1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Efekt "Czarnego Łabędzia"

Widzieliście już najnowsze dzieło Darrena Aronofsky'ego? Doskonale. Teraz wybierzcie się na nie jeszcze raz: z kimś, kto jeszcze tego filmu nie oglądał. Sprawdźcie, co zrobi z nim/nią "Czarny Łabędź".

(UWAGA: w tekście odnoszę się do niektórych punktów fabuły - próbuję to robić możliwie ogólnikowo, ale jeśli jeszcze nie oglądaliście filmu, badźcie ostrożni).

Za drugim razem przyjemność z oglądania nie będzie oczywiście ta sama, bo wiesz już "na czym polega trick". Ma to jednak swoje zalety: zauważasz, że Aronofsky podpowiada widzom zakończenie filmu właściwie od początku, gra z nimi. Dostrzegasz jego plan i to, jak chytrze został sprzedany. Nie emocjonujesz się, chłodno oceniasz. I obserwujesz osobę, z którą przyszedłeś. Tak jak ja, podczas piątkowej polskiej premiery.

Mogłem sobie na to pozwolić, bo własny proces po-łabędzich przemyśleń przeszedłem około miesiąca wcześniej. Kilka godzin spędzonych z 15 minutami muzyki z ,,Jeziora Łabędziego" i zachwyt nad frapującym pytaniem ,,czy droga do doskonałości może prowadzić przez zniszczenie naszego wnętrza?"... Słowem, pamiętam, że chwilę dochodziłem do siebie. Wiedziałem więc co czeka osobę (płci żeńskiej), z którą wybrałem się na seans.

W trakcie wyświetlania, trudno oceniać jak ktoś przeżywa film. Może i zasłania oczy, gdy Portman odrywa płaty skórne, może i śmieje się z ,,rzeczowych" pytań Vincenta Cassela, może i wstrzymuje oddech, gdy Nina w tańcu Czarnego Łabędzia osiąga doskonałość... Ale czy buduje się w niej ta piramida emocji, którą wymyślił sobie Aronofsky? To widać w kimś dopiero, gdy na ekranie pojawią się napisy końcowe.

Dobry film, to taki, po którym nie chcesz wstać z miejsca. Boisz się każdego ruchu. Moja partnerka z miejsca wstała dopiero, gdy pan sprzątający salę kończył zbierać popcorn w ostatnim rzędzie. Czyli coś jednak poczuła. Wiele - jak okazało się w drodze do samochodu. A 'wiele' znaczy, że nie mówi się nic (po drugim seansie, aż tak wstrząśnięci nie jesteśmy, ale trzeba udawać i starać się milczeć).

Nie jesteśmy społeczeństwem wyjątkowo muzycznym, nasza kultura nie propaguje rozumienia świata przez muzykę - a już na pewno nie balet. Faktem jest jednak, że po ,,Czarnym Łabędziu", to właśnie dźwięki kompozycji Czajkowskiego zostają w naszej głowie. Nie widzimy już może tańczących Portman i Kunis, ale nadal podrygujemy palcami, próbując odtworzyć tę melodię. Szczęśliwie dla mnie i mojej towarzyszki, Czajkowski zrobił na mnie miesiąc wcześniej wrażenie tak dobre, że trafił do odtwarzacza w samochodie. Film grał więc w naszych uszach dalej.

Prowadząc, obserwowałem osobę w siedzeniu pasażera. Nie spała, ale była nieobecna. Miała zamknięte oczy, a jej dłonie falowały w powietrzu. Tańczyły. Naśladowały filmowe baletnice; odgrywały kolejne sceny ,,Jeziora". Probówały dotknąć perfekcji.

Wpływ muzyki Czajkowskiego i filmu Aronofsky'ego był tak spory, że właścicielka dłoni dopiero po wyłączeniu silnika przypomniała sobie, że nie jesteśmy już w kinie. O swoich odczuciach chciała porozmawiać dopiero kolejnego dnia, ale przed snem zapytała jeszcze krótko: ,,czy ona osiągnęła perfekcję? Nie, nie w tańcu - w tańcu wiadomo, że tak. Ale w życiu? Czy to była doskonałość? I, które sceny (wizyta u Beth; Thomas z Lily) były jej wyobrażeniami, a które wydarzyły się naprawdę?". Pomyślałem wtedy, że lubię ten film za to, że na pierwsze pytanie każdy odpowie inaczej, a na drugie odpowiedzieć nie może nikt (nawet Nina). Wieczór się skończył.

Następnego dnia, kiedy nie rozmyślałem już właściwie o filmie, moja Łabędzica wydawała się przygnębiona. Mówiła o poczuciu bezsensu. Że zastanawia się, czy nie traci czasu, nie starając się w swojej dzieninie o doskonałość. Że chyba powinna próbować ją osiągnąć, a raczej powinna robić to nieustannie... Większego zwycięstwa, większego dowodu siły film Aronofsky'ego nie otrzyma na żadnym rozdaniu nagród.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze