1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Moc tańca ludowego

Moc tańca ludowego

Raz, dookoła! Mazurek, kujawiak i najszybszy – oberek. Niegdyś taniec był częścią życia ludzi, dziś znajdujemy w nim energię i terapeutyczną moc

– Uczę organicznie – opowiada Piotr Zgorzelski, muzyk, tancerz i nauczyciel polskich tańców tradycyjnych. – Rozpoczynając warsztaty, prezentuję podstawowe kroki poprzez rodzaj zabawy tanecznej. Wyobrażamy sobie, że wychodzimy na łąkę, słuchamy ptaków i łapiemy motyle albo wybieramy się promem na warszawskie Bielany, a wszystko to w rytm muzyki.

Nikt nie myśli wtedy, jak „w matematyczny sposób” prawidłowo postawić stopy, wszyscy bawią się naturalnie, odnajdując siebie w danym rytmie. – Uczę głównie tańców polskich z terenów nizinnych – Mazowsza, Wielkopolski, Radomszczyzny, Kurpi, Mazur – kontynuuje Piotr. – Ich różnorodność jest duża, ale mają pewne wspólne cechy. Zasadniczo trójmiar to kujawiak, walczyk, mazurek i najszybszy z nich – oberek, do dwumiaru zaliczymy krakowiaka i polkę.

Współcześnie muzykę, taniec i śpiew traktujemy jako formę sztuki na pokaz, możliwą do wykonania po żmudnych i wyczerpujących treningach. – Jesteśmy głównie odbiorcami artystycznych zdarzeń, a nie ich współtwórcami – wyjaśnia. – A dawniej były one częścią życia, w której wszyscy uczestniczyli. Dla mnie muzyka i taniec to pretekst do tego, żeby się spotkać. Same w sobie są ważne, ale ważniejszy jest kontakt z drugą osobą.

W tańcu, jak w życiu, następują etapy: na początku poznajesz coś prostego, jak zaczyna ci wychodzić, uczysz się kolejnych, trudniejszych elementów. – Przede wszystkim to zwalczanie swojej niemocy psychicznej, fizycznej oraz wszelkich nieuświadomionych napięć w ciele – wyjaśnia Piotr. – Kiedyś tańczyło się na zabój. Na wsi kończyło się pracę, robiło obrządek i tańczyło do rana, a potem z zabawy wracało się do pracy. Gdy nauczymy się rozluźniać i oszczędnie eksploatować energię, okaże się, że zmęczenie mija, można tańczyć przez wiele godzin bez wysiłku, a rano mieć więcej energii niż dnia poprzedniego.

Dlatego właśnie tańczy się płasko i drobnymi krokami, można wówczas kręcić się jednocześnie szybko w swojej parze, jak i w dużym kole.

Piotr: – Na moich kursach poznaje się kanon kroków, podstawę, a potem trzeba po prostu tańczyć, odkrywać i opisywać siebie. Uczestnik dostaje ode mnie narzędzia i wiedzę, jak ich używać. Reszta zależy już od niego. Nie ma wzoru matematycznego na krok oberka, mazurka czy kujawiaka. Każdy ma swoją niepowtarzalną motorykę ciała, charakter, sposób bycia, myślenia i odczuwania. Te wszystkie elementy sprawiają, że różni tancerze ten sam taniec mogą wykonać inaczej, tworząc swój indywidualny styl.

Nie ma takiego tańca jak oberek

– Muzyka polska w moim życiu pojawiła się ponad 15 lat temu przypadkiem – opowiada swoją historię Piotr. – Wypłynęła na fali zainteresowań muzyką innych kultur, głównie latynoamerykańską i afrykańską. Nie miałem żadnego wykształcenia muzycznego, ale chciałem tańczyć i grać.

Z pasiaka łowickiego zrobił sobie ponczo, ze słomkowego kapelusza sombrero i udawał Latynosa. – W pewnym momencie zrozumiałem, że to tylko przebieranka – przyznaje – że muzyka wynika z jakiegoś kontekstu, o czymś opowiada, czemuś służy. Zrobiłem zwrot i zacząłem zgłębiać naszą kulturę i tradycje. Kilka lat słuchałem tylko tradycyjnej polskiej muzyki. To dało mi poczucie, że jestem stąd, że to mój dom, o tym śpiewam i tak się poruszam. Tu jest moja ziemia. Szukałem po całym świecie tego, co by było moje i mnie opisywało, a ono było na wyciągnięcie ręki.

W poszukiwaniach pomogli mu: profesor ASP Andrzej Bieńkowski, który do dziś jeździ na wieś, maluje, nagrywa i filmuje wiejskich muzyków, profesor Piotr Dahlig z etnomuzykologii UW oraz przyjaciele z nieistniejącej już grupy Bractwo Ubogich. A najlepszymi nauczycielami byli prości ludzie ze wsi lub z miasta. – Taniec to dla mnie rodzaj wyzwolenia – wyznaje Piotr. – Lubię tańczyć, obserwować innych w tańcu i uczyć.

Uczy się stale, próbując nowych tańców na swoich warsztatach. – W ciągu roku poznaję dwa, trzy nowe tańce – kontynuuje. – Jeżeli mi się podobają, wprowadzam je do programu nauki, żeby inni też mogli je ze mną zatańczyć. Oberek, mazurek, polka, wiwat, walczyk, kujawiak, krakowiak i polonez. Na ich bazie są budowane różne odmiany regionalne lub układy taneczne – krzyżoki, miotlarze, dyny, kozaki, różne polki itd.

Ale nie ma takiego drugiego tańca jak oberek.

Tak szybkiego, zakręconego i ekstatycznego, nie – podsumowuje Piotr. – Chodzi tu o rodzaj wspólnego przeżycia i zapamiętania się w tańcu. Nie jestem sam dla siebie. Jestem dla mojej partnerki i dla innych uczestników, a oni z kolei są dla mnie. Ten rodzaj uniesienia jest możliwy tylko w grupie. Kręci się wszystko: wirujesz ty, twoja partnerka i wszystkie pary wokół. Gonimy i jesteśmy gonieni i nie czujemy zmęczenia. To jest szalony taniec derwiszy, tyle że w parach. Nie ma czegoś takiego w Europie. To nasz język, opowieść o naszej historii.

Kosmiczna jedność

– Oberek oswoił mnie z polską tradycją ludową – opowiada Ignacy. – Zacząłem ją doceniać dzięki temu, że doświadczyłem jej swoim ciałem. To mnie osadziło w mojej tożsamości, dało poczucie, że jestem stąd.

Tańczy od 15 lat, odkąd powstał „Dom Tańca”. – Nie mam muzycznego wykształcenia, ale może dzięki temu czerpię z tego tak ogromną radość. Oberek zachwycił mnie i zachwyca do dziś. To szaleństwo ukierunkowane i transformowane na odmienny stan świadomości.

 

Każdy ruch poprawia nastrój, ale tutaj dodatkowa radość jest taka, że robisz to w parze, w relacji z drugą osobą. – A jeżeli tańczysz z grupą, która chce się z sobą zsynchronizować – dodaje – dochodzi aspekt kosmiczny – tworzysz jedność nie tylko ze swoją partnerką, ale też z innymi parami. W parze, obracając się w jedną stronę, a w grupie – w drugą.

Technikę można opanować w ciągu kilku zajęć. Zasady są proste: tańczyć na całych stopach, uginać kolana i wykonywać płynne obroty. Ale wytańczenie tego zajmuje lata.

Ignacy: – Sama technika jest pusta, póki nie odnajdziesz w niej siebie. Największa trudność to oswojenie się z ruchem i rozluźnienie. Ja po jakimś czasie zacząłem się sobie przyglądać i szukać w tym rozluźnienia. I odkryłem ten taniec na nowo. Najważniejsza w tej chwili jest dla mnie ta radość, moja odrobina szaleństwa.

Taniec osadza w rolach, tzn. kobieta musi mężczyźnie zaufać i dać się poprowadzić. To uczy otwarcia. Tańczy się blisko i szybko jednocześnie. – Taniec na pewno mnie zmienił, jeśli chodzi o kontakty z kobietami – podsumowuje Ignacy. – Nabrałem śmiałości, pewności siebie i stałem się uważny. Zawsze staram się wyczuć, jak moja partnerka chce tańczyć, albo oswoić ją ze sposobem, w jaki ja chcę tańczyć. Ważne dla mnie, żeby stworzyć z nią wspólną przestrzeń.

 – Tańcząc, rejestruję, co się dzieje dokoła, ale głównie skupiam się na byciu z partnerką tu i teraz. To daje dużo radości. Oberek to tworzenie jedności. Bycie jednym ruchem, w jednym rytmie. To połączenie serc. Choć może być to również taniec i „bazowy”, i medytacyjny. Wszystko zależy od pary. Bo to stan wyłączenia i zjednoczenia z drugą osobą.

Dziki taniec jak spokojna woda

– Zaczęło się kilkanaście lat temu od miłości do muzyki dawnej – opowiada Marianna. – Poszukiwanie tego, co archaiczne, zaprowadziło mnie do muzyki tradycyjnej i w końcu na warsztaty śpiewu głosem białym. Okazało się, że śpiew i taniec nie istnieją bez siebie.

– Tańczę od pięciu lat – kontynuuje. – Na początku to była żmudna nauka tańca, skupienie na kwestiach technicznych: nie podskakiwać, nie machać biodrami, nie być napiętym, małe kroki, okręcać się wokół wspólnej osi. Ale przyszedł moment, gdy przestałam o tym myśleć.

Zaczęła po prostu tańczyć, doświadczać i wyrażać siebie.

Marianna: – Nie przejmuję się już tym, co robią nogi, bo one doskonale wiedzą, co mają robić. Daję porwać się temu prądowi. W oberku ukrywa się energia, której nie potrafię znaleźć nigdzie indziej. To obracanie się w parze i kole tworzy wir, który mnie wciąga.

W oberku można się zatracić. – Pamiętam taniec na taborze na Radomszczyźnie – snuje swą opowieść Marianna. – Zdarzył się tam oberek, który trwał dwie godziny. A ja tak byłam tym tańcem upojona, że straciłam poczucie czasu. Nie pamiętam nawet, z kim tańczyłam. Byłam wewnątrz tego ruchu i dźwięku, pozwoliłam mu sobą zawładnąć.

Oberek to ciekawy taniec: wydaje się dynamiczny, dziki, ale od środka jest jak łagodnie przepływająca woda. Jak jesteś w nim, nie odczuwasz wysiłku ani zmęczenia, nie zauważasz, że wirujesz już dwie godziny.

– Z zewnątrz to wygląda na niesamowity pęd – wyjaśnia Marianna – ale w głębi, w swoim wnętrzu  niesie dużo uspokojenia poprzez transowość. Trzeba mu się oddać i wtedy przenosi cię w inny odbiór rzeczywistości. Gdy się rozluźnisz, zapominasz o wszystkim i zaczynasz tańczyć. Poddajesz się muzyce, rytmowi, pozwalasz, by wszystko działo się już samo.

Dopóki bardzo się starasz, nie wychodzi. Musisz się odprężyć, otworzyć, przyjąć nowe doświadczenie. – Zaczęłam śpiewać, tańczyć, poznawać nowych ludzi, angażować się w kolejne inicjatywy. – Coraz głębiej poznawałam siebie – obserwowałam, jak się ruszam i jaka jestem. Uczyłam się swojego ciała, nabierałam świadomości gestów, wypracowywałam własny rodzaj ekspresji. Teraz wiem, co robię, kiedy i dlaczego. Wiem, na co mogę pozwolić partnerowi i sobie. Mężczyzna ma w oberku więcej swobody, ale kobieta wbrew pozorom nie jest bierna. Jak w naczyniach połączonych – musi dbać, by pęd był równy, podtrzymywać energię.

Polskie tańce ludowe pomagają:

  • poznać siebie, swoje ciało, odruchy, zachowania
  • nauczyć się komunikować i współdziałać w parze
  • rozpoznać swój sposób ekspresji i poruszania się
  • rozluźnić się, wyłączyć kontrolę i myślenie
  • skontaktować się ze swoim ciałem oraz intuicją
  • skupić się na tym, co dzieje się tu i teraz, czerpać z tego radość
  • poznać swoją kulturę i tożsamość

Piotr Zgorzelski z wykształcenia etnolog, z zamiłowania aktor, muzyk, tancerz i nauczyciel polskich tańców tradycyjnych. Współtwórca Stowarzyszenia „Dom Tańca” i wiosenno-letnich potańcówek przy żywej polskiej muzyce tradycyjnej Dechy. Założyciel Fundacji „Czas Tradycji” i muzyk w kapeli Janusz Prusinowski Trio. Organizuje warsztaty polskich tańców tradycyjnych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Yuka Ebihara - o krok dalej

Yuka Ebihara (Fot. Marek Wójciak)
Yuka Ebihara (Fot. Marek Wójciak)
„Piękność. silna technicznie ze słodkim liryzmem”, „Eteryczna, o nienagannej technice”, „Gwiazda i mistrzyni” – piszą o niej recenzenci. Yuka Ebihara, pierwsza tancerka Polskiego Baletu Narodowego. Japonka w Warszawie. Europejka, która tańczyć uczyła się najpierw w Chinach. Jakie znaczenie mają w jej życiu granice? Te na mapie i te metaforyczne.

Teatr Wielki – Opera Narodowa ma jedną z największych scen operowo-baletowych na świecie (mówi się, że z kulisami pomieściłaby cały gmach mediolańskiej La Scali), ale też imponujące zaplecze. Z pracowniami, między innymi krawiecką, szewską, stolarnią czy malarnią, gigantycznymi magazynami, salami ćwiczeń, biurami i garderobami – przypomina labirynt. Odnaleźć się tutaj to wyzwanie, bywa, że i dla pracowników. Jakiś czas szukamy się więc z Yuką nawzajem, a jednocześnie – pustej garderoby nr 175, gdzie możemy spokojnie porozmawiać. Choć i tak naokoło jest wyjątkowo spokojnie. Korytarzami przemykają pojedyncze osoby w maseczkach. Gdyby nie odgłosy prób operowych i fragmenty rozmów, teatralne zaplecze można by uznać za wyludnione. Przez obostrzenia związane z COVID-19, zmieniło się zresztą nie tylko to. Codzienne próby baletu skrócono, nie trwają już od rana do 18. Dzięki temu Yuka Ebihara może wyrwać z grafiku kilka godzin na spotkanie.

Pierwsza tancerka

Rozpoczęła swój dziesiąty sezon w Polskim Balecie Narodowym. Od ośmiu jest pierwszą solistką. To zazwyczaj sam szczyt baletowej hierarchii, ale w styczniu tego roku oficjalnie ogłoszono, że Yuce Ebiharze nadano rangę pierwszej tancerki. To synonim primabaleriny. Tego dożywotniego tytułu nie przyznawano u nas od dawna, ostatnim razem w Teatrze Wielkim dwie dekady temu. Yuka ma też na koncie między innymi Srebrny Medal „Zasłużona Kulturze Gloria Artis”, dwukrotnie została laureatką Nagrody im. Jana Kiepury dla najlepszej tancerki klasycznej w naszym kraju. W Warszawie mieszka od ponad dziewięciu lat. Ma tu mieszkanie, pracę, grupę przyjaciół, studio, do którego jeździ ćwiczyć. Tutaj się zakochała i wzięła ślub. Często słyszy pytania, na ile czuje się Japonką, a na ile Europejką, Polką, warszawianką. Gdzie jest jej miejsce? Czy czuje się tu jak w domu? Przyznaje, że tylko na ostatnie z tych pytań ma prostą odpowiedź. Yuka: – Coraz wyraźniej czuję, szczególnie od kiedy jestem w stałym związku, że udało nam się z mężem stworzyć tutaj dom. Co do reszty, tu odpowiedzi są o tyle trudne, że niemal całe dotychczasowe życie Yuki Ebihary to – bardziej niż szukanie sobie miejsca – raczej nieustanna droga i przekraczanie granic. Metaforycznie, ale też zupełnie dosłownie.

Tokio, Pekin, Tokio

Miała pięć lat, kiedy zobaczyła pierwszy w życiu balet. Dziecięcy spektakl, w którym występowała jej kuzynka. Trudno powiedzieć, co tak zachwyciło pięcioletnią Yukę. Sama śmieje się, że mogło równie dobrze chodzić o tiulowe spódniczki, jak o prezent, który kuzynka dostała po występie. A jednak kiedy Yuka mówi mamie, że też chce chodzić na balet, wydaje się na tyle zdecydowana, że mama rozmawia na ten temat z ojcem. Tyle że to nie czas na takie decyzje. Rodzina Ebiharów się wyprowadza, pracującego w branży ubezpieczeniowej ojca Yuki firma wysyła do swojej filii w Pekinie. Tokio i Pekin, dwa miasta kolosy, mocno się od siebie różniące. Yuka w Japonii chodziłaby do szkoły pieszo w tłumie innych pierwszaków, dźwigających na plecach charakterystyczne japońskie „pudełkowe” tornistry z klapką. W Pekinie rodzice wszędzie podwożą ją autem, a jednak życie płynie tam jakoś wolniej. Mieszkają w dzielnicy dla obcokrajowców, Yuka jest uczennicą szkoły japońskiej, do której – oprócz dzieci pracowników na kontraktach – chodzą chińskie dzieciaki z zamożnych domów. Na miejscu wśród dodatkowych zajęć jest balet. Nauczycielka, Chinka, dostrzega coś w Yuce, zaprasza więc dziewczynkę do prowadzonej przez siebie bardziej zaawansowanej szkółki baletowej. To moment, w którym balet staje się dla niej bardzo ważny. Do tego stopnia, że kiedy nadchodzi czas powrotu do Tokio, dziesięcioletnia wtedy Yuka zastanawia się, jakby to zrobić, żeby jednak zostać w Pekinie i dalej tam tańczyć. Nie udaje się, znalezienie dla niej opiekuna prawnego okazuje się zbyt skomplikowane.

W odpowiednim miejscu i czasie

W Japonii zajęcia baletowe są drogie i postrzegane jako prestiżowe, ale najczęściej traktowane jednak jak hobby, a nie wstęp do profesjonalnej kariery. Yuka widzi, że w Chinach większą wagę przykładano do podstaw, precyzji ruchu. Jest ambitna, bierze udział w różnych konkursach, a jednocześnie pilnie uczy się do słynących z surowości japońskich egzaminów i zostaje przyjęta do jednego z lepszych tokijskich ogólniaków. Wieczorami dojeżdża na balet. Półtorej godziny w jedną stronę, kilka przesiadek. Do domu wraca koło 23, a i tak wie, że to za mało. W Europie dziewczyny w jej wieku zaczynają już kariery w zespołach, a ona właśnie zdaje na uniwersytet. Obiecała rodzicom, że w ten sposób zabezpieczy sobie przyszłość. Traktuje obietnicę poważnie, ale dociera do niej, że musi wybrać. Decydującą rozmowę z ojcem pamięta jak przez mgłę. Jakich argumentów użyła, przekonując, że chce jechać za granicę, skończyć profesjonalną szkołę baletową i potrzebuje finansowego wsparcia? W Goh Ballet Academy w Vancouver przyjmowano także trochę starsze dziewczyny. Dzisiaj Yuka potrafi się śmiać z tego, że została „studentką ostatniej szansy”, ale wtedy, jak wspomina, „każda lekcja, próba, przesłuchanie były sprawą życia lub śmierci”. Miała poczucie, że postawiła wszystko na jedną kartę, choć sama woli metaforę stromych schodów. Yuka: – Wspinałam się na kolejne stopnie przekonana, że każde zawahanie, każde spojrzenie wstecz oznaczałoby, że się zachwieję i z tych schodów spadnę. W wieku 18 lat na dobre opuszcza Japonię. Po kanadyjskiej akademii, na której imponująco szybko nadrabia zaległości, będzie tańczyła między innymi w zespołach baletowych w Stanach, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Francji. Ale po drodze, jeszcze w Vancouver, obejrzy (a ogląda w tamtym czasie na kanale YouTube wszystkie nagrania baletowe) spektakl „Dama kameliowa”. Zrobi na niej duże wrażenie. Oparty na wątkach z powieści Aleksandra Dumasa (syna) melodramat ukazujący miłość XIX-wiecznej kurtyzany i arystokraty to historia niemal filmowa, do muzyki Fryderyka Chopina. Libretto i reżyseria: guru współczesnego baletu John Neumeier. Yuce przemknie przez głowę myśl, że byłoby wspaniale zatańczyć w „Damie…”. Problem w tym, że teatrom rzadko udaje się zdobyć prawa do spektaklu. Taka rola to jak wygrana na loterii, Yuka musiałaby się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie. Nie może wtedy wiedzieć, że tym miejscem będzie Warszawa i Teatr Wielki – Opera Narodowa.

Nici, nożyk, klej

Na nasze spotkanie wzięła torbę z pointami i najpotrzebniejszymi akcesoriami. Niezbędnik tancerki baletowej: igły i nici, żeby przeszywać troczki, nożyczki, bandaże, sprej, którym pryska się podeszwy, żeby się nie ślizgały. Są tu także nożyk tapicerski i tubka kleju. Klej Yuka wlewa do środka postawionej na sztorc pointy, usztywniając jeszcze bardziej i tak twardy czubek (czyli tak zwany „boks”). Nożykiem przycina i „kaleczy” skórzane podeszwy. Pointy dostarcza tancerkom teatr. Są ręcznie szyte w Anglii, kilkadziesiąt funtów za parę. Wybierasz sobie model, ale żeby naprawdę dostosować pointę do unikalnego kształtu stopy, niezbędne są wyżej wymienione zabiegi. Tak spreparowana para czasem starczy na kilka prób, czasem tylko na jeden spektakl. Yuka zapamiętała, z jakim przejęciem kupowała z mamą pierwsze w życiu pointy, ale dnia, w którym pierwszy raz stanęła na czubkach palców, już nie. Nie przypomina sobie tamtej ekscytacji. Ani bólu. Wiele tancerek twierdzi, że bez niego nie ma baletu, że towarzyszy im cały czas, ale Yuka się z tym nie zgadza. O bólu szybko przestaje się myśleć i go zauważać. O „normalnym” bólu intensywnie pracującego lub dochodzącego do siebie po wysiłku ciała. Zna swój organizm świetnie, od razu wie, kiedy coś jest z nim nie tak. Ale ma też z własnym ciałem niewyrównane rachunki. Patrząc na nią, trudno w to uwierzyć, ale jako młodziutka baletnica miała na punkcie swojej sylwetki ogromne kompleksy. Przyglądała się, jak sama mówi, idealnie zbudowanym koleżankom z Europy czy ze Stanów i różnice w budowie uznawała za swoją wielką słabość. Aż doszła do wniosku, że musi te ograniczenia jakoś obejść, włożyć dwa razy więcej wysiłku, żeby osiągnąć to, co sobie założyła. Jej pracowitość jest legendarna, potwierdza ją każdy, kto zetknął się z Ebiharą zawodowo. Wrażenie jest tym większe, że choć ma opinię fighterki, sprawia jednocześnie wrażenie niezwykle kruchej i nieśmiałej. Spytana o to, jakie jest źródło jej siły, długo się zastanawia: – Wydaje mi się, że buduję swoją motywację, czując ciągły niedosyt. Że gdybym raz pomyślała, że to już to, że się udało, właśnie o to mi chodziło, to tę motywację bym straciła. To mi się kojarzy z odpuszczaniem.

Ciało jest jej sojusznikiem. Nigdy jej dotąd poważniej nie zawiodło. Od dziesięciu sezonów nie miała żadnej kontuzji, zastępstwa na żadnym spektaklu. To rzadko spotykane w tym środowisku osiągnięcie. Co nie zmienia faktu, że niektóre z dawnych kompleksów zostały. Yuka: – Szczególnie na punkcie nóg. Na szczęście z wiekiem myślenie się zmienia, do wielu spraw podchodzę już inaczej, z większym spokojem. Nie bez znaczenia są także zmiany, jakie zaszły w samym balecie. Czy raczej zachodzą, choć według wielu komentatorów – nadal zbyt wolno.

Rewolucja

Taniec klasyczny, czyli w dużym uproszczeniu taki, do którego tancerkom niezbędne są pointy, to technika, która narodziła się w XIX-wiecznej Europie. Wtedy powstawał również baletowy kanon – z „Dziadkiem do orzechów” czy „Jeziorem łabędzim” na czele – kategorie estetyczne i założenia, które przetrwały przez kolejny wiek. Jeszcze nie tak dawno powszechnie rozważano kwestię, czy corps de ballet, czyli zespół baletowy, nie powinni tworzyć wyłącznie białe tancerki i tancerze. To samo dotyczyło solistów. Dziś takie rozważania, choć scena baletowa nie jest od nich zupełnie wolna, odchodzą do lamusa. Twarzami swoistej rewolucji są wspinające się po kolejnych szczeblach baletowej hierarchii Afroamerykanki, ale też Latynoski i Azjatki tańczące w Stanach. Ich historie stały się symbolem walki o balet wolny od uprzedzeń. Rewolucyjna fala rozlała się również po Europie, otwierając drzwi tak utalentowanym tancerkom jak Ebihara. Do Polski Yuka trafiła w 2011 roku. Krótko przed tym pracę w Teatrze Wielkim rozpoczął Krzysztof Pastor. Po latach kariery za granicą słynny choreograf zgodził się wrócić do kraju i stworzyć tu zespół samodzielny artystycznie, na światowym poziomie. Pastor jest twórcą działającego od 2009 roku Polskiego Baletu Narodowego, do którego pozyskuje tancerzy z całego świata. Kiedy Yuka dowiaduje się o przesłuchaniu w Warszawie, jest solistką w Zagrzebiu. To jeszcze czasy, kiedy na ponad 80 tancerzy w zespole PBN tylko kilka osób to cudzoziemcy. Podpisuje umowę i przenosi się do Polski. Nie zna języka, miasta, nikogo tu na miejscu. Czuje się obco. A potem krok po kroku odnajduje dla siebie ulubione miejsca, przyjaciół, w tym także Japończyków, których poznała dzięki temu, że przyszli na balet, a potem zaczepili ją na ulicy. Oswaja nawet język polski, choć nadal woli go słuchać i mówić po angielsku. Z Carlosem są małżeństwem od trzech lat. On także jest tancerzem, solistą, choć bardzo rzadko zdarza się, żeby tańczyli ze sobą w duecie. Ślub wzięli w Polsce. Był plan, że pójdą podpisać papiery w dżinsach. W Japonii to możliwe, ale u nas nie da się ominąć ceremonii w urzędzie stanu cywilnego. Poza tym rodzice zapowiedzieli, że przylecą – z Tokio i z hiszpańskiego San Sebastian, skąd pochodzi Carlos. Yuka poprosiła Martę Fiedler, solistkę PBN, która projektuje także baletowe kostiumy, żeby coś dla niej na szybko wymyśliła. Panie z działu kostiumów w teatrze zaoferowały się, że sukienkę uszyją. Ale naprawdę ciekawie zrobiło się, jak rodzice państwa młodych dotarli do Polski. Wspólne rozmowy wyglądały tak, że kiedy ktoś coś powiedział, zaczynał się łańcuszek: z japońskiego Yuka przekładała na angielski, a Carlos na hiszpański, a potem z powrotem: z hiszpańskiego na angielski, z angielskiego na japoński. Mają z Carlosem też zdjęcie w tradycyjnych ślubnych strojach japońskich. On w czarnym, ona w białym kimonie i wysokim czepcu. Tak para młoda idzie do świątyni – sintoistycznego chramu, żeby wziąć ślub. Ale można też tylko wypożyczyć stroje i zapozować do pamiątkowego zdjęcia, tak jak to zrobili Yuka i Carlos, kiedy byli razem w Tokio.

Japoński duch

Raz w roku widzi rodzinę, leci na dwa, trzy tygodnie. Odwiedza przy okazji znajomych i teatry, ale na miejscu czuje się bardziej jak turystka. Nie zna dobrze miasta, mapa tokijskiego metra ją przytłacza, tyle kierunków i połączeń. Ma poczucie, że wszystko dzieje się za szybko, wszystkiego jest za dużo. Woli żyć w Europie, myśli o sobie jak o Europejce, a jednocześnie ma w sobie wiele, jak podkreśla z dumą, z ducha japońskiego. Cechy, nawyki, reakcje. Istotne i błahe, bardziej lub mniej świadome. Na pytanie, czy jeśli sytuacja by tego wymagała, weszłaby do jakiegokolwiek mieszkania, nie zdejmując butów, Yuka natychmiast odpowiada, że nie, absolutnie (zwyczaj zdejmowania butów przed progiem jest w Japonii silnie zakorzeniony). Nie może patrzeć, kiedy ktoś nad talerzem bawi się pałeczkami, wskazuje nimi na kogoś albo wbija je w jedzenie (to jeden z większych nietaktów, jeśli chodzi o maniery przy japońskim stole). W szafie w warszawskim mieszkaniu wisi eleganckie, bardzo cenne kimono, które kupiła jej mama. Yuka wkłada je na specjalne okazje, zaglądając do notatek z instrukcją, jak zakładać poszczególne warstwy i jak wiązać jedwabny pas obi. I jeszcze imię, Yuka. Zgodnie z popularnym w Japonii zwyczajem rodzice wybierali je z pomocą doradcy, żeby przyniosło ich córce szczęście. Chodzi o odpowiedni dobór znaków (ideogramów). Ważne jest ich znaczenie – yu oznacza przyczynę, ka piękno, dobro, talent. Ale równie ważne jest, ile (niektóre liczby są szczęśliwe, inne nie) ruchów pędzla wymaga ich zapisanie.

List

Pięć miesięcy przerwy. Wiadomość o lockdownie zastała Polski Balet Narodowy w marcu tuż przed premierą „Korsarza”. Wrócili z przerwy na lunch i mieli się rozgrzewać, a dowiedzieli się, że wszyscy mają się rozejść do domów. Najpierw szok, potem kilka przyjemniejszych dni na relaks i w końcu z całą siłą dociera do ciebie powaga sytuacji. Mieli w mieszkaniu specjalną wykładzinę do prób, Yuka jeździła do swojego studia z lustrami i drążkiem. Ale to nie to samo co przestrzeń sal baletowych, nie da się w ten sposób utrzymać idealnej formy. Przed czarnymi myślami ratowała ją mała codzienna rutyna. Taniec i pilates (papiery na licencjonowaną trenerkę zrobiła jeszcze w Kanadzie, wciąż organizuje zajęcia pilatesu, w czasie pandemii online). Ale jeszcze coś. Yuka zachowała gruby plik kartek – list, który przyniesiono jej kiedyś po spektaklu do garderoby. Anonimowy, wiadomo tylko, że napisała go kobieta. Autorka przyznaje, że kiedy dowiedziała się, że Ebihara została pierwszą solistką, nie była zachwycona, a teraz po latach chciała jej za wszystko podziękować i napisać, jak bardzo się myliła. Yuka przypomina sobie treść tego listu i inne wiadomości od widzów, kiedy ma gorsze momenty. Takie, których w życiu tancerek nie brakuje, ale też tak wyjątkowe jak czas lockdownu. Bo skoro są ludzie, których do siebie przekonała, w których wzbudziła emocje, nawet jeśli to byłaby jedna osoba, a same emocje trwałyby chwilę – to i tak cały jej wysiłek się opłacił. Teraz może się już dziać, co chce. Zawieszona wiosną premiera „Korsarza” została przeniesiona na wrzesień i z powodzeniem otworzyła w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej nowy sezon. Ale teraz pandemia znowu przybrała na sile, według nowych zasad na widowni może być zapełnionych już tylko 25 proc. miejsc, ryzyko zarażeń w zespole jeszcze wzrosło. Sytuacja jest dynamiczna – z Yuką rozmawiamy tuż przed wznowieniem „Damy kameliowej”, ale zaraz po naszym spotkaniu Teatr Wielki musi jednak planowane spektakle odwołać. Kurtyzana Małgorzata Gaultier z „Damy...” to jej sztandarowa, zachwycająca rola. Wymagająca nie tylko doskonałych umiejętności technicznych, lecz także wrażliwości i talentu aktorskiego, bo 81-letni dziś John Neumeier tak właśnie swoje przedstawienia pisze i reżyseruje. Ale można też tę rolę Yuki traktować jak pewną metaforę. Jej osobistej drogi i w ogóle kierunku, w którym wydaje się podążać współczesny balet. Yuka Ebihara w Polsce została gwiazdą spektaklu Amerykanina z polskimi korzeniami, pracującego od dekad w Niemczech, który francuską powieść postanowił przenieść na baletową scenę do muzyki Chopina.

Napis

Kiedy kończymy rozmawiać, na dworze robi się ciemno. Wychodząc z garderoby nr 175, przechodzimy obok ściany, na której wisi instalacja artystyczna, eksponat z jednej z wystaw zorganizowanych w Galerii „Opera”. Zadecydowano, że po zakończeniu wystawy zawiśnie właśnie tutaj. To litery ułożone z używanych point. Trzeba cofnąć się parę kroków, żeby odczytać całość – ciągnący się na kilka metrów napis: „BALET”. 

  1. Styl Życia

Taniec, moja pasja. Czego uczy balet?

Kariera w balecie jest krótka i wymagająca poświęceń, a jednak dla wielu to spełnienie marzeń i plan na przyszłość. (Fot. Kuba Bączkowski)
Kariera w balecie jest krótka i wymagająca poświęceń, a jednak dla wielu to spełnienie marzeń i plan na przyszłość. (Fot. Kuba Bączkowski)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kariera w balecie jest krótka i wymagająca poświęceń, a jednak dla wielu to spełnienie marzeń i plan na przyszłość. Na co powinni być przygotowani, pytamy Dorotę Mentrak-Bączkowską, która przeszła drogę od zawodowej tancerki do właścicielki studia tańca.

Dorota Mentrak-Bączkowska przeszła drogę od zawodowej tancerki do właścicielki studia tańca. (Fot. Kuba Bączkowski) Dorota Mentrak-Bączkowska przeszła drogę od zawodowej tancerki do właścicielki studia tańca. (Fot. Kuba Bączkowski)

Czego, oprócz tańca, uczy  szkoła baletowa?
Dążenia do perfekcji i umiejętności panowania nad ciałem. Uczy porządku w głowie. A tak na co dzień uczy konsekwencji i niezłomności, niekończącej się pracy nad sobą.

To dążenie do perfekcji może być błogosławieństwem, ale i przekleństwem. Na zajęciach, które prowadzisz, mówisz, że baletnica zawsze patrzy dumnie, nawet jeśli się pomyli, nie okazuje, że się tym przejęła. Z jednej strony to może podnosić poczucie własnej wartości, z drugiej – być opresyjne. Masz udawać, że wszystko jest okay, nawet jeśli nie jest?
Przede wszystkim tancerka nie może dopuścić widza do nóg – to takie powiedzenie i motto zarazem. Oznacza, że bez względu na to, co nogi zrobią, czy się pomylę, czy przewrócę, nie daję tego po sobie poznać. Jeśli zachowam spokój i wdzięk – widz nie zauważy pomylonego pas. Wpływ, jaki miała na mnie szkoła i sam balet, zaczęłam zauważać i analizować, gdy przestałam zawodowo tańczyć. Bo kiedy funkcjonujesz w tym systemie, czyli uczysz się, potem idziesz do teatru, tańczysz, występujesz w spektaklach – właściwie nie masz czasu i przestrzeni, by się nad tym zastanawiać. Bardzo długo myślałam, że szkoła baletowa to świetna sprawa. Bo organizuje ci życie i karierę – po jej skończeniu masz zawód, a czasem też angaż. Uczy też dyscypliny życiowej, co zostaje na długo. Przyznaję, że kiedy przestałam pracować jako tancerka, przez pewien czas miałam problem z tym, by się odnaleźć. Po raz pierwszy nie miałam ułożonego grafiku i nikt za mnie nie decydował. Mogłam sama wybrać, co będę robić w ciągu dnia – to było dla mnie zaskakujące i straszne!

Czemu więc odeszłaś?
Bo czułam się zmęczona, znużona, czułam, że się duszę, nie rozwijam – artystycznie może tak, ale nie jako osoba. Wiem, że to było wypalenie zawodowe. Kilka sezonów w teatrze – wydaje się, że to krótki czas pracy, ale nikt nie liczy dziewięciu lat szkoły, która jednak oznaczała wyrzeczenie się normalnego życia. Zawsze marzyłam o podróżach, o tym, by było barwnie i ciekawie, nie chciałam spędzić całego życia w jednym teatrze – w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi, robiąc w kółko to samo.

Ty sama podjęłaś tę decyzję, za niektórych decyzję podejmuje życie. Emerytura po 40. roku życia lub wcześniej, po doznanej kontuzji. Trzeba wymyślić siebie na nowo.
Jakiś czas temu wcześniejsza emerytura została nam odebrana. Kiedy szłam do szkoły jako 10-letnia dziewczynka, jeszcze nam przysługiwała, ale potem wszystko zmieniła reforma, czym jako dziecko oczywiście się nie przejmowałam. Obecnie tancerze przechodzą na emeryturę w takim samym wieku jak osoby wykonujące inne zawody, mimo że to jest bardzo absorbująca i wykańczająca codzienna praca fizyczna. Za to program przekwalifikowania tancerzy jest dziś, jak słyszałam, o wiele lepszy i daje większe możliwości. Kiedyś tego nie było. W wieku czterdziestu paru lat, z wieloma sukcesami na koncie, zaszczytami i uwielbieniem publiczności, nagle kończyłaś karierę i stawałaś przed ścianą.

To okrutne: najpierw oklaski, a potem pustka. Schodzisz ze sceny, kiedy jeszcze wiele potrafisz.
Jest to okrutne, ale też nieuchronne. Sama obserwowałam, że dla wielu tancerek ze starszej kadry, kiedy przychodziły nowe roczniki i zajmowały ich miejsca przy drążku, było to bardzo trudne. Tym bardziej że one tańcowi poświęciły wszystko, często był ważniejszy niż rodzina, zdrowie, życie prywatne.

Codzienne wielogodzinne ćwiczenia, reżim diety i stylu życia – to wszystko jest tego warte?
Tym, czego tancerkom najbardziej brakuje, kiedy muszą odejść na emeryturę lub mają przerwę w karierze, są występy przed publicznością. Emocje, jakie wtedy czujesz, to jest coś, z czym niewiele rzeczy w życiu może się równać. Wychodzisz na scenę i masz jedną szansę, żeby dać z siebie wszystko. Najbardziej przejmujące są oczywiście występy solistyczne, choć kiedy tańczysz w zespole, też mocno to przeżywasz: czy wyjdzie pięknie, czy zatańczymy równo, w linii, w odpowiednich odległościach, czy zostanie zachowany prawidłowy rysunek, czy nikt się nie pomyli, czy nie wywróci – bo w takim „Jeziorze łabędzim” wielce prawdopodobny jest wtedy efekt domina. Ponadto przy trudniejszych choreografiach i długim czasie na scenie, jak na przykład w balecie „Bajadera”, modliłam się, żebym wytrzymała kondycyjnie i żeby brawa po zakończeniu naszej partii nie były za długie – wówczas nie mogłyśmy się ruszyć, chociaż każda z nas marzyła o zejściu za kulisy i odpoczynku. Nie wiem, czy każdy tego doznał, ale moim zdaniem wykonujemy ten zawód dla uczucia zapomnienia i euforii na scenie. Nie czujemy wtedy bólu, nerwów, zmęczenia i potu na skórze. Taka ekstaza potrafi trwać przez cały występ albo przez jego fragment. A co do diety – to w większości przypadków tancerki jedzą wszystko, a nawet jeszcze więcej! Moja dieta w szkole to pączek przed baletem albo batonik.

Nie tańczysz już zawodowo, ale uczysz tańca. Nie umiałabyś bez niego żyć?
Nigdy nie myślałam o żadnej innej ścieżce kariery, jedynie może o nauczaniu baletu, gdyż nauczyciele powtarzali, byśmy miały opcję następnego zawodu, gdy kariera na scenie się zakończy. Dziś jestem sobie bardzo wdzięczna za to, że chociaż dostałam zaraz po szkole angaż w Teatrze Wielkim, nie przerwałam edukacji i zrobiłam studia pedagogiczne na wydziale tańca. Moje koleżanki, które nie podjęły takiej decyzji, często po trzydziestce i po urodzeniu dziecka musiały zadać sobie pytanie: i właściwie co teraz? Dla jednych ciąża była zmianą perspektywy, szansą na łyk normalnego życia, dla innych to mógł być koniec kariery. Nie dlatego, że tancerka po urodzeniu dziecka nie jest zdolna do pracy – wręcz przeciwnie, może tańczyć nawet lepiej. Niestety, nie zawsze czeka na nią etat, konkurencja jest duża, a roszady w zespole bardzo częste.

Kiedy odeszłam z zespołu, miałam okres totalnej wolności. Najpierw się nią zachłysnęłam, a potem zaczęła mnie uwierać. Zrozumiałam, że muszę ćwiczyć. Chciałam to robić po raz pierwszy tylko dla siebie. Zaczęłam uczyć najpierw dzieci, potem grupy dorosłych. W tym samym studiu baletowym, w którym pracowałam, zaczęłam też ćwiczyć jako kursantka – i sprawiało mi to ogromną frajdę. Czułam, że gdy poćwiczę, od razu robi mi się lepiej – fizycznie i psychicznie. Taniec był i jest moją terapią, i tak to już chyba zostanie. Kiedy go w moim życiu nie było, czułam się bardzo nieszczęśliwa. Mimo że byłam młodą, zdrową i pełną życia kobietą. Sądzę, że zawsze podświadomie dążyłam do tego, żeby mieć własne studio tańca, dokładnie takie jak to, które teraz prowadzę, w którym sama tańczę dla przyjemności i uczę tańczyć dla przyjemności innych.

Taniec więc pozostał. Dążenie do perfekcji też?
Charakterologicznie zawsze miałam do niego predyspozycje, szkoła je tylko wzmocniła. Zawsze uważałam to za pozytywną cechę. Aż do ostatniego roku studiów. Oprócz obrony pracy magisterskiej miałam zrobić dyplom taneczny na wybranej klasie, czyli ułożyć cały program lekcji i poprowadzić ją jako nauczyciel. To mnie przerosło. Do tego stopnia, że wzięłam urlop dziekański. Po prostu uważałam, że moje ćwiczenia nie są wystarczająco dobre, że nie mogę ich nawet pokazać swojej pani profesor. Wpadłam w depresję, prawdopodobnie spowodowaną ogromną zmianą w życiu. Rzuciłam taniec. Dopiero gdy dałam sobie czas, odpoczęłam i wróciłam do siebie, przy ogromnym wsparciu mojej mamy, a także dzięki wsparciu kilku nauczycieli uniwersytetu podeszłam ponownie do dyplomu. To dało mi wiele do myślenia. Od tego momentu bacznie siebie obserwuję i stopuję w zapędach perfekcjonistycznych. Wiem, że to zostanie we mnie na zawsze i że muszę mówić sobie: „Spokojnie, Dorota, zrobisz to w swoim czasie albo i nie. Odpuść”. To dla mnie duże wyzwanie, nie przywykłam sobie odpuszczać!

Prowadzisz zajęcia z baletu lub z elementami baletu dla amatorów. To dobrze, że balet staje się bardziej egalitarny, mniej elitarny?
Osobiście nie znam żadnych negatywnych opinii – także wśród tancerzy – na temat uczenia baletu dorosłych. Choć uważam, że jest pewne ryzyko, kiedy do prowadzenia grupy dorosłych amatorów (nie lubię tego określenia, ale używam go, bo nie ma lepszego) zabiera się ktoś, kto uczył tańca klasycznego jedynie dzieci. Takiemu nauczycielowi może się wydawać, że ustawi i ułoży swoich podopiecznych tak samo skutecznie i szybko jak 10-letnie dzieci, których ciała są elastyczne, podobnie jak ich mózgi. Dorośli mają już swoje ograniczenia, fizyczne i psychiczne. Swoje ambicje, blokady, ale i swoje schorzenia czy konkretnie ukształtowane sylwetki. O tym trzeba pamiętać. Poza tym to może być piękna przygoda, spełnienie marzeń i wielki rozwój.

Czyli nie oczekujesz, że zrobisz z nich profesjonalny zespół?
Oczywiście, że nie, choć bardzo bym chciała, by czuli się zespołem i mogli też wystąpić przed publicznością. Ale jeszcze nam się to nie udało. W tym roku przeszkodził nam COVID-19.

Jak bardzo dał ci się we znaki? Kiedy rozmawiałyśmy w lutym o technice barre body, żadna z nas nie przypuszczała, że w marcu zamkną się studia tańca.
Największym wyzwaniem było szybkie odnalezienie się w nowej sytuacji. Jak większość miejsc, które nie mogły sobie pozwolić na zawieszenie działalności na kilka miesięcy, musieliśmy szybko przerzucić się na uczenie online. Początkowo byłam sceptyczna, bo w tańcu klasycznym nauczyciel musi mieć kontakt fizyczny z uczniem, by poprawiać jego postawę, zwracać uwagę na błędy i szybko dokonywać korekty. Ale zrozumiałam, że dla ludzi ważne jest, by mieli kontakt z tańcem, by przypomnieć im kombinacje i sekwencje ćwiczeń. Oczywiście powróciła myśl, że te lekcje są dalekie od ideału (śmiech), że nie mam sprzętu i doświadczenia w tego typu nagraniach, dużym wyzwaniem kondycyjnym było też ćwiczenie i mówienie jednocześnie przez całe zajęcia. Ostatecznie jednak to się bardzo dobrze sprzedawało, a mnie dawało ogromną satysfakcję. Ludzie z innych miast pisali, że wreszcie mogą wziąć udział w moich zajęciach, i to bez ruszania się z domu. Inni dziękowali za to, że daje im to namiastkę normalności albo że mogą spróbować czegoś nowego, o czym od dłuższego czasu myśleli. Czułam tak samo i powiem ci, że właśnie dopiero podczas pandemii udało mi się zrealizować kilka niespełnionych marzeń...

Jakich?
Patio! Przy „Kulturze Fizycznej” od początku znajdowało się patio, które jednak wymagało gruntownego remontu. A mnie zawsze marzyły się treningi na otwartej przestrzeni. I właśnie wtedy, kiedy nie miałam na to pieniędzy i kiedy przyszłość studia nie była pewna, z pomocą rodziny, znajomych i naszych stałych klientów, ale też po prostu osób życzliwych temu miejscu, udało się zebrać potrzebną sumę i wspólnie odnowić tę przestrzeń. Pamiętam pierwsze zajęcia, które odbyły się na wyremontowanym patio. Wszyscy byliśmy przejęci tym, że nam się udało i że wreszcie ćwiczymy razem, a nie zamknięci w domach i już nie tak przerażeni jak na początku pandemii. Generalnie jestem pozytywnie nastawiona do życia i wyzwań, ale przyznaję, że to był bardzo trudny czas: bałam się, czy przetrwamy, czy ludzie będą przychodzić, czy wrócimy na salę ćwiczeń. Ostatecznie uważam jednak, że wspólnie daliśmy cudownie radę. Zawsze też marzyłam, a jednocześnie bałam się, że kiedyś przyjdzie na zajęcia więcej osób, niż mam drążków. I to zdarzyło się po raz pierwszy dopiero niedawno. Byłam w szoku. Pozytywnym. Szybko jednak przypomniałam sobie, jak to robiliśmy w szkole, i podzieliłam wszystkich na grupy, ćwiczyliśmy tak jak ja w pierwszej klasie szkoły baletowej.

Masz dwie kilkuletnie córeczki. Jak zareagowałabyś, gdyby jedna z nich chciała pójść do szkoły baletowej?
Przyznaję, miałam już na ten temat przemyślenia. Helenka, moja starsza córka, ma teraz 6,5 roku. Jakiś czas temu zauważyłam, że balet nie tylko sprawia jej przyjemność, ale też ma do niego predyspozycje, większe niż ja w jej wieku. Zaczęła przychodzić na zajęcia dla dzieci, które prowadziłam. Bardzo jej się podobały, nie chciała z nich wychodzić, często zostawała na kolejne. Zaczęłyśmy rozmawiać o tym, że lubi tańczyć i że chciałaby to robić. Teraz temat trochę odsunął się na dalszy plan, bo pojawiły się koleżanki, mody i wspólne zabawy. Obecnie Helenka chce zostać superbohaterką. Trochę się więc uspokoiłam.

A nie: rozczarowałam?
Jeśli chciałaby zostać baletnicą, oczywiście bym ją wspierała. A jednocześnie obawiała się o nią, bo o ile ma predyspozycje fizyczne, o tyle psychicznie jest zbyt wrażliwa i empatyczna, nie wiem, czy dałaby sobie radę z ciągłą krytyką. Balet wymaga wielu poświęceń, to nie byłoby już dla niej beztroskie dzieciństwo. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak by moje życie wyglądało, gdybym nie poszła do szkoły baletowej, ale czasem wyobrażam sobie, jak by wyglądało, gdybym poszła do innego teatru. Na przykład jakiegoś poza Polską. Kiedyś była jedna słuszna ścieżka rozwoju dla młodej tancerki – Teatr Wielki. Wmówiono mi, że to jest moje marzenie, najlepsze i najpiękniejsze. Dziś jest o wiele większa gama możliwości, do tego można się szkolić poza szkołą baletową.

Yuka Ebihara, solistka Teatru Wielkiego w Warszawie, robiła studia, a jednocześnie chodziła na zajęcia baletu.
No właśnie. Jest możliwa kariera w balecie bez pokonania klasycznej drogi. Weźmy Misty Copeland, która zaczęła uczyć się baletu jako nastolatka i miała po drodze mnóstwo problemów i przeszkód, w tym brak środków na edukację, atletyczną budowę czy choćby kolor skóry, w balecie do niedawna mniej tolerowany. Obecnie jest pierwszą w historii i jedyną afroamerykańską prima baleriną American Ballet Theatre i jednocześnie wzorem dla wielu dziewczynek i kobiet. Uważam, że szkoła baletowa daje dużo możliwości, ale też niczego nie gwarantuje, a wiele odbiera. Swoją pasję do tańca można realizować bez niej, bez względu na wiek.

Dorota Mentrak-Bączkowska, pedagog baletu, tancerka, choreografka, ukończyła Ogólnokształcącą Szkołę Baletową im. Romana Turczynowicza w Warszawie oraz studia pedagogiczne na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Prowadzi kobiece studio ruchu „Kultura Fizyczna” w Warszawie.

  1. Styl Życia

Co nas pociąga w balecie? Rozmowa z Iriną Kolganovą - instruktorką fitnessu

Irina Kolganova prowadzi zajęcia z pilatesu baletowego w Akademii Sound Therapy soundtherapy.pl (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy)
Irina Kolganova prowadzi zajęcia z pilatesu baletowego w Akademii Sound Therapy soundtherapy.pl (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy)
Przyciąga na swoje zajęcia dziewczyny, bo wszystkie chcą wyglądać jak ona - mieć superwyprostowaną sylwetkę i emanować gracją.

Irina Kolganova urodziła się w Irkucku, absolwentka Rosyjskiej Akademii Kultury i Sztuki. Od ponad 10 lat mieszka w Polsce. Jest instruktorką fitnessu. W Akademii Sound Therapy w Warszawie prowadzi zajęcia z pilatesu baletowego.

Co pilates i balet mają ze sobą wspólnego? Całkiem sporo - cały sekret piękna baletnic tkwi w połączeniu ich siły i delikatności. To umiejętność zgrania mocy mięśni głębokich korpusu z precyzyjnymi ruchami nóg oraz delikatnymi ruchami rąk i głowy. Harmonia siły, precyzji i wdzięku - to jest istota treningu baletowego. Na zajęciach pilatesu również pracujemy z mięśniami głębokimi, stabilizujemy sylwetkę, wzmacniamy kręgosłup. Na pilatesie baletowym dokładamy do tego elementy z baletu.

Balet stał się w Polsce bardzo modny - nie tylko wśród małych dziewczynek, również  dorosłych kobiet. W dużych miastach jak grzyby po deszczu powstają klubu barre, w grafikach pojawiają się zajęcia z fitnessu baletowego. Kiedy wyjeżdżałam z Rosji ponad 10 lat temu to zjawisko tam było już bardzo dobrze znane. Balet był modny wśród dorosłych i w klubach fitness. Sama prowadziłam indywidualne lekcje z baletu dla dorosłych zamożnych Rosjanek.

Czego szukały na tych lekcjach? Był to dla nich po prostu dobry trening kondycyjny, kształtujący sylwetkę, ujędrniający ciało. Dodatkowo balet w Rosji jest niezwykle elitarną dyscypliną - treningi indywidualne na pewno były dla tych pań bardzo nobilitujące. Myślę jednak, że atrakcyjność baletu - nawet w takim amatorskim, rekreacyjnym wydaniu - polega na tym, że ćwicząc go, można poczuć się bardzo kobieco. Jestem przekonana, że robiąc baletowe figury każda dziewczyna może odkryć swoją delikatność, zmysłowość, grację… Zwróć uwagę, że baletnice wyglądają tak, jakby były zawieszone w powietrzu, są trochę oderwane od Ziemi. Na scenie wygląda to pięknie - szczupłe, lekkie i powabne ciała fruwają a jednocześnie czujemy, że są bardzo silne. Może również to pociąga kobiety w balecie…

Tańczysz od dziecka? Tak. Od 7 roku życia tańczyłam w lokalnym zespole. Każdy z mojej podstawówki „coś” tańczył, albo grał na jakimś instrumencie. Pochodzę z małej miejscowości na Syberii. W Rosji tak jest, albo raczej było, że dzieci w ten sposób spędzały wolny czas. Poza tym, w tamtym czasie w telewizji były tylko dwa kanały: wiadomości i kultura. W programie kulturalnym można było zobaczyć opery, balet czy jazdę figurową na łyżwach. W moim domu oglądało się przeważnie balet. Jest on częścią naszej rosyjskiej kultury, dumy narodowej.

Irina Kolganova (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy) Irina Kolganova (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy)

Wybór studiów nie był dla Ciebie trudny? Był dość naturalny. Po liceum tanecznym, ukończyłam Akademię Kultury i Sztuki w Ułan Ude - to uczelnia, która kształci przyszłych tancerzy, baletmistrzów, choreografów. Po studiach pracowałam z dziećmi, byłam nauczycielką tańca dla dzieci.

Teraz pracujesz z dorosłymi. Przyznaję - jest dużo łatwiej. Po przyjeździe do Polski próbowałam uczyć baletu dzieci, ale troszkę zaskoczyło mnie tutejsze, zupełnie inne, podejście do tematu. Większość szkółek baletowych jest po prostu sposobem na miłe spędzenie czasu wolnego przez dzieci. Ciężko wprowadzić dyscyplinę na zajęciach. Zaskoczył mnie też fakt, że rodzice mogą obserwować trening, przebywać na sali. Nie oceniam tego, ale instruktorowi to nie ułatwia zadania. W Rosji jest zupełnie inaczej - nawet jeśli rodzice wiedzą, że ich dziecko nie trafi na deski teatru Balszoj.

Tęsknisz za baletem? Za tańcem klasycznym? Im jestem starsza, tym bardziej tęsknię. Najbardziej brakuje mi ćwiczeń przy muzyce klasycznej granej na żywo. Dźwięki wydobywające się z pianina na sali treningowej połączone z ruchem mają terapeutyczne działanie. Dlatego zachęcam wszystkich do ćwiczeń, zwłaszcza w trudnych czasach.

 

  1. Psychologia

Twoja relacja z ciałem - czy dobrze się w nim czujesz?

Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jaki jest najbardziej niedoceniany naturalny zasób na ziemi? Nasze ciała. Mają niemal nieludzką cierpliwość. Znoszą to, że je źle karmimy, krytykujemy ich wygląd, wyczerpujemy do granic możliwości pracą. O ile mniej stresująco by się nam żyło, gdybyśmy zawarli z nimi pokój i zaczęli traktować je, jak żywe, czujące istoty, którymi przecież są – mówi Caroline Carey, trenerka Movement Medicine.

Ciało może być zasobem w walce ze stresem?
Podstawowym. Ale nie podoba mi się tak sformułowane pytanie. Rozumiem, że to terminologia coachingowa, ale mimo wszystko wolałabym rozmawiać o ciele jako jednym z najcenniejszych darów, jakie otrzymaliśmy, przychodząc na świat. Mówienie o zasobach za bardzo przypomina eksploatację, czyli to, co zwykle z ciałem robimy. Uważamy je za oczywistość, coś, co ma nam służyć. Myśląc w ten sposób, dajemy sobie prawo, by je wykorzystywać, a w rezultacie nadużywać go, zupełnie jakby było czymś podrzędnym, od nas niezależnym, a nie żywym, czującym tworem, najbardziej oczywistą częścią nas samych.

Myślałam o tym, jak mało we mnie wdzięczności dla mojego ciała. Zmuszam je do pracy, źle je karmię, nie śpię tyle, ile powinnam. A ono cały czas mi służy.
Traktujemy ciało tak, jakby było niezniszczalne. Nie szanujemy go. Podobnie zresztą postępujemy z Ziemią. Dla mnie to się łączy. Sprzyja temu nasza konsumpcyjna kultura, ale przede wszystkim antropocentryczne podejście. Fakt, że człowiek stawia siebie ponad wszystkimi innymi istotami, a ducha nad materią – ciałem. Głowa, czyli rozum, rządzi wszystkim i widać, do czego to prowadzi. Zasoby są na wyczerpaniu. Szczególny wpływ na nasz stosunek do ciała ma religia. Wychowałam się w Irlandii i choć byłam protestantką, chodziłam do katolickiej szkoły. Tam słyszałam, że ciało jest siedliskiem żądz, czyli zła, grzechu, że mam je zakrywać, by nie kusić chłopców. Moja mama była pruderyjna, nie rozmawiała ze mną o kobiecej fizjologii, seksualności. Jak wiele dzisiejszych kobiet wyrosłam w poczuciu wstydu, winy, strachu przed własnym ciałem i jego chęciami. Dziś to nieco złagodniało, ale nadal ciało jest jedynie mniej ważnym opakowaniem dla ducha.

Mam wrażenie, że dziś przesadzamy w drugą stronę, bo opakowanie zdaje się ważniejsze niż zawartość. Należy za wszelką cenę mieć ciało młode, gładkie, jędrne, szczupłe...
Coś jednak łączy te pozornie sprzeczne podejścia: w obu ciało traktowane jest przedmiotowo. Na skutek takiego myślenia większość ludzi jest od ciała odcięta i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Sama doświadczałam tego przez lata. W dzieciństwie byłam molestowana seksualnie przez dziadka. Nie umiałam sobie poradzić z sytuacją, więc uciekałam z ciała, odcinałam się od uczuć i żyłam w świecie fantazji. Całe szczęście uwielbiałam też tańczyć i jeździć konno. Dzięki temu zachowałam jednak jakiś kontakt z ciałem, ale nie w sensie połączenia ze swoją kobiecością, zmysłowością, uczuciami. Ta sfera cielesności była dla mnie zakazana, zbrukana. Długie lata pracowałam, by odzyskać dostęp do samej siebie.

Co pomogło?
Przede wszystkim praca z ciałem. Szczególnie taniec, który w bezpieczny sposób pomógł mi wyrazić te trudne uczucia, których w dzieciństwie nie umiałam ogarnąć i uwolnić się w ten sposób od poczucia winy. Teraz prowadzę tą drogą innych. Ludzie zwykle odcinają się od ciała, bo boją się swoich reakcji emocjonalnych, przez co tracą zupełnie połączenie z tym, co się w nich dzieje. Stąd między innymi tak wielka popularność horrorów czy sportów opartych na adrenalinie. Ludzie przekraczają próg strachu czy nawet bólu, byle tylko poczuć cokolwiek. Przecież żyć to znaczy czuć.

Niektórym się wydaje, że żyć to znaczy myśleć...
Serdecznie takim osobom współczuję. Radość życia to przede wszystkim doznania fizyczne. Możemy je poczuć tylko poprzez ciało. W szkole baletowej uwielbiałam tańczyć polkę, wirować coraz szybciej, by potem zatrzymać się i czuć, jak w moim ciele wszystko tańczy, serce bije jak szalone, energia krąży. To było ekstatyczne doznanie, którego nie rozumiałam. Dopiero później dowiedziałam się, że podczas intensywnego ruchu mózg wydziela endorfiny, nazywane hormonami szczęścia. Mamy to doznanie w zasięgu ręki.

Tyle że nie zawsze o tym pamiętamy. Ostatnio miałam prowadzić zajęcia ruchowe, a byłam bez energii. Bałam się, że nie dam rady. By sprawdzić, ile czasu zajmą ćwiczenia, zaczęłam sama je robić. I w cudowny sposób wróciły mi siły. Rozbawiło mnie to. Przecież wiem, że ruch tak działa, a tak trudno mi było się przełamać...
Tak już mamy, że kiedy jesteśmy w dołku, wolimy raczej się położyć, niż energicznie maszerować po pokoju... Ja wypracowałam sobie taki odruch, że kiedy jestem zmęczona albo nie potrafię sobie emocjonalnie dać z czymś rady, biegnę do ogrodowej jurty i tańczę. Wyrzucam z siebie to, co mnie boli, całą sztywność. Ruch szczególnie dobrze robi na zmęczenie emocjonalne związane z tym, że trzymamy długo na wodzy jakieś uczucia, choćby frustrację czy gniew. Jakbyśmy się starali utrzymać na sznurku wściekłego psa i w dodatku tak, żeby nikt go nie zauważył. Warto w odosobnieniu to spętane zwierzę wypuścić na wolność. Niech sobie potupie, potańczy, pokrzyczy, pomacha rękami. Tyle się wtedy uwalnia energii! Najzdrowszy sposób na odreagowanie. W dodatku nikomu innemu się przy tym nie dostanie...

A jak ktoś nie lubi tańczyć?
Jest joga, tai-chi, bieganie... Ja tańczę, bo moje ciało to kocha. Poza tym taniec to coś więcej niż fizyczna aktywność, kształtowanie mięśni, kondycji. To praca ze sobą. Podczas swobodnego tańca możemy doświadczać różnych ruchów, rytmów, obserwować swoje reakcje, emocje, jakie się pojawiają, bawić się i poszerzać swój repertuar. Eksperymentowanie z ruchem przekłada się na psychikę. Osoby o sztywnych poglądach mają zwykle usztywnione ciało, bo boją się „ruszyć” poza znane terytorium. Kiedy uwalniają ciało, stają się też stopniowo bardziej elastyczni mentalnie, twórczy. Najbardziej niesamowitą właściwością ciała jest to, że można poprzez nie wpływać bezpośrednio na umysł. To ogromny, wspaniały zasób, szczególnie ważny dziś. Świat jest coraz bardziej chaotyczny, często nas zaskakuje – to właśnie nazywamy stresem. A bywa, że jest to po prostu sytuacja nowa, taka, jakiej nie przewidzieliśmy. Gdy jesteśmy elastyczni, otwarci, nie przeraża nas to – wiemy, że sobie poradzimy. Sztywność, czyli przywiązanie do tego, jak ma być, utrudnia życie.

Ciało jest tak niezwykłe, a my traktujemy je jak coś oczywistego...
Albo wręcz coś, co nam przeszkadza, staje na drodze do spełnienia. Gdybym była ładniejsza, miała większe piersi, była szczuplejsza, byłabym szczęśliwsza. To smutne, że nie kochamy naszych ciał, nie cenimy tak, jak na to zasługują. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możemy zrobić, żeby lepiej się czuć, jest nauczyć się akceptować swoje ciało. Wierzę, że urodziliśmy się dokładnie z takim ciałem, jakie jest nam potrzebne, byśmy mogli osiągnąć to, do czego jesteśmy stworzeni. To niby oczywiste, ale proszę spojrzeć, jak wygląda nasz świat. Ile pieniędzy wydajemy na to, by wyglądać inaczej? Ile energii inwestujemy w myślenie: „ach, jak ja źle wyglądam”. Co by sobie wstrzyknąć, podciągnąć, wyciąć, jak się odchudzić, żeby upodobnić się do dziewczyny z okładki? Brak akceptacji własnego wyglądu to olbrzymie źródło stresu. Podstępnego, codziennego stresu, który podkopuje dobre samopoczucie, poczucie wartości, zjada nas od środka. Moim zdaniem za mało się o tym mówi, lekceważy się coś, co jest źródłem złego samopoczucia i wielu chorób. Odrzucamy nasze ciała, odnosimy się do nich źle. Więc one źle się czują. Nie kwitną, tylko więdną. W końcu zaczynają chorować. A my się wtedy dziwimy. Co się dzieje? Dlaczego? To niesprawiedliwe. Głupie ciało!

Oj, trochę chyba pani przesadza...
W żadnym razie. Ciało to najbardziej nadużywana, niedoceniana część nas.

No ale dbamy o nie, wcieramy kremy, chodzimy na siłownię...
Większość dba o ciało nie z miłości do niego, tylko z jej braku. Bo im się nie podoba to, co mają, chcą to zmienić. Ta niewypowiedziana, podświadoma niechęć gdzieś się w nich odkłada i przekłada na kiepskie mniemanie o sobie w ogóle, na złe samopoczucie, brak satysfakcji. Proszę spojrzeć na mnie. Mam 51 lat, przechodzę menopauzę. Moje ciało się zmienia, skóra, napięcie mięśniowe, włosy, wszystko. Najłatwiej w takiej sytuacji narzekać albo próbować się od siebie odcinać, brać leki, by zagłuszyć czy próbować powstrzymać tę rewolucję, która się we mnie odbywa. Ale mi zależy na kontakcie ze sobą, nie chcę przegapić tak ważnego momentu w moim życiu. Bo teraz przekształcam się w kobietę dojrzałą, starszą. U Indian 52 lata to był moment, w którym kobieta przechodziła do starszyzny plemiennej. Symbolicznie oznaczało to, że zgromadziła mądrość i mogła się nią dzielić z innymi. Dla mnie to oznacza przede wszystkim, że już nie będę miała więcej dzieci – a mam sześcioro, więc czuję się nasycona. Czas, by moja kreatywność zaczęła się wyrażać w inny sposób. W sumie się cieszę, że ciało przechodzi tę zmianę, bo w naturalny sposób kieruje moją uwagę na inne obszary życia i doświadczenia. Obserwuję to z wielkim zainteresowaniem. Myślę o tym, w jaki sposób to mnie zmieni, jakie ta zmiana znajdzie odbicie w moim ciele. Ciało to przecież zapis naszych doświadczeń.

Nie boi się pani starzenia się?
Boję się. Zmiany przybliżają mnie przecież do śmierci. Nie chcę, by moja skóra się pomarszczyła, włosy stały się białe... Boję się utraty urody, niedołężności. Czuję ten strach, ale przepuszczam go przez siebie, nie skupiam się na nim, nie pozwalam mu sobą zawładnąć. Bo jeśli pozwolę, by mną kierował, mogę próbować zatrzymać czas. I w ten sposób zaprzeczę sama sobie, zacznę żyć, udając kogoś, kim nie jestem. Nie obchodzi mnie to, że nasza kultura próbuje mnie zmusić, bym wyglądała na 20 lat. Jestem sobą, tańczę swój taniec.

Pamiętam jak wróciłam z Hawajów. Uwiodło mnie to, że wszyscy są tam tacy pogodni. W jednej z tamtejszych książek znalazłam radę: jeśli chcesz się dobrze czuć, chwal swoje ciało, dziękuj mu na głos. „Kochane ciało, dziękuję, że jesteś takie sprawne, piękne, że wczoraj siedziałeś do późna, a dziś wstałeś tak wcześnie w dobrym humorze, lubię cię za to, jak sprawnie sprzątasz” itp.
Cudny pomysł! Uniknęlibyśmy wielu stresów, gdybyśmy tak robili. Zachęcam do prowadzenia dialogu ze swoim ciałem. Mówmy mu dobre rzeczy, ale też słuchajmy tego, co chce nam przekazać. Gdy nauczymy się słuchać ciała i reagować na drobne sygnały z niego płynące, nie będzie chorować. Bo choroba to nic innego jak głośny krzyk, który mówi nam, że coś źle się dzieje. Te pierwsze znaki, jak np. ból głowy, zwykle mówią: hej, potrzebuję nieco uwagi, chcę pobyć sam przez chwilę, mam dość hałasu itd. A my zagłuszamy ten głos, biorąc pigułkę, i uważamy, że ciało nas zdradza, bo nie pozwala nam żyć. Ciało to nasz barometr. Uczy nas naszego własnego tempa, tego, co dla nas dobre.

A jeśli mój naturalny rytm jest inny niż ten, jaki wymusza otoczenie? Rodzina, praca?
Warto zadbać o równowagę. Dziś ja się dostosuję, jutro dostosuj się ty. Jeśli zarwę noc, muszę ją kiedyś odespać. Jako matka szóstki dzieci przeszłam niezłą szkołę. Zrozumiałam, że to się samo nie stanie, muszę zadbać o swoje potrzeby, mówić o nich głośno, stawiać granice i nie poświęcać się dla wszystkich w imię idei bycia dobrą matką. Ciało było moim najlepszym nauczycielem. Mówiło na przykład: jeszcze mogę to zrobić bez szczególnego problemu, ale też: mogę to zrobić, jeśli chcesz, ale to oznacza, że jutro padnę. I padało. Sygnały z ciała są czytelne. Jeśli nauczymy się z nim rozmawiać, poprowadzi nas do dobrego, spełnionego życia.

Caroline Carey, pisarka, poetka, terapeutka. Certyfikowana nauczycielka Movement Medicine, 5 Rytmów oraz Sacred Trust. Twórczyni Alchemy in Movement. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Jej pasją jest taniec, medytacja, uwalnianie ciała i odkrywanie twórczej indywidualności. W 2010 r. wydała autobiografię „Ms’Guided Angel”. Mieszka w Seaford w Wielkiej Brytanii. Ma sześcioro dzieci i wnuki. 

Movement Medicine to praktyka świadomego spontanicznego ruchu i tańca, stworzona przez Yacov’a i Susannę Darling Khan, by wspierać w uwolnieniu napięć w ciele oraz pogłębianiu połączenia z naturalną energią życiową. Pomaga osiągnąć równowagę miedzy ciałem, sercem, umysłem i duchem.

  1. Styl Życia

Co nam daje nauka tańca?

Taniec daje nam wiele emocji. Wyrzuca złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. (Fot. Getty Images)
Taniec daje nam wiele emocji. Wyrzuca złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. (Fot. Getty Images)
Na podstawowym poziomie chodzi o naukę kroków. Na wyższym – o akceptację siebie. Amatorzy, których uczy tańczyć Piotr Lewandowski, rozkwitają, nabierają pewności siebie i rywalizują w turniejach z zawodowcami.

Od jak dawna tańczysz?
Grubo ponad 20 lata.

Kto przychodzi na twoje zajęcia i – choć to może dziwnie zabrzmi – po co?
Motywacje są bardzo różne. Zaczyna się zwykle od podstawowej – by nauczyć się tańczyć. Ale w trakcie kursu uczestnik odkrywa coraz to nowsze rzeczy, które daje taniec. Do mnie przychodzą prawie same panie. I wszystkie przyznają, że dzięki tańcowi zaczynają się czuć bardziej kobieco. Nagle zauważają swoje biodro, gdy się porusza. Stają się bardziej świadome swojego ciała.

Bardziej sexy?
Tak, ale na początku, widząc siebie w lustrze, są onieśmielone. Każdy ma swoje kompleksy. Taniec uczy, by nie zwracać na nie uwagi. Akceptować siebie, skupić się na tym, co jest do wykonania. Wyrzucić emocje i czerpać przyjemność z ruchu. I tutaj bardzo istotną rolę odgrywa trener. On jest nie tylko nauczycielem tańca, ale także coachem, a nawet psychologiem. Musi wyczuć, w jakim nastroju jest dana osoba. Zbudować w niej poczucie wartości, pewność siebie – i dopiero wtedy można przechodzić na wyższe poziomy nauki. Czasami kursantki przychodzą z jakąś blokadą. I wtedy niczym psychoanalityk muszę nad tym popracować. Ostatecznie w tańcu problem albo zostanie zasymilowany, albo kobieta wyrzuci go z siebie.

Kozetkę psychoterapeuty zamieniasz na lustro w sali tanecznej?
Dokładnie. Mam znajomego neurologa, który mówi, że taniec to doskonała terapia, i gdyby mógł, to przepisywałby go każdemu. Był ze mną na kilku wyjazdach warsztatowych w Toskanii i widział, jakiej metamorfozie ulegają kobiety.

Wróćmy do motywacji tańczących. Jakie są te mniej oczywiste?
Wiele osób traktuje taniec jak formę fizycznej aktywności. Zwłaszcza panie. Już po kilku zajęciach poprawia im się sylwetka i jędrność ciała. Zawodowi tancerze słyną przecież ze smukłych kształtów.

W Pro-Am, systemie, który propaguję, uczymy tańca podczas indywidualnych lekcji z zawodowcem. Dla niektórych to kolejny etap rozwoju tanecznego. I to dynamicznego rozwoju – doświadczony kursant kolejne poziomy pokonuje o wiele szybciej. Ale również amatorzy radzą sobie świetnie. Do tego stopnia, że występują podczas branżowych turniejów lub pokazów, oczywiście w parze z zawodowcem. To taki „Taniec z gwiazdami” w mikroskali. Dla wielu to spełnienie marzeń. Wiek nie gra roli. Przychodzą do nas także osoby starsze, już na emeryturze. Mamy na przykład 71-latka, który tańczy od 10 lat. Jest zachwycony. Niedługo będzie brał udział w turnieju.

Czy mężczyźni także budują swoją pewność siebie poprzez taniec?
Taniec w ich przypadku jest jednym ze sposobów, w jaki mogą zaimponować kobiecie. Mam mnóstwo kursantów, którzy przychodzili na zajęcia bez koordynacji ruchowej i poczucia rytmu. Ale wystarczyło nauczyć ich kilku prostych ruchów, dać podstawę w krokach, by poczuli się komfortowo na parkiecie.

Kiedyś chodziłem na milongi. Imponowała mi pasja, z jaką ludzie podchodzą do tanga, i ogromny międzypokoleniowy przekrój – od nastolatków po siedemdziesięcioparolatków.
Bo tak naprawdę taniec nie zna granic, a już na pewno nie są to granice wiekowe. Dla pań najważniejsze jest to, by mieć dobrego partnera, i wsłuchać się w niego. A na milongi chodzą pasjonaci, panowie, którzy potrafią prowadzić w tańcu, więc kobiety czują na parkiecie duży komfort. Poza tym tango uczy obecności. Partnerzy są nie tylko wewnętrznie skupieni, ale też maksymalnie skoncentrowani na sobie jako parze. Uczestnicy milong, sals czy zajęć w ramach Pro-Amu tworzą bardzo barwne, wesołe społeczności. Bo taniec to jest styl życia. Ludzie, którzy tańczą, mają nie tylko wspólną pasję, ale też jeden język, powiedziałbym nawet „slang”, i wspólne doświadczenia. Tworzą fora, blogi taneczne, opisując metamorfozę, jaką przeszli pod wpływem tańca – wrzucają swoje zdjęcie „przed” i „po”. To są też wspólne imprezy, turnieje, szukanie nowinek... Pod wpływem grupy chcą się jeszcze bardziej doskonalić. Zaczynają dbać o siebie, lepiej się odżywiać, wysypiać – w tańcu narzędziem jest w końcu ciało. Kobiety szyją sobie specjalne stroje, robią makijaże, fryzury – taniec staje się dla nich świętem, odpoczynkiem od codzienności.

Czy zdarza się, że na zajęcia do Pro-Am trafiają ci, którzy mają jakiś życiowy zakręt?
Różnie to bywa. W naszym systemie tańca uczą się osoby o zróżnicowanym statusie społecznym i sytuacji życiowej. Są single, którzy potrzebują się wyszaleć, i pracujące kobiety z dziećmi, które chcą mieć chwilę dla siebie. Na zajęciach odnajdują się na nowo. Znam kobiety, które dotychczas nie wyjeżdżały nigdzie same, tylko z rodzinami, nawet na zakupy. A teraz, dzięki tańcowi, zaczynają dostrzegać swoje potrzeby. Taniec staje się odskocznią od szarego życia. Wentylem bezpieczeństwa dla problemów. Czasami dzwoni do mnie kursantka i mówi: „Chcę umówić się na lekcję. Dzisiaj. Mam w pracy taką zadymę, że muszę to gdzieś odreagować”.

Umożliwiacie waszym kursantom udział w profesjonalnych turniejach. Co im to daje, oprócz – jak przypuszczam – ogromnej tremy?
Nie bez powodu w parze jest zawsze amator i profesjonalny tancerz. Oboje się wspierają, przy czym gwarantuję, że to amator ma mniejszą tremę. Nikogo nie namawiamy na udział w turnieju po miesiącu czy dwóch nauki. To byłoby zbyt stresujące. Czas przygotowania jest bardzo indywidualny. Znam osoby, które po trzech miesiącach czuły się już na siłach, a są takie, którym to zajęło rok, półtora. Turnieje są dodatkową motywacją i prawdziwą próbą charakteru. Jeśli uda ci się opanować stres i dobrze wypaść, zaczynasz wierzyć, że nie ma rzeczy niemożliwych. Po czymś takim nauka na zwyczajnej sali tanecznej to już czysta przyjemność.

Kilka lat temu znajomy, Michał Malitowski, zaprosił mnie do programu „Got to dance”. Wystąpiłem w nim ze swoją partnerkę z Pro-Amu, panią po 40, poważną business woman, z mężem, rodziną. Rano przyszliśmy na nagranie, a tam tłum ludzi, na dodatek same zespoły. Tu się rozgrzewają, tu grają, tam scena i kamery… Moja partnerka wpadła w panikę. W parę godzin musieliśmy się ogarnąć. Wieczorem było nagranie na żywo i wszystko ostatecznie fajnie wyszło. Dlatego jestem zdania, że na pokazach czy konkursach ludzie mogą się sprawdzić w nowej roli, zmierzyć ze strachem. Uczą się radzić sobie z trudnymi emocjami.

Poza tym atmosfera na turniejach jest bardzo nobilitująca. Staramy się je zresztą właśnie dlatego urządzać w niecodziennych miejscach. Były już w Filharmonii w Szczecinie czy w Kopalni Soli w Wieliczce, 128 metrów pod ziemią. W takim otoczeniu uczestnicy czują, że te emocje, te chwile są bezcenne. Wyjeżdżamy też na pokazy za granicę – z pierwszą kursantką z Pro-Amu byłem w Hongkongu. Łączymy to także z podróżami pod hasłem „weekend dla siebie”.

A jak sam wspominasz zawodowe turnieje, w których brałeś i bierzesz udział?
Pamiętam szczególnie dobrze Mistrzostwa Niemiec w Mancheim. Miałem wtedy 14–15 lat. Z moją partnerką udało mi się wejść do finału. Cała sala pełna. Kilka tysięcy osób. Duża orkiestra, muzyka na żywo. Pary przedstawiane z imienia i nazwiska. Kiedy to się dzieje, to na parkiecie tracisz niemalże świadomość. Odpływasz i nie wiesz, co się z tobą dzieje. A masz zatańczyć. Robisz to więc w jakiejś euforii, której nie jesteś w stanie kontrolować. Bo technicznie to wszystko już dawno masz wyćwiczone.

Podobne odczucia miałem podczas Mistrzostw Polski na warszawskim Torwarze. Pełna sala ludzi, 3–4 tys. osób, telewizja. W takich warunkach włada tobą podświadomość. To jest nie do opisania. Trzeba to poczuć. Czujesz się jak podczas premiery na scenie. Bo tancerz jest aktorem. Odgrywa różne role. Raz jest romantycznym kochankiem, a raz dzikim torreadorem. Przepuszcza przez ciało muzykę – jedno z drugim musi być więc zsynchronizowane. Czysta symbioza. Do tego jeszcze dochodzi interakcja z otoczeniem – gdy ogląda cię 2 tys. osób, czujesz ogromną dawkę energii, jeśli potrafisz przeciągnąć ją na swoją stronę, wygrywasz.

Znasz jakąś osobę, która dzięki nauce tańca przeszła prawdziwą metamorfozę?
Nawet kilka. Wszystkie niezwykle się otworzyły, nabrały pewności siebie, ale też i pokory. Stały się dojrzalsze emocjonalnie – otwarcie mówią, co czują.

Szkoła tańca szkołą życia?
My mówimy: „dance ma sens”. Siedemdziesięciolatek, o którym wspominałem, twierdzi, że odkąd w wieku 60 lat zaczął tańczyć, zaczął żyć. Przeżywa teraz swoją drugą młodość. Tyle tylko, że nie ma o czym rozmawiać z rówieśnikami: oni opowiadają o serialach, chorobach i wnukach, a on ma mnóstwo energii i nowych celów do osiągnięcia. No i prawdziwą pasję – taniec.

O co ty byłbyś uboższy, gdyby nie taniec?
Na pewno o wiele emocji. Bo taniec cię na nie otwiera. W dzień je zwykle skrywamy, na parkiecie uwalniamy. Dlatego taniec tak odstresowuje i relaksuje. Wyrzuci z ciebie złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. Poza tym taniec to forma sztuki, tańcząc, stajesz się artystą. Kontaktujesz się nie tylko ze swoim umysłem i ciałem, ale też z duszą. Ja, gdy wchodzę na parkiet, od razu się uśmiecham.

Piotr Lewandowski zawodowy tancerz najwyższej międzynarodowej klasy tanecznej S, instruktor, finalista turniejów tanecznych w Polsce i w Europie.