Jak go przeżyć?”, W.A.B. 2008; Marshall B. Rosenberg „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy”, Jacek Santorski & Co 2008; Martin E.P. Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina 2008; Maciej Bennewicz „Coaching, czyli restauracja osobowości”, G&J 2008.

  1. Psychologia

Tylko nie mów, że ma odejść. Jak pomóc kobiecie doświadczającej przemocy

Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. (Fot.iStock)
Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. (Fot.iStock)
Artykuł „Przemoc słowna w związku – co robić, kiedy najbliższa osoba miesza cię z błotem?” wywołał na naszym FB ożywioną dyskusję. Jedna z naszych Czytelniczek, socjolożka Iwona Zielińska-Poćwiardowska, która osobiście doświadczyła przemocy w związku, a dziś zawodowo zajmuje się tym tematem, wie jak bardzo złożony i trudny jest proces wychodzenia z takiej relacji. To nierówna walka. Trzeba mieć dużo siły i wsparcia, by wyrwać się z toksycznego związku. Napisała o tym artykuł, który publikujemy.

Niedawno na Facebooku czasopisma „Zwierciadło” ukazał się artykuł „Przemoc słowna w związku – co robić, kiedy najbliższa osoba miesza cię z błotem?”.

Pod tekstem lakoniczny komentarz Pauliny Młynarskiej: Odejść. Wiele lat temu, kiedy byłam uwikłana w trudny związek przemocowy, taka rada, rzucona z irytacją przez moją ówczesną przyjaciółkę, wywołała we mnie falę wstydu i upokarzających siebie samą myśli. Z przemocowym partnerem wtedy jeszcze się nie rozstałam, ale z przyjaciółką tak. Do dziś nie mamy kontaktu, choć minęło prawie 13 lat. Inni znajomi, którym powiedziałam o przemocy, słuchali w milczeniu, unikając kontaktu wzrokowego. Nie winię ich. Ludzie naprawdę nie wiedzą, jak reagować. Mi pomogła wizyta w Poradni Rodzinnej, do której udałam się w poszukiwaniu pomocy dla mojego przemocowego partnera... A jakże! To typowe zachowanie w związku współuzależnieniowym. Mądrej terapeutce z poradni udało się jednak stopniowo i delikatnie przekierować moją uwagę i troskę z partnera na siebie. I tak, pół roku później, wzmocniona terapią, ostatecznie zakończyłam tę relację. Teraz jestem w zdrowym i szczęśliwym związku, ale od kilku lat zajmuję się badaniem przemocy w rodzinie i związkach intymnych i wiem, że rada „odejdź” jest cały czas tak samo nieskuteczna i tak samo krzywdząca. Dlaczego? Kobieta dokładnie wie i bez takich rad, że powinna odejść. Może nie po pierwszym incydencie i może nie po drugim – wtedy jeszcze wierzy, że to tylko tak wyjątkowo, sporadycznie, bo „on ma trudny czas w pracy”. Po trzecim i czwartym już podejrzewa, że sprawa jest poważniejsza, a po kolejnych wie, że tak będzie stale, że nie jest w stanie go zmienić, więc albo to zaakceptuje, albo powinna odejść. Pojawia się wewnętrzny konflikt, romantycznie nazywany konfliktem serca i rozumu. Kobieta wie, że to, co się dzieje, nie jest „normalne”, czuje się poniżona i skrzywdzona, wstydzi się przed innymi i sama przed sobą, że na to pozwala. Ale jest jeszcze druga strona związku przemocowego – pełna czułości i obietnic, ta, która powoduje, że krzywdy idą w niepamięć.

Chemia przemocy

Każdy przemocowy epizod powoduje wyrzut kortyzolu i adrenaliny, zwanych hormonami stresu. Po nim następuje zwykle okres miodowy, a wraz z nim tak silne działanie oksytocyny i dopaminy (hormony przywiązania i szczęścia) jak w początkowym okresie zakochania. To doprowadza do uzależnienia mózgu od tej chemicznej huśtawki hormonów. U obojga partnerów. W rezultacie, nawet jeśli kobieta raz za razem doświadcza złego traktowania, jej mózg nie będzie chciał odejść, ponieważ czuł się cudownie, kiedy partner był dobry i miły. Tworzy się tzw. przywiązanie przez traumę. Do tego mogą jeszcze dochodzić trudne doświadczenia z dzieciństwa, które wzmagają i tendencje do stosowania przemocy, i do bycia ofiarą. Mieszanka hormonów i przeszłych doświadczeń doprowadza do wytworzenia się silnych mechanizmów współuzależnienia, które powodują zaburzenie poczucia własnej wartości i realistycznej oceny partnera i związku. Kobieta umniejsza doświadczane krzywdy, a momenty euforii w okresie miodowym wynagradzają jej momenty podłego traktowania (które nierzadko usprawiedliwia). Ta intensywność emocji wytwarza przekonanie o wyjątkowości relacji, czego inni jej zdaniem nie są w stanie zrozumieć, oraz ogromny strach przed jej utratą. Dlatego poradzić kobiecie będącej w związku przemocowym, żeby odeszła, to trochę tak, jakby poradzić osobie uzależnionej od alkoholu, żeby przestała pić. Oczywiście, że powinna odejść, żeby ratować siebie i dzieci, jeśli je ma. Może nawet jej się to uda za siódmym razem (tyle średnio prób podejmuje kobieta, zanim skutecznie odejdzie), ale na pewno lakoniczna i pozbawiona empatii porada „to od niego odejdź” jej w tym nie pomoże. Wbije tylko mocniej w poczucie winy. Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. Będzie się czuła zawstydzona swoim współuzależnieniem i słabością. Wstyd to zresztą jedna z najsilniejszych barier w sięganiu po pomoc. Żeby ją dostać, najpierw trzeba zgłosić i ujawnić problem, a to bardzo trudne. W Polsce wciąż panuje przekonanie, że przemoc domowa to sprawa dwojga ludzi, ewentualnie rodziny, a nie problem społeczny. To utrudnia mówienie o doświadczanej przemocy oraz utrwala niską społeczną świadomość na ten temat. Dodatkowo media, pokazując dramat jakiejś rodziny, często podkreślają nieskuteczność policji i innych instytucji, wzmacniając przekonanie kobiety o bezsensownym wysiłku i zdaniu na siebie samą. Bywa też tak, że sięganie po pomoc może eskalować zachowanie przemocowe sprawcy, jeśli się o tym dowie. I kobieta najnormalniej w świecie się boi.

Jak pomagać?

W jaki sposób możemy więc wspierać kobietę, która doznaje przemocy w związku? Jeśli mówi o tym sama, jest to sygnał, że poszukuje wsparcia, nawet jeśli wprost nie prosi o pomoc. Najpewniej oznacza to, że sytuacja jest już na tyle kiepska, że potrzeba uzyskania pomocy jest silniejsza od wstydu. Najważniejsza jest wtedy empatyczna reakcja, w stylu: „To musi być bardzo trudne. Jak mogę ci pomóc?”. Można podzielić się swoją historią przemocową, jeśli taką mamy, i tym, jak sobie z tym poradziliśmy, co nam pomogło. Stosować takie zasady, jak w grupie wsparcia: słuchać, nie radzić, nie krytykować. Jeśli kobieta nie mówi o przemocy, ale wiemy, że jej doświadcza, warto powiedzieć: „Widzę, że coś niepokojącego się u was dzieje. Widzę, że on cię źle traktuje i martwię się o ciebie”, „Wiem, że może trudno ci o tym mówić, ale jak będziesz chciała porozmawiać, to jestem”. Można też dać coś do przeczytania na temat przemocy albo podesłać test online dla ofiar przemocy. Czasem taka dawka wiedzy może zadziałać motywująco.

A co z tym odejściem? Jeśli kobieta jest na tym etapie, że rozważa rozstanie, dobrze będzie wówczas pomóc jej zaplanować to od strony praktycznej. Kobiety często odwlekają decyzję o rozstaniu z powodów finansowych lub braku możliwości wyprowadzki. Bywa oczywiście, że są to realne przeszkody, ale znacznie częściej jej bezsilność i poważnie osłabiona wiara w siebie powodują, że perspektywa wyprowadzki po prostu ją przerasta. Dobrze, jeśli obok znajdzie się ktoś, kto pokaże, że da się to zrobić. Jeśli kobieta ma taką możliwość, zaproponować jej udział w grupie wsparcia dla kobiet – to daje potężną siłę. Pandemia spowodowała, że wiele z takich grup działa online, dzięki czemu nawet kobiety mieszkające na wsi lub w małych miejscowościach mogą w nich uczestniczyć.

W końcu, w sytuacji kiedy kobieta jest już zdecydowana by odejść, należy wspierać ją w tej decyzji i zaoferować praktyczną pomoc, np. spakować i przewieźć rzeczy, popilnować dzieci, pomóc uzyskać poradę prawną (m.in. w Centrum Praw Kobiet), pomóc znaleźć nowe miejsce zamieszkania. Co prawda zmienione kilka miesięcy temu przepisy pozwalają policji na natychmiastowe usunięcie sprawcy z domu, ale w praktyce trudno to wyegzekwować, więc by uwolnić się od przemocy, często łatwiej samej się wyprowadzić, niż zmusić do tego partnera. To smutne, ale tak niestety to wygląda. Ogromnie ważne jest wsparcie w pierwszych kilku tygodniach po wyprowadzce. Przemocowy partner będzie robił wszystko, by przekonać kobietę do powrotu, a ona najpewniej będzie szarpana sprzecznymi emocjami, bo huśtawka hormonów i wieloletnie współuzależnienie nie ustają z dniem wyprowadzki. Dlatego najlepiej by było w tym okresie otoczyć kobietę systemem wsparcia złożonym z przyjaciół, rodziny i psychologa. To pomoże jej przejść przez ten okres „odstawienia” i wytrwać w decyzji o odejściu.

Na koniec ważna uwaga – choć tekst ten dotyczy głównie ofiar-kobiet w związkach heteroseksualnych, opisane w nim mechanizmy podobnie działają w sytuacji przemocy w związkach jednopłciowych oraz w sytuacji mężczyzn doświadczających przemocy ze strony partnerek. Podobne też są zasady udzielania pomocy.

Gdzie uzyskać pomoc:

Telefon dla Ofiar Przemocy w Rodzinie: 800 120 002 – numer bezpłatny, czynny całą dobę

mail: niebieskalinia@niebieskalinia.info

Centrum Praw Kobiet, telefon interwencyjny: 600 070 717 – całodobowa

Dr Iwona Zielińska-Poćwiardowska, socjolożka, badaczka przemocy w rodzinie i systemów wsparcia w Polsce i Wielkiej Brytanii. Aktualnie realizuje projekt z badaczami z Uniwersytetu w Lincoln na temat wpływu migracji na przemoc wśród polskich kobiet i uzyskiwanie przez nie pomocy. (Fot. archiwum prywatne)Dr Iwona Zielińska-Poćwiardowska, socjolożka, badaczka przemocy w rodzinie i systemów wsparcia w Polsce i Wielkiej Brytanii. Aktualnie realizuje projekt z badaczami z Uniwersytetu w Lincoln na temat wpływu migracji na przemoc wśród polskich kobiet i uzyskiwanie przez nie pomocy. (Fot. archiwum prywatne)

  1. Psychologia

Jakie cechy mężczyźni lubią u kobiet? Perfekcjonizm czy naturalność...

Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Ryzykując pokazanie się facetowi taką, jaka jesteś możesz zyskać go naprawdę, na długo. Udając kogoś innego, kogoś łatwego w życiu i przyjemnego do patrzenia skazujesz siebie na to, że cały czas trzeba będzie ten wizerunek pielęgnować i poświęcać mu dużo czasu i wysiłku.

Na pewno faceci mają kilka ulubionych cech u kobiet, ale chyba po prostu są to cechy, które są doceniane zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn. Do nich można zaliczyć: poczucie humoru, optymizm, ciekawą osobowość, dojrzałość emocjonalną, poczucie własnej wartości.

Najważniejsze, żeby najpierw polubić siebie i swoje wady, a nie tylko zalety! Żeby potem móc polubić kogoś innego, również z jego zaletami i wadami.
Jeżeli masz takie wysokie oczekiwania w stosunku do siebie – to nie będziesz też akceptować normalności i wad u mężczyzny – to obusieczna broń.

To, ile jesteśmy w stanie dać swobody innym – tyle możemy dać akceptacji sobie. I odwrotnie!
Nie pytaj więc, jak możesz być atrakcyjniejsza dla facetów, tylko jak być sobą w relacji z facetami..,

  • Mężczyzna może się w tobie zakochać, jeśli pokażesz mu siebie. Jeżeli będziesz się starała byś perfekcyjna, to zakocha się w idei, o ile w ogóle się zakocha, a nie w tobie.
  • Jeżeli pozwolisz mu na to, żeby mężczyzna się zakochał w koncepcie ciebie idealnej, to jesteś zamknięta w celu, w jaskimi, w klatce własnego wizerunku.
  • Bycie w tej celi oznacza, że musisz umniejszać swoje prawdziwe "ja" cały czas. Oznacza, że będziesz coraz bardziej rozgoryczona i ściśnięta.
  • Dlaczego tak się dzieje? I co powoduje, że kobiety same zamykają się w więzieniu, nie mówią i nie pokazują siebie, a co gorsze - boją się siebie?
  • Bierze się to z tego, że przez dłuższy czas lub całe życie twoje pragnienia nie były ważne i nikt nie zachęcał cię żebyś je okazywała, a wręcz przeciwnie: Twoje pragnienia były nieważne, a ty żeby przeżyć, musiałaś być nieobecna.
  • Kobiety z takim syndromem są często bardzo pomocne, chętne do dawania, bardzo miłe, chętnie do uśmiechu, wyglądają bosko, tak też się prezentują, a w środku jest lęk, że ktoś odkryje, że nie są takie świetne, że mają fałdkę na brzuchu.
  • Uwierz, że mężczyźni chcą poznać ciebie, a nie twój obraz ciebie. Bo przy kobiecie, która akceptuje się ze wszystkim i potrafi być wyluzowana i normalna - oni także mogą poczuć się swobodnie.
  • Musisz budować granice, a nie mieć ich coraz mniej, a twoje pytanie brzmi, jakbyś jeszcze i tę resztkę chciała usunąć.
  • Budowanie granic to uczenie się tego, co lubisz lub nie lubisz, chcesz lub nie chcesz, godzisz się lub nie godzisz, a potem okazywanie tego. Dla przykładu takie stwierdzenie "Nie lubię, jak mężczyzna moich marzeń mnie ignoruje. Nie chce być ignorowana". To jest hasło do ciebie, o tobie, to nie jest hasło, które ma zmienić jego. Jest związane z tobą. Ty musisz najpierw wiedzieć, czego nie chcesz i nie zgadzać się na to.
  • Masz się uczyć poznawać swoje potrzeby i wyrażać je. Wprost.
  • Z czasem będzie cię coraz bardziej drażnić, że nie masz czegoś, co chcesz lub masz coś, co cię nie spełnia. Coraz lepiej będziesz wiedziała, co robić. Ale na to potrzeba czasu, bo też przez długi czas zagłuszałaś swoje pragnienia.
  • Wracając do twojego pytania. Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. Ta sama wada u jednej kobiety jest zaletą według innego faceta. Trzeba trafić na swojego, na tego, który będzie lubił twoje duże biodra, to że śpisz do południa i to że lubisz się kochać po kilka razy dziennie lub odwrotnie.
  • To co jest ważne, to bycie sobą i stanie za sobą. Taka kobieta jest bardzo atrakcyjna, gdyż związek z nią ma duże szanse być długi i spełniający. Kobieta, która umie powiedzieć: "Nie, dziękuję" jest dla mężczyzny atrakcyjna. Oznacza, że jest silna i dba o swoje potrzeby przez co on nie musi się bać, że ją skrzywdzi.

Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, wyd. Zwierciadło.

  1. Psychologia

Zamiast się zadręczać, przygotuj strategię

Większość z nas martwi się o rzeczy, które z łatwością można rozwiązać, wystarczy tylko przenieść uwagę ze zmartwienia na rozwiązanie. To kwestia wypracowania odpowiednich nawyków. (Fot. iStock)
Większość z nas martwi się o rzeczy, które z łatwością można rozwiązać, wystarczy tylko przenieść uwagę ze zmartwienia na rozwiązanie. To kwestia wypracowania odpowiednich nawyków. (Fot. iStock)
Jak wiele procesów zachodzących w naszym umyśle, tak i martwienie się ma ewolucyjne podstawy. Przewidywanie potencjalnych zagrożeń pozwalało naszym dalekim przodkom przeżyć w konfrontacji z dziką naturą. Dlatego – jak radzi brytyjski psycholog kliniczny i neurobadacz dr Frank Tallis – zamiast zadręczać się, lepiej przygotować strategię.

Wyjeżdżam niedługo na upragnione wakacje. Bardzo to doceniam, bo z powodu pandemii jesteśmy ostatnio bardzo ograniczeni, a taki wyjazd daje mi namiastkę tzw. normalności, jednak zamiast myśleć o pięknych plażach, sen z powiek spędza mi stan konta po powrocie. Co mogę z tym zrobić?
Twoje zmartwienie mówi o potencjalnym zagrożeniu w przyszłości, niestabilności finansowej, którą może wywołać urlop. Postaraj się spojrzeć na zmartwienie nie jako na coś negatywnego, a pozytywną rzecz w twoim życiu. To rodzaj alarmu, który ostrzega cię, że powinnaś dokładniej myśleć o tym, co robisz i na co wydajesz pieniądze.

Martwienie się to nic innego, jak przewidywanie nadchodzących zagrożeń. Z ewolucyjnego punktu widzenia ma to sens. Martwienie się o rzeczy, które dopiero mogą się wydarzyć, dawało naszym przodkom większą szansę na przeżycie w konfrontacji z naturą i dzikimi zwierzętami. Zamiast zadręczać się, stosowali strategie, by zapobiec niebezpieczeństwu. Warto, byśmy dziś z nich też korzystali.

Jakie to strategie?
Gdy wiele lat temu pisałem książkę „Jak przestać się martwić”, na rynku wydawniczym nie było zbyt wielu pozycji poświęconych temu problemowi. Wszystkie książki, które znalazłem, dotyczyły klinicznych zaburzeń, obsesyjnego zamartwiania się, nerwicy. Chciałem więc stworzyć poradnik dla zwykłych ludzi, który pomoże im przezwyciężyć codzienne, przeciętne zmartwienia. Strategia, którą proponuję, powstała po researchu do mojej późniejszej pracy doktorskiej. Jej podstawą jest przekształcenie codziennych zmartwień w problem do rozwiązania. A że dla wielu z nas zdefiniowanie samego problemu jest trudne – skupiamy się na wszystkich złych rzeczach, które się mogą wydarzyć, zapętlając się w czarnowidztwie. Warto powiedzieć „stop”, czyli jak najszybciej przerwać cykl zamartwiania się i odpowiedzieć sobie na pytanie: o co tak naprawdę się martwimy? Kolejnym etapem jest wymyślanie rozwiązań. Ważne, by nie oceniać ich krytycznie, zaakceptować każde, które tylko przychodzi nam do głowy. Potem wystarczy już tylko wyselekcjonować najlepsze i wprowadzić je w życie.

Widzę, że to mocno powiązane z podejmowaniem decyzji, co akurat mnie czasami przysparza wielu problemów.
Podczas pracy nad książką i doktoratem odkryłem, że ludzie, którzy się zamartwiają, znacznie częściej są perfekcjonistami. Martwią się, że podejmą złą decyzję. To błędne koło, bo im dłużej nie podejmujesz decyzji, tym dłużej się martwisz. W takiej sytuacji warto powiedzieć sobie: „może to rozwiązanie nie jest najlepsze, ale wprowadzę je już teraz, bo to lepsze niż czekanie na idealny pomysł. Kiedy tylko na niego wpadnę, podejmę nową decyzję”.

Czasem mam wrażenie, że zamartwianie się jest toksyną dla umysłu.
Oczywiście gdy martwisz się za dużo i nie potrafisz przekształcić swoich zmartwień w problem do rozwiązania, może to oznaczać, że potrzebujesz pomocy specjalisty. Ale uważam, że większość z nas martwi się o rzeczy, które z łatwością można rozwiązać, wystarczy tylko przenieść uwagę ze zmartwienia na rozwiązanie. To kwestia wypracowania odpowiednich nawyków. Niemniej warto jednak pamiętać, że nie wszystkie życiowe problemy da się rozwiązać. Choroby, zdarzenia losowe, śmierć – to nie są kwestie, do których można podejść w sposób, który proponuję w książce. W takich sytuacjach musisz wznieść się na wyższy poziom, zmienić perspektywę i wypracować sobie nową odpowiedź emocjonalną do problemu.

Brzmi jak ciężka praca.
Ciężka, ale możliwa. Dawniej ludzie osiągali to dzięki wierze i religiom, w których jest duży nacisk na akceptację tego, co nas spotyka. W nowoczesnym świecie te funkcje przejęła psychoterapia. Jest wiele nurtów, które podkreślają konieczność akceptacji tego, co nas spotyka, dla osiągnięcia wewnętrznego dobrostanu. Możesz iść przez życie i rozwiązywać problemy oraz przezwyciężać trudności, ale w końcu i tak, z powodu wieku, choroby czy tego, że jesteśmy śmiertelni, wydarzą się rzeczy, z którymi nic nie będziesz w stanie zrobić.

Czy w takim razie traktowanie zmartwień jako problemów do przezwyciężenia sprawi, że nasze życie stanie się lepsze?
Nie (śmiech). Życie jest dużo bardziej skomplikowane. Nie twierdzę, że kontrolowanie zmartwień to sekret szczęścia. Jest tyle innych rzeczy, które musimy wziąć pod uwagę. Musimy rozmawiać, do tego rozmawiać szczerze i otwarcie. Musimy mieć przyjaciół i bliskie relacje. Musimy kochać i być kochani. Musimy czuć sens w tym, co robimy i kim jesteśmy. Musimy myśleć racjonalnie. Musimy wypełniać naszą życiową historię... Lista nie ma końca.

Jestem bardzo przeciwny temu, co pojawia się w amerykańskiej kulturze, która uczy nas, by sięgać gwiazd, nigdy się nie poddawać, podążać za marzeniami. To kompletnie nierealistyczne podejście. Co gorsza, rodzi frustrację, gdy większości marzeń nie udaje się jednak spełnić.

W Polsce wolimy cierpieć…
Lubię wasz wschodnioeuropejski pesymizm. W małych dawkach nie ma w nim nic złego. Lepiej mieć realistyczne oczekiwania wobec życia. Jeśli okaże się, że pójdzie lepiej niż zakładaliśmy, będzie to miła niespodzianka zamiast rozczarowania.

Dr Frank Tallis, psycholog kliniczny, autor m.in. ponad 30 publikacji naukowych i podręcznika o poznawczych i neuropsychologicznych aspektach zaburzenia obsesyjno-kompulsyjnego. Pisze również powieści kryminalne.

Działanie zamiast zamartwiania się

  • Zdefiniuj problem. Jeśli zamartwiasz się więcej niż jedną rzeczą naraz, wypisz na kartce wszystkie swoje problemy, jednak nie zajmuj się nimi jednocześnie. Rób to po kolei, a zanim osiągniesz mistrzostwo w stosowaniu tej strategii, zaczynaj od spraw, które wydają ci się najmniej skomplikowane.
  • Wymyśl strategię. Po zdefiniowaniu źródła zmartwienia zadaj sobie pytanie: „Co mogę z tym zrobić?”. Prawdopodobnie przyjdzie ci do głowy kilka odpowiedzi, zwanych również „strategiami radzenia sobie z danym problemem”. Ilość przechodzi w jakość, więc im więcej pomysłów, tym większa szansa, że któryś z nich okaże się naprawdę dobry. Popuść wodze fantazji i bez względu na to, jak naciągane mogą się wydawać niektóre pomysły, na tym etapie zapisz je wszystkie.
  • Podejmowanie decyzji. Zacznij od sporządzenia listy „za i przeciw” – wypisz wszystkie plusy i minusy każdego rozwiązania. Kiedy podejmujesz decyzję, zastanów się szczerze, dlaczego chcesz to zrobić. Jesteś naprawdę przekonany do tego rozwiązania czy może tylko wydaje ci się, że jest ono słuszne i właściwe? Jeśli tak, to słuszne i właściwe według czyich standardów? Czy na pewno twoich? Jeśli jakiś głos w głowie podpowiada ci, że „powinieneś” rozwiązać swój problem w ten czy inny sposób, zakwestionuj go!
  • Wdrażanie wybranej strategii. Postępuj zgodnie ze swoją decyzją.
  • Ocena postępów. To ostatni etap metody, w którym weryfikujesz, czy wybrana strategia pozwoliła ci uporać się z problemem. Jeśli tak, pamiętaj, żeby siebie pochwalić albo zrobić sobie jakąś przyjemność. Na początek może ci być trudno wyznaczyć nagrodę, więc przygotuj wcześniej listę rzeczy, które lubisz robić (np. pójście do kina, zakup książki), i kiedy uda ci się rozwiązać jakiś problem, zrealizuj któryś punkt z listy. Nagrody nie muszą być duże, liczy się uznanie odniesionego sukcesu, bo to pomaga wzmocnić dobre nawyki. W psychologii „wzmocnienie” oznacza, że jakiś bodziec zwiększa szanse na ponowne wystąpienie danego zachowania. A jeśli twoja strategia zawiodła? To nie koniec świata! Wróć do listy potencjalnych rozwiązań, wybierz inną strategię i spróbuj ponownie.
Więcej w książce: "Jak przestać się martwić", wyd. Insignis.

Dr Frank Tallis, 'Jak przestać się martwić', wyd. InsignisDr Frank Tallis, "Jak przestać się martwić", wyd. Insignis