1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak podejmować decyzje? 5 skutecznych rad dla niezdecydowanych

Jak podejmować decyzje? 5 skutecznych rad dla niezdecydowanych

"Presja i obawy, jakie towarzyszą nam w takich momentach, biorą się z przekonania, że niewłaściwy wybór pociągnie za sobą ból, stratę. Że będziemy żałować i pomstować." (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Codziennie podejmujemy szereg decyzji. Co na śniadanie? W co się ubrać? Brać parasol czy nie? Przyjąć propozycję, a może odmówić? Kupić lub obyć się bez? A czasem zostajemy postawieni przed naprawdę trudnym wyborem. I co wtedy? Jak uniknąć paraliżu decyzyjnego?

Mało co potrafi tak nas trzymać w szachu jak niezdecydowanie. Czas nagli, ludzie pytają, a w głowie huczy jedno wielkie „nie wiem”. Zaczynasz odczuwać stres. Złość – bo przecież każdy już dawno by wiedział. Co z twoim rozumem? Co z intuicją? Już niby szala przechyla się w stronę jednego z rozwiązań, ale oto wyskakuje jak królik z kapelusza myśl, która zaburza całą dotychczasową argumentację... I znów jesteś w punkcie wyjścia.

„Bo widzisz, Harry, to nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności” – dowiaduje się słynny nastoletni czarodziej podczas swojej edukacji. Trudne życiowe decyzje napędzają fabułę wielu filmów i utworów literackich. Uwielbiamy te historie – kiedy bohater musi całym sobą stanąć za czymś, czasem nawet narażając życie. A co mówią o nas nasze wybory? Jak ich dokonujemy? Jak długo chodzimy wokół jakiejś decyzji, zanim uznamy ją za podjętą? A potem? Jak komunikujemy swój wybór? Kiedy przechodzimy do fazy wdrożeniowej? I wreszcie – jak często i długo żałujemy, wątpimy, wracamy?

Nowa praca? Fantastycznie!

Każdy z nas ma jakąś – mniej lub bardziej skuteczną – strategię mierzenia się z wyborem. Niektórzy sporządzają kilometrowe tabelki ze wszystkimi „za” i „przeciw”. Sęk w tym, że argument argumentowi nierówny – czasem jedna strona wyraźnie przeważa nad drugą ilościowo, a z jakichś powodów czujemy, że to nie wystarcza... Inni wolą zasięgać opinii wszystkich wokół. A potem, kiedy trzeba postawić kropkę nad „i”, i tak zostają sami... Oczywiście, są jeszcze karty – tarota i wiele innych. I Ching. Programowanie snów. Tylko czy właściwie zinterpretujemy podpowiedź? Mędrcy różnej maści mówią: „Kieruj się sercem”. Słusznie, choć najlepiej byłoby, gdyby nie musiało ono przeciwstawiać się przekonaniom umysłu czy pragnieniom ciała... Czasem przydatna okazuje się prosta technika z reprezentującymi różne opcje kartkami. Kładziesz je na podłodze, stajesz na każdej z nich i sprawdzasz, jak się czujesz – jakie emocje, obrazy, myśli, słowa wypływają na powierzchnię świadomości. Najlepiej, żebyś nie wiedziała, która kartka co oznacza (możesz podpisać je od spodu i potasować). Unikniesz w ten sposób autosugestii i presji,

Spróbujmy jednak podejść temat z innej strony i przyjrzeć się naszemu nastawieniu do samego procesu podejmowania decyzji. Presja i obawy, jakie towarzyszą nam w takich momentach, biorą się z przekonania, że niewłaściwy wybór pociągnie za sobą ból, stratę. Że będziemy żałować i pomstować. Pluć sobie w brodę i rozdzierać szaty. Męczyć się jak potępieńcy. Rezultat? Męczymy się „zaocznie”, nie podejmując decyzji. Stojąc w miejscu, pozostając w zawieszeniu. Niemal jak ten osiołek, który – nie mogąc wybrać między owsem a sianem – padł z głodu.

Susan Jeffers, autorka książki „Nie bój się bać”, twierdzi, że w takich sytuacjach gubi nas ostrożność. Od dziecka wciąż słyszymy „uważaj, bo...”. Bo przewrócisz się, narazisz, coś pójdzie źle... Więc uważamy. Ryzyko, że zrobimy coś „nie tak”, jest przecież ogromne. Panicznie boimy się popełnić błąd. Chociażby podjąć błędną decyzję. „Boimy się, że niewłaściwa decyzja czegoś nas pozbawi – pieniędzy, przyjaciół, kochanków, statusu i czego tam jeszcze” – wylicza Jeffers. „Tego wszystkiego, co miała nam zapewnić decyzja właściwa”. Po jednej stronie masz spektakularny zysk, po drugiej dotkliwą stratę. Tylko która ze stron jest która? Albo jeszcze inaczej – w każdej z dostępnych opcji widzisz stratę, bo wiesz, że będziesz musiała z czegoś zrezygnować... Nic dziwnego, że może się pojawić paniczny lęk.

A teraz – proponuje Jeffers – wyobraź sobie nieco inną sytuację. Masz przed sobą dwie drogi – A i B – i każda jest właściwa. Przy każdej leżą skarby: okazje do nauki i rozwoju, odkrywania siebie, poznawania nowych sposobów doświadczania życia. Czekają tam na ciebie – bez względu na rezultat. Załóżmy, że dostałaś propozycję pracy. Miłe, prawda? Pod warunkiem że nie zrobisz z tego problemu. Na pewno znasz osoby, które w takiej sytuacji myślą: „Jeśli zostanę w dotychczasowej pracy, mogę zaprzepaścić niepowtarzalną szansę. Ale czy na pewno poradzę sobie w nowym miejscu? Może okaże się, że panuje tam okropna atmosfera, że trzeba przesiadywać po godzinach... A co, jeśli zostanę tutaj i coś pójdzie nie tak? Nigdy nie daruję sobie, że stchórzyłam”.

Jeśli sama w ten sposób postrzegasz rzeczywistość, będziesz raczej unikać wielkich okazji, kojarzyć je z udręką. Zamkniesz się na zmiany. Szkoda... Chyba że zechcesz przeprogramować się na inny model podejmowania decyzji. Taki, który Jeffers nazywa Zysk-Zysk. Wygląda to mniej więcej tak:

„Nowa praca? Fantastycznie! Jeśli ją przyjmę, poznam nowych ludzi, zdobędę nowe umiejętności i doświadczenia. Nawet gdyby nie okazała się pracą marzeń, nawet jeśli się tam nie utrzymam, dam sobie radę, zawsze coś się znajdzie. Najwyżej pozwolę sobie na mały przestój, będę mieć więcej czasu na pasje. Jeśli zostanę w dotychczasowym miejscu, pogłębię kontakty z ludźmi, poszukam nowych możliwości rozwoju. Być może, podbudowana propozycją, poproszę o awans. Tak czy inaczej, wszystko się ułoży. Cokolwiek zrobię, czeka mnie wspaniała przygoda!”.

Potrafisz myśleć w ten sposób? Jeśli tak, podejmowanie najbardziej przełomowych decyzji to dla ciebie fraszka. Po prostu każda jest właściwa. O takich ludziach zwykło się mówić, że zawsze spadną na cztery łapy. Jeśli jeszcze nie opanowałaś tej sztuki – wszystko przed tobą! Masz okazję poeksperymentować z nowym podejściem.

Przeprogramować się na inne myślenie. Zacząć podejmować decyzje bez strat. Spójrz na swoje dotychczasowe życie: czy nie jest tak, że każdy wybór wniósł w nie coś cennego? Że czemuś służył, doprowadził cię do jakiegoś ważnego miejsca? Znamy mnóstwo takich przykładów: ktoś idzie na studia, których nie kończy, ale zdobyta na nich wiedza okazuje się niezbędna przy jakimś ważnym przedsięwzięciu. Ktoś przeprowadza się do miasta, które przytłacza go szarością i chłodem, ale to tam właśnie poznaje miłość życia...

Przepis na to, jak podejmować decyzje, nie dać się zwieść lękom? Susan Jeffers przedstawia go w pięciu punktach:

1. Skoncentruj się na modelu Zysk-Zysk. Pamiętaj, że świat to jedna wielka okazja, bądź gotowa skorzystać z tego, co ma ci do zaoferowania. Myśl tylko o tym, co możesz zyskać.

2. Odrób lekcje. Zbieraj dane i tak – rozmawiaj z ludźmi. Ale tylko z tymi, którzy wspierają twoją naukę i rozwój. Podziękuj tym, którzy kwestionują rysujące się przed tobą szanse, a tym bardziej twój potencjał.

3. Ustal swoje priorytety. Zastanów się, do czego dążysz w życiu, co chcesz osiągnąć. Co na ten moment jest dla ciebie najważniejsze. Być może rzuci to nowe światło na twój wybór. Prawdopodobnie któryś z wariantów jest bliższy twojemu nadrzędnemu.

4. Zaufaj swoim impulsom. Załóżmy, że „odrobiłaś lekcje” i wydaje się, że już wiesz, które rozwiązanie będzie właściwe (to przecież takie logiczne!), ale z jakichś – trudnych do wytłumaczenia – powodów wciąż zerkasz w stronę innego. Ciało się ożywia, kąciki ust się podnoszą, pierś faluje... Nie bój się pójść za tym głosem – być może kryje znacznie głębszą prawdę niż ta, którą ujawniły szczegółowe analizy i statystyki.

5. Rozchmurz się. Nie traktuj swoich decyzji tak bardzo serio. Spójrz na siebie jak na wiecznego studenta wielkiego uniwersytetu, uznaj, że każde twoje doświadczenie to ważna lekcja. Program nauczania jest niezwykle bogaty. Jeśli wybierzesz ścieżkę A, poznasz smak truskawek. Na ścieżce B dowiesz się, jak smakują jagody. Jeśli nie polubisz ani jednych, ani drugich, poszukaj innej ścieżki. Grunt, że czymkolwiek zaowocują twoje decyzje, dasz radę!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego kobiety zakochują się w żonatych mężczyznach?

Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety.
(Fot. iStock)
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Są kobiety, które zakochują się tylko w żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Moja przyjaciółka M. zakochiwała się wyłącznie w mężczyznach, którzy byli zajęci. Tłumaczyła, że to silniejsze od niej. A kiedy jeden z jej wybranków zdecydował się odejść od żony, pogoniła go, mówiąc, że już jej nie pociąga… Oczywiście, bo on ją interesował nie jako jej partner, tylko jako mężczyzna do zdobycia, i to mężczyzna należący do innej kobiety. Żeby to zrozumieć, trzeba wziąć pod uwagę dwie rzeczy. Pierwsza to poczucie wartości M. Opiera się ono na tym, że ten, kogo uda się jej zdobyć, jest nic niewart. Bo gdyby był coś wart, toby jej nie chciał. Dlatego wartościowy i atrakcyjny jest ten mężczyzna, którego musi zdobywać. Drugi aspekt to trójkąt rodzicielski. To istota całej sprawy. Zacznijmy od tego, że kiedy M. była dziewczynką, niedobrze się działo między państwem małżeństwem, czyli tatusiem a mamusią. Nie byli już ze sobą blisko, choć może kiedyś tak, a gdy pojawiła się córeczka, niespecjalnie się już nawet lubili. Oboje się od siebie oddalali, czuli zawód seksualny, żal i nic w tej sprawie nie robili. No i co się wtedy stało? To, co zazwyczaj w takiej sytuacji: dziecko płci żeńskiej stało się córeczką tatusia. M. rozumiała go lepiej niż żona, lepiej niż ona się z nim dogadywała. I tatuś miał poczucie, że jego córeczka to najsłodsza istota na świecie, która go kocha nad życie: „No, przynajmniej córkę mam dobrą, bo żona to mi się nie udała”, myślał.

Trochę tej dziewczynie zazdroszczę kontaktu z ojcem, a trochę czuję, że ta ich bliskość to jednak nadużycie… Jakiś jego rodzaj na pewno, choć nie musi dochodzić do żadnego molestowania. Córka jednak bardziej jest towarzyszką tatusia niż mamusia, i to nie jest naturalne. Matka jest oczywiście o córkę zazdrosna. To jest aż nudne dla mnie jako dla terapeutki, bo wciąż to muszę powtarzać, ale powtarzam, bo wiem, jakie to niezwykle ważne dla ludzi, którzy tego doświadczają. Otóż ta mamusia nie kocha córki, bo nie kocha samej siebie, a przecież córka to mała ona. I dlatego zawodzi męża, bo jeśli nie kocha siebie, to czuje się niepewnie, wstydzi się, nie lubi swojego ciała, a więc i unika seksu. Jest więc mamusia takiej dziewczynki niespełniona jako kobieta, a i jej mąż – niespełniony jako mężczyzna.

No ale wracając do córeczki: ponieważ mama jej nie lubi, to tym bardziej ona lgnie do tatusia. Tatuś tym bardziej czuje, że to córeczka jest jego, a nie żona. A więc tworzy się w głowie dziewczynki taki oto wzór: mama jest żoną tatusia, ale nie całkiem są razem, nie ma między nimi więzi. A więc córka chciałaby, żeby mamusi nie było i żeby tatuś był jej. Ale przecież nie byłoby dla niej dobre, gdyby mamusi w ogóle nie było, bo mamusia jest jej potrzebna. Ba! Tatusiowi też jest potrzebna, żeby był dom.

No i mamy grecką tragedię… Dziewczynka wyrasta w poczuciu, że tatuś nie jest jednak do zdobycia. Uczy się więc, że mężczyzna, który jest jej najbliższy, nie jest jej. A jednocześnie nie może zaakceptować też tego, że tatuś jest mamusi. Mogłaby to zaakceptować, gdyby rodzice się kochali i wychowywali ją jak dziecko, a nie jak zastępczą partnerkę tatusia. Ta dziewczyna nie może mieć też do końca poczucia, że identyfikuje się z kobiecością, bo to można dostać tylko od matki. A ona tego od matki nie dostaje. Liczy więc, że koronę królowej da jej mężczyzna, którego zabierze innej kobiecie. No i teraz wróćmy do M. Zabrała tego pana innej pani i w tym momencie przestał być dla niej ważny. Bo tatuś nie może być jej partnerem. To byłoby kazirodztwo. Nie o to też chodzi, żeby go mieć, tylko żeby go zdobywać. No bo na czym miałoby polegać zdobycie tatusia w rodzinie?

Mamusia powiedziałaby: „Dobrze, córuś, tatuś jest twój”. Dopiero byłoby dziwnie. Ponieważ córka poczułaby się przeciążona, a ponadto zdradzona i przez matkę, i przez ojca. Dziecko potrzebuje obojga rodziców. A więc nie może jej się udać tego faceta zdobyć, bo nawet nie byłoby wiadomo, co z tym zrobić. Poza tym ta kobieta, która jest z tym mężczyzną, jest jej matką. Więc córka chce z nią wygrać tylko trochę, żeby się poczuć lepiej. Bo czuje się źle. Matka jej nie traktuje jak córki, ojciec też, bo zastępuje nią żonę, z którą jednak nadal jest, więc córki nie wybiera. Córka nie jest zatem sobą, nie jest po prostu dzieckiem. Gdyby wygrała z matką, spadłby na nią cały ciężar tej sytuacji. A ona tego nie udźwignie, bo przecież jest niedojrzała, niepewna siebie. Nikt jej nie nauczył, jak to jest być zadowoloną z siebie.

Więc romans z żonatym może być fajny, ale tylko jako romans? Tak, bo ona sobie udowadnia, że jakiś mężczyzna dla niej zdradza żonę. I właśnie: moim zdaniem chodzi o to, że on zdradza, a nie, że zostawia żonę. A więc on woli ją. Nie chodzi nawet o seks z nim, ale o to, że ten mężczyzna jej pragnie. Ponieważ tatuś nie pragnął mamusi, a jej nie mógł pragnąć. Chodzi o to, że dziewczyna czuje, że w jakimś małżeństwie źle się dzieje, bo tatuś nie pragnie mamusi, swej żony, ma więc pragnąć jej. A nawet odwrotnie – ponieważ żonaty mężczyzna jest na nią łasy, to oznacza, że w jego relacji z żoną jest kiepsko i ona ma nawet obowiązek go ratować!

A czy M. i podobne do niej kobiety nie są seksolubne? One wabią mężczyznę seksem, bo to jest ich sposób na to, by zbudować z nim relację, która ma być ważniejsza niż inne. Co więcej, dla tych mężczyzn, których M. sobie wybiera, seksualne wabienie jest szczególnie atrakcyjne, bo ich żony seksualnie atrakcyjne nie są lub przestały być. Mężczyzna nie potrafi rozbudzić seksualnie żony, bo nie umie poradzić sobie z jej chłodem, lękiem itd. Albo nie chce, bo związał się z taką kobietą, by nie musieć być wydolny seksualnie na takim poziomie, który zaspokoi dorosłą kobietę. M. łatwo go sobą zainteresuje, ponieważ dorosłą, wymagającą kobietą nie jest. Chce adoracji, musi być uwodzicielką, lolitką. Naprawdę chce ojca i matki, ale nie dostała tego od własnych rodziców, więc przynajmniej dostaje uwagę od kolejnego cudzego męża. Sprawdza się jako upragniona kobieta wcześniej niż jako kochane dziecko. Mężczyźni lecą na te dziewczyny, które im obiecują załatwienie ich własnych, niedojrzałych interesów.

A jak powinna się zachować mądra żona, kiedy taka kobieta szkodnik pojawi się w jej domu? Mądra kobieta powinna być dla niej dobra. To jest najbardziej lecznicze, bo tej dziewczynie potrzebna jest akceptująca matka. Gdy żona jest dobra, dla mężczyzny przestaje to być przygoda na boku. Poza tym zaczyna widzieć, kim ta dziewczyna naprawdę jest: dzieckiem. Ale to trudne dla małżonki, która czuje się nieatrakcyjna, której się wydaje, że wyższość dziewczyny tkwi w tym, że jest młodsza. A tak naprawdę atrakcyjność dziewczyny dziecka tkwi w tym, że ten mężczyzna jest dla niej arcyważny. No bo któż jest tak ważny jak tatuś, którego można w końcu zdobyć.

Powiedzmy, że żonie uda się nie widzieć w niej modliszki, ale dziecko, i wejdzie w rolę ciepłej pseudomatki… Da wtedy tej dziewczynie coś nieoczekiwanego, co ją rozbroi. Bo – paradoksalnie – ona zwraca uwagę na jej męża właśnie w tym celu, żeby ta kobieta ją zaakceptowała. Czyli po to wchodzi w relacje z ojcem, by pokazać matce: „Nie mogę dostać się do ciebie, przyjdź do mnie. Jestem bardzo samotna”. Od tak zwanych sprytnych kobiet słyszałam pozornie podobną radę: „Zaprzyjaźnij się z jego flamą, a on ją zostawi”, ale to manipulacja. Ja mówię o czymś prawdziwym, czyli o zupełnie innej motywacji do pozornie podobnego działania. A więc jeśli wokół twojego męża kręci się małe dziecko, to się nim zajmij. Zabierz je na zakupy, na kawę, na damskie pogaduchy, powiedz, że ją rozumiesz, porozmawiaj o jej rodzicach, pomóż znaleźć terapeutę. Opowiedz o tym mężowi, niech on też wie, że to naprawdę dziecko i że nie jest fajnie być pedofilem. Dla żony to trudne, ale może mieć z takiej relacji sporą satysfakcję. To jednak wymaga świadomości. A musimy tu sobie powiedzieć, że postacie z tych historii są nieświadome, czemu robią to, co robią. Najsilniej kieruje nami to, co najbardziej ukryte. Zatem im więcej się odsłoni, tym mniej to niebezpieczne.

Czyli nie zabraniać, nie kłócić się… Tylko czy ta dobroć jest bezpieczna? Czy okazja nie czyni złodzieja? Czyni. Zajmij się nią, ale nie tak, żeby on z nią bywał. No i nie zrób z tego trójkąta. Wtedy to krzywda dla wszystkich, zwłaszcza dla niej, bo to dziecko bedzie z obu stron nadużyte – i przez pseudomatkę, i przez pseudoojca. Oczywiście, zachowanie żony nie determinuje tego, co zrobi mąż, choć może bardzo na to wpłynąć.

A co powinien zrobić? Najlepiej, gdyby postąpił tak jak bohater filmu „American Beauty”. Mamy tam sytuację: słaby facet, odrzucony przez romansującą żonę, lokuje swoje uczucia w dziecku, na szczęście nie w córce, tylko w jej koleżance. Ta koleżanka to nimfetka, czyli osóbka udająca, że jest doświadczona w sypianiu z panami. Uwodzi więc Kevina, który stara się na nią ciągle niby to przypadkiem wpadać, śni nawet o niej. I w końcu są tylko we dwoje. Ona jak najbardziej zgadza się mu oddać, chciałaby, żeby ktoś ją w końcu rozdziewiczył, a wie, że ten facet ją uwielbia. Ale też się straszliwie boi. I co on robi? Nie korzysta z okazji, ale mówi najwspanialsze słowa: Jesteś cudowna, pragnę cię, gdybym tylko mógł to zrobić, tobym to zrobił i byłbym szczęśliwy. Ale tego nie zrobię, właśnie dlatego, że jesteś taka wspaniała, że cię uwielbiam... Ona dostaje więc to, co jest jej naprawdę potrzebne, a nie zostaje nadużyta. On jej daje to, co można dać potrzebującej, głodnej miłości dziewczynce. I zostawia ją jej procesowi dorastania.

Jeśli któraś z naszych czytelniczek pomyśli: „kurde, to o mnie”, to co powinna zrobić? Najlepiej pójść na terapię. Można spróbować pogadać z tatą, z mamą. Zobaczyć, jak oni dalej żyją... Podstawowym procesem wewnętrznym ma być zobaczenie rodziców jako pary. Czyli na przykład postawić sobie na komodzie ich zdjęcie ślubne, narysować ich jako parę, wyobrażać sobie ich razem idących za rękę. Wyobrażać ich sobie, jak byli młodzi i się w sobie zakochali, jak ze sobą spali. Jak bardzo chcieli ze sobą być, bo przecież istniał taki czas, kiedy byli sami, bez córki. A ona jest małą dziewczynką, która co najwyżej może trzymać ich za ręce. (To są zresztą dziewczyny, które jako dzieci nie leżały w łóżku między swoimi rodzicami. One rzadko chodziły z nimi razem do zoo, kina). To taki Hellingerowski sposób, żeby dziecko zobaczyło, że jest mniejsze od rodziców. A oni są razem, nawet jeśli się nie kochają teraz, to kiedyś uprawiali seks. Są parą i ich dziecko nic do tego nie ma. A jeśli się na to ich bycie razem porwie, będzie miało poczucie tragedii. Można się napawać poczuciem zemsty, ale na dobre to nam nie wychodzi.

Jeśli jesteś podobna do M., zastanów się: czy gdy ugania się za tobą wolny facet, to go lekceważysz, a ciągnie cię zawsze do mężów? Jeżeli tak, zastanów się, czy to dla ciebie dobre. Chcesz czegoś, co jest wbrew porządkowi. Mam nadzieję, że kobiety, które tak jak M. kilka razy zainteresują się zajętym mężczyzną, nasycą się tym, co wtedy dostają. One, tak jak każdy z nas, dobierają sobie partnerów, by zakończyć coś niezakończonego z rodzicami. Więc jeśli raz a dobrze zaspokoją potrzeby związane z trójkątem rodzinnym – a są chociaż trochę refleksyjne i przetwarzają swoje doświadczenia – choćby nieświadomie – znajdą swoje szczęście.

M. wyszła za mąż po trzydziestce za mężczyznę, który został sam z dwójką dzieci… A więc jest też i takie rozwiązanie… I dobrze, bo te dziewczyny mają często nieudane życie. Bywają pogotowiem seksualnym, hotelem dla mężczyzn, którzy skłócili się z żonami. Ale żaden z nich nie wiąże się z nimi na poważnie, bo wszyscy wiedzą, że to nie na stały związek. A jeśli znajdzie się taki, który pokocha, to dostanie w nos, tak jak przyjaciel M. Trochę żartobliwie powiem: opłaca się wchodzić w relacje z ludźmi, którzy już coś przeżyli i coś o sobie wiedzą. Samej też warto do tego dążyć…

  1. Psychologia

Ważne chwile samotności - nie bój się ich

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Wiele osób boi się samotności. Zagłusza ją na różne sposoby. Czego się boimy? Tego, co usłyszymy w ciszy? Własnych myśli i uczuć? Tymczasem chwile samotności są każdemu z nas niezwykle potrzebne. Jak je dobrze wykorzystać?

Bywa tak, że nie chcemy być sami, bo nie umiemy o siebie zadbać, zaakceptować siebie w pełni takim jacy jesteśmy. Świat zewnętrzny i inni ludzie są nam potrzebni, abyśmy czuli się spełnieni i bezpieczni, bo cenimy siebie tylko wówczas, gdy inni nas potrzebują.

Jesteś sama? Posłuchaj siebie

Jesteś sama. W domu panuje cisza. Jest pusto. Nie ma do kogo otworzyć ust, nikt nic od ciebie nie chce. Zostałaś sama ze sobą. Czujesz się nieswojo? Wyłącz radio, telewizor, odłóż komórkę. Usłysz ciszę. Wyjrzyj przez okno. Co widzisz? Stare drzewo na podwórku? Ptaka wzbijającego się w niebo? Przechodniów na ulicy? Skup się na tym, obserwuj. Potem usiądź wygodnie. Poczuj ciężar swojego ciała, poczuj podłogę pod stopami. Koncentruj się na odczuciach w ciele, pozwól by umysł się uspokoił.
Wiele odczuć i emocji gubimy w codziennym zgiełku, zagłuszając je i oddalając się od siebie.
Dopuść do głosu uczucia. Najpierw pojawią się pewnie te trudniejsze. Tęsknota? Lęk? Żal? Gniew? Pozwól sobie na przeżycie tego, co się w tobie pojawia. Bądź w kontakcie ze sobą, dopóki nie pojawi się ulga i spokój. W takim stanie ducha zaczniesz jaśniej myśleć, więcej widzieć, lepiej słyszeć. Jeśli przez dłuższy czas nie pozwalałaś sobie na kontakt ze sobą, może się okazać, że idziesz z życiem na zbyt daleko posunięty kompromis.

To właśnie w chwilach samotności, kiedy jesteśmy sam na sam ze swoimi myślami, możemy doświadczyć siebie na głębszym poziomie. Nawet krótkie momenty odosobnienia przeżyte świadomie wzmacniają nas i pozwalają zrozumieć, kim teraz jesteśmy i czego aktualnie potrzebujemy.

  1. Psychologia

- Nigdy nie jest za późno, by odbić się od dna - twierdzi mniszka buddyjska Pema Chödrön

- Sens naszych poczynań rozpoznajemy dopiero wtedy, gdy tracimy grunt pod nogami - twierdzi Pema Chödrön. (Fot. iStock)
- Sens naszych poczynań rozpoznajemy dopiero wtedy, gdy tracimy grunt pod nogami - twierdzi Pema Chödrön. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Nie umiemy sobie radzić z trudnymi doświadczeniami. Szukamy rozwiązań i strategii, by były mniej bolesne lub w ogóle nam się nie zdarzały. Tylko czy tak się da? Mniszka buddyjska Pema Chödrön przekonuje, że zanim zaczniemy uciekać od cierpienia, lepiej sprawdzić, co ma nam ono do zaoferowania. Najgorszy moment w jej życiu – odejście męża – okazał się bowiem najlepszym.

Ponoć życie jest po to, żeby żyć. Tyle że nie wszystko, co jest do przeżycia, nam się podoba. Chcielibyśmy wybierać nasze doświadczenia: zależy nam na poczuciu bezpieczeństwa, sprawczości. A tu nagle przychodzi cierpienie. I co wtedy? Można stawiać opór, zrobić unik, oddalić się na chwilę od tego, co boli – rozpraszając uwagę, zmieniając stan świadomości... Ale tak naprawdę nie ma dokąd uciekać. Przecież nie uciekniesz przed samym sobą! Trudne doświadczenia konfrontują z trudnymi częściami nas samych. Może lepiej więc zostać, dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodzi? Spotkać się ze sobą i z życiem. Notabene – według tych, co się przebudzili – między jednym a drugim nie ma oddzielenia...

Wielcy i mali

Pema Chödrön (wym. Cziedryn) jest buddyjską mniszką, ale dobrze zna też życie w zachodniej cywilizacji, w związku partnerskim. Jest Amerykanką. Była żoną. Jej cierpienie zaczęło się wczesną wiosną... „Stałam właśnie przed naszym pięknym domem i popijałam herbatę” – wspomina. „Słyszałam, jak podjechał samochód i trzasnęły drzwi. Mój mąż wyłonił się zza domu i bez żadnych wstępów oznajmił, że związał się z kimś innym i chce się ze mną rozwieść. Pamiętam niebo, było ogromne. Pamiętam szum rzeki i parę unoszącą się nad filiżanką. Nie istniał czas, przestałam myśleć, nie było niczego – tylko światło i głęboka, nieruchoma cisza. Nagle się ocknęłam, podniosłam kamień i rzuciłam w męża”. To właśnie po tym doświadczeniu przyszło zainteresowanie buddyzmem. Pema Chödrön nie ma wątpliwości, że zwróciła się w tę stronę za sprawą męża i złości na niego. Straciła poczucie bezpieczeństwa, chciała je za wszelką cenę odbudować... „Na szczęście nigdy mi się to nie udało” – stwierdza. „Instynktownie czułam, że unicestwienie mojej dawnej osobowości – kurczowo czegoś lub kogoś uczepionej, zależnej – to jedyna droga”.

Dziś uważa, że były mąż ocalił jej życie. Że sens naszych poczynań rozpoznajemy dopiero wtedy, gdy tracimy grunt pod nogami. „Możemy wykorzystać tę sytuację na dwa sposoby: żeby się przebudzić albo żeby zapaść w głęboki sen”. Ona wybrała pierwszą opcję, a na jej ścianie zawisła wtedy karteczka ze słowami: „Jedynie ulegając zniszczeniu, możemy znaleźć to, co w nas niezniszczalne”. Czy to nawoływanie do cierpiętnictwa, masochizmu? Raczej do realizmu. Do odstąpienia od pomysłu, któremu wielu z nas uparcie hołduje: że można oddzielić przyjemność od bólu, uniknąć tego drugiego. „Cierpienie to grunt, na którym rozwija się zrozumienie dla innych” – tłumaczy Chödrön. „Można się więc cieszyć zarówno radosną inspiracją, jak i nieszczęściem. Możemy być wielcy i zarazem mali”.

Zgoda na wszystko

W książce „Nigdy nie jest za późno. Jak czerpać siłę z przeciwności losu” Pema Chödrön sporo miejsca poświęca lękowi. Bo czy to nie jego boimy się najbardziej? Ileż energii wkładamy w to, żeby go zdusić, oddalić, nie czuć. Kontrola, perfekcjonizm, racjonalizacja, złość, rozrywki, używki, a nawet szukanie relaksu to sposoby, żeby pokonać strach, udawać, że go nie ma. A gdyby tak po prostu spotkać się z nim? „Lęk jest powszechnym doświadczeniem, doznają go nawet najmniejsze istoty” – pisze Chödrön. I podaje przykład morskich stworzonek, które można znaleźć na brzegu po odpływie i które kurczą się instynktownie pod dotknięciem ludzkich palców. Według niej lęk jest naturalną reakcją człowieka, gdy zbliża się do prawdy. Cóż, prawda bywa bardzo niebezpieczna. „Jeśli jednak mimo poczucia zagrożenia postanowimy pozostać dokładnie tu, gdzie jesteśmy, nasze doświadczenie stanie się bardziej żywe” – zapewnia. „Bo wszystkie doznania stają się bardzo intensywne, kiedy nie ma dokąd uciec”.

Lęk konfrontuje nas z czymś, co wyparliśmy, wyrzuciliśmy (a raczej próbowaliśmy wyrzucić) z naszego życia. W tym sensie jest wielkim darem – szansą na odzyskanie ważnej części siebie. Nie oznacza to, oczywiście, że oswajając go rozwiążemy nasze problemy. „To raczej metoda prowadząca do całkowitej zmiany starych nawyków patrzenia, słuchania, wąchania, smakowania i myślenia” – tłumaczy Chödrön. Jej podejście jest dość radykalne: problemów nie da się ostatecznie rozwiązać. „Raz jest dobrze, chwilę później nasz świat się rozpada. Potem znów jest dobrze, i znów wszystko się wali. Uzdrowienie płynie ze zgody na taki stan rzeczy – ze zgody na upływ czasu, na cierpienie, ale także na poczucie ulgi, na radość i na żal”. Nie możemy przewidzieć, jaką jakość będzie miało kolejne doświadczenie – czy da nam przyjemność, satysfakcję, czy wręcz przeciwnie. Czy jesteś gotów na tę niewiedzę? Godzisz się na nią?

Poczuj tętno życia

Zdaniem Pemy Chödrön najlepszym nauczycielem jest obecna chwila. Daje ona możliwość wchodzenia w kolejne doświadczenia, obserwowania w nich siebie. Co się dzieje? Jak reaguję? Gdzie utknąłem? Chödrön sugeruje, że uważność prowadzi nas do uczucia jedności z tym, czego doświadczamy. Do przekroczenia oddzielenia. „Wiara w trwałe i oddzielne JA, ciągłe poszukiwanie przyjemności i unikanie bólu, obarczanie innych odpowiedzialnością za nasze cierpienie – z wszystkiego tego musimy całkowicie zrezygnować” – przekonuje. „Musimy porzucić nadzieję, że w ten sposób uzyskamy zadowolenie. Cierpienie zmniejsza się dopiero wtedy, gdy podajemy w wątpliwość to, że w ogóle istnieje miejsce, w którym moglibyśmy się ukryć”.

Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jak by to było żyć bez nadziei na tzw. lepsze czasy? Przerażające, prawda? A może jednak wyzwalające? Wciąż przecież próbujesz nad czymś zapanować – sprawić, by życie toczyło się po twojemu. A rezultat? „Chwytamy się nadziei, a ta okrada nas z chwili obecnej” – zauważa Chödrön. I proponuje, żebyśmy przyznali się przed sobą, że czasem (może właśnie teraz?) czujemy się jak łajno. „Tak przejawia się współczucie” – zapewnia. „Tak przejawia się odwaga. Trzeba powąchać to łajno, dotknąć je, zbadać jego strukturę, barwę i kształt”. Prawdopodobnie poczujesz się w tym bezbronny, całkiem odsłonięty. Według Pemy Chödrön to niezwykle ważne miejsce – możesz odczuwać w nim bezpośrednio tętno życia.

Być może wciąż tęsknisz za idealnym światem, ale czy naprawdę chciałbyś w takim żyć? Z punktu widzenia oświeconej istoty to przecież śmierć! „Pędzimy przez życie zaabsorbowani szukaniem coraz piękniejszych widoków, coraz doskonalszych brzmień czy bardziej wzniosłego stanu umysłu, nieświadomi, że wystarczy zatrzymać się w środku tego chaosu i rozejrzeć wokół” – podkreśla Chödrön. „Ujrzymy wtedy, że stoimy w centrum świętej mandali. Wijemy się jak robaczek przybity szpilką do środka tarczy, nie zdając sobie sprawy z tego, że choć jesteśmy w kropce, to trafiliśmy w dziesiątkę”.

Zostaw lukę

Czy, będąc w kropce, znajdziemy otwartość, by w niej choć chwilę pozostać, przestać się szarpać? Oto pytanie. Oto wyzwanie! Jak to zrobić? Pozostań uważny – prosi Chödrön – i powstrzymaj się od nawykowych reakcji. Mniszka nazywa to rezygnacją z chęci bezzwłocznego zapełniania przestrzeni tylko dlatego, że pojawiła się w niej luka. Załóżmy, że odczuwasz pragnienie. Albo smutek lub opuszczenie. Reagujesz natychmiast, idziesz za tym, coś z tym robisz, zmieniasz. Ale między chwilą, w której pojawia się dane uczucie, a działaniem, jakie w związku z nim podejmujesz, jest coś, przez co się prześlizgujesz, przeskakujesz. Czego nie chcesz doświadczyć. „U podstaw naszego zwyczajnego życia, gadaniny, wszystkich działań i myśli tkwi fundamentalny brak poczucia oparcia” – mówi Chödrön. „Doświadczamy go jako niepokoju i nerwowości. Odczuwamy go jako lęk. Ten brak oparcia jest przyczyną pożądania, agresji, niewiedzy, zazdrości i dumy – mimo usiłowań nigdy jednak nie docieramy do jego istoty”.

Kiedy dostrzegamy nasze uniki wobec rzeczywistości, kiedy powstrzymujemy nawykowe, impulsywne reakcje, możemy poznać naturę lęku. Zadomowić się w poczuciu bezbronności. Jeśli będziemy ratować się przed nim ucieczką, rozpraszać uwagę, nigdy się nie odprężymy – ostrzega mniszka. Powstrzymywanie się przed reakcją oznacza dla niej zaprzyjaźnianie się ze sobą na najgłębszym możliwym poziomie. Wchodzenie w kontakt z tym, co przejawia się jako niepokój, kontrola, manipulacja, podczas gdy wewnątrz jest czymś bardzo miękkim i delikatnym.

Być może dobrym wprowadzeniem do takiego kontaktu będzie medytacja, łącząca uważność i praktykę powstrzymywania się. Uświadom sobie ruchy, jakie wykonuje twoje ciało, kiedy jest mu niewygodnie. Prawdopodobnie pod wpływem fizycznego dyskomfortu wykonujesz szereg poruszeń, żeby poczuć się lepiej. A gdyby tak zostać przez moment w tym uczuciu niewygody, poeksplorować je trochę? Niczego nie zmieniać? Ale też nie krytykować swoich impulsów. Po prostu być świadomym tego, jakie działania chcesz podjąć – albo podejmujesz – w takich sytuacjach.

Uważność pomaga zobaczyć pewne rzeczy, emocje u źródeł – w chwili, gdy powstają. Powstrzymanie się przed odruchowymi działaniami daje efekt stopklatki – pozwala wniknąć w istotę sprawy i uniknąć reakcji łańcuchowych czy rozrośnięcia się problemu. To może być bardzo transformujące doświadczenie.

  1. Psychologia

Spójrzmy prawdzie w oczy. Czy możliwe jest życie bez kłamstwa?

Naukowcy dowodzą, że kłamstwo jest po prostu wpisane w naszą egzystencję. (Fot. iStock)
Naukowcy dowodzą, że kłamstwo jest po prostu wpisane w naszą egzystencję. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wszyscy wiemy, czym jest kłamstwo. Mimo to etycy, prawnicy, filozofowie łamią sobie głowy, jak je udowodnić. Wszyscy myślimy źle o kimś, kto kłamie, a mimo to kłamiemy jak z nut – według badań średnio dwa razy dziennie. Czy możliwe jest życie bez kłamstwa?

Odpowiedź kilkunastu ankietowanych przeze mnie osób brzmiała identycznie: „Nie jest to możliwe”. Nawet dzieci nie wyobrażają sobie świata, w którym króluje prawda. Pytane przez psychologa Tomasza Witkowskiego, co sądzą na ten temat, odpowiadały: „Bez kłamstwa nie dałoby się żyć!”.

Okazuje się, że i tym razem dzieci wiedzą lepiej. Naukowcy dowodzą, że kłamstwo jest po prostu wpisane w naszą egzystencję. Tomasz Witkowski we wszechstronnie ujmującej ten problem książce „Psychologia kłamstwa” pisze: „Jeśli spojrzymy na historię naszego gatunku daleko, daleko wstecz, nietrudno będzie odnaleźć kłamstwa i uznać je za jedno z naczelnych praw natury. Bo to nie człowiek, lecz natura, a ściślej rzecz biorąc, ewolucja »wynalazła« zachowania, które my nazywamy kłamstwem bądź oszustwem”. Kłamie kameleon, upodobniając się do otoczenia, kłamie pewien rodzaj południowo-afrykańskich gąsienic, które w sytuacji zagrożenia udają jadowitego węża, kłamią pasożyty oszukujące nasz system odpornościowy. Ale zwierzęta robią to na ogół po to, żeby przetrwać: nie dać się zjeść, zdobyć pożywienie, w celach prokreacyjnych. Dlaczego kłamie człowiek?

Białe i czarne

Siedem lat temu ciężko zachorował mój ojciec. Nikt w rodzinie nie odważył się wyjawić mu prawdy, baliśmy się, że jej nie udźwignie. Skłamaliśmy, że to nic poważnego, że wszystko będzie dobrze. Zrobiliśmy to z tak zwanych szlachetnych pobudek. Czy jednak mieliśmy do tego prawo? Po latach, gdy prawda wyszła na jaw, tata miał do nas żal, że nie przygotowaliśmy go do walki z chorobą.

Już Tomasz z Akwinu próbował ustalić motywy kłamstw, dzieląc je na żartobliwe, konieczne i obliczone na szkodę. Z kolei święty Augustyn sklasyfikował je na dziewięć kategorii, począwszy od kłamstwa służącego pomocy, poprzez takie, które rani, po kłamstwo według niego najcięższego kalibru – dotyczące religii. Współczesne teorie opisują motywy kłamców o wiele precyzyjniej, jedna z nich przytacza tych motywów aż 41. Na przykład: Z przyzwyczajenia. Ponieważ inni wokół nas kłamią. Bo jesteśmy zmuszeni. Ponieważ nie chcemy wyjawić naszych przekonań. Żeby się zrewanżować. Dlatego że jesteśmy irracjonalni.

Tomasz Witkowski, konstruując swoją klasyfikację kłamstw (mimowolne, altruistyczne, żartobliwe, egoistyczne, manipulacyjne, destrukcyjne), przyznaje jednocześnie: „Zamykam ją bardziej z obawy przed nadmiernym rozrostem niż poczucia wyczerpania tematu. Bo oto pojawia się katalog motywów bardziej subtelnych, takich jak: marzenia, potrzeba piękna, ucieczki ze świata rzeczywistości w świat fikcji”.

Profesor Jolanta Antas z Zakładu Teorii Komunikacji Instytutu Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego od wielu lat zajmująca się teorią komunikacji niewerbalnej, autorka książki „O kłamstwie i kłamaniu”, też twierdzi, że życie bez kłamstwa to idée fixe. „Nigdy bym się nie upierała, żeby kłamstwo wyplenić ze społeczeństwa. Często jest to bowiem skuteczna strategia lecząca stosunki międzyludzkie. Mam tu na myśli zabraniające powiedzieć prawdę konwencje grzecznościowe, które nazywa się »białymi kłamstwami« w przeciwieństwie do kłamstw ciężkich, czyli »czarnych«. Kiedy mamy do wyboru »białe« kłamstwo albo bolesną prawdę, wybieramy to pierwsze”.

O skali zjawiska (kłamstwa czarnego i białego razem wziętych) świadczą badania amerykańskich naukowców. Brało w nich udział 77 studentów, którzy mieli zarejestrować wszystkie swoje kłamstwa w ciągu tygodnia. I co się okazało? Że badani kłamali średnio dwa razy dziennie i to przede wszystkim na swój temat – żeby obronić lub podwyższyć swoją samoocenę. Około dwukrotnie więcej kłamstw przynosiło korzyść samemu kłamcy, przy czym częściej były to korzyści psychologiczne niż materialne. Co czwarte kłamstwo wypowiadano po to, żeby nie ranić czyichś uczuć lub ochronić kogoś przed niezręczną sytuacją.

Zdradliwe przebieranie nogami

Katarzyna, 23-letnia studentka lingwistyki o subtelnej urodzie, ma błahy z pozoru problem. Nie umie powiedzieć koleżankom, że wyglądają w czymś okropnie, tylko odpowiada nieszczerze: „super”. – Wiem, że jestem fałszywa, ale inaczej nie potrafię. Może robię im w ten sposób krzywdę, bo utwierdzam w błędnym przekonaniu? A może mówiąc swoje zdanie, skrzywdziłabym je, bo zepsułabym im dobre samopoczucie?

Stan Walters, jeden z największych amerykańskich ekspertów w wykrywaniu oszustw, w książce „Kłamstwo. Cała prawda o…” pisze, że ten proceder niejedno ma imię. Bo to zarówno dezinformacja, wprowadzanie w błąd, zatajanie, oszukiwanie, fałszowanie, jak i bardziej niewinne jego odmiany, czyli: ukrywanie, kręcenie, gmatwanie, maskowanie, koloryzowanie, zmyślanie, przekręcanie, unikanie. Jakkolwiek by nazwać tę praktykę, jedno jest pewne – nie byłaby możliwa bez odbiorcy, czyli okłamywanego, któremu kłamiący „wciska kit” w określonym celu.

Kłamcy posiedli różne strategie. Potrafią fałszować emocje, zakładać maski, próbować uwiarygodniać fakty, manipulować przekazywaniem informacji, grać. Ale nie są w tym doskonali. Iwona Winiarska Feleszko, adwokat specjalizująca się w sprawach cywilnych, rodzinnych i gospodarczych, obserwuje na sali rozpraw różne postawy zeznających.

– Sąd jest miejscem stresującym i jeżeli nawet ktoś wcześniej przygotuje sobie w głowie kłamliwe zeznania, to w konfrontacji z sędzią, przed którym miałby je wygłosić, bardzo często łagodzi swoje kłamstwo albo wręcz wycofuje się ze składania fałszywych zeznań. Tylko starzy wyjadacze, czyli ludzie zeznający w sądzie wiele razy, nabierają przekonania, że nic im się nie może stać i że ich kłamstwo nie zostanie zweryfikowane, w związku z tym kłamią niejako na luzie. Ci, którzy są w sądzie po raz pierwszy, okropnie się denerwują. Każdy przeżywa to na swój sposób: jedni wyłamują palce, inni się czerwienią albo jąkają, tracą wątek. Obserwowałam niedawno pewnego człowieka, który ewidentnie kłamał, co wynikało z dokumentów, jakie miałam przed sobą. Był przy tym tak zdenerwowany, że drgał każdy mięsień jego twarzy. Sędzia czy adwokat z dużym prawdopodobieństwem mogą odczytać po zewnętrznych symptomach zachowania człowieka, czy ten mija się z prawdą.

– Kłamstwo jest stanem podwójnej świadomości – wyjaśnia Jolanta Antas. – Kłamca musi wyprodukować nieprawdziwą wersję, ale jego ręce są jakby podłączone do myśli, które chce ukryć. I przestaje gestykulować, co jest sygnałem, że coś nie gra. Ale świadczą o tym nie tylko ręce. Wykonując ten w gruncie rzeczy ogromny wysiłek mentalny, jakim jest spreparowanie kłamstwa, człowiek traci kontrolę nad ciałem, szczególnie tymi jego partiami, których nie widzi. Przeprowadzono eksperyment polegający na tym, że trzem grupom terapeutów pokazano materiał nagrany podczas rozmowy z człowiekiem, który usiłował ukryć chorobę psychiczną. Pierwsza grupa widziała jedynie jego twarz, druga twarz i tułów, a trzecia całą postać. Jedynie trzecia grupa trafnie oceniła stan chorego. Zdradziło go przebieranie nogami, szuranie, wiercenie się. O kłamstwie informuje nawet nasza skóra – wytwarza się na niej wtedy rodzaj napięcia. Wygodna na co dzień koszula nagle nas pije, drażni i mamy przemożną ochotę się podrapać. To często silniejsze od nas. Jak wynika z badań Desmonda Morrisa zajmującego się kłamstwem, człowiek na prawdziwe swędzenie reaguje co najmniej siedmioma drapnięciami. Kiedy wykonuje ich mniej, to znaczy, że odczuwa jakiś niepokój. Podczas kłamstwa poza naszą kontrolą pozostaje ruch źrenic, które wtedy wyraźnie się zwężają. Natomiast nie jest prawdą przekonanie, że kłamca nie patrzy w oczy. Wytrawny oszust nie tylko będzie nam patrzył prosto w oczy, ale jeszcze się uśmiechał.

Język naszego ciała doskonale „czyta” wariograf, zwany potocznie wykrywaczem kłamstw. To aparatura wielkości aktówki wyposażona w czujniki rejestrujące pracę serca, oddech, przewodniość skóry. Zakłada się ją na klatkę piersiową, ramię oraz palce dłoni.

 
Jacek Bieńkuński, jeden z najbardziej uznanych polskich ekspertów obsługujących to urządzenie (badał m.in. podejrzanych o zabójstwo Jaroszewiczów), tak precyzuje swoją rolę: – Nie zajmuję się wykrywaniem kłamstw, bo z tym odsyłam do wróżki. Zajmuję się śladami, jakie zostają w naszej pamięci i systemie nerwowym po dokonaniu określonego czynu.

Badanie wariografem to naukowa metoda z dziedziny kryminalistyki ustalająca, czy w świadomości badanej osoby są zarejestrowane ślady związane z uczestnictwem w jakimś zdarzeniu. Żeby zaistniała reakcja na ten bodziec, muszą wystąpić dwa czynniki: świadomy odbiór – badania wariografem nie mają nic wspólnego z podświadomymi reakcjami – i poczucie zagrożenia, które wynika z lęku badanego przed ujawnieniem faktycznego związku ze zdarzeniami, o które będzie pytany. Naukowo dowiedziono, że człowiek aktywnie uczestniczący w zdarzeniu reaguje inaczej niż osoba, która jest o to uczestnictwo pomówiona. Świadczą o tym zmiany psychofizjologiczne organizmu, które są zapisywane na przesuwającej się taśmie papieru w postaci wykresu. To na jego podstawie ekspert opracowuje opinię.

Co do wiarygodności tych badań zdania są podzielone. Na pytania, czy urządzenie można oszukać, Jacek Bieńkuński odpowiada: – Urządzenia nie, eksperta tak, zwłaszcza jeżeli ma małe doświadczenie. Bo najtrudniejszy element badania to ułożenie dobrych pytań testowych i interpretacja zapisu urządzenia.

Portret kłamcy

Paweł, lat 35, biznesmen z branży budowlanej, wzbudza zaufanie. Przystojny, spokojny, uprzejmy. Zawsze uważnie słucha swoich klientów i nigdy nie mówi, że coś nie jest możliwe. Umie czarować kobiety, a ponieważ to one najczęściej prowadzą dziś budowy swoich domów, ma w tym względzie wiele „sukcesów”. Gorzej z dotrzymywaniem słowa. Notorycznie łamie umowy, nie wywiązuje się z zobowiązań, wymyślając przy tym wyszukane alibi. O takich ludziach jak Paweł mówi się „urodzony kłamca”. Czy słusznie? Czy można urodzić się z predyspozycją do oszukiwania?

Psychologia już dawno dowiodła, że coś takiego jak wrodzona cecha nieuczciwości nie istnieje. Mówi jedynie o naturalnych kłamcach, czyli ludziach od urodzenia mających łatwość wprowadzania innych w błąd i nieodczuwających z tego powodu żadnego strachu. Naturalni kłamcy mają zdolność do podejmowania racjonalnych decyzji, potrafią uczyć się na podstawie własnych doświadczeń i myśleć elastycznie, są indywidualistami. „Dobry kłamca powinien nie tylko być sprawny intelektualnie, ale również mieć dobrą pamięć, wszak musi pamiętać, kiedy, komu, w jakich okolicznościach, w zestawieniu z jakim innym sądem przedstawiał nieprawdziwe dane” – pisze w „Psychologii kłamstwa” Tomasz Witkowski.

Jego przypuszczenia potwierdzają badania Belli DePaulo, profesor psychologii z uniwersytetu w Wirginii, która wykazała, że ludzie z wyższym wykształceniem częściej mijają się z prawdą. Kłamstwa (zwykle niewinnego) w czasie 10-minutowej rozmowy dopuszcza się 20 procent ludzi, podczas gdy wśród tych z wyższym wykształceniem ta proporcja wynosi 33 procent. Uczona tłumaczy to zjawisko większym zasobem słów i pewnością siebie ludzi wykształconych. Niektórzy ewolucjoniści idą dalej – ich zdaniem właśnie doskonalenie sztuki wzajemnego oszukiwania doprowadziło do przyspieszonego rozwoju ludzkiego mózgu! Na szczęście to tylko hipotezy.

Na podstawie badań można pokusić się o stworzenie psychologicznego portretu kłamcy. To pragmatyk, dla którego cel doraźny jest o wiele bardziej istotny niż wyznawane zasady. Z łatwością zmienia poglądy dla uzyskania jakichś korzyści, swobodnie operuje sprzecznymi informacjami, umie powstrzymywać emocje. (Bycie pragmatykiem nie jest jednak równoznaczne z byciem kłamcą.) Rasowy kłamca jest na ogół bezwzględnym graczem o cynicznych poglądach na ludzką naturę, zakładającym, że wszyscy – tak jak on – dążą do władzy i prestiżu, że dobro publiczne to pozory, które nie mają większego znaczenia.

Zdaniem niektórych naukowców to kobiety częściej mijają się z prawdą. „Dlaczego kobiety kłamią?” pyta w tytule książki Harriet Lerner i winą za to obarcza patriarchalny system społeczny, w którym kobiety od wieków żyją i w którym muszą sobie jakoś radzić. Tomasza Witkowskiego nie przekonują takie tłumaczenia. Pisze: „Być może pokutuje w tym względzie stereotyp podobny do tego, który mówi, że kobiety mają większą od mężczyzn skłonność do gadulstwa. Badania pokazują jednak, że jeśli w grupie mężczyzn kobiety i mężczyźni mówią tyle samo, to ludzie sądzą, że więcej mówiły kobiety! Niewykluczone, że podobny stereotyp funkcjonuje w zakresie kłamstwa”.

Najdroższy rachunek

Ewa, studentka medycyny, zachodzi w ciążę z przygodnie poznanym mężczyzną. Ukrywając prawdę, poślubia swojego długoletniego chłopaka. Dziś ma 42 lata, jest szanowaną lekarką, żyje z mężczyzną, którego poślubiła, i ma z nim syna. Córka z przelotnego związku studiuje medycynę. Nikt poza Ewą nie zna prawdy. Co by było, gdyby ją wyjawiła? Czy ma prawo oszukiwać najbliższych? A czy ma prawo burzyć ich szczęście, mówiąc o wszystkim?

Oto dylematy moralne, przed jakimi stają ludzie dopuszczający się kłamstwa. Prawda i kłamstwo to pojęcia ściśle związane z moralnością. To pierwsze wypisuje się na wielu sztandarach, drugie wywołuje oburzenie, potępienie, choć w świecie natury bywa oceniane jako doskonała umiejętność przystosowawcza. Zresztą nie tylko w naturze. O legitymizacji kłamstwa świadczy wiele przykładów z historii kultury, począwszy od mitycznego Odysa, mistrza forteli, przez romantycznego bohatera Konrada Wallenroda.

Wielu filozofów sądzi jednak, że kłamstwo nie jest ani moralnie dobre, ani moralnie złe. Jest po prostu formą społecznego działania. Dopiero skutki, które wywołuje, mogą być oceniane w kategoriach moralnych.

Sofokles na pytanie, czy kłamstwo jest godne pogardy, odpowiedział: „Nie, jeśli kłamstwo może nas ocalić”. Wielu z nas dorzuciłoby kolejne „nie”: Jeśli kłamiemy w dobrych intencjach. Jeśli nie chcemy zrobić komuś przykrości. Jeśli chcemy pomóc. Gdy chcemy podkolorować szarą rzeczywistość.

Ten ostatni argument podnosi też znany pisarz latynoamerykański Mario Vargas Llosa, pisząc w „Prawdzie kłamstw”: „Fikcja wzbogaca naszą egzystencję, dopełnia i wynagradza przelotnie ów tragiczny los, jaki przypadł nam w udziale: wiecznie pragnąć i marzyć o czymś więcej, niż rzeczywiście jest nam dane. Fikcja wzbogaca ludzką egzystencję, nadając jej ów wymiar, którym karmi się nasze życie sekretne – nieuchwytne i ulotne, a tak drogocenne, choć przeżywane tylko na niby. Jest to prawo, którego powinniśmy bronić bez wstydu”.

Chciałoby się dodać – pod warunkiem że realizacja tego prawa nie szkodzi innym. Pozwalam sobie nieskromnie polemizować z wielkim pisarzem. Wydaje mi się, że w dzisiejszym zakłamanym świecie o wiele bardziej niż obrona prawa do fikcji potrzebna jest obrona prawa do prawdy.

Jak nie dać się okłamać? – Nie ma na to jednego dobrego sposobu – odpowiada profesor Jolanta Antas. – Gdyby był, kłamalibyśmy mniej. Jedyną szansą jest uważne analizowanie przekazu naszego rozmówcy, ćwiczenie się w wyłapywaniu niespójności w zachowaniu. Tak szkoli się między innymi agentów służb specjalnych. Oni mają świetne wyniki, więc i nam powinno z czasem iść coraz lepiej. Lepszej rady nie mam.

Jacek Bieńkuński instruuje kandydata do badań pół żartem, pół serio: – Proszę odpowiadać na pytania testowe zgodnie z prawdą „tak” lub „nie”. I dodaje: – Bo najtrudniejszy do zapłacenia jest rachunek sumienia.

Korzystałam z: Tomasz Witkowski „Psychologia kłamstwa”,  Moderator, Taszów 2006; Jolanta Antas „O kłamstwie i kłamaniu. Studium se-mantyczno pragmatyczne”, Universitas, Kraków 2000; Stan B. Walters „Kłamstwo. Cała prawda o…”, GWP, Gdańsk 2005; Harriet G. Lerner, „Dlaczego kobiety kłamią? Prawda i kłamstwo  w życiu kobiet”, Wydawnictwo Książkowe „Twój Styl”, Warszawa 1997.

  1. Psychologia

Znajdź swoje zen

Własna praktyka zen to może być rytuał parzenia ulubionego naparu, spacer, grzebanie w ziemi, medytacja, pieczenia chleba - coś co cię wyciszy, duchowo nakarmi, wypełni umysł i ciało poczuciem harmonii. (Fot. iStock)
Własna praktyka zen to może być rytuał parzenia ulubionego naparu, spacer, grzebanie w ziemi, medytacja, pieczenia chleba - coś co cię wyciszy, duchowo nakarmi, wypełni umysł i ciało poczuciem harmonii. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Być może zabrzmi to jak paradoks, ale spokój wymaga wysiłku. Własna praktyka zen pomoże ci zapanować nad lękiem i rozpocząć życie w harmonii.

Zen dla każdego człowieka znaczy coś innego. Jedna z definicji stosowanych przez buddyjskich mnichów mówi, że zen to rygorystyczna praktyka medytacji, bycia obecnym mimo odczuwanego dyskomfortu oraz kultywowania głębokiej obecności i świadomości. Dla osób świeckich we współczesnym społeczeństwie zen może kojarzyć się z jogą, wizytą w spa albo podążaniem za chwilą, nawet jeśli jest ona stresująca. Dla kogoś, kto zmaga się z zaburzeniami lękowymi, zen często oznacza próbę stłumienia nieprzerwanego, negatywnego oddziaływania lęku.

Istotą zen w przypadku lęku jest utrzymanie wewnętrznej harmonii mimo trudności i rozterek. Kultywując poczucie harmonii, zostawiasz mniej miejsca dla obaw i niepokojów, które zaczynają się kurczyć, aż stają się małym punkcikiem w otoczeniu całkowitej ciszy.

Aby znaleźć swój osobisty stan zen i wypracować skuteczną praktykę obniżania lęku, musisz najpierw go zdefiniować. Czym jest dla ciebie wewnętrzna harmonia? Skąd będziesz wiedzieć, że ją osiągnąłeś? Jak zmieni się twoje życie, gdy twój wewnętrzny świat będzie wypełniony spokojem, a nie chaosem?

Gdy już lepiej zrozumiesz, co oznacza dla ciebie spokojne życie, kolejnym krokiem będzie obudzenie w sobie wewnętrznego mnicha. Ponieważ ludzki umysł zwykle jest daleki od spokoju, mnich zen pracuje nad osiągnięciem stanu wewnętrznej ciszy i uspokojenia. Czy jesteś gotowy do tego rodzaju pracy?

Stwórz własną praktykę zen, która pozwoli ci uciszyć lęk i wypełnić umysł i ciało poczuciem harmonii. Oto kilka podpowiedzi:

  • Wykorzystaj chwile oczekiwania, np. na światłach albo w długiej kolejce, do medytacji. Skup się na oddychaniu, wsłuchuj się w odgłos swojego oddechu i patrz, jak twoja klatka piersiowa unosi się i opada.
  • Kup małe akwarium i dodaj do codziennego grafiku rytuał polegający na cichym obserwowaniu ryb. Jeśli poczujesz przypływ lęku, przenieś uwagę na ryby.
  • Zajmij się pracami ogrodowymi. Bierz do rąk ziemię i przesypuj ją między palcami. Wdychaj zapach ziemi, trawy i słońca. Uśmiechaj się.
Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.