1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czas? Niech poczeka!

Czas? Niech poczeka!

Chwila szczerości: Martyna Wojciechowska nie udaje Matki Polki, nie twierdzi, że upływ czasu nie ma dla niej znaczenia. Jej szklanka jest zawsze do połowy pusta, a wspinaczka to tylko część drugiego życia, tego wysoko w górach. Reszta jest… czekaniem

Są takie chwile, które z premedytacją przeznacza pani na stracenie, na nic?

Czas traktuję bardzo elastycznie i wciąż próbuję w nieskończoność rozciągać. Nauczyłam się perfekcyjnie nim zarządzać. Działam metodycznie, zapisuję sobie listę priorytetów i skreślam rzeczy zrobione, a to, co jeszcze niezałatwione, przepisuję dalej. Nie siedzę non stop przed komputerem, w samochodzie wykonuję telefony, nagrywam na dyktafon swoje przemyślenia albo... maluję się – ale tylko, gdy stoję na światłach (śmiech). Nauczyłam się mniej mówić i bardziej precyzyjnie wyrażać własne myśli, czego także oczekuję od innych. Oczywiście, poza bliskimi, dla których czas mam zawsze i jestem gotowa godzinami wysłuchiwać historii miłosnych perypetii, panując nad pragnieniem udzielania rad. Zawsze powtarzam, że jesteśmy sumą doświadczeń i wspomnień, co jest nieodłącznie związane z czasem, ale z drugiej strony – nawet podczas tej rozmowy nie pozbędę się wrażenia, że każda jej minuta to mniej dla mnie do przeżycia. Nie dlatego, że nie jest przyjemnie, ale z powodu tego, że zegar tyka mi w głowie non stop, cokolwiek robię. Wciąż sama siebie poganiam.

Nie ma więc przyjemnego snucia się bez sensu?

Wysoko w górach trwam. Jestem sama ze sobą. To zmusza mnie do układania w głowie myśli na temat świata i mnie. Wtedy przestrzeń poza namiotem nie istnieje, ponieważ on mógłby stać wszędzie

Rzadko, choć gdy ostatnio po raz pierwszy od pięciu lat pojechałam na urlop z moją córką (bo wyprawy to zupełnie inna sprawa), zatrzymałam się i poddałam totalnie fajnej degrengoladzie. Czas robił z nami, co chciał. Wyzwoliło się we mnie radosne, bzdurne i jednocześnie pożyteczne spędzanie wolnych chwil. Obeszłam z Marysią wszystkie wesołe miasteczka, przeciskając się przez tory przeszkód i rury dla dzieci, zupełnie nieprzewidziane dla 36-letnich matek. Pozwoliłam sobie na siedzenie na plaży, robienie zamków, jedzenie gofrów z bitą śmietaną, wieczorne picie wina i gapienie się w gwiazdy. Moi przyjaciele i współpracownicy wysyłali mi kontrolne SMS-y: „Ach, pewnie już nie możesz usiedzieć i chcesz wrócić do roboty?”. I ja, ich Byczek Fernando, ich wzór pracowitości, nie miałam serca odpisać, że nagle odnalazłam wielką radość w nicnierobieniu. To zasługa mojej córki. Marysia czasem sprawia wrażenie, jakby radośnie nie robiła nic, a pamiętam, że kiedy zadzwoniłam do niej spod granicy Tajlandii z Birmą, usłyszałam: „Nie mam teraz czasu, mamo, zajęta jestem”. Nie będę z siebie robić Matki Polki. Wiadomo, że gonię do pracy, wracam późno, czasem bardzo późno, wyjeżdżam..., ale narzuciłam sobie taki system – nie odbieram telefonu do 9.15, dopóki nie wsiądę do samochodu, którym jadę do biura, i pora popołudniowa, a szczególnie kąpiel Marysi, to czas, kiedy nie ma szans się do mnie dodzwonić.

Ale to nadal doświadczanie jakiejś aktywności. Myślałam o takim zwykłym byciu po nic.

Jest czas, kiedy żyję tylko tu i teraz. Na wyprawie na 7-, 8-tysięczniki proces aklimatyzacji jest bardzo długi. Wszystko trwa dwa miesiące, ale samą wspinaczkę można pewnie na upartego zamknąć w tygodniu. Przemarsze z obozu do obozu to kilka godzin. Reszta jest czekaniem, siedzeniem, spaniem, a właściwie letargiem, bo tam trudno spać. I to jest niebywałe, bo ja, osoba o wielkiej niecierpliwości, chyba dlatego wynalazłam sobie te góry, że tam szlifuję cechy charakteru, które chciałabym posiadać.

Pokorę wobec czasu?

Tak. Wysoko do obozu nie biorę książek, ponieważ są za ciężkie. Muzyki nie potrzebuję, bo słucham narastającego ze wszystkich stron dźwięku natury. Jedyne, co tam jeszcze robię, to czasem piszę, mam więc notes i ołówek. Na tych dwóch metrach kwadratowych dzieje się wszystko. Życie sprowadza się do podstawowych funkcji życiowych. Tam zdobywam wodę, czyli śnieg, gotuję, śpię, siedzę, załatwiam potrzeby fizjologiczne i – jeśli zdarzy się, że akurat nie ma wichury i jest minus 40 stopni na zewnątrz – spaceruję. Na ogół jednak leżę i wegetuję przez tydzień, patrząc w żółty sufit mojego namiotu. I nic więcej. Trwam. Jestem sama ze sobą. To zmusza mnie do układania w głowie pewnych myśli na temat świata i mnie. Przestrzeń poza namiotem w ogóle wtedy nie istnieje, ponieważ on mógłby stać wszędzie. Poddaję się czasowi całkowicie i żyję zgodnie z jego regułami. To jest właśnie trwanie, które nie ma nic wspólnego z walką. Tę toczę raczej w momencie, kiedy hula wiatr, a ja idę pod górę.

Wygląda więc na to, że pani życiowy I Ching jest idealnie zachowany. Tam dostaje pani trwanie, tu jest aktywistką.

Trudno spojrzeć na to holistycznie. Nie mam poczucia, że moje życie jest jedną linią. Prowadzę dwa równoległe życia, pomiędzy którymi przeskakuję. To zupełnie odrębne byty. Widzę, że potrzeba mi coraz więcej czasu na przemieszczanie w obie strony. Stamtąd trudniej mi wrócić, a stąd ciężej wyjechać. Kiedyś po powrocie potrafiłam jeszcze tego samego dnia pójść do biura i spytać: „co u was?”. Teraz potrzebuję kwarantanny, ale to sprawia, że głębiej wszystko przeżywam. Pamiętam, że najtrudniejsza była dla mnie Antarktyda – fatalna pogoda, w wysokich obozach nie miałam już jedzenia, straciłam namiot i obok mnie nie było nikogo, bo pojechałam sama. Tak spędziłam półtora miesiąca. Na własne życzenie. Przeżyłam przełom. Nie było mi łatwo, ale zdałam sobie sprawę, że najsłabszym ogniwem takiej wyprawy jest człowiek. Jeśli w teamie jest sześć osób, to istnieje wiele różnych kombinacji kłótni. A jeśli jest tylko jedna? To była taka konfrontacja i pokonywanie strachu przed tabu, którym była dla mnie samotność. Nie emigracja wewnętrzna, kiedy jestem z ludźmi, a myślę o swoich sprawach, ale taka prawdziwa samotność. Wreszcie przestałam się jej bać.

(...)

Więcej w numerze 11/2010

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze