1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Quest - etap 6: "Empatia, czyli rodzaj miłości"

Quest - etap 6: "Empatia, czyli rodzaj miłości"

Ilustracja: Maja Wolna
Ilustracja: Maja Wolna
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kolejna cnota Questu daje nam zdolność odczuwania, że wszystkie istoty, wszystkie formy życia – wraz z nami samymi – są żywą jednością. Chroni nas przed wielkim błędem celowego lub odruchowego sprawiania cierpienia sobie i innym. Czym jeszcze jest empatia, mówi Wojciech Eichelberger, współtwórca programu rozwoju wewnętrznego Quest.

 

 

 

 

– Najbardziej niezwykłą definicję miłości znalazłam właśnie w programie Quest. Postawę kochających ludzi porównuje się tam do dwóch rąk, które pomagają sobie w naturalny, odruchowy sposób. – Zamiast o miłości, która za bardzo kojarzy się nam z egotycznymi meandrami miłości romantycznej, mówmy raczej o empatii. O zdolności do odczuwania tego, że wszystko, co ma jakąś formę i się jawi – wraz z nami samymi – jest żywą całością. Że w nieskończonej ilości form przejawia się jeden byt i że najlepiej pojmowane dobro tych form jest tożsame z dobrem tego bytu. A to oznacza, że zdolność do współodczuwania jest wrodzoną zdolnością wszystkich ludzi, istot i form (dlatego jako dzieci prawie wszyscy współodczuwamy zarówno z tymi, którzy cierpią, jak i z tymi, którzy się cieszą). Z tego punktu widzenia empatię można porównać do tego, co dzieje się pomiędzy rękami należącymi do tego samego ciała: bez uprzedniego zamiaru współpracują ze sobą, pomagają sobie, a gdy trzeba, spieszą na ratunek. Kiedy jedną rękę coś zaboli, druga w tej samej chwili o tym wie i czuje ból pierwszej. Gdy jedna ręka otrzyma coś cennego, np. rzadki owoc, druga czuje, że też go dostała, i nie przeżywa rozpaczy, gniewu czy zawiści. Gdy jedna ręka coś utraci, druga też ma poczucie straty.

– Między nimi nie ma cienia egoizmu. – Bo współodczuwanie to jego przeciwieństwo. Ale choć jest naturalnym stanem, niełatwo nam jednak do niego powrócić. Dlatego w Queście przekraczanie egoizmu jest dwustopniowe. Pierwszy etap to świadomość, cnota poprzedzająca empatię, będąca bardziej cnotą umysłu niż serca. Jest światłym sposobem myślenia o sobie, o świecie i o życiu, pozbawionym jednoznacznego moralnego azymutu. Choć dzięki świadomości możemy zrozumieć, jak funkcjonuje świat, i wybrać strategię biznesową czy życiową, to jednak dopiero współodczuwanie pozwala nam w pełni przekroczyć nasz nawykowy egoizm na poziomie serca, uczuć i wartości. A wówczas staje się ono dla nas jedynie prawdziwym, oczywistym sposobem istnienia.

– W tradycji chrześcijańskiej to Bóg jest miłością… – Oczywiście, że jest. Bóg jest przestrzenią, matrycą współodczuwania. Tylko należałoby dodać, że w takim razie wszystko, całe stworzenie, jest miłością – wszystkie boskie dzieła współodczuwają. Ale jakże trudno zobaczyć i odczuć, że wszyscy ludzie, każde stworzenie, na które patrzymy, jest naszą drugą ręką. Wtedy gdy coś złego dzieje się jakiemuś człowiekowi, zwierzęciu, rzece, drzewu, górze czy morzu, czujemy, jakby przydarzało się to naszej drugiej ręce. Sukcesy innych są naszymi sukcesami. Błędy i porażki innych są naszymi błędami i porażkami. Nie zazdrościmy, nie potępiamy, nie wywyższamy się ani nie poniżamy, lecz współodczuwamy. Empatia chroni nas przed wielkim błędem celowego lub odruchowego sprawiania cierpienia sobie i innym. Współodczuwanie pozwala życiu rozkwitać w jego wszelkich przejawach. W biznesie chroni przed pogonią za zyskiem za wszelką cenę, w polityce przed krótkowzrocznym dążeniem do reelekcji, w sztuce przed poszukiwaniem popularności kosztem jakości itd.

– Jak budować relacje z innymi, uwzględniając empatię? – Gdy na przykład zaczynamy jakąś produkcję czy oferujemy usługi, staramy się dostarczyć taki produkt, który sami chcielibyśmy kupić. Bo przecież samych siebie oszukiwać nie chcemy. Wszyscy wiemy, że dobrze jest tak żyć. Wszyscy wiemy, że największej satysfakcji, poczucia wewnętrznej spójności, spełnienia, wolności i szczęścia doświadczamy w chwilach, gdy zapominamy o sobie, aby komuś pomóc. Gdy narażamy siebie i własne interesy w obronie spraw i wartości, które przyczyniają się do ogólnego dobra. Gdy nie odpowiadamy przemocą na przemoc albo gdy uda się nam powstrzymać destrukcyjne uczucia i działania. Skoro tak jest, to szukajmy drogi do tego, aby takich chwil było w naszym życiu jak najwięcej.

– Ale wtedy, gdy bardziej myślimy o innych niż o sobie, słyszymy też: „nie wtrącaj się, to nie twoja sprawa, po co ci to…”. – Jeśli współodczuwanie stanie się naszą nie drugą, lecz „pierwszą naturą”, to nic nas nie powstrzyma. Musimy jednak liczyć się z tym, że ludzie nie będą zachwyceni, gdy chcąc nie chcąc, zaczniemy przypominać im o współodczuwaniu i prowokować niewygodne odruchy ich sumień. Ale gdybyśmy chcieli porzucić z tego powodu cnotę empatii, to znaczyłoby, że nadal rządzi nami egoistyczna motywacja poszukiwania bezpieczeństwa i/lub przyjemności.

– Quest mówi, że mamy też kochać siebie i to w całości, nie odrzucając żadnej części siebie. – Wykluczanie siebie z wszechogarniającej przestrzeni współodczuwania czyni nas do niego niezdolnymi. To też jest ważne w wymiarze czysto praktycznym. Nie sposób odnieść życiowego sukcesu, jeśli jesteśmy uwikłani w walkę ze sobą, która wiąże i zużywa ogromne ilości życiowej energii, zdolnej do czynienia dobra. Motorem naszych wewnętrznych konfliktów jest często nawykowy konformizm. To potężna siła, która każe nam dostosowywać się do poglądów i oczekiwań otoczenia. Ale musimy uważać, żeby skarbu własnego szczęścia i mądrości nie przehandlować za złudne poczucie bezpieczeństwa i przynależności.

– Cieniem współodczuwania jest pogarda… – Wręcz zaprzeczeniem. Pogarda bywa często ukrytym motorem działań, które z zewnątrz wyglądają na szlachetne. Ale dopóki nie przekroczymy swego egocentryzmu, to uchwyciwszy się jakiejś najbardziej szlachetnej idei, np. ochrony zwierząt, możemy w jej imieniu zacząć podkładać bomby pod rzeźnie albo strzelać do nieświadomych sprawców zwierzęcej golgoty. Podobnie jak obrońcy życia poczętego, którzy widzą jedynie życie poczęte i tylko z nim potrafią współodczuwać, a nie mają współczucia dla życia matek. Prawdziwa empatia działa na zasadzie wszystko albo nic. Jeśli dotyczy tylko wybranej grupy istot, a pozostałe wyklucza i uważa za godne pogardy, to jest tylko pozorem współodczuwania i przebraniem dla egoistycznej chciwości i nienawiści.

– Olga Tokarczuk napisała powieść o kobiecie, która w obronie zwierząt morduje myśliwych. I nie spotyka ją za to żadna kara. – Skutki naszych zaślepionych działań często ujawniają się w czasie przekraczającym wymiar ludzkiego życia. Patrząc z perspektywy współodczuwania, gdy zabijamy innych – zabijamy siebie. A jeśli tak, to jakiś rodzaj karmicznej lekcji, konieczność przeżycia trudnych doświadczeń, na pewno czekałby bohaterkę tej książki. Świat na tym nic nie skorzysta, jeśli myśliwi przestaną zabijać jedynie ze strachu, że zabije ich równie jak oni obłąkana pasją zabijania mścicielka zwierząt. Podobnie jak świat nie korzysta na tym, gdy ludzie modlą się do Boga ze strachu przed piekłem. Strach jest uczuciem, które wynika z egoizmu i zarazem ten egoizm potęguje – z łatwością przeistaczając się w nienawiść i przemoc.

– Ale strach i przemoc są powszechne, a odczuwanie siebie jako jednej, a innych i świata jako drugiej ręki – to raczej rzadkość. – Są jednak zwiastuny, że współodczuwanie staje się bardziej powszechne. Coraz więcej ludzi wie, że jeśli się troszczą o kogoś, o zwierzęta, o puszczę, o planetę, to tym samym troszczą się o siebie. Coraz więcej ludzi wie, że błędem jest przedkładać egoistycznie pojmowany własny interes nad dobro całości. Nieegocentryczne działanie ma w sobie ogromną energię. Jest bowiem zgodne z zasadą życia. I dlatego, chociaż wydaje się skłaniać nas do podejmowania irracjonalnych działań, tak naprawdę pod wpływem współodczuwania postępujemy głęboko racjonalnie. Dotychczasowe pojmowanie racjonalności i skuteczności doprowadziło nasze życie, nasz świat na krawędź katastrofy. Czas to zmienić i uznać za racjonalne to wszystko, co zmienia świat na lepsze. Najbardziej dotyczy to zasady współodczuwania i wszystkiego, co z niej wynika.

Quest to program rozwoju wewnętrznego, który zakłada, że realizacja każdego celu czy marzenia wymaga wykształcenia w sobie ośmiu duchowych cnót (patrz rys.). Mówi także, że na przeszkodzie staje nam osiem zagrożeń – cieni tych cnót (m.in. pycha, uzależnienie, egoizm).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Pycha, czyli cień pokory

Pycha rodzi się tam, gdzie brakuje ugruntowanego poczucia własnej wartości. (Ilustracja iStock)
Pycha rodzi się tam, gdzie brakuje ugruntowanego poczucia własnej wartości. (Ilustracja iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Św. Bernard z Clairvaux uznał, że pycha i pokora są jak szczeble drabiny. Grzech pychy prowadzi nas w dół, a cnota pokory pozwala się wspinać. Psychologia mówi coś podobnego. Uczymy się i rozwijamy dzięki pokorze, pycha nam w tym przeszkadza – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, współautor programu rozwoju wewnętrznego Quest .

Św. Bernard z Clairvaux uznał, że pycha i pokora są jak szczeble drabiny. Grzech pychy prowadzi nas w dół, a cnota pokory pozwala się wspinać. Psychologia mówi coś podobnego. Uczymy się i rozwijamy dzięki pokorze, pycha nam w tym przeszkadza – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Pycha kiedyś uważana była za jeden z grzechów głównych. Ale dziś grzech to chyba tylko rzadkie słowo.
Mało tego, pycha staje się ceniona i modna, szerzy się wręcz epidemicznie. Popkultura, popmoralność, poppolityka i popreligijność kreują swoich coraz liczniejszych pysznych idoli. Przestajemy dostrzegać, że pycha to niebezpieczny przeciwnik. Uniemożliwia nam rozwój, uczenie się i podążanie ku celom, o których ledwie odważamy się marzyć. Rodzi w nas iluzoryczne poczucie mądrości, mocy i przenikliwości. Każe kategorycznie innych osądzać, obdarzać nienawiścią i pogardą. Wtedy zamiast inwestować czas i energię we własny rozwój, zaprzęgamy je do gorączkowej obrony iluzji naszej wszechwiedzy i doskonałości. Nasze coraz bardziej nadęte ego potrzebuje mieć rację i lubi spoczywać na laurach. Tymczasem wynikające z pokory wątpliwości, niepokój i potrzeba poszukiwań utrudniają proces samopotwierdzania się ego.

Pycha nie ustępuje łatwo i jest podstępna. Potrafi udawać skromność, ubóstwo, poczucie krzywdy, sprawiedliwości, a także duchowość, szlachetność i miłość. Większość z nas dąży nieświadomie do tego, aby swojej pysze nadać jakiś szlachetny kamuflaż i poddać się złudzeniu, że dotarliśmy do końca drogi.

Może po to, żeby wreszcie odetchnąć.
I poznęcać się nad innymi. Szczególnie gdy pycha przybiera formę ideologii czy doktryny religijnej, staje się zabójcza. Rodzi konflikty, wojny, cierpienie i nienawiść. Gdy opęta nas, łatwo i radośnie w poczuciu moralnej słuszności upokarzamy i niszczymy innych. Jeśli trzeba, ogniem i mieczem zmusimy „innowierców” do przyjęcia naszej wizji dobra i prawdy, które błędnie uznajemy za ostateczne objawienie. Wtedy w skali rodziny, narodu, a nawet globu wprowadzamy przymus dobra, dokonując nieświadomej dekonstrukcji istoty wiary i przekonań, którym chcemy służyć.

Oskarżano pychę o to, że rodzi inne grzechy, np. chciwość. Dziś powiedzielibyśmy raczej: sukces finansowy.
Pycha ma dużo wspólnego z chciwością. Kiedy jesteśmy pyszni, to w naszych własnych oczach jesteśmy też wywyższeni. I tylko krok dzieli nas od uznania, że należy nam się więcej niż innym. Chciwość i pycha idą ręka w rękę. Czasami trudno je odróżnić. Gdy los boleśnie nas doświadcza, łatwo obrażamy się na świat, sobie przyznajemy rolę i rację ofiary, i brniemy w moralną pychę, która zarazem jest chciwością współczucia i wsparcia. Pychę udającą pokorę opisuje anegdota o mnichach przechadzających się po ogrodzie. W pewnej chwili stary mówi do młodego: „wiesz, na świecie nie ma drugiego tak skromnego jak ja”.

Dziś nie mówi się o pysze. Ale dużo mówi się o tym, jak ważne dla sukcesu jest poczucie wartości i wiara w siebie. Czy one nie są niebezpiecznie blisko pychy?
Pycha rodzi się tam, gdzie brakuje ugruntowanego poczucia własnej wartości. Aby wyleczyć się z pychy i zaszczepić przeciwko niej, musimy odkryć swoją immanentną, podstawową wartość, którą dzielimy ze wszystkim, co żyje. W przeciwnym razie będziemy zadręczać siebie i innych. Pycha tyrana, nie zważając na ofiary, będzie nam kazała nieść światu obowiązujące dobro, a pycha żebraka – zadręczać siebie pracą i poświęceniem po to, aby zadowolić innych i zapewnić sobie ich przychylność.

Czyli zamiast pychy potrzebna nam duma.
Nie duma, lecz godność. Duma jest przejawem pychy. By odzyskać poczucie godności, musimy zrozumieć, że niezależnie od tego, co nas spotkało i spotka ze strony innych – naszej immanentnej wartości nikt nam nie zabierze. Musimy zobaczyć i poczuć, że nasi prześladowcy robili nam krzywdę, bo sami czuli się niegodni. Byli ofiarami, które szukały ofiar i brnęły w pychę, by poprawić sobie samopoczucie.

Czy pycha zawsze bierze się z niskiego poczucia wartości?
Skrajna pycha jest zawsze sposobem kompensowania raniącego doświadczenia upokorzenia. Dobrym przykładem jest pycha Hitlera, który był okrutnie traktowanym dzieckiem. Swoją chorą pychą i pogardą udało mu się zarazić miliony poniżonych klęską wojenną Niemców. To, co stało się dalej, jest wstrząsającym i koszmarnym dowodem tego, że leczenie się z upokorzenia pychą wyzwala w otoczeniu pogardę i nienawiść, a to sprowadza na nas nowe, druzgocące cierpienie. Tak więc jedynym wyjściem z traumy upokorzenia jest odzyskanie prawdziwej ponadosobowej godności.

Jak odróżnić pychę od wiary w siebie?
Gdy naprawdę wierzymy w siebie, to czujemy szacunek do wszystkich i wszystkiego, co nas otacza. Możemy „nienawidzić grzechu”, tego, jak ktoś postępuje, ale w każdych okolicznościach zachowamy szacunek dla osoby. I na pewno nie potrzebujemy upokarzać innych, by siebie wywyższyć.

Ale dziś poczucie, że jest się wyjątkowym, i bezczelność pomagają w zdobyciu majątku i władzy.
Mylimy ugruntowane poczucie wartości własnej z pychą. Często próbujemy zastąpić wartość pychą i wtedy nasza kariera prędzej czy później się załamie. Będziemy bowiem zmuszeni do tego, by gromadzić wokół siebie ludzi, którzy będą tylko potwierdzać nasze sztuczne poczucie wartości. A to znaczy, że przestaniemy się rozwijać, a nasza konkurencja pojedzie do przodu.

Jak pozbyć się pychy?
Rozwiązanie znajdziemy na płaszczyźnie duchowej. Zdanie, które świadczy o poczuciu godności i wartości, brzmi: „wiem, że to, kim w istocie jestem, zasługuje na uznanie, miłość i szacunek”. Trzeba pokochać i docenić samego siebie, bo z takiego doświadczenia rodzi się prawdziwy szacunek dla innych. Powyższa autoafirmacja z pozoru może wyglądać na ekspresję narcyza, lecz w gruncie rzeczy jest pokornym uznaniem podstawowej prawdy o rzeczywistości. Dlatego wypowiedzenie jej sprawia taką samą trudność tym, których niskie poczucie wartości prowadzi do samoponiżania, jak i tym, którzy się pysznie wywyższają.

Nie jest łatwo uwierzyć w swoją godność, kiedy najbliżsi w nią nie wierzyli.
Jest taka trudna praktyka, która skutecznie nas w tym wspomaga. Kłaniaj się sobie za każdym razem, kiedy zobaczysz się w lustrze. Pyszni nie mogą się sobie pokłonić, bo czują, że to, co widzą w lustrze, jest fikcją, że są kimś przebranym. Samoponiżeni tym bardziej, bo sobą gardzą. Dostrzegają też, że pogarda do siebie jest przejawem ich pychy. Tak więc jedynym radykalnym sposobem na pychę jest pytać siebie o to, kim w istocie jesteśmy, komu się to wszystko przydarza.

Jak się tego dowiedzieć?
Ukazuje to baśń Andersena „Nowe szaty cesarza”. Zaślepiony pychą władca daje sobie wmówić, że krawcy szyją mu szatę z najwspanialszej tkaniny. Wprawdzie jej nie widzi, ale jego niepewność i lęk przed kompromitacją nie pozwalają mu się do tego przyznać. Rusza więc na paradę nagi. Ale poddani też nie mogą tego zobaczyć, bo po to, by poprawić sobie samopoczucie, potrzebują złudzenia mądrego i pięknie ubranego króla. Więc wiwatują na jego widok. Tylko dziecko krzyczy: „król jest nagi!”. Tylko ono, które jeszcze nie zdążyło nauczyć się udawania, było zdolne zobaczyć rzeczy takimi, jakimi są. Dlatego jest symbolem pokornego, otwartego na świadectwo zmysłów umysłu.

Gdy nie znamy swojej prawdziwej wartości, rozpaczliwie próbujemy ją wykreować, gromadząc wokół modne i drogie atrybuty władzy, wpływu i znaczenia. Ale nie na wiele się to zdaje. Stare chińskie przysłowie mówi: skarb, który został wniesiony do domu przez główną bramę, nie jest prawdziwym skarbem tego domu. To znaczy, że wszystko, co przychodzi z zewnątrz, nie jest naszym prawdziwym skarbem, nie wpływa na naszą wartość. Prawdziwym skarbem zawsze była i będzie nasza istota.

 

  1. Psychologia

Empatyczna komunikacja - czy to potrafisz?

Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. (Fot. iStock)
Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. (Fot. iStock)
Empatia powoduje, że zamiast brać słowa i zachowania innych ludzi osobiście, cały czas utrzymujemy świadomość, że to, co inni mówią, jest opowieścią o nich samych, nie o nas.

Matka: – Inne córki potrafią docenić to, co dostają, i być wdzięczne. Córka: – Przykro ci, bo dla ciebie jest ważne, żeby być docenianą? Chciałabyś, żebym zrobiła coś, co dla ciebie będzie dowodem na to, że doceniam to, co robisz? – Tak, chcę, żebyś podziękowała, skoro ugotowałam wam obiad, a nie czepiała się, że zupa jest tłusta. Dzieci taką lubią. – Jak coś robisz, to chcesz, żeby inni cieszyli się z tego? – No a po co robi się coś dla innych? – Ja też lubię, jak jest dobra atmosfera, i też jest ważne dla mnie, żebyśmy się nawzajem szanowali. Doceniam chęć pomocy, jednocześnie ważne jest dla mnie dbanie o zdrowie rodziny. Skoro unikamy tłuszczu, to wyrażanie wdzięczności za „chudą” zupę przyszłoby mi z łatwością, a dziękowanie za coś, co rozbija mój plan żywieniowy, nie jest tym, co mam ochotę robić. Czy mogłybyśmy się umówić, że jak będziesz w przyszłości chciała nas wesprzeć w robieniu obiadu, to powiesz mi o tym i uzgodnimy menu razem? – W przyszłości to będziesz sobie sama zdrowo gotować! – Ciężko ci się pogodzić z moim pomysłem na odżywianie? – Pewnie, że tak. – Może potrzeba na to czasu? – Może…

No i jaki sens ma prowadzenie takich rozmów, skoro inni i tak nadal się z nami nie zgadzają? – mógłby ktoś spytać. Taki długi dialog, a efektu żadnego. Skoro tak ma wyglądać empatyczna komunikacja, to może ją sobie z góry darować? Otóż jeżeli główną intencją w komunikowaniu się z innymi jest pomysł, że każda rozmowa ma przynieść efekt polegający na spełnieniu naszych oczekiwań, to rzeczywiście komunikowanie się w sposób empatyczny nie okaże się pomocne. Bardziej wskazane byłoby wówczas nauczenie się technik manipulacji. Tylko że te okażą się nieskuteczne, jeśli trafimy w rozmowie na kogoś, kto zachowuje się w sposób empatyczny. Bo prawdziwa empatia nie ulega manipulacji. Dlatego, że sama jej nie stosuje.

Mistrzostwo komunikacji

Empatyczne podejście to rolls-royce komunikacji werbalnej. Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. Tak jak asertywność polega na skupieniu się na rzeczowości kontaktów, podejmowaniu „niezawisłych” decyzji, unikaniu emocji destabilizujących rozmówców, tak empatia nie boi się emocji i buduje relacje z innymi w oparciu o informacje o ważnych niezaspokojonych lub zaspokojonych potrzebach, jakie z emocji płyną, i skupiając uwagę właśnie na ludzkich potrzebach.

Marshall Rosenberg, twórca metody non violent communication, podkreśla, że uczucia służą ochronie siebie – te ze znakiem minus są dla nas informacją, że jakaś ważna ludzka potrzeba nie jest w danej sytuacji zaspokojona i warto byłoby się pokusić o znalezienie rozwiązania lepiej tę potrzebę zaspokajającego. Z kolei tak zwane „pozytywne uczucia” są informacją, że jakieś nasze ważne potrzeby są aktualnie zaspokojone. To, co możemy w tej sytuacji zrobić, to właśnie wyrazić wdzięczność – drugiemu człowiekowi, opatrzności, absolutowi – jakkolwiek go pojmujemy – temu wszystkiemu, co sprawia, że nasze życie staje się piękniejsze.

Diabelski młyn

Uciekając się do bezpośredniej przemocy słownej i manipulacji, startujemy z miejsca niewiary w drugiego człowieka. Jesteśmy w stanie, który utrudnia nam zrozumienie, że ludzkie relacje mogą opierać się na wzajemnej trosce, szacunku i zaufaniu. Jeśli dotychczasowe doświadczenia utrwaliły w nas pogląd, że ludzie są brutalni albo wmanewrowują nas w robienie rzeczy, na których to im, a nie nam zależy – potrzeba trochę wysiłku i ćwiczenia się w innym postrzeganiu rzeczywistości, żeby odkryć, że ci, którzy nas ranią, sami dość słabo funkcjonują i dlatego używają kiepskich metod do kontaktowania się z innymi. Mają potrzeby, ale nie umieją prosić innych o pomoc w ich zaspokojeniu. Proszenie wiąże się bowiem z możliwością otrzymania odpowiedzi odmownej i koniecznością szukania alternatywnego rozwiązania. A oni czują się tak kiepsko, że chcą rozwiązania natychmiast. Na ich własnych zasadach, bo je znają i nie mają zamiaru w danym momencie szukać nowych. Czują się źle, ale zupełnie nie mają świadomości dlaczego. Więc podejmują działania, wypowiadają słowa, które mają ten stan zmienić. Jednak skuteczność tych zabiegów jest zazwyczaj dość ograniczona. Przypomina leczenie objawów, a nie przyczyn choroby. Działa doraźnie, jednak problem pozostaje.

Kiedy rozumiemy, że ktoś się zachowuje niefortunnie, bo w danym momencie nie ma dostępu do innego zachowania, uczymy się widzieć za tym zachowaniem jego niezaspokojoną potrzebę, dlatego kiedy pada zdanie: „Inne córki potrafią docenić to, co dostają, i być wdzięczne” – słyszymy informację o niezaspokojonej potrzebie bycia docenianym. W samej potrzebie i jej wyrażaniu nie ma nic złego. Ważne jest jednak podejście: „pragnę tego, jeśli tobie to również pasuje, a jak nie, to poszukam innej osoby albo innego sposobu”.

Autentyczność w relacjach

Skoro więc ja chcę wyrażać wdzięczność w takich wypadkach, kiedy rzeczywiście ją czuję (potrzeba autentyczności), mogę zaproponować, jakie działania prawdopodobnie spowodują, że będę czuła się wdzięczna. Jednak druga strona nie musi przyjąć mojej strategii. I to też jest OK. Nie ma powodu naciskać. Wszyscy mają możliwość wybrać, co zaspokaja ich potrzeby, a co nie. Jeśli stosujemy w życiu komunikację empatyczną, potrafimy tak długo rozmawiać bez obwiniania, osądzania, wypierania się odpowiedzialności i żądań, przyglądając się nawzajem swoim potrzebom, aż znajdziemy rozwiązanie dobre dla wszystkich. Nie wymaga to nadprzyrodzonych zdolności, jest raczej kwestią treningu i wynikiem pracy nad zmianą nawyków komunikacyjnych, jeśli wcześniej stosowaliśmy bardziej opresyjne formy porozumiewania się.

Kiedy przeanalizujemy dialog o zupie i wdzięczności (gdzie jedna z osób – córka, stosuje empatyczne podejście, a druga – matka, wręcz przeciwnie), zauważymy pewną dynamikę rozmowy. Wystarczy, że jedna z osób okazuje empatię na przemian rozmówcy i sobie, by stopniowo opadały emocje i pojawiło się miejsce na „może” – pewien rodzaj otwarcia na ewentualną zmianę.

Częstą wątpliwością osób uczestniczących w treningach empatycznej komunikacji jest kwestia czasu potrzebnego na rozmowę podążającą za potrzebami obu stron, bez presji czasu i tego, że ktokolwiek cokolwiek „musi”. Kwestię ekonomii czasowej i efektywności rozmowy można rozważyć, zastanawiając się, co się bardziej opłaca: jednorazowa półgodzinna nawet rozmowa na temat danej kwestii (choćby wynoszenia śmieci), w czasie której przeanalizujemy, „jak to jest dla mnie” i „jak to jest dla ciebie”, i bez obwiniania się i wyżywania na sobie znajdziemy rozwiązanie skuteczne na jakiś czas, czy też codzienne dwuminutowe „pyskówki” przez okrągły rok, a bywa, że dłużej.

Kogo przyciągasz, kogo odpychasz

Stosując empatyczny model komunikowania się, tworzymy przestrzeń na porozumienie z wieloma osobami. W takiej bezpiecznej atmosferze nawet osoby nieufne i mające niskie mniemanie o sobie są bardziej skłonne otworzyć serce i porozumiewać się z tego poziomu. Cholerycy o złotych sercach też dobrze się czują w „empatycznym towarzystwie”, w którym ich wybuchowe usposobienie nie paraliżuje otoczenia, a działania, często przynoszące pożytek wielu osobom, są doceniane. Najmniej atrakcyjna jest oferta empatycznej komunikacji dla manipulatorów działających przez wpływanie na innych, uaktywnianie w ludziach poczucia winy, wstydu i strachu i skłaniających rozmówców do zrobienia tego, czego oni sami oczekują. Osoby stosujące empatię w relacjach – świadome swoich potrzeb i widzące potrzeby rozmówców nawet pod najdziwniejszymi formami ich zachowań i wypowiedzi – manipulacji nie ulegają. Tak więc manipulator ma dwa wyjścia: albo „przełączyć się” na bardziej przejrzysty rodzaj komunikacji, albo szukać sobie pola do popisu gdzie indziej. Empatia po prostu rozbraja komunikaty przemocowe i manipulacyjne, bez rozlewu krwi.

  1. Styl Życia

Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze

Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmieniać życie, nie tylko nasze.

W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Rozmawiamy z Darią Mejnartowicz, która udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens" (9/2019).

Chciałam spytać o pani podróże, ale zacznę od lęku przed lataniem. Podobno długo się pani z nim zmagała…
Mój lęk przed lataniem przybierał naprawdę spektakularne rozmiary: uciekałam z lotnisk, w ostatniej chwili wyjmowano mój bagaż z luku… Paul, mój narzeczony, zawsze powtarzał, że latanie jest o wiele bezpieczniejsze od jazdy samochodem, o czym zresztą boleśnie się przekonałam, ale mimo to panicznie bałam się latać. Jestem spod znaku Panny, więc do wszystkiego podchodzę bardzo metodycznie, dlatego przez lata kupowałam mnóstwo audiobooków, DVD i książek na temat opanowywania lęku przed lataniem, mam pokaźną biblioteczkę. Byłam też na kursie na lotnisku Heathrow – Flying Without Fear, prowadzonym przez byłego kapitana brytyjskich linii lotniczych – Keitha Godfreya. A jednak lęk nie mijał. Aż przyszedł taki dzień, już po śmierci Paula, kiedy wracałam od jego rodziny w Londynie – zawsze jeździłam nocnym pociągiem do Niemiec, stamtąd do Brukseli, z Brukseli pociągiem Eurostar przez tunel pod kanałem La Manche – i w tej drodze powrotnej w połowie tunelu zabrakło prądu i pociąg stanął. Nie było nie tylko światła, ale też klimatyzacji, więc robiło się coraz goręcej… To było gorsze od wszystkiego, czego kiedykolwiek doświadczyłam w samolocie, choć nigdy nie doznałam złych rzeczy, chodziło głównie o zamknięcie na małej przestrzeni. Wtedy powiedziałam sobie: „Koniec. Następnym razem lecę samolotem”. Kolejna podróż, w jaką się wybrałam, to był już lot British Airways. Miałam specjalny list od Keitha skierowany do pilota samolotu, w którym on informuje: „to jest Daria, która jest w moim programie Fearful Flyers, opowiedz jej, proszę, o locie i o tym, co się będzie podczas niego działo”. Kapitan wyjaśnił, co trzeba, i dodał, że będziemy trochę krążyć nad lotniskiem, bo jest straszna pogoda…

No nie…
Ale to mnie uspokoiło, wiedziałam przynajmniej, co się będzie działo. Powiedział, że ma nadzieję, że pójdzie nam to sprawnie, bo chce zdążyć na kolację z żoną. Kiedy poznajesz kogoś, kto ma dowieźć cię bezpiecznie na miejsce i w dodatku jest taki wyluzowany, a jednocześnie profesjonalny jak ten pilot, chętniej oddajesz swoje życie w jego ręce. Na dodatek okazało się, że było wolne miejsce w klasie biznes, więc stewardesa przesadziła mnie, żeby móc mieć stale na oku. Kiedy wylądowaliśmy, wręczyła mi szampana ze słowami: „Niech pani weźmie go do domu i świętuje”.

Cudowne zakończenie!
Ale okupione latami zmagań i panicznego lęku. Długo byłam przekonana, że to jest największe ograniczenie w moim życiu, że najtrudniej będzie mi sobie z nim poradzić.

Dlatego, że chciała pani podróżować?
Po prostu chciałam realizować swoją pasję i wtedy wydawało mi się, że nie ma trudniejszego wyzwania. Że łatwiej jest założyć rodzinę, urodzić dziecko, zmienić pracę, a to, ten lęk, jest zupełnie poza moją kontrolą. Teraz się z tego śmieję, bo lęk przed lataniem zwalczyłam, byłam w 73 krajach, a rodziny nie udało mi się założyć, choć bardzo bym chciała.

Podobno kiedy jako dziewczynkę ktoś pytał, na co pani odkłada pieniądze, odpowiadała pani: „na podróże”.
Zawsze miałam ogromną potrzebę, by zarabiać pieniądze i bardzo nie lubiłam ich wydawać. Przez siostry jestem postrzegana jako sknera. Dla mnie shopping na poprawę humoru jest całkowicie irracjonalny. Kiedy czegoś potrzebuję, kupuję to. Proste. Jako dziewczynka nie dostawałam kieszonkowego i nie zawsze alimenty, musiałam na siebie zarabiać. Mojej mamy nie obchodziło, że nie mam zimowych butów, mówiła: „Chcesz buty, idź sobie zarób”. Moją pierwszą pracą było zbieranie jagód, które sprzedawałam potem sąsiadom. Czasem wydawałam te pieniądze na niezbędne rzeczy, ale głównie odkładałam. Oczywiste było, że na to, by jeździć po świecie. Miałam na tym punkcie świra. Kiedy oglądałam w telewizji programy o dzieciach z Afryki, to czułam, że moje całe ciało się rwie, chciałam tam jechać i pomagać. Podróżowanie zawsze było dla mnie jednoznaczne z pomaganiem.

Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne) Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne)

Czyli nie tyle marzyła pani o podróżach, co o pomaganiu?
To zaczęło się bardzo wcześnie. Sama pochodziłam z trudnego, choć, jak to się mówi, dobrego domu, moi rodzice – lekarka i student prawa – szybko się rozstali, mama nadużywała alkoholu i, jak później dowiedziałam się z dokumentów, cierpiała na chorobę dwubiegunową. Prawie się nami nie zajmowała, musiałyśmy same dbać o to, by odrobić lekcje czy zorganizować sobie czas wolny. Może dlatego już jako dziecko miałam bardzo rozwiniętą wrażliwość na potrzebujących, a ponieważ nie byłam w stanie pomagać innym dzieciom, mogłam przynajmniej pomagać zwierzętom. Dokarmiałam okoliczne psy i koty, czasem przemycałam je do domu.

Pani historię znam z reportażu w „Wysokich Obcasach” i jest ona wstrząsająca: trauma dzieciństwa, zdrada narzeczonego, niesprawiedliwe zwolnienie z pracy, potem śmierć ukochanego w wypadku, mobbing. Mówi pani, że pomaganie potrafi uratować nam życie. Gdy patrzy pani wstecz, sądzi pani, że pomagając innym, chciała pani pomóc też sobie?
Na pewno. Oczywiście widzę to dopiero dzisiaj. Jako dziecko tego nie analizowałam, to był po prostu impuls, odruch serca. I zwierzęta kochały mnie bezwarunkowo. Dziś moja chęć niesienia pomocy wynika z poczucia niesprawiedliwości, potrzeby naprawiania tego świata i zmniejszania zła, jakie się na nim dzieje. Na pewno moje życiowe wybory są podyktowane dawną traumą, choćby wybór studiów. Miałam potrzebę, by służyć innym, a służba zdrowia wydawała mi się idealnym terytorium do pomagania; medycyny się bałam, wybrałam rehabilitację ruchową. Pracę magisterską pisałam o stanie psychicznym kobiet po usunięciu macicy, potem na studiach doktoranckich zajęłam się seksualnością i przemocą seksualną wobec osób z zespołem Downa – też nie przez przypadek. Szukałam grup, które potrzebują specjalnej uwagi i nie bałam się zajmować tematami tabu.

Zawsze idę tam, gdzie niewygodnie. Chcę zabierać głos w imieniu tych, którzy nie potrafią lub których krzyk jest niesłyszalny. Przez wiele lat pracowałam jako menedżer na basenie na Inflanckiej. Organizowałam różne zajęcia w wodzie i na sali gimnastycznej dla nastolatków z upośledzeniem umysłowym, w tym z zespołem Downa. Widziałam, jak wiele im to daje. Że wreszcie są traktowane godnie, dorośle, a nie infantylnie, jak bywa na zajęciach warsztatowych, gdzie proponuje się im głównie lepienie kwiatków. Potem zaczęłam aktywować warszawskich seniorów w ramach programu „Senior: starszy, sprawniejszy”.

A kiedy pojawiły się dziewczynki z Tanzanii? W przemówieniu podczas konferencji Sieci Przedsiębiorczych Kobiet „Be the Change” mówiła pani wzruszająco, że marzą o komplecie majtek i paczce bawełnianych podpasek.
Zanim do nich dojdę, musimy się trochę cofnąć w czasie. Po intensywnych latach pracy na Inflanckiej przeniosłam się do kliniki ortopedycznej Carolina Medical Center, gdzie odpowiadałam za fizjoterapię, rozwój i marketing. Zaczęłam wtedy współpracę z nieistniejącą już organizacją PWNet, założoną przez Dorotę Warakomską. Wspólnie organizowałyśmy różne akcje edukacyjne dla kobiet. Dorota któregoś razu wspomniała mi o programie mentoringowym dla kobiet organizowanym pierwszy raz w Polsce przez fundację Vital Voices Global Partnership i zarekomendowała mnie do niego. Potem Agnieszka Bilińska i Ambasada Amerykańska, która mnie wtedy obserwowała, zgłosili mnie do programu Fortune Magazine/US State Department Global Women’s Mentoring Partnership w Stanach Zjednoczonych, którego celem było spotkanie nas, 25 kobiet z całego świata z mentorkami, kobietami sukcesu z USA. To było niesamowite przeżycie. Zaczęłam myśleć, że może to jest szansa na to, by spełnić marzenie z dzieciństwa. Wcześniej aplikowałam do różnych organizacji pomocowych, ale bez powodzenia, a dzięki temu programowi mogłam być w kontakcie z działaczkami z kilkudziesięciu krajów na świecie. VVGP stworzył networking, który wtedy liczył około 130 kobiet, teraz ponad 300. Cały czas jesteśmy ze sobą w kontakcie i spotykamy się podczas różnych eventów. To zakręcone liderki z pasją wprowadzania zmian w lokalnych społecznościach. Prowadzą fundacje, są akademiczkami, polityczkami, biznesmenkami.

Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne) Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne)

Zaprzyjaźniłam się wtedy z liderką z Birmy Misu Borit  i zaplanowałyśmy wyjazd. Zlinkowała mnie ze swoim kuzynem dr. Wunna, który pracuje jako wolontariusz w bardzo biednej klinice Golden Girls Clinic. To był 2012 rok. Zorganizowałam zbiórkę pieniędzy wśród znajomych i pojechałam do nich z podstawowym sprzętem medycznym i pomocami rehabilitacyjnymi, które zmieściłam w dwóch walizkach, resztę dokupiłam na miejscu. Przez dwa tygodnie urlopu zajmowałam się rehabilitacją osób po udarach, w Birmie zupełnie niepraktykowaną.

Warto zaznaczyć, że za wszystkie podróże płaci pani sama i przeznacza na nie urlopy…
Tak, choć trzy ostatnie bilety lotnicze – na wyjazd do syryjskich uchodźców, do Jordanii i na Filipiny – zasponsorowała mi jedna z mentorek Katarzyna Kołczewska, z niewykorzystanych mil lotniczych swojej firmy medycznej. Ale zwykle za przelot, wizę i pobyt płacę z własnych środków. Wróciłam do Birmy w 2015 roku, wtedy odwiedziłam tamtejsze domy dziecka, ujął mnie bardzo ten kraj i tamtejsi ludzie, jeśli ktoś szuka wolontariatu, to polecam klinikę, w której byłam. Kolejne miejsce to był Ngoenga School for Tibetan Children With Special Needs, gdzie pojechałam na misję rehabilitacyjną dla tybetańskich niepełnosprawnych dzieci uchodźców. Ten projekt realizowałam z ministrem zdrowia Tybetu. No i Kenia, czyli Kibera Slum w Nairobi. Tu mogłam połączyć pomoc z moją kolejną pasją – sportem, który mnie samej bardzo wiele dał.

Pomaga nadać sens czy odrywa od problemów?
Sport to cudowne narzędzie, by rozwijać osobowość, cechy liderskie, dawać poczucie własnej wartości i nadawać życiu sens. Podam przykład. W Kibera Slum, drugim z największych miejskich slumsów na świecie, gdzie średnia życia to 33 lata ze względu na AIDS i wysoką przestępczość, powstała drużyna Challengers, która składa się z żon przestępców. Na co dzień jest im tu bardzo trudno, spotykają się z dużą agresją, do tego każda ma gromadkę dzieci i jest całkowicie zależna od męża. Jane, moja koleżanka, która prowadzi na miejscu fundację, wymyśliła, że aby dać im trochę oddechu i nowe perspektywy, stworzy z nich drużynę piłki siatkowej, która będzie regularnie trenować i rozgrywać mecze. Od tamtej pory to jest stały projekt, w który jestem zaangażowana. W Kibera Slum rozwijamy głównie siatkówkę, edukację dziewczynek i temat podpasek, które w Kenii są luksusem. Zależy nam na tym, żeby dawać je dziewczynkom, by w czasie menstruacji mogły chodzić do szkoły, a przy okazji by lokalne kobiety mogły je szyć i sprzedawać.

Ten sam pomysł widzimy w Oscarowym dokumencie „Okresowa rewolucja”.
My robimy dokładnie to samo, tylko nasze podpaski są materiałowe, wielokrotnego użytku, z wkładką, którą się wyjmuje i pierze. W filmie jest mowa o Indiach, ale w Afryce kobiety i dziewczynki są w podobnej sytuacji. A ponieważ los kobiet i dziewczynek zawsze był mi specjalnie bliski, trafiłam do Tanzanii i do New Hope For Girls Organization. Pojawiła się ona w moim życiu po raz pierwszy w 2015 roku. To dom założony przez Consoler – sama miała bardzo trudne dzieciństwo i postanowiła, że jeśli przetrwa, to poświęci swoje życie dziewczynkom, które dotyka przemoc czy bieda. Adoptuje je, w porozumieniu z biologicznymi rodzicami, i daje im nowy dom. Mogą chodzić do szkoły, a jeśli nie ma na to środków, sama je uczy. Coraz częściej udaje się znaleźć sponsorów, którzy łożą na edukację dziewczynek. Jestem zapaloną ambasadorką tej organizacji, działa w Tanzanii nieprzerwanie, nawet teraz, przed naszą rozmową udało mi się za sprawą sponsorki z Irlandii, Polki, która prowadzi własną klinikę, dopiąć ufundowanie ubezpieczenia zdrowotnego dla dziewczynek, bo niektóre często chorują. Ta sama Margo postanowiła niedawno zaadoptować jedną z tamtejszych dziewczynek, która chciałaby rozwijać się w kierunku medycznym, będzie jej fundować szkołę, a potem studia, a kiedy dorośnie, zaprosi ją do Irlandii. Joe pojechała w lipcu na uczelnię z internatem…

Dziewczynki z Tanzanii są mi bliskie też dlatego, że dostałam od nich cudowny prezent, wielki plakat, na którym każda z nich się podpisała, wkleiła swoje zdjęcie i wszystkie napisały, że od teraz są moją rodziną, że mnie adoptują i żebym do nich przyjechała spędzić starość – będą się mną opiekować. W Polsce nie miałam jeszcze takich propozycji (śmiech).

Zdążyłyśmy przejrzeć zaledwie część pani pamiątek z podróży. Jest tego mnóstwo.
Wśród innych projektów były: Ghana, Gwatemala, San Salwador, Nepal, Madagaskar, Liberia, Jordania, Nigeria, Indie, Kamerun, Vanatu, Syria, Filipiny i Litwa. Obecnie organizuję je na pięciu kontynentach. Pomagam też w Polsce. Wszystko staram się opisywać i dokumentować. Zachowuję zdjęcia, rysunki dzieci, maile wysyłane przy okazji każdej misji… Co jakiś czas sprawdzam, co dzieje się z osobami, którym pomagamy, i też to dokumentuję…

Jak tak pani teraz patrzy na to, co udało się dokonać, pani wewnętrzne dziecko się uśmiecha? Jest bardziej spokojne? Szczęśliwe?
Na pewno jest to dla mnie działanie terapeutyczne, budujące poczucie sensu i nadające życiu wartość. Największy kryzys miałam po śmierci Paula. Musiałam zdecydować: strzelić sobie w głowę czy zrobić coś sensownego z resztą mojego życia? Byłam po trzydziestce i pracowałam na różnych warsztatach rozwoju osobistego. Ewa Foley i Joy Manne, z którymi wtedy miałam częsty kontakt, poradziły mi: „Po prostu trzeba życiu nadać wartość”. Gerhard Walper powiedział: „Pozwól sobie na dobre życie, wreszcie”. Przestałam siebie pytać: „Dlaczego?”, czyli wyszłam ze stanu ofiary, a zaczęłam pytać: „Po co? Jaki jest w tym sens? Po co ja przeżyłam?”. Zobaczyłam, że wiele osób pyta mnie, jak pomagać i jak może pomóc mi pomagać innym. I że to się samo nakręca. A ponieważ powinno się robić w życiu to, co przychodzi nam bez trudu, naturalnie i bez wysiłku – stwierdziłam, że pomaganie jest chyba moim darem, talentem. Że jest we mnie jakiś potencjał. Może właśnie dzięki temu wszystkiemu, co przeżyłam, potrafię się wczuć w perspektywę ofiary, kogoś, kto potrzebuje pomocy. Może gdybym tych wszystkich traum nie przeszła, nie miałabym w sobie tej wrażliwości. Bardzo boli mnie ludzka krzywda i niesprawiedliwość, i uważam, że jeśli się ją widzi, trzeba natychmiast reagować. Na przykład, gdy widzę, jak fizjoterapeuci są zmuszani do pracy na rzecz wskazanych przez lekarza pacjentów bez wynagrodzenia, od razu protestuję, piszę maile, dzwonię. Bo to nie jest OK. Nie boję się reagować i iść pod prąd, co niekiedy przysparza mi wrogów.

Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne) Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne)

Wyjeżdza pani czasem tylko po to, by poleżeć na plaży?
Jakby ktoś chciał mnie bardzo ukarać, to musiałby mnie wysłać na wycieczkę do Egiptu do pięciogwiazdkowego hotelu na tydzień. Najgorsza kara, naprawdę!

Jak można więc pani pomóc w pomaganiu?
Na stałe współpracuję z fundacją, która ma grzecznościowo utworzone dla mnie konto. Można na nie przelewać środki; są one w 100 proc. przekazywane na cele akcji, które organizuję. Można się ze mną skontaktować przez Facebooka, Messengera i LinkedIn. Każdemu, kto będzie zainteresowany, powiem, czego aktualnie potrzebujemy: opłacenia nauki dziewczynce, kursu zawodowego, pomocy edukacyjnych, sprzętu medycznego, rehabilitacyjnego czy sportowego.

Zaczęłyśmy od lęku przed lataniem, co jest teraz dla pani największą barierą do pokonania?
To, z czym się zmagam, to wbrew pozorom lęk przed osamotnieniem. Kiedy przychodzi weekend, święta czy czas wolny, tych wszystkich moich przyjaciół z całego świata przy mnie nie ma. A ja potrzebuję mieć wokół siebie ludzi. Być może swoją nadaktywnością uciekam od poczucia pustki, bycia niepotrzebną, bezwartościową. Wciąż mam poczucie, że jestem nie dość dobra, i ciągle muszę udowadniać światu, że warto mnie kochać. Czasem się zastanawiam, co bym robiła, gdybym nie robiła tego, co robię. Jaki sens miałoby wtedy życie. Choć zaraz sobie przypominam, co powiedziała jedna z moich mentorek Nemi Nath – że celem życia jest samo życie. Tego muszę się jeszcze nauczyć. Ale może to przyjdzie samo, tak jak sam odszedł lęk przed lataniem. Nadal czasem nie czuję się komfortowo w powietrzu, ale powtarzam sobie to, co kazał mi Keith napisać na karteczce: „turbulencje są nieprzyjemne, ale nie są niebezpieczne” i że odwaga polega na tym, że bojąc się czegoś – robię to mimo lęku.

Daria Mejnartowicz zrobiła doktorat w zakresie rehabilitacji ruchowej, magisterium zarządzania i marketingu oraz MBA, ukończyła też studia podyplomowe w zakresie wychowania seksualnego, spełnia swoje marzenia, podróżując po świecie i wspierając mieszkańców krajów rozwijających się, głównie kobiety i dziewczynki.

  1. Psychologia

Mężczyźni i emocje – wyprawa do czyśćca

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Nawet kilkuletni chłopcy, gdy stłuką kolano, nie są przytulani! Nikt im nie współczuje, a więc gdy dorosną, nie są zdolni do empatii. Mogą się jej nauczyć, ale muszą odpłakać dziecięce zranienia. Inaczej będą odcinać się od wszystkich uczuć poza złością i depresją – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mężczyźni i emocje? Od razu myślimy: chłopaki nie płaczą! Bardziej poruszające jest dla mnie co innego: chłopaki nie współczują! Powiedzmy wprost: kiedy kobieta płacze, to mężczyzna często się wścieka. Bo świat męskich emocji nadal jest ubogi i często sprowadza się do złości lub doła. Czy tak musi być?
Zacznijmy od tego, dlaczego mężczyźni mają kłopot z doświadczaniem i wyrażaniem współczucia, a najczęściej wyrażaną przez nich emocją jest złość. Ta ich choroba duszy zwykle ma swój początek we wczesnym i bolesnym doświadczeniu przemocy lub całkowitego ignorowania przez psychopatycznego, często pijącego ojca. Matka jest na ogół bezradną, upokorzoną i współuzależnioną niewolnicą męża, która nie dość, że nigdy nie staje w obronie syna, to jeszcze „kabluje” na niego albo oczekuje obrony i wsparcia. W rezultacie ani dla ojca, ani dla matki syn nie jest dzieckiem i nie dostaje tego, czego wszystkie dzieci potrzebują, czyli: miłości, czułości, uznania i troski. Czuje się więc kimś, kto jest tylko obiektem rozładowywania rodzicielskich frustracji i okrucieństwa.

Przejmująco smutne i samotne dzieciństwo.
Z takiego domu chłopiec wychodzi z ogromną raną w sercu. I z przekonaniem, że jest kimś, kto nie zasługuje ani na współczucie, ani na szacunek, ani na żadne inne ludzkie odruchy. Niestety, właśnie w takich warunkach formowana jest w psychice chłopca psychopatyczna obrona (charakter), która jest dramatyczną próbą poradzenia sobie z bólem, którego doświadczył. Sposobem na ukrycie piekącego wstydu upodlonej, pozbawionej godności ofiary będzie więc stanie się samemu dręczycielem i złoczyńcą. Patrząc głębiej – chłopiec wyrośnie na mężczyznę, który będzie wypierał ze swojej świadomości tę upokorzoną i zawstydzoną część i umieszczał ją w innych, słabszych od siebie istotach. A potem będzie niszczył je – na próżno dążąc w ten sposób do unicestwienia własnego wstydu i bólu. Podsumowując, pod brakiem współczucia i agresją mężczyzny prawie zawsze skrywa się głęboka rozpacz.

Współczuję rany w sercu. Ale przeraża mnie sposób gojenia! Żona i dzieci stają się ofiarami, bo on zamienia się w ojca?
Zapewne tak, bo jego ojciec miał w sercu podobną ranę. Trzeba też zrozumieć, jak został sformatowany przez matkę stosunek syna do kobiet. A więc chłopiec, a potem mężczyzna odczuwa do matki żal za to, że go nie broniła. Czuje też do niej pogardę, bo stała się niewolnicą ojca. Te trudne uczucia jednak głęboko ukrywa nawet przed samym sobą, a w zamian ślepo idealizuje matkę. Robi tak nie dlatego, że chce ją oszczędzić. Aby psychicznie przetrwać terror, dziecko musi uznać choćby jednego z rodziców za kogoś, z kim ma pozytywną więź. Ta mieszanka trudnych emocji ukształtuje raz na zawsze w jego umyśle obraz kobiet i sposób budowania z nimi relacji. Im bardziej w głębi serca będzie spragniony kobiecego zachwytu, czułości, troski i lojalności, tym bardziej będzie kobiety uznawał za słabe, niedojrzałe i żałosne istoty: „lalki, cipy, świnki, dziwki”. Będą w nim budzić litość, pogardę i podświadomą chęć zemsty. Im bardziej będą dla niego zachwycające, godne szacunku i upragnione – tym bardziej będzie je dewaluował. Zaakceptuje tylko kobietę dzidzię. Zaopiekuje się nią, będzie rozpieszczać, ale też zdradzać, wykorzystywać, a nierzadko nawet bić.

To teraz rozumiem, czemu tak nieskuteczne są apele kobiet o to, by ich partnerzy mówili o swoich uczuciach. Choć w takiej sytuacji to może nawet dobrze, że nie mówią?
Jeśli kobieta zaproponuje swojemu psychopatycznemu partnerowi, żeby zajrzał w głąb siebie i zaczął okazywać prawdziwe uczucia i potrzeby, to usłyszy: „Mam tylko dwie potrzeby i dwa uczucia. Nienawidzę wszystkich frajerów i chętnie wpierdoliłbym każdemu, a poza tym przeleciałbym każdą fajną dupę, jaką spotykam na mieście”. Tacy mężczyźni bronią się przed jakąkolwiek refleksją na swój temat. Po pierwsze, nie biorą pod uwagę, że zostali specyficznie zdeformowani przez okoliczności swego dorastania. A po drugie, trafnie przeczuwają, że pod pancerzem, który ich chroni, kryje się skrajnie zrozpaczone, skrzywdzone dziecko. Wolą zginąć niż się z nim spotkać i odczuć jego ból.

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. Czy dlatego, że mężczyzna woli zaatakować niż ukoić ból serca?
Patriarchalna kultura mu na to zezwalała. Dlatego takich mężczyzn trudno zainteresować pytaniem: Czy jest się czym chwalić i czy to aby na pewno twoje prawdziwe uczucie? Warto pamiętać, że są trzy poziomy uczuć i emocji. Pierwszy poziom to emocje wyuczone i nawykowe, często neurotyczne, na przykład reagowanie agresją lub lękiem na każdy kontakt z ludźmi. Drugi poziom to uczucia głębokie, często wyparte i przykryte przez te pierwsze, na przykład rozpacz, tkliwość, pragnienie miłości, słabość. Trzeci poziom to uczucia związane z istotą naszego człowieczeństwa, takie jak: empatia, szacunek, czułość, miłość, szczodrość, radość.

Ktoś, kto ciągle chce tylko komuś przyłożyć, z pewnością nie ma kontaktu ze swoimi prawdziwymi i głębokimi uczuciami.
Właśnie. Jeśli więc taki mężczyzna zdecyduje się na psychoterapię, to dopiero wtedy będzie mógł dotrzeć do swoich prawdziwych, wypartych uczuć i potrzeb. Będzie mógł opłakać to, czego jako dziecko nie dostał. A dzięki temu zrozumie i wyłączy niepotrzebny mu już psychopatyczny mechanizm obronny, który pomógł mu mniej cierpieć, gdy był dzieckiem, a którym teraz krzywdzi innych i siebie.

(Ilustracja Paweł Jońca) (Ilustracja Paweł Jońca)

Widziałam poruszający filmik „Emocje i mężczyzna”, którego bohater, youtuber Grzegorz Szpilka, opowiada, jak z zimnego macho stał się mężczyzną, który potrafi współczuć. Ale ceną było wiele dni płaczu, otwierania się na kolejne zranienia z dzieciństwa.
Właśnie tak ten proces przebiega. Wiem to nie tylko jako psychoterapeuta, lecz także jako mężczyzna, który podczas własnej terapii sam otworzył się w końcu na ból wczesnych zranień. Łez jest wiele, bo pamiętajmy, że w męskich chorych duszach mieszka głęboko schowany chłopiec, który utracił całe swoje dzieciństwo. Przedwcześnie musiał stać się dzielnym wojownikiem, nieczułym na ból własny i innych.

Zraniony ranił innych.
Dlatego proces psychoterapeutycznego leczenia rany w duszy mężczyzny porównuje się często do czyśćca. Dopiero gdy opłacze swoje zranienia, zyska zdolność do współczucia. Bo żeby współczuć, musimy odnaleźć w sobie te emocje, których doświadcza drugi człowiek. A wtedy, widząc płaczącą partnerkę, nie tylko nazwie to, co widzi, smutkiem czy rozpaczą, ale też poczuje to w sobie, a nawet wesprze ją w ekspresji emocji. W rezultacie tej podróży w głąb swojego zranienia doświadczy uczuć i potrzeb z trzeciego poziomu, czyli tych fundamentalnych i jednoczących, definiujących jego prawdziwą tożsamość, jak radość, miłość czy właśnie empatia.

To optymistyczna wiadomość, ale zdaje się, że psychopaci rzadko idą na psychoterapię.
To prawda, bo obrona psychopatyczna polega na przekonaniu, że tylko ja jestem okay, a wszyscy inni, to „leszcze, cwele i frajerzy”. To szalone i skrajnie niebezpieczne przekonanie pozwala przykryć wstyd i upokorzenie dzieciństwa tak skutecznie, że człowiekowi z psychopatycznym charakterem bardzo trudno z niego zrezygnować.

Łatwo zacząć współczuć takiemu psychopacie. Zwłaszcza że, jak pisze Jerzy Mellibruda, kiedy kobieta widzi złoszczącego się faceta, myśli, że miał zły dzień czy dzieciństwo. Bo dla kobiety złość to przejawy emocji. Ale dla mężczyzn to często tylko narzędzie sprawowania władzy, narzucenia swojej woli. Czyli my, głupie, przez tysiące lat współczujemy tyranom?
To prawda, że mężczyźni używają agresji jako narzędzia sprawowania władzy i kontroli nad kobietami i słabszymi mężczyznami. Dlatego mimo tej wiedzy, że agresja odcina tyrana od jego głęboko skrywanego cierpienia, lepiej powściągnąć ostentacyjne współczucie i odważnie przeciwstawiać się tyranii. Tym bardziej że w zlodowaciałym sercu tyrana uległość budzi pogardę i nienawiść. Tragiczne jest też to, że partnerki tyranów, ulegając im, zapominają nie tylko o sobie, lecz także o ochronie dzieci. Tak więc mechanizm produkowania następnych pokoleń chorych dusz może trwać.

A więc kobieta powinna oczekiwać od mężczyzny, żeby on sam znalazł sposób na to, żeby sobie poradzić ze swoją agresją?
To prawda. Dodam jeszcze, że męskiej agresji nie należy zamiatać pod dywan, lecz warto ćwiczyć chłopców i mężczyzn w dedykowaniu jej działaniom pozytywnym, konstruktywnym i kreatywnym. Pamiętam, jak wiele wysiłku musiałem włożyć w to, by opanować moją młodzieńczą agresję. Zarówno tę wrodzoną, jak i tę zassaną z powojennej atmosfery: z domów dziecka, z obcowania z poranionymi wojną agresywnymi kolegami, nauczycielami wyżywającymi się fizycznie na uczniach i z innymi dorosłymi – w tym z matką. Sprawdziłem na sobie słuszność starej zasady, że aby opanować agresję, trzeba uprawiać dużo sportu i ćwiczyć sztuki walki. Jako młody chłopak często musiałem stawać do walki. Ale od czasu, gdy już jako dorosły w ramach treningu walki kilkakrotnie doświadczyłem całkowicie bezwstydnej i nieustraszonej eksplozji agresji wraz z tym, że nie musi się ona wiązać z nienawiścią, lecz z uznaniem i szacunkiem dla przeciwnika – poczułem, że to ja dysponuję moją agresją, a nie ona mną.

Dziś uważamy, że agresję można wyciszyć wychowaniem. Nie dawać chłopcom zabawek militarnych i nie pozwalać się bić, a będą łagodni.
Chłopiec, który ma kochających rodziców, nie ma tak wielkiego problemu z agresją, jak syn psychopatycznego ojca i wycofanej matki. Ale jednak jego organizm też wytwarza testosteron. Odczuwa więc potrzebę obrony, rywalizacji i walki. Zatem to wielka szkoda, że dziś nie uczy się chłopców, jak radzić sobie z własną agresją, a w zamian piętnuje się ją. W ten sposób doprowadza się do wyparcia jej ze świadomości. A przecież to, co wyparte, nie poddaje się kontroli, z ukrycia działa na różne pokrętne sposoby. Stąd zapewne aż tak wielu młodych mężczyzn, a także tych przekraczających cezurę połowy życia, albo nie potrafi panować nad swoją agresją, albo próbuje sobie z nią radzić za pomocą różnych uzależniających substancji chemicznych.

A więc mamy do czynienia z agresją mężczyzn, która ma wiele źródeł i postaci. A co z innymi emocjami?
Na szczęście nie wszyscy mężczyźni idą przez życie zakuci w szczelny psychopatyczny pancerz, choć większość mężczyzn ma mniej lub bardziej rozległy psychopatyczny rys. Ci zdolni są do przeżywania wielu innych uczuć. Ale trzeba się liczyć z tym, że jednak większość mężczyzn w sytuacjach dla nich trudnych zareaguje nawykową agresją lub zamrożeniem, wycofaniem. Kto wie, czy to mimo wszystko nie lepsze niż usiąść i płakać? Jeśli jednak mężczyzna zdecydował się na tę odważną podróż w głąb siebie i odpłakał dziecięce zranienia, to stał się naprawdę silny. Nadal potrafi być wytrzymałym i odważnym obrońcą czy brać na siebie duże ciężary. Nie upokarza już jednak tych, którzy są słabi, aby poradzić sobie z własną rozpaczą.

  1. Psychologia

Jaka piękna awantura!

Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. (Ilustracja Przemysław Trust Truściński)
Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. (Ilustracja Przemysław Trust Truściński)
Świat bez konfliktów, społeczeństwa w zgodzie, rodziny bez kłótni, my sami w harmonii ze sobą. Komu nie marzy się taka rzeczywistość? Czy jednak jest możliwa? Pewnie tylko w bajkach. Bo konflikty są nieuchronną częścią naszego życia. Co więcej, może na nich skorzystać każda ze stron. Wszystko zależy od tego, jak je traktujemy. I jak rozwiązujemy.

Ewa, 31 lat, właśnie wprowadziła się z mężem do pierwszego własnego mieszkania. Opowiada, że przy jego urządzaniu o mało się nie rozwiedli. I to był dla niej szok. Bo znają się pięć lat, przez ten czas wynajmowali sześć mieszkań i zawsze byli zgodni. W starej kamienicy? Super. Na piątym piętrze bez windy? A co to za problem! W ogóle się nie kłócili, nie tylko w sprawach mieszkań. A teraz? Awantura za awanturą. O wszystko. O kolor ścian, meble, łóżko. Czy kuchnia ma być zamknięta, czy otwarta, z wyspą czy bez. A przede wszystkim o styl mieszkania.

– Wymarzyłam sobie chłodny skandynawski, on uparł się przy rustykalnym, jak u mamy. Nie to, żeby głównie awanturował się Tomek. Bardziej walczyłam ja. Nie wyobrażałam sobie, że nasze pierwsze mieszkanie będzie tak staroświeckie. Czasem szło na noże.

Kto górą?

Przyjrzyjmy się na tym przykładzie naszemu bohaterowi, konfliktowi. Kiedy się rodzi? Wiadomo – gdy dochodzi do różnicy interesów lub opinii pomiędzy dwoma lub więcej stronami. Gdy każdy dąży do osiągnięcia swojego celu, wykluczając cel konkurenta. Ewa, forsując pomysł na skandynawski klimat mieszkania, przekreśla plany męża na ten bardziej przytulny.

William L. Ury, współtwórca programu negocjacji na Uniwersytecie Harvarda, w książce „Dochodząc do zgody” pisze, że konflikt ma tym lepszą pożywkę, im podmioty są od siebie bardziej zależne. A Ewa i Tomasz mieszkają pod jednym dachem, są małżeństwem, mają więc wiele pretekstów do waśni. Ury zwraca uwagę na trzy różne, często mylone interpretacje konfliktu. Pierwszy odnosi się do rzeczywistego konfliktu interesów – pragnień i potrzeb ludzi. Ewa czuje się dobrze w surowych wnętrzach, Tomek – w tych przypominających rodzinny dom. Drugi poziom dotyczy różnicy stanowisk, ujawnionych w formie żądań. Ci młodzi, a właściwie bardziej ona, takie żądania wyrazili. Trzeci poziom konfliktu to już walka sił. Ta para była o krok od tego etapu. Choć nie musiała, bo – jak uważa Ury – to, że ludzie mają różne interesy, nie musi oznaczać, że skończy się walką. Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. To niemożliwe.

Tymczasem od lat słyszymy, że konfliktów należy unikać. A co widzimy? Że sami jesteśmy nimi targani na co dzień. Choćby wtedy, gdy mamy ochotę na słodycze, ale wiemy, że są niezdrowe. Gdy złościmy się na szefa, ale tego nie okazujemy, bo boimy się stracić pracę. Psychologowie nazywają takie konflikty intrapersonalnymi. Wyróżniają ponadto te między grupami ludzi (zawodowymi, społecznymi, państwami) oraz wewnątrz grup, na przykład facebookowych (tak zwane konflikty interpersonalne). Źródła konfliktów mogą obejmować idee, myśli, emocje, wartości, predyspozycje lub popędy.

Mimo że konflikty towarzyszą nam na każdym kroku (a może dlatego), mają wyjątkowo złą sławę. Według niektórych są konsekwencją błędów (najczęściej czyichś, nie naszych). Efektem działania złych ludzi, awanturników, pieniaczy. Czymś, co burzy spokój, ład i harmonię.

Karolina Dyduch-Hazar, psycholożka z Uniwersytetu SWPS: – To, że większość z nas ma negatywne skojarzenia z konfliktem, wynika z tendencyjnej prezentacji konfliktu w mediach, gdzie to słowo sklejone jest z epitetami „zbrojny”, „międzypartyjny”, „wielopokoleniowy”. To sprawia, że konflikt jawi nam się jako coś zagrażającego, czego należy unikać.

Liv Larsson, światowej sławy trenerka Porozumienia bez Przemocy, uważa, że rezultatem takiego podejścia do konfliktu, a zwłaszcza do oponentów, jest eskalacja sporu. Bo skoro druga strona jest złem wcielonym, to ta pierwsza okopuje się na swoim stanowisku, szuka mocniejszych argumentów, żeby być górą. Wystarczy zerknąć na internetowe fora. Ludzie nie przebierają w słowach, obrzucają się nawzajem błotem. Ileż na to potrzeba sił i energii! A to z kolei utwierdza niektórych w przekonaniu, że lepiej nie wdawać się w dyskusje, unikać wyrażania swojego zdania, jeśli wiadomo, że jest kontrowersyjne. Efekt? Kumulowanie problemów i frustracji. A zamiatane pod dywan wcześniej czy później wybuchną.

Karolina Dyduch-Hazar wyjaśnia, że konfliktom pomagają nasze mechanizmy poznawcze, takie jak na przykład upraszczanie sądów o rzeczywistości, kategoryzowanie (na przykład: my i oni). A upraszczamy i kategoryzujemy, ponieważ sprzyja temu życie w skomplikowanym świecie pełnym zależności.

– Większość z nas preferuje bardziej jednoznaczność niż wieloznaczność – mówi psycholożka. – Mamy też skłonność do kurczowego trzymania się jednej opinii. Taka postawa utrudnia przyjęcie perspektywy innej strony czy wzięcie pod rozwagę konkurencyjnej opinii. Ale daje poczucie kontroli nad otaczającą nas rzeczywistością. Nie bez znaczenia jest narcystyczna kultura, w jakiej żyjemy. Ludzie porównują się do innych. Gdy do kogoś w ich odczuciu lepszego– czują się źle, natomiast, gdy do tego stojącego niżej w hierarchii, biedniejszego, nieuprzywilejowanego – lepiej.

Dzięki ci, kłótnio!

Ewa opowiada, że kiedy doszli z mężem do ściany, wzięła urlop i wyjechała. Sama. Żeby wszystko przemyśleć.

– Przeczuwałam, że spór o urządzanie mieszkania kryje pod spodem głębszy problem w naszej relacji. Przeanalizowałam wszystkie nasze wcześniejsze decyzje. I eureka! Nagle zobaczyłam, że to on je podejmował, ja tylko mu przytakiwałam. Nie dlatego, że był despotą, nie. Zgadzałam się na wszystko, bo tak chyba było mi wygodnie. Bo chciałam, żeby było miło. A może po prostu poprzednie tematy nie były dla mnie aż tak ważne. Tak czy siak, unikałam konfrontacji. A tu nagle wyskoczyłam ze swoim zdaniem, którego broniłam jak lwica. Pokłóciliśmy się tak, że Tomek zgłupiał. Ale ja zmądrzałam. Więc powtarzam sobie w duchu: „Dzięki ci, kłótnio! Dopiero ty mi uświadomiłaś, w co brnę!”. Unikanie konfliktu za wszelką cenę o mały włos nie rozwaliło mi małżeństwa. Liv Larsson w książce „Porozumienie bez przemocy w mediacjach” pisze: „Konflikty są naturalną częścią naszego życia. Powstają tam, gdzie płynie życie i gdzie ludzie mają marzenia”. Kiedy to zaakceptujemy, łatwiej zauważyć ich pozytywne strony. A te są niezaprzeczalne.

Po pierwsze, konflikt sygnalizuje potrzebę zmiany. Ewie uzmysłowił, że dla swojego dobra i w interesie związku powinna mówić otwarcie, co myśli, być bardziej aktywna, przejmować inicjatywę. Po drugie, spór pozwala przyjrzeć się głębiej naszym potrzebom i nam samym w ogóle. Dzięki niemu poznajemy także innych. Czyli – dostajemy złożony, ale całościowy i prawdziwy obraz sytuacji.

– Po trzecie – dodaje psycholożka – konflikty są szansą na rozwój nie tylko osobisty, lecz także kulturowy, naukowy, społeczny. Konflikt pomiędzy biało- i czarnoskórymi Amerykanami w latach 60. doprowadził do poprawy sytuacji Afroamerykanów. Ten między Carlem Gustavem Jungiem a Zygmuntem Freudem skutkował rozwojem psychologii głębi. A toczący się obecnie konflikt na Białorusi być może doprowadzi do rozwoju demokratycznych rządów w tym regionie. Ale oczywiście lepiej byłoby, gdyby źródła tych sporów zidentyfikować wcześniej i próbować im zapobiec. Wtedy różnice pomiędzy stronami nie przerodziłyby się w długotrwałe spory, które są dla wszystkich wyniszczające. Przykład? Konflikt Izrael–Palestyna, w którym obie strony postrzegają się jako wrogów. Takie konflikty wiążą się z brakiem nadziei na zmianę, bezsilnością i wrogością – stanami, które nie motywują do podjęcia konstruktywnych działań. Bo „i tak nic się nie zmieni”, „nic to nie da”, „po co się starać”.

Propozycja i opozycja

Przykład konfliktu między Ewą i Tomaszem pokazuje, że najgorsze, co możemy zrobić, to udawać, że sporu nie ma. Bo kiedy wcześniej ona przymykała oko na dzielące ich różnice, to nie znaczy, że one nie istniały. Dopiero kiedy je zidentyfikowała i ujawniła, mogła je rozwiązać.

Jak ich szukać? Karolina Dyduch-Hazar wylicza pomocne umiejętności: patrzenie na problem z wielu stron (ja – on, młodsi – starsi), akceptacja wieloznaczności, różnorodności, skomplikowania.

– Jedną z technik przydatnych w rozwiązywaniu konfliktów jest reinterpretacja poznawcza, czyli zmiana znaczenia bodźca, który wywołał konflikt, bo wtedy możliwa jest zmiana reakcji emocjonalnej na ten bodziec. Krytykę na przykład możemy odebrać jako prowokację i zareagować agresją. Ale możemy też zmienić znaczenie prowokującego bodźca, zobaczyć w nim wartość i zareagować chęcią rozmowy. Istnieją techniki pomagające skoncentrować się na rozwijaniu pozytywnej emocjonalności, takiej jak pokorność (ang. humility), czyli stan, w którym zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy częścią większej całości, kiedy jesteśmy świadomi własnych ograniczeń, niedoskonałości, błędów. Jak uważność (ang. mindfulness) skierowana na pojawiające się doświadczenia w danym momencie w sposób intencjonalny, nieoceniający i akceptujący. Jak wdzięczność (ang. gratitude), czyli docenianie tego, co się już ma, zamiast narzekanie na to, czego się nie ma. Jak empatia. Takie cechy nie są oznaką słabości, a wręcz przeciwnie – samoświadomości, czyli naszej wewnętrznej siły.

Tymczasem w najlepsze się opluwamy, skaczemy sobie do oczu, niszczymy się. Bo nie umiemy dyskutować. Na świecie od lat w spornych sprawach wykorzystuje się tak zwane dyskusje oksfordzkie. To bardzo ciekawy rodzaj sformalizowanej dyskusji: prowadzi ją osoba nazywana marszałkiem, dyskutanci podzieleni są na dwie grupy – propozycja (obrońcy tezy) i opozycja (przeciwnicy). Nie wolno nawzajem się obrażać, sięgać po argumenty ad personam. Liczy się umiejętność formułowania własnej koherentnej opinii, ale też umiejętność merytorycznego odnoszenia się do opinii innych. Dyskusja ma doprowadzić do wyboru najlepszego rozwiązania konfliktu, problemu, sprawy. To są gotowe techniki do nauki rozwiązywania sporów. Dlaczego nie korzystają z tego narzędzia polskie szkoły?

– Dziecko uczy się zachowywania poprzez obserwację zachowań dorosłych. Jeśli dorasta w domu, w którym inny jest wrogiem, a konflikty nie są konstruktywnie rozwiązywane, to trudno oczekiwać, by umiało je w przyszłości rozwiązywać z korzyścią dla siebie i innych – mówi psycholożka.

Różnice między ludźmi nie znikną. Spory też. Dlatego musimy naprawdę poważnie zabrać się do uczenia dzieci w rodzinach i szkołach rozwiązywania konfliktów. Pięknie się różnić to jest to, na czym nam wszystkim powinno zależeć.