1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jestem ręką, która przekazuje

Jestem ręką, która przekazuje

Kciuk i palec wskazujący na jednym poziomie (utrzymują pędzel w pionie), poniżej na drugim palec środkowy (od strony dłoni) i serdeczny (na zewnątrz) kierują jego ruchem. Kurs podstawowy w pracowni sztuk plastycznych Stanisława Tworzydło to 20 godzin nauki trzymania pędzla.

Pierwsze ćwiczenie: spirala (nieruchomy nadgarstek, usztywniony pędzel i precyzyjny ruch dwóch palców, linia ma być idealnym śladem ruchu dłoni). Drugie ćwiczenie: listki (rysowanie sztywnej osi i ruchem fali linii odśrodkowych). Potem linie: cztery rodzaje, o różnej grubości, natężeniu, energii (nauka rozpoczynania i kończenia linii oraz zamykania w nich energii odpowiednim naciskiem pędzla). I kaligrafia: imię i nazwisko (abyś mógł swoje dzieło dopełnić dopracowanym podpisem) oraz znaki wielkopieczęciowe (z 40 tysięcy wybierasz sześć większych oraz dziesięć mniejszych i każdy powtarzasz trzy razy). Potem abstrakcja z liniami – wypełniasz kartkę wszystkimi rodzajami linii, w sposób, w jaki cię myśl poprowadzi. I rysunek linearny – w sztuce chińskiej podstawa wszystkich kompozycji, linią uczysz się wyrażać naturę rzeczy (ręka to miękkie ciało i twarde paznokcie, a naczynie z gałązką bambusa to miękkie liście w twardym naczyniu). To ostatnie ćwiczenie z liniami. Potem rozpoczyna się nauka śladów pędzla: rysunki bambusa (pociągnięcia) i kwiatów (dotknięcia pędzla). I to jest podstawa podstawy. 15 godzin kursu. Potem malujesz kilka obrazów, które są podsumowaniem tej nauki.

Pan Stanisław: – Kurs jest obowiązkowy dla wszystkich. Bo jeżeli chcesz namalować pejzaż, musisz nauczyć się malować kwiaty, łodygi, łączenia... A do tego potrzebna jest pewna dłoń i umiejętne trzymanie pędzla. Po kursie podstawowym wybierasz: malarstwo albo ceramikę, rzeźbę, mozaikę, witraż, estampaż…

Droga mozaiki

Ewa (w Pracowni 10 lat) trafiła tu po wypadku samochodowym, w którym zginął jej wnuk, a córka miała potem trepanację czaszki. Pracownię polecił lekarz, który robił jej akupunkturę – sam kiedyś dzięki ceramice odzyskał siłę do życia. – Weszłam i poczułam spokój i ciepło. Gdy pan Stanisław po rozmowie powiedział: „Proszę się zastanowić”, odpowiedziałam: „Nie muszę” – opowiada. Początki były trudne. – Wszyscy radzili sobie lepiej niż ja, ale gdy tylko coś mi wychodziło, tak mnie to cieszyło... Zaczęłam od precyzyjnego malarstwa chińskiego. To przygotowało mnie do malarstwa impresyjnego. Zaczęłam malować ptaki i kwiaty. Kwiaty malowałam kilka lat i z zazdrością patrzyłam na to, co robią inni. Po trzech latach pan Stanisław powiedział: „a może chciałabyś malować na płytkach?” I zajęłam się płytkami. Po roku zaproponował, żebym popracowała przy witrażu. Potem przyszedł czas na mozaikę. Mam teraz piec ceramiczny w domu. Mogłabym tylko siedzieć i lepić. Układam teraz rybaka według fresku z XVI wieku p.n.e.

Wszystko wymaga czasu. Gdy coś się przyspiesza, pęka. I tak jak rysunek, wszystko wymaga uważności. Żeby narysować, trzeba znać każdy szczegół: gałązki, płatki, listki

Pan Stanisław ma cierpliwość do wszystkich. Ale też wymaga i wychowuje.

Ewa: – Dla niektórych staje się to całym życiem. Rzucają dotychczasowe zawody, zakładają własne pracownie. Dla mnie to forma medytacji, rozmowy ze sobą. Zaczęłam tu dokopywać się do siebie, poznawać nieznane dotąd obszary. Nauczyłam się cierpliwości, także wobec innych. Wychodzę stąd lekka, wypoczęta, pełna energii. Zapominam o czasie, o przemijaniu, o moim wieku. Im głębiej w to wchodzę, tym więcej mam planów, projektów. Często wieczorem mówię mężowi: „Ty idź poczytaj, a ja polepię sobie godzinkę”. Mijają trzy godziny, wchodzę do pokoju, a mąż czyta. Pytam: „Dlaczego mnie nie zawołałeś?” Odpowiada: „Nawet gdybym cię wołał, wiem, że byś nie słyszała. Jesteś teraz tak szczęśliwa…”. To prawda. Jest kilka wielkich dobrodziejstw, które mnie w życiu spotkały: wspaniali rodzice, mąż, dzieci i pan Stanisław.

Zrozumieć istotę

Kasia: – Zaczęłam od lepienia w palcach, potem z plastrów i na kole. Sześć lat zajmowałam się ceramiką, eksperymentowałam ze szkliwami. To było oderwanie od problemów, relaks, skupienie tylko na tym, jaki to ma mieć kształt, kolor i jak to osiągnąć. To było coś, co robiłam tylko dla siebie, dla przyjemności. Aż zorientowałam się, że nie mam już gdzie ustawiać moich dzieł ceramicznych. Wtedy pan Stanisław wypchnął mnie na kurs do Kalisza.

Tam próbowała łączenia techniki malowania na desce z tuszami chińskimi. Zorientowała się, że malowanie na desce jest tak precyzyjne jak malarstwo chińskie. – Precyzja, linie, rzecz sama w sobie bez światłocienia – wyjaśnia. – Ikona to malarstwo abstrakcyjne, chodzi o oddanie istoty rzeczy, nie o realizm fizyczny. Teraz zatoczyłam koło i maluję ikony tuszami na jedwabiu metodą chińską.

Pan Stanisław: – Nad ikonami pracujemy też grupowo. Dzielimy się pracą i odnajdujemy wspólny język. Stosujemy metodę chińską. Ikona, tak jak pejzaż i portret, powstaje w siedmiu etapach. Ja rysuję kształt na bibule, przenosimy rysunek z papieru na deskę (ołówkiem na bibułce, potem „zepsutym” tuszem kostkowym, który się nie rozmywa, na desce odbijamy 4-5 kopii) i wtedy nawet dziecko może kolorować.

Kasia: – Ikona to praca według kanonu. Stworzyliśmy grupę Agathos i wystawiamy nasze prace, żeby pokazać, jak się różnią. Każda ikona filtrowana jest przez ciebie, twoje doświadczenia, uczucia. Ikona to spotkanie z tą Osobą lub ze sobą, ja jestem tylko ręką, która przekazuje. Widzę teraz rzeczy, których wcześniej nie widziałam i widzę siebie jako cząstkę tego wszystkiego. Jako integralną część współtworzącą rzeczywistość. Nauczyłam się, że tak jak szkliwo, wszystko wymaga czasu. Gdy coś się przyspiesza, pęka. I tak jak rysunek, wszystko wymaga uważności. Żeby narysować, muszę znać każdy szczegół – gałązki, płatki, listki. Wszystko ma swoje miejsce i łączy się ze sobą.

Tajemnica czerwonej porcelany

Pan Stanisław: – Z każdego chciałbym wydobyć to, co w nim najpiękniejsze. Gdy ktoś mi mówi: „Nie potrafię”, odpowiadam: „Siądź, spróbuj raz, drugi, trzeci”... Gdy coś robi źle, pokazuję, tłumaczę. Uczę wypału, szkliwienia, różnych metod uzyskiwania kształtu – lepienie, odlewanie, z plastrów i na kole.

 

Jeśli ktoś nie wierzy, słyszy: „Sprawdź”. Jak z czerwoną porcelaną. Tak trudno uzyskać czerwone szkliwo na ceramice. A wszystkim się podoba. – Mnie też czerwień fascynowała – wspomina pan Stanisław. – W Chinach poznałem jej tajemnicę: w wielkich piecach są specjalne miejsca z atmosferą redukcyjną. Tam następuje wypał czerwonej porcelany. W odpowiedniej temperaturze, stężeniu powietrza i gdy pogoda sprzyja. Inny odcień powstaje, gdy świeci słońce, inny, gdy pada deszcz, a jeszcze inny, gdy wieje wiatr. Więc gdy ktoś nie wierzy, że czerwonego koloru nie uzyska się w zwykłym piecu, mówię: „Spróbuj”. Każdy musi uczyć się na swoich błędach.

– Uczę tego, co sam potrafię: ceramiki, malarstwa, mozaiki, estampażu ikony. Gdy ktoś mówi: „Ja chcę tylko ceramikę”, tłumaczę: „To niemożliwe”. I zastrzegam: „Nie uczę sztuki polskiej ani chińskiej, uczę sztuki własnej”. Jak estampażu na przykład. Jest to rzecz wypukła lub wklęsła zrobiona w materiale twardym, np. w glinie, którą można odbijać na papierze jako pozytyw. W Chinach estampaż nie należy do sztuk wyzwolonych, tam artysta tworzy projekt, a rzemieślnik szablon. A ja pomyślałem, że to cały proces artystyczny: projektowanie, lepienie, wypalanie, odbijanie, malowanie... W ten sposób powstaje coś, co jest i ceramiką, i rzeźbą, i obrazem.

Monika: – Zaczęłam od malarstwa na tkaninie dziesięć lat temu, potem zajęłam się ceramiką i malowaniem na ceramice, aż wszystko połączyłam w estampażu. Wymyśliłam własny styl – obrazy górskie, przyroda, kwiaty. Pracownia to moja baza, podstawa wszystkiego. Po dziesięciu latach widzę tyle rzeczy, których chciałabym jeszcze spróbować. Wspaniała jest ta wielość i wolność wyboru. I nie ma tu dwóch takich samych ścieżek. Czasem tylko na różnych etapach się spotykamy.

Historia dołu w Ponurzycy

Od 1991 r. zawsze na przełomie czerwca i lipca odbywają się plenery w Ponurzycy, 40 km od Warszawy. Inny jest program dla tych, co lepią trzy, pięć, osiem lat. Raz odlewanie, raz praca na kole, raz formy gipsowe. I wszystko w miejscowej glinie.

– Glina miała być moja, działkowa. Zacząłem kopać dół pod oknem. Na głębokości 2 m pojawiła się glina. Ale z piachem, nie na ceramikę. Dół został, powiedziałem: będzie garaż. Wyrosła trawa i wiesiołki. Nowa wersja: dół na grób rodzinny. Kolejna: cmentarz. W tym czasie córka skończyła studia. Umówiliśmy się: ja robię plenery ceramiczne, ona rzeźbiarskie. I w dole powstała gipsiarnia, żeby się gips z gliną nie mieszał – tłumaczy pan Stanisław.

Agata: – Pierwszego roku w tym dole modliłam się, żeby nie padało. Drugiego położyliśmy daszek. I każdego potem tata coś zmieniał, dorabiał. Jak Noe, który budował Arkę.

Teraz wszyscy wiedzą: dół był na pracownię rzeźbiarską dla córki Agaty. Razem pracują i uczą.

Agata: – Glinie trzeba poświęcić czas. Trzeba się nauczyć pokory. Nie zawsze zrobimy to, co chcemy. Możemy działać tylko tak, jak nam glina na to pozwoli. Możemy się jej sprzeciwiać, ale więcej nauczymy się, jeżeli uznamy jej właściwości. Ja się w glinie urodziłam i całe życie spędziłam w Pracowni. I dalej działałam z tatą, żeby się douczyć. Za każdym razem, gdy tu przychodzę, odkrywam nowe rzeczy. Uwielbiam obserwować proces powstawania relacji między człowiekiem a gliną. Ci, którzy wytrwają, odkrywają porządek, jakiego glina wymaga, ulegają mu i porządkują się sami. Z gliny sobie życie budują.  

Stanisław Tworzydło – artysta ceramik i malarz, urodził się 30 kwietnia 1933 roku w Połomiu Dużym, niedaleko Bochni. W 1953 roku, po ukończeniu Liceum Technik Plastycznych w Nowym Wiśniczu,
rozpoczął studia w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Po zaliczeniu drugiego roku wyjechał i ukończył studia w Central Academy of Arts and Design w Pekinie.

Więcej informacji na oficjalnej stronie Stanisława Tworzydło. Ośrodek Sztuki Dekoracyjnej i Użytkowej.

Zajęcia ceramiczno-plastyczne:

  • poprawiają koncentrację
  • uczą uważności i cierpliwości
  • zaszczepiają porządek i samodyscyplinę
  • pomagają poznać siebie i pracować nad swoimi ograniczeniami
  • służą budowaniu lepszych, łagodniejszych i głębszych relacji ze sobą i ze światem
  • oduczają przemocy i agresji w stosunku do siebie i innych
  • pomagają w wychodzeniu z depresji i lęków, dając nowe motywacje do życia
  • rozwijają wyobraźnię i twórcze myślenie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Magdalena Gross - rzeźbiarka zwierząt

Wielbłądek, lata 30 (Fot. materiały prasowe)
Wielbłądek, lata 30 (Fot. materiały prasowe)
W twórczości Magdaleny Gross zwierzęta stały się czymś więcej niż nośnym tematem. W jej niełatwej biografii ważną rolę odegrał warszawski ogród zoologiczny.

Czułość jest pierwszą rzeczą, która przychodzi do głowy na widok „Wielbłądka”. Odlana w brązie figurka jest niewielka, a jednak przykuwa uwagę bezbłędnym ujęciem tematu. Przed II wojną światową trudno było znaleźć w Polsce artystkę, która przedstawiałaby zwierzęta celniej niż Magdalena Gross (1891–1948). Jedna z najzdolniejszych uczennic modernistycznego rzeźbiarza Tadeusza Breyera w latach 20. z powodzeniem rozwijała karierę artystyczną w Polsce i za granicą. Z początku zdobyła uznanie jako portrecistka, wśród jej modeli nie brakowało prominentnych postaci życia publicznego II RP – pozowali jej między innymi Ignacy Dygas, Franciszek Fiszer czy Józef Beck. Około roku 1930 Gross doświadczyła jednak poważnego kryzysu twórczego. Zrezygnowana i wypalona szukała nowych źródeł artystycznej energii. Znalazła je w świeżo otwartym warszawskim ogrodzie zoologicznym. Dyrektor placówki, charyzmatyczny młody zoolog Jan Żabiński, zwrócił na rzeźbiarkę uwagę, kiedy przesiadywała przy wybiegach i szkicowała zwierzęta. Artystka zaprzyjaźniła się z Żabińskim i jego żoną Antoniną, pisarką i popularyzatorką nauki. Zoo stało się jej drugim domem i pracownią. Bez reszty poświęciła się rzeźbieniu zwierząt. Pracowała zazwyczaj w kameralnych formatach, ale każdą realizację poprzedzała długim, trwającym wiele miesięcy procesem poznawania zwierzęcia, obserwacji, rysunkowych i rzeźbiarskich szkiców. Zainwestowany czas i uwaga powracają w szczególnej ekspresji animalistycznych dzieł Gross. Artystka nie szukała dosłowności, raczej istoty i natury przedstawianego zwierzęcia. Nie miała temperamentu awangardzistki, ale zdobycze kubizmu i art déco nie były jej obce. Warszawskie zoo, które w latach 30. pchnęło na nowe tory artystyczną karierę Gross, w latach okupacji stało się dla niej azylem. Rzeźbiarka była Żydówką, a małżeństwo Żabińskich ukrywało ją na terenie ogrodu. Nie tylko ona znalazła tam schronienie. Zoo zostało zbombardowane jeszcze w roku 1939. Ocalałe zwierzęta okupanci wywieźli do Rzeszy. Obrabowany ogród, zmieniony przez nazistów w fermę hodowli świń, dzięki heroizmowi dyrektora i jego żony stał się kryjówką uciekających z getta Żydów. Historia Żabińskich została w 2007 roku spopularyzowana przez książkę Diane Ackerman, na kanwie której dziesięć lat później powstał hollywoodzki film „Azyl” . Ukrywając się przez pięć lat w ogrodzie zoologicznym, Magdalena Gross nigdy nie przerwała pracy. W jej twórczości zwierzęta stały się czymś więcej niż nośnym tematem. Miłość i szacunek dla innych istot splotły się z biografią artystki. Ta szczególna relacja ma wymiar symboliczny, ale odbija się też w widoczny sposób w wyrazie jej skromnych, ale głęboko poruszających prac.

  1. Kultura

Wystawa "Monika Sosnowska" - wielka sztuka

Monika Sosnowska, Fasada, 2016, malowana stal, wystawa w Zachęcie  Narodowej Galerii Sztuki, Warszawa, 2020, fot. Piotr Beka, archiwum Zachęty
Monika Sosnowska, Fasada, 2016, malowana stal, wystawa w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki, Warszawa, 2020, fot. Piotr Beka, archiwum Zachęty
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Budynki wydają się zgniecione, schody donikąd nie prowadzą, elementy konstrukcyjne gną się i odkształcają. Retrospektywa Moniki Sosnowskiej w Zachęcie to wystawa wielkiej rzeźbiarki. I wielkiej sztuki. Dosłownie i w przenośni.

Monika Sosnowska jest jedną z tych międzynarodowych gwiazd sztuki z Polski, której realizacje łatwiej zobaczyć w Szwajcarii czy na Półwyspie Arabskim niż w kraju. Skala, w której pracuje, również bywa imponująca. Największe z jej rzeźb z trudem mieszczą się w salach Zachęty, choć przestrzenie, którymi dysponuje ta galeria, do małych nie należą. Monika Sosnowska jest cudownym dzieckiem transformacji. Należy do pokolenia, które dorastało jeszcze w PRL, ale w sztuce zaistniało już w wolnorynkowej, globalizującej się Polsce. Urodzona w 1972 roku, dyplom zrobiła w roku 2000, a sześć lat później miała już solowy pokaz w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. W następnym sezonie reprezentowała Polskę na Biennale w Wenecji. I choć mieszka i pracuje w Warszawie, ostatnią wystawę solową w kraju miała trzy lata temu, i był to kameralny pokaz. Retrospektywy w skali, którą oglądamy teraz w Zachęcie, nie było u nas jeszcze nigdy.

W krainie czarów

U progu międzynarodowej kariery, na samym początku lat dwutysięcznych, zrobiła w Centrum Sztuki Współczesnej wystawę „Mała Alicja”. W tytułową bohaterkę wcielał się widz wkraczający do pomieszczenia wyłożonego wiktoriańską tapetą. Pokój był pusty, ale przechodziło się z niego do kolejnego, który okazywał się trochę mniejszy. Aby wejść do następnego pomieszczenia, trzeba już było solidnie się schylić, a jeszcze dalej poruszać się już na czworakach. To nie był jednak koniec: w perspektywie widać było pokoje, do których żaden człowiek nie dałby rady się wcisnąć. Ostatni mógłby, zdawało się, pomieścić w najlepszym razie mysz. Trik polegał na tym, że widz łatwo ulegał złudzeniu, iż to nie pokoje się zmniejszają, lecz człowiek olbrzymieje. Zupełnie jak Alicja z opowieści Carrolla. Na najnowszą wystawę w Zachęcie też wchodzi się trochę jak do krainy czarów, tyle że zamiast biec śladem białego królika, podąża się tu tropem poręczy. Ta pojawia się jeszcze w holu galerii. Zachęta to zabytkowy gmach, więc tutejsze poręcze są drewniane i staroświecko eleganckie. Poręcz Sosnowskiej jest z innego porządku, to stalowa taśma z okładziną z czerwonego PCV – detal i estetyka znane każdemu, kto wychowywał się w PRL-owskim bloku albo pamięta ówczesne gmachy użyteczności publicznej. Praca artystki owija się wokół drewnianej zachętowskiej poręczy niczym bluszcz, potem pełznie po ścianach przez korytarze oraz przedsionki i wreszcie, już na wystawie, zmienia się w fantazyjny rysunek w przestrzeni.

Monika Sosnowska, 'Poręcz' (2016/2020). Fot. Piotr Bekas, archiwum Zachęty Monika Sosnowska, "Poręcz" (2016/2020). Fot. Piotr Bekas, archiwum Zachęty

W tej samej sali, do której zwabiła nas dziwna poręcz, na stalowej lince wisi najmniejsza praca na wystawie wypełnionej rzeźbami, z których wiele ma skalę budynków i które w gruncie rzeczy naprawdę są budynkami. Rzeźba ma formę klamki – i znów przeżywamy déjà vu. To charakterystyczna aluminiowa klamka montowana w drzwiach milionów podobnych do siebie mieszkań, w których wychowały się pokolenia Polaków. Jedyne, co różni rzeźbę Sosnowskiej od niezliczonych klamek, którymi obywatele Polski Ludowej otwierali drzwi, jest odcisk dłoni na uchwycie. Metal jest zdeformowany, jakby był miękką plasteliną, a nie twardym aluminium. To oczywiście odcisk dłoni artystki. Czy ma ona aż taką moc?

Stalowe kości

Na Biennale w Wenecji w 2007 roku do wnętrza weneckiego Pawilonu Polonia wcisnęła stalowy szkielet konstrukcyjny innego pawilonu. Czyje to architektoniczne „kości” wówczas oglądaliśmy? Mógł być to jeden z przeszklonych socmodernistycznych obiektów, sklepów lub pawilonów usługowych, które z takim zapałem burzyliśmy w Polsce po 1989 roku jako relikty starego systemu. Trudno było powiedzieć, ponieważ konstrukcja została zgnieciona i zdeformowana, tak jakby ściśnięto ją z ogromną siłą, żeby zmieściła się w sali ekspozycyjnej. Prace w takim właśnie duchu dominują na warszawskiej retrospektywie artystki. Stalowe szkielety budynków, pręty zbrojeniowe do tworzenia żelbetu, beton, profile budowlane – oto ulubione materiały, z których tworzy swoje prace. Te realizacje są dziełem skomplikowanej inżynierii, ale przyświeca im cel wprost przeciwny do zasad, jakimi kierują się konstruktorzy i budowniczowie. Sosnowska dekonstruuje, tworzy piękne ruiny. To szczególny rodzaj piękna, które podszyte jest katastrofą.

Monika Sosnowska, Targowisko, 2013 (fot. Piotr Beka, archiwum Zachęty) Monika Sosnowska, Targowisko, 2013 (fot. Piotr Beka, archiwum Zachęty)

Ogromne siły

O jakim kataklizmie może tu być jednak mowa? Ojcowie oświecenia wymyślali nowy świat, kontemplując ruiny starożytności. Mówi się, że naszym współczesnym antykiem jest modernizm. I właśnie jego ruiny reinscenizuje Sosnowska. Pełnymi garściami czerpie z PRL-owskiej architektury, prefabrykowanego budownictwa, socmodernistycznych pawilonów. Nostalgia za rzeczywistością dzieciństwa? Oczywiście, te prace mogą wywoływać nostalgię, ale chodzi w nich o coś więcej. Za pięknymi ruinami Sosnowskiej kryje się przecież pewien projekt estetyczny i społeczny, wizja zracjonalizowanej, uporządkowanej nowoczesności. Ta wizja okazała się utopią, która nie wytrzymała ciśnienia historii. Ogromne siły, które zdają się miażdżyć wykreślane przez artystkę konstrukcje, wyginać pręty zbrojeniowe i kruszyć beton, nietrudno sobie wyobrazić jako moce rynku, kapitału i globalizacji. Sosnowska jest artystką oszczędną w formie, słowach oraz metaforach. Nie narzuca widzowi rozstrzygnięć, czy to dobrze, czy źle, że modernistyczna utopia obróciła się w gruzy. Ruiny mają ogromny urok, są piękne, wzniosłe i sprzyjają refleksji. Ostatecznie ruiny kontempluje się jednak nie po to, by pogrążać się w nostalgii, lecz by zadać sobie pytanie: „Co teraz na nich zbudujemy?”.

Wystawa „Monika Sosnowska” w Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie potrwa do 25 października.

Rubryka powstaje we współpracy z Jankilevitsch Collection.

  1. Styl Życia

Ceramika - nie tylko do patrzenia

Naprawdę w zależności od tego, z czego pijesz kawę, ona zupełnie inaczej smakuje. (Fot. Miś. Co)
Naprawdę w zależności od tego, z czego pijesz kawę, ona zupełnie inaczej smakuje. (Fot. Miś. Co)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Niektóre naczynia są tak piękne, że nie wiadomo, czy je podziwiać, czy ich używać. Właścicielka Sensual Studio ceramiki przekonuje, że jedno nie wyklucza drugiego.

Katarzyna Niewiadoma-Wójtowicz od 13 lat prowadzi pracownię, a od pięciu lat wraz z mężem Arkadiuszem galerię w Kazimierzu Dolnym. Galeria jest czynna w weekendy, ale można umówić się z właścicielką indywidualnie także w piątek, pod warunkiem że nie ma zbyt wielu zamówień, bo wtedy zaszywa się w pracowni. Jak mówi, z ceramiką jest tak, że jak zaczniesz nad nią pracować, potrzeba co najmniej 10–12 godzin non stop, żeby coś naprawdę dobrego z tego wyszło. – Technicznie jest tak wiele szczegółów, że trzeba wyeliminować wszelkie rozpraszacze. Niektórzy mówią, że to przecież praca fizyczna, tak, ale wymagająca wielkiego skupienia. Nie da się pracować z doskoku. Trzeba wejść w rytm, a do tego muszę się wyciszyć, uspokoić. Ceramika jest jak mantra – wyjaśnia. Dlatego najlepiej pracuje jej się wieczorami i w nocy, kiedy telefony milkną, a spraw ubywa.

(Fot. Miś.Co) (Fot. Miś.Co)

Najpierw studiowała grafikę w Kazimierzu Dolnym. Z ceramiki robiła aneks do swojej pracy dyplomowej w Lublinie. Zafascynowała się nią dzięki swojej wykładowczyni Alicji Kupiec (w kazimierskiej galerii można kupić jej rzeźby „Trofea” i „Słonie”), która dała Kasi możliwość otwarcia się na materiał, jakim jest glina. Zaczynała od form rzeźbiarskich, które pokazywała m.in. na Międzynarodowych Biennale Ceramicznych w 2007 r. w Manises i w 2009 roku w Kapfenberg. Długo myślała, że skupi się na rzeźbach ceramicznych, ale okazało się, że ciężko je wyeksponować i jest nimi stosunkowo niewielkie zainteresowanie na rynku. Zajęła się więc ceramiką użytkową. A kiedy jej talerze zaczęły rozchodzić się jak świeże bułeczki, dostała takiego kopa, że rzeźba musiała na jakiś czas zejść na dalszy plan.

(Fot. Miś.Co) (Fot. Miś.Co)

Uczta dla zmysłów

Od zawsze fascynowała ją sztuka japońska i widać to w jej dziełach, podobnie jak elementy graficzne. Kiedy klienci mówią, że jej naczynia są zen, odbiera to jako największy komplement. Choć formy są proste, to dużo się dzieje w kolorystyce i fakturach. – Nie lubię się ograniczać – mówi z uśmiechem artystka.

Niektórzy znają jej naczynia z wielu świetnych restauracji w Polsce. Można je spotkać między innymi w Water & Wine w Drzewcach, Pod Nosem w Krakowie, restauracji Cucina 88 w Poznaniu czy w hotelu Raffles Europejski Warsaw. – Do dziś nie mogę uwierzyć, że ludzie jedzą na moich talerzach, w dodatku doskonale skomponowane i przepięknie podane dania – wyznaje. Często współpracuje z restauratorami już na etapie tworzenia menu, czasem właściciel wybiera coś z już istniejącej oferty.

(Fot. Miś.Co) (Fot. Miś.Co)

– Glina daje mnóstwo możliwości, kolorystycznych i technicznych – mówi Kasia. – Można tak szaleć, że człowiek nigdy się nie znudzi. Zwłaszcza przy talerzach. Można mieszać szkliwa, tlenki, angoby – wylicza. – Dużo nauczyłam się właśnie dzięki zamówieniom dla restauracji. Testowałam nowe techniki, eksperymentowałam z własnymi mieszankami. Przekonałam się, że na każdym etapie może się coś wydarzyć. Nie wszystkie szkliwa łączą się z każdą gliną, piec z czasem się zużywa, więc i temperatura wypalania się zmienia – i to ma wpływ na efekt końcowy. Niuansów jest mnóstwo.

(Fot. Miś.Co) (Fot. Miś.Co)

Dzięki temu jednak można być pewnym, że w jej galerii każdy talerz jest inny, każda czarka ma coś, co ją odróżnia od pozostałych. – Czasem mówię, że ceramika uzależnia. Moment, w którym otwiera się piec i po raz pierwszy widzi się efekt, za każdym razem jest niesamowity. Nigdy do końca nie wiem, co zobaczę. Albo jest „wow!”, albo rozczarowanie, bo liczyłam na coś innego. I to właśnie sprawia, że ceramika tak wciąga.

Smak cappuccino

Kilka lat temu dzięki przyjaciółce Ani zainspirowała się kolorem kobaltowym. Niedawno w projektach pojawił się róż. Zaczęło się od pytania klientki. Wtedy w galerii Kasi dominowały barwy natury, raczej stonowane. Sama nie jest fanką różu, dlatego długo eksperymentowała, żeby uzyskać odpowiedni odcień dla czarek. Dziś sama raczy się z nich porannym cappuccino. – Naprawdę w zależności od tego, z czego pijesz kawę, ona zupełnie inaczej smakuje – przekonuje. – Ta z różowych czarek zdecydowanie poprawia nastrój. Zakochałam się w nich.

(Fot. Miś.Co) (Fot. Miś.Co)

Choć są prawdziwymi dziełami sztuki, wszystkie jej naczynia można myć w zmywarce – a to ważna cecha, i praktyczna. Zwłaszcza dla tych, którzy w ceramice szukają aspektów użytkowych. Wielu wystarcza funkcja czysto dekoracyjna. Ale wszyscy wracają po więcej. – Mamy stałych klientów, którzy całą swoją zastawę stołową stopniowo wymieniają na ceramikę – mówi na potwierdzenie.

Mój ulubiony projekt Kasi to talerze jak plastry miodu. Kiedy zobaczyłam je po raz pierwszy podczas festiwalu Dwa Brzegi, przez rok nie mogłam o nich zapomnieć (kolejny dowód na to, że ceramika uzależnia). Kasia opowiada historię ich powstania. Kiedy otworzyli z mężem galerię w pięknym pożydowskim domu, ich sąsiad, pszczelarz Zygmunt Janicki, na przywitanie przyniósł im wielki plaster miodu. – Tak się nim zachwyciłam, że postanowiłam od razu przenieść ten wzór i kolor na talerz – wspomina.

(Fot. Miś.Co) (Fot. Miś.Co)

Zarówno Kazimierz, jak i dom okazały się dla nich bardzo szczęśliwe. Może dlatego, że dom zachował oryginalną belkę u powały z hebrajską inskrypcją, która –w wolnym tłumaczeniu klientów z Izraela – życzy: „Aby czuć się szczęśliwym poza domem, tak jak w nim”.

Galeria Sensual Studio Ceramiki mieści się w Kazimierzu Dolnym przy ul. Lubelskiej 11 (@studio.sensual). Ceny wahają się od 40 zł za małą czarkę do 200 zł za duży talerz.

  1. Kultura

Land art, czyli sztuka ziemi

„Granite Crossing
„Granite Crossing" [Granitowe skrzyżowanie] pokazywane w ramach Berlin Gallery Weekend (2019). (Fot. East News)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Richard Long, najsłynniejszy piechur sztuki współczesnej. Artysta, który idzie przez świat i zostawia za sobą ślady. Wystawa „Wiek półcienia” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej to dobry pretekst, żeby zainteresować się jego twórczością. 

Artystyczne mody zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale Richarda Longa ten problem nie dotyczy. Bo czy z mody może wyjść Ziemia – skała, glina, krajobraz – którą Long uczynił główną bohaterką, materią i tematem swojej twórczości?

Jak aktualna pozostaje jego sztuka, można się było przekonać w pierwszych tygodniach izolacji spowodowanej pandemią. Życie artystyczne zamarło wraz z całą resztą życia publicznego. Za zamkniętymi drzwiami Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie czekała gotowa wystawa „Wiek półcienia. Sztuka w czasach planetarnej zmiany”. Nie zdążyła się już otworzyć dla publiczności. Richard Long jest jednym z uczestników tej zamrożonej przez pandemię ekspozycji. Pokazywane jest na niej „Rzucanie kamieniem wokół szczytów MacGillycuddy’s Reeks”. Tytułowe szczyty to pasmo górskie w Irlandii, przez które w 1977 roku wędrował artysta. Jego przewodnikiem w tej wyprawie był kamień. Long znalazł go w górach i rzucił przed siebie, a następnie poszedł, by go podnieść i rzucić znowu – jeszcze dalej. Powtórzył tę operację 3628 razy, aż po trzech dniach okrążył całe górskie pasmo i odłożył kamień tam, gdzie go znalazł.

Po wyprawie sprzed lat zostało kilka fotografii, na których artysta zrobił rysunki. Przez pandemię nawet tej skromnej dokumentacji nie można było zobaczyć na żywo w murach MSN-u. Tymczasem praca Longa działa na wyobraźnię nawet mocniej w sytuacji, w której przez wiele tygodni główną, wręcz jedyną rozrywką ludzi na całym świecie stały się spacery.

„A Line in Norfolk” [Linia w Norfolk] z widokiem na Houghton Hall (2016). (Fot. BEW) „A Line in Norfolk” [Linia w Norfolk] z widokiem na Houghton Hall (2016). (Fot. BEW)

Nieszkodliwy dziwak

Cofnijmy się do połowy lat 60. Młody Richard Long (rocznik 1945), student prowincjonalnego college’u artystycznego w rodzinnym Bristolu, pewnej zimy rusza za miasto, by toczyć przed sobą śniegową kulę, a za sobą pozostawiać czarny ślad biegnący przez białe wzgórza. Utrwalony na fotografii rezultat tego działania przedstawił profesorom. Ci wezwali do szkoły rodziców i stanowczo poprosili, aby zabrać do domu studenta, który, jak sugerowali, nie jest do końca przy zdrowych zmysłach.

Wcale się tym nie zniechęcił. Przeciwnie, kontynuował swój marsz, a w 1967 roku wydeptał ścieżkę, która stała się jego przełomową pracą. Jadąc pociągiem na trasie Londyn  – Bristol, artysta wysiadł spontanicznie w połowie drogi i poszedł na łąkę. Chodził po niej w tę i z powrotem tak długo, aż zostawił w świeżej trawie wyraźny ślad, a następnie uwiecznił go na czarno-białej fotografii. Long studiował w tym czasie w Saint Martin’s School of Art w Londynie. W odróżnieniu od college’u w Bristolu w tej szkole trudno było kogokolwiek zaszokować ekstrawagancją. Problem w tym, że land art – sztuka ziemi – do której później zaliczano twórczość Longa, dopiero nabierał rozpędu, i to na razie tylko za oceanem, w ogarniętych kontrkulturową rewolucją Stanach. Także minimalizm i konceptualizm, kolejne nurty, z którymi krytycy wiążą dziś tego twórcę, nie cieszyły się jeszcze w brytyjskim świecie sztuki sławą. Dlatego zamiast na Wyspach, debiutancką wystawę solową Long zrobił w 1968 roku w Düsseldorfie, wówczas jednym z najciekawszych miejsc na artystycznej mapie Europy. W Anglii uważany za nieszkodliwego dziwaka, w Niemczech wędrowiec z Bristolu uznany został za rewelację.

 

Przez drogi i pola

Sukces, również komercyjny, uwolnił go od materialnych trosk życia codziennego i artysta mógł się poświęcić temu, co kochał najbardziej, czyli chodzeniu. W 1998 roku przemierzył na piechotę 1030 mile dzielące wysunięte najbardziej na południe i na północ krańce Wielkiej Brytanii. Marsz zajął mu 33 doby; każdego dnia Long układał przy drodze kamień, tworząc składającą się z 33 punktów, rozciągniętą na dystansie 1657 kilometrów linię przecinającą całą wyspę. Z kolei po słynnym „Five Day Walk” [Pięciodniowym marszu] z 1980 roku zostało sześć linijek tekstu, który Long umieszcza na ścianach galerii, jeżeli ktoś poprosi o wystawienie tej pracy. „Pierwszy dzień – dziesięć mil” – czytamy w pierwszej linijce. I dalej: „Drugi dzień – 20 mil. Trzeci dzień – 30 mil. Czwarty dzień – 40 mil. Piąty dzień – 50 mil. Z Totnes do Bristolu przez angielskie drogi i pola”.

Realista

Dziś już dobrze po siedemdziesiątce wciąż potrafi przejść z plecakiem 50 kilometrów dziennie i rozbić obóz w dziczy. „Moje kroki zostawiają ślad – mówi artysta. – Moje nogi niosą mnie przez krajobraz. To jakby mierzenie świata. Uwielbiam to połączenie z własnym ciałem”. Kiedy mówi takie słowa, brzmi jak performer, ale sam swoje prace opisuje w kategoriach rzeźby. Nie czyni przy tym różnicy między rzeźbami, które mają formę tekstu, krótkiej relacji z odbytego marszu, mapy czy rysunku, a monumentalnymi instalacjami, które układa w galeriach i miejscach publicznych. Tworzy je ze znalezionych patyków, rzecznych kamieni, fragmentów skał. Używa zawsze dwóch podstawowych form. Jedna to ścieżka, czasem biegnąca po linii prostej, innym razem po spirali. Druga forma to koło. Pierwsza symbolizuje drogę, druga miejsca, do których droga ta prowadzi. „Jestem realistą” – powiada Long pytany, do jakiego nurtu chciałby się zaliczać. I trudno się z nim spierać, bo czyż świat rzeczywiście nie składa się z miejsc i z dróg, które dzielą jedno miejsce od drugiego?!

„Berlin Circle”  [Berlińskie koło] w Muzeum Sztuki Współczesnej w  Hamburger Bahnhof (1996). (Fot. BEW) „Berlin Circle”  [Berlińskie koło] w Muzeum Sztuki Współczesnej w  Hamburger Bahnhof (1996). (Fot. BEW)
W podobny sposób artysta podchodzi do malarstwa. Jego obrazy to najczęściej ogromne kręgi, które odbija na ścianach galerii własnymi dłońmi, niczym prehistoryczny malarz jaskiniowy. Zamiast farby używa błota, najchętniej pochodzącego z delty rzeki Avon, która uchodzi do morza w Bristolu. Long odbywał swoje artystyczne marsze na całym świecie, ale zawsze wraca do rodzinnego miasta. Koła z błota mają krótki żywot, po zakończeniu wystaw zostają zmyte i zamalowane. Long nie dba o materialną trwałość swoich dzieł, lecz o żywotność stojącej za nimi idei. To myśl o mierzeniu świata własnymi krokami, a także o tym, że gdziekolwiek człowiek się pojawi, tam zostawia ślad, ale ów trop jest ulotny. Mienimy się panami przyrody, ale w rzeczywistości jesteśmy, tylko i aż, przechodniami w pejzażu natury. To przesłanie, które Richard Long wydeptywał przez 50 lat, brzmi szczególnie aktualnie dziś. Kiedy to natura daje nam lekcję na temat kruchości świata, jaki sobie stworzyliśmy.

Skrzyżowanie w Houghton, 2016. (Fot. East News) Skrzyżowanie w Houghton, 2016. (Fot. East News)

Wystawa „Wiek półcienia. Sztuka w czasach planetarnej zmiany” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie trwa do końca sierpnia.

  1. Styl Życia

Zajęcia z ceramiki - czego uczy praca z gliną?

Zajęcia z ceramiki relaksują, dają poczucie sprawczości i uczą akceptacji niedoskonałości. (Fot. iStock)
Zajęcia z ceramiki relaksują, dają poczucie sprawczości i uczą akceptacji niedoskonałości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Glinę nie tylko się ugniata, ale też głaszcze, zwija, roluje, klepie... Wchodzi się z nią w bardzo intymny kontakt. Magdalena Wojciechowska, która prowadzi zajęcia z ceramiki, tłumaczy, że są one mocno relaksujące i terapeutyzujące. Dają poczucie sprawczości, ale też uczą akceptacji dla niedoskonałości.

Jakie to uczucie, gdy się trzyma w ręku glinę?
Mam wrażenie, że mimowolnie wchodzę w stan zen, od razu się uspokajam. Pracuję z masą lejną, to trochę inny materiał i inna technologia niż glina, nie tak plastyczny. Codziennie siadam z moimi kursantkami – bo jednak głównie kobiety korzystają z tych warsztatów – i na przykład lepimy kubki z wałeczków. Czyli wałkujemy dłońmi glinę w takie jakby węże. Czasem śmieją się ze mnie, bo po mnie od razu widać, że duchem jestem w innym wymiarze.

Doświadcza pani poczucia sprawczości?
Że z takiego bezkształtnego kawałka może naprawdę coś powstać? Pewnie! Zaczęło się od fascynacji ceramiką w podstawówce, ale wtedy nie myślałam, że to będzie moja droga zawodowa, tylko fajna zabawa. Uwielbiałam tworzyć z gliny dla samego tworzenia, zawsze zależało mi jednak, żeby te rzeczy pełniły jakąś funkcję. Zrobienie kubka czy talerzyka było dla mnie wspaniałe właśnie dlatego, że potem mogłam ich używać. Ceramika wróciła do mnie jako pomysł na życie i na zawód na czwartym roku historii sztuki.

A jak to jest z uczestnikami zajęć? Przychodzą i…?
…zostają. Cieszę się, że udało mi się stworzyć takie miejsce, do którego ludzie lubią wracać. To dla mnie tak samo ważne jak obserwowanie tego, jak się cieszą z efektów swojej pracy.

Glinę nie tylko się ugniata, ale też głaszcze, zwija, roluje i klepie. (Fot. iStock) Glinę nie tylko się ugniata, ale też głaszcze, zwija, roluje i klepie. (Fot. iStock)

A co liczy się najbardziej dla samych uczestników?
Dla niektórych najważniejszy jest właśnie proces tworzenia. Przez te 2,5 godziny są całkowicie skupieni na pracy swoich rąk. Podkreślają, że to działa jak medytacja, ogarnia ich wtedy spokój. Jedna uczestniczka powiedziała mi ostatnio, że uspokaja się już, gdy przekracza próg pracowni. Poza tym w ceramice ten proces jest bardzo długi i po drodze wiele rzeczy może się nie udać. Zanim glina nabierze ostatecznego kształtu i wyglądu, musi przejść wiele etapów, każdy z nich może pójść nie tak i często końcowy efekt różni się od oczekiwanego, bo coś popęka, coś się zepsuje.

I co na to twórcy?
Zwykle mówią, że nie udało się, ale trudno, liczy się proces, cała zabawa z tym związana. Oczywiście niektórzy bardzo przeżywają, gdy coś się nie uda. Ostatnio jedna z uczestniczek szlifowała półmisek i już miała kończyć, gdy rozpadł jej się w rękach. Koleżanka zaczęła ją pocieszać: „nie martw się, zrobisz drugi”. A ona odpowiedziała: „daj mi się trochę posmucić”. Pomyślałam, że super jest mieć zgodę w sobie też na takie emocje. No i ważny jest również aspekt społeczny, towarzyski, szczególnie dla osób starszych.

Czy uczestnicy używają potem zrobionych przez siebie naczyń?
Oczywiście. Powstają nawet rzeczy o specjalnej funkcji, na przykład jedna z dziewczyn zrobiła ażurowe osłony na rury w łazience. Raczej nie dostałaby ich w sklepie, a u nas mogła wykonać je sama – co za satysfakcja!

Jaka motywacja kieruje tymi osobami?
Bardzo często wcale nie chodzi im o nową umiejętność motoryczną. W zeszłym roku przyszedł młody chłopak i powiedział, że nawet nie lubi plastyki, ale pomyślał, że idzie jesień, będzie depresyjnie i nie chce znowu oglądać Netfliksa, tylko porobić coś innego. Widzę, że jest coraz mocniej zaangażowany, chce wiedzieć, jak pewne rzeczy się robi, ceramika fascynuje go coraz bardziej.

Zajęcia zmieniają uczestników?
Na pewno uczą ich cierpliwości, bo jak wspomniałam, sam proces tworzenia jest dosyć długi. Żeby z kawałka gliny uzyskać finalny kształt, trzeba czekać trzy tygodnie, uczestnicy najpierw się trochę niecierpliwią, ale potem uczą się akceptować to tempo. I akceptować niedoskonałość. Widzę to po sobie, ale też obserwuję u innych, że na początku mają bardzo wyśrubowane oczekiwania co do efektów swojej pracy – chcą, by naczynia były równiutkie, z cienką ścianką, jak ze sklepu. Dopiero później przychodzi zgoda na to, że wprawdzie się trochę pokrzywiło, ale to w sumie nieistotne, bo najcenniejsze jest, że własnoręcznie wykonane. Każda grupa ma inną dynamikę, ale ta cierpliwość i wewnętrzne wyciszenie zawsze prędzej czy później się pojawiają.

Jak wygląda sam proces tworzenia?
Zwykle w ciągu pierwszych zajęć powstaje już konkretny przedmiot, ale musi on potem wyschnąć. Następnie jest wypalany, potem nakładamy na niego szkliwo i wypalamy drugi raz. To niekiedy bardzo precyzyjne czynności, wymagające od uczestników różnych umiejętności. Często słyszę rozmowy: „co lubisz bardziej: lepienie czy szkliwienie?”.

A pani woli lepić czy szklić?
Najbardziej lubię projektować to, co chcę wykonać, ale uwielbiam cały proces tworzenia, każda część jest mi bliska, nawet to lepienie z wałeczków. Nie narzucam tematów, staram się za to nauczyć technik, pokazać, co można zrobić i w jaki sposób, no i zawsze zaczynam od wałeczków. Z nich powstaje ostateczna forma. To najbardziej pierwotna i intuicyjna czynność, niektórzy od razu łapią bakcyla, inni się przy niej nudzą, wolą dalsze etapy.

Wspomniała pani, że zajęcia są też ważne ze względów towarzyskich…
To prawda, zwłaszcza jeśli wszyscy są na tym samym etapie, czyli nie mieli wcześniej gliny w ręku –  wspólne uczenie się, stawianie pierwszych kroków bardzo łączy. Przychodzi dużo starszych pań, które mówią wprost, że dla nich to jedyny powód, by wyjść z domu, ubrać się, przygotować. To jest dla nich rozrywka, pieką ciasteczka i przynoszą je na warsztaty… Jest sporo wymiany doświadczeń życiowych, dawania rad, sporo też narzekania na mężczyzn (śmiech). Ale to pewnie dlatego, że jednak 99 proc. uczestników to kobiety.

Dla mężczyzn ceramika nie jest tak atrakcyjna?
Mam uczestnika, którego na zajęcia zapisały dzieci. Na początku wcale nie chciał tu przychodzić, a teraz nie ma ochoty kończyć, odnalazł w glinie coś, co mu pomaga. Ale do tego trzeba się przekonać, mężczyźni, zwłaszcza na emeryturze, nie szukają dla siebie nowych zajęć czy hobby, są raczej bierni. Być może to krzywdząca generalizacja, ale taką mam obserwację. Kobiety są bardziej aktywne, i to na wielu polach, zwłaszcza jeśli chodzi o zajęcia artystyczne. Ale też muszą do tego dojrzeć. Myślę, że najtrudniej się odważyć, pozwolić sobie zrobić coś tylko dla siebie. Jedna uczestniczka, gdy nie udało jej się zapisać na zajęcia, zagroziła, że pójdzie do lekarza i poprosi o skierowanie, bo to niezbędne dla jej zdrowia psychicznego.

Młodsze uczestniczki odnajdują się wśród starszych?
I to doskonale! Kiedyś na zajęcia przyszła szesnastolatka i od razu zaprzyjaźniła się z siedemdziesięciolatką. Ciekawie było obserwować, jak wiele od siebie czerpią. Zresztą wszystkie osoby, bez względu na wiek, podchodzą do siebie z otwartością. Pomagają sobie z gliną, ale też wysłuchują siebie nawzajem. Zawiązują się przyjaźnie, tworzą się paczki. Niektóre osoby otwierają się nie tylko na proces twórczy, ale i na drugą osobę. Takie sytuacje są naprawdę piękne. Nie myślimy o innym życiu, dopóki się z nim nie zetkniemy. Dla mnie samej praca tutaj i kontakt z osobami w różnym wieku przełożyły się bardzo na relacje z bliskimi. Zaczęłam inaczej patrzeć na moją babcię, bo jednak zawsze im bliżej – tym trudniej. Kiedyś odnosiłam się do niej z dużym dystansem, a teraz mam więcej tolerancji, otwartości.

Co jeszcze zmieniło się, odkąd zaczęła pani pracę z ceramiką?
Nabrałam pewności siebie, że skoro potrafię zrobić coś tak fizycznego i namacalnego, jak kubek, to może poradzę sobie też z rzeczami, z którymi mam problem w innych sferach życia. Ale nadal powraca do mnie wrażenie bycia złym instruktorem. Czuję, że nie robię wystarczająco dużo. Czasem przerasta mnie koszt emocjonalny tych zajęć, nie potrafię odciąć się od historii innych ludzi. Jest to dla mnie wyczerpujące, ale daje też energię. Już samo przeżywanie razem z uczestnikami udanych bądź nieudanych prac – może zmęczyć, każdy reaguje inaczej. Ale grupa fajnie w takich sytuacjach się zachowuje, zawsze są komentarze wsparcia: „super ci wyszło” albo: „kurczę, no faktycznie tu kolory mogłyby być inne, ale następnym razem będziesz wiedziała, co robić”. Człowiek nie zostaje sam ze swoimi emocjami.

Praca z ceramiką dodaje pewności siebie. (Fot. iStock) Praca z ceramiką dodaje pewności siebie. (Fot. iStock)

Które historie wywierają na pani tak silne wrażenie?
Chyba te najbardziej życiowe, nie chciałabym ich tutaj omawiać, bo to prywatne sprawy. Za to wynoszę z tych zajęć masę świetnych anegdotek i zabawnych historyjek, dzięki którym mogę później brylować w towarzystwie. Zresztą gdy zaczynałam pracę jako instruktor i wracałam do domu, to jako pierwsze pytanie padało zawsze: „jakie masz z dzisiaj fajne historie?”.

Z pani słów wynika, że te zajęcia mają w sobie dużą moc terapeutyczną.
Na pewno wzmacniają. Czasami przychodzę na zajęcia przygaszona czy rozdrażniona. Zaczynają się rozmowy, żarty, trzeba rozwiązać jakiś ceramiczny problem i nagle zły humor mija. Uczestniczki chodzące na moje zajęcia od lat od razu widzą, że coś jest nie tak, potrafią podejść, przytulić.

Na ile ceramika to sztuka? Na ile rozwija estetycznie uczestników?
Czasem uczestniczki żartują, gdy są zadowolone ze swojej pracy: „zobaczcie, jaką jestem artystką!”. Jednak zdecydowanie wymiar sensoryczny jest dla nich ważniejszy. Glina jest specyficznym materiałem, trzeba jej dotknąć dłonią, to bardzo sensualne doświadczenie, można pobrudzić się, ale to miły brud.Czasem ktoś przychodzi i pyta, czy może zrobić rzeźbę. Zgadzam się na to, przecież materiał jest ten sam, tylko powstaną z niego inne przedmioty. Zresztą nie rozumiem tego podziału na ceramikę użytkową i artystyczną, przecież kubek też może być dziełem sztuki. Dla mnie ważna jest świadomość, że powstał dzięki pracy moich rąk.