1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kobiety w związku - zamiast walczyć, współpracujmy

Kobiety w związku - zamiast walczyć, współpracujmy

Kobiety mają wielką moc budowania lub niszczenia, jednak zawsze lepiej jest budować. (fot. iStock)
Kobiety mają wielką moc budowania lub niszczenia, jednak zawsze lepiej jest budować. (fot. iStock)
My, kobiety, mamy wielką moc budowania lub niszczenia. A zawsze lepiej budować – mówi Karen Berg, duchowa liderka kobiet.

Przez lata walczyłyśmy o swoje miejsce w świecie. Na czym dzisiaj polega nasza rola?
Teraz rola kobiet jest ważniejsza, niż była kiedykolwiek wcześniej. Mężczyznę od wieków był źródłem światła, a kobieta – istotą to światło transformującą. Kobiety były zatem podległe mężczyznom, ale nadszedł czas, kiedy stajemy się sobie równi. Jesteśmy właśnie świadkami tej zmiany. My, kobiety, mamy teraz więcej mocy i zaczynamy jej używać.

Na przykład do zastępowania mężczyzn. Czy o to chodzi?
Skoro przez całe wieki kobiety nie miały miejsca w świecie biznesu, nauki, polityki, więc nic dziwnego, że dzisiaj chcą zajmować stanowiska dyrektorek, prezesek, szefowych. I jeżeli pełnią je zgodnie ze swoimi predyspozycjami, to super. Gorzej, gdy walczą o coś dla samej walki.

Wiele kobiet za wszelką cenę chce udowodnić, że są lepsze, samowystarczalne. I często rzeczywiście takie są, co z kolei psuje relacje między nimi a mężczyznami.
Role kobiet i mężczyzn powinny być równoległe. Rywalizacja, kto jest lepszy, kto silniejszy, przynosi tylko negatywne skutki. Co to zresztą za radość żyć na podbitym terytorium, wcześniej zajętym przez obcych najeźdźców, a teraz przez nas odzyskanych siłą? Tam, gdzie usiłujemy budować na przemocy i nienawiści, nic dobrego nie osiągniemy. Zamiast rywalizacji i współzawodnictwa lepsza jest współpraca, zamiast prób bycia samowystarczalnym – uzupełnianie się, zamiast walki – rozmowa. To żadne odkrycie, wiadomo to już od dawna.

Jak jednak mamy współdziałać, skoro kompletnie się nie znamy? Długo wmawiano nam, że jesteśmy tacy sami, tymczasem ma rację John Gray, pisząc, że kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa.
Te różnice są bezdyskusyjne już od początku – to dziewczynki rodzą się silniejsze fizycznie, dlatego więcej ich przychodzi na świat. Potem też szybciej chodzą, mówią, w ogóle szybciej się rozwijają. Kobiety są silniejsze psychicznie, lepiej znoszą ból, inaczej reagują, inaczej postrzegają świat. Nie jesteśmy więc tacy sami, nikt już temu nie zaprzecza. Po co zatem się ścigać, udowadniać, kto jest lepszy? Nie chcę zabrać pracy mężczyźnie, tylko zobaczyć, co możemy zrobić razem. Nie chcę go „wycinać” ani on nie powinien „wycinać” mnie, tylko powinniśmy poszukiwać, gdzie i jak możemy razem współdziałać.

To trudne?
Dla niektórych kobiet rzeczywiście trudne, tak jak dla większości mężczyzn. Ale uważam, że wszystko zależy od nas, kobiet. Bo to my jesteśmy bardziej rozwinięte duchowo, to my dajemy życie i w dużej mierze wychowujemy dzieci, to my jesteśmy bardziej empatyczne i uczuciowe. To my jesteśmy zatem odpowiedzialne za to, żeby zaszczepiać w rodzinie wartości, a także żeby obudzić mężczyzn, bo oni nie rodzą się z takimi predyspozycjami jak my.

Francuski pisarz Grégoire Delacourt powiedział mi w wywiadzie, że różnica między sytuacją kobiet kiedyś a dzisiaj polega na tym, że kiedyś nie mogły mówić „nie”, a teraz mogą. Czy to dobry sposób na zmianę mężczyzn, czy skuteczniejsze są bardziej miękkie metody?
To świetnie, że mówimy „nie”, że dbamy o swoje prawa. Ale jeżeli będziemy to robiły, żeby pokazać, że teraz możemy to robić, to trochę tak, jakby wszystko inne nie miało znaczenia. Nasz umysł jest zupełnie różny od męskiego. My jesteśmy istotami wielozadaniowymi – możemy mieć na ręku dziecko, odbierać telefon, w międzyczasie nastawiać obiad. On jest jednozadaniowy – gdy bawi się z dzieckiem, nie jest w stanie gotować obiadu; gdy pracuje w ogrodzie, nie umie pilnować dziecka. I tak dalej. Rolą zrównoważonej emocjonalnie i duchowo kobiety jest zobaczenie rodziny jako „większego obrazka” i pokazanie swojemu mężczyźnie, jak można pogodzić różne zajęcia. Na tym polega nasza mądrość, żeby uczyć mężczyzn siebie, naszego widzenia świata. Czasami stawianie granic, domaganie się równości, sprawiedliwości nie jest skuteczne. O wiele mądrzejsze natomiast okazuje się pójście na ugodę, wyciągnięcie ręki, rozładowanie atmosfery. Kobieta może być też przyjacielem mężczyzny, a to możliwe wtedy, kiedy rozumie, że on działa inaczej.

I odwrotnie – mężczyzna też może stać się przyjacielem kobiety, a to możliwe wtedy, kiedy zrozumie, że ona działa inaczej niż on.
Absolutnie tak. Najwyższa pora, żeby przestać się nawzajem oskarżać i zacząć siebie poznawać. Z wzajemnym szacunkiem, zrozumieniem i poszanowaniem naszych inności i aspiracji. A my powinniśmy pokazywać, że nie tylko możemy rodzić dzieci i gotować obiady, ale że chcemy też brać czynny udział w tym, co się dzieje w świecie. Musimy jasno to komunikować i uczyć mężczyzn, że jest inny rodzaj porozumiewania się.

Jak to robić? Jak otwierać mężczyzn? Oni mają z tym duży problem.
Poprzez pielęgnowanie więzi. Kobiety są bardzo silne, mają wielką moc budowania lub niszczenia. Chodzi o to, aby budowały. Podam może trochę przerysowany, ale autentyczny przykład: oto atrakcyjna kobieta, mocno skoncentrowana na sobie, nieustannie wszystkiego się domaga: markowych ubrań, drogiego samochodu, zagranicznych wakacji. Jak na to reaguje jej mężczyzna? Szuka więzi w innym związku. Gdyby bardziej dbała o to, co wspólne, o więź duchową, gdyby na przykład zainicjowała więcej wspólnych zajęć, pracę na rzecz innych, ich związek na pewno by przetrwał. I na tym właśnie polega rola kobiety.

Czyli musimy podjąć się jeszcze jednego zadania?
Musimy je zainicjować, bo już jego realizacja zależy w równym stopniu od obu stron. Nie może być tak, że codzienne obowiązki, ta nasza wielozadaniowość, praca gospodyni domowej, opiekunki dzieci, zaopatrzeniowca, sprzątaczki, że to wszystko nas przytłacza i już na nic nie mamy siły. Wymagać od mężczyzn szacunku, współuczestniczenia w pracach domowych, ale też budować więź w rodzinie – oto nasze zadanie. Zaprośmy męża raz w tygodniu na randkę, potem on na pewno zaprosi nas. Dbajmy o czas tylko dla siebie, o czułe gesty, to niesłychanie ważne w związku.

Kobiety nie rwą się do zadań publicznych. Może nie jesteśmy do tego stworzone?
Każda kobieta powinna być sobą. Najważniejsze, żeby czuła się spełniona, zadowolona z tego, kim jest i gdzie jest. Nie powinna rezygnować z pracy publicznej, z pełnienia funkcji w świecie, ale ma prawo poprzestać na byciu matką i żoną. To powinna być jej decyzja, niczego nie może robić wbrew sobie. Musimy iść za swoim powołaniem. Gdyby mnie kazano cały dzień spędzać w domu, byłabym bardzo nieszczęśliwa. Moim powołaniem jest praca z ludźmi, bycie aktywną. Często, niestety, kobiety ukrywają się za domowymi zajęciami, ponieważ nie umieją znaleźć swojej drogi. Nie żyją swoim życiem, tylko życiem dzieci. A gdy te wyfruwają z domu, wpadają w depresję, bo w pewnym sensie tracą wtedy własne życie. Dlatego musimy myśleć też o sobie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak kochać szczęśliwie?

Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy o miłości powiedziano już wszystko? Czy warto pisać kolejne poradniki psychologiczne i artykuły poruszające temat zakochania, budowania związku i dbania o relację? Czy rozmowy o tym nigdy nam się nie znudzą? Moim zdaniem odpowiedź brzmi : nie. Ani nie znudzą, ani nie wyczerpią wszystkich refleksji i nie rozwieją wszystkich wątpliwości. Bo miłość to najtrudniejsze z uczuć. Najpiękniejsze, najważniejsze, czyniące nasze życie wyjątkowym i barwnym, ale również najtrudniejsze.

Aby umieć kochać szczęśliwie, trzeba odrobić wiele niełatwych życiowych lekcji. Bo dojrzewanie do miłości to proces, który wymaga nie tylko naszej motywacji i wiary w możliwość bycia szczęśliwym, ale także wielu psychologicznych kompetencji, które musimy nadrabiać w życiu dorosłym, ponieważ w naszym dzieciństw nie mieliśmy okazji nauczyć się tego, co jest warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej. A są nim przede wszystkim miłość do siebie i wiara we własną wartość, odwaga w podejmowaniu ryzyka oraz otwartość na drugiego człowieka i zdolność do empatii.

Jako psycholog i terapeuta par wiem jedno: każdy z nas ma w tych obszarach coś do przepracowania. I każdy przynajmniej kilka razy w życiu zadawał sobie pytania: jaki popełniam błąd? Dlaczego nie znajduję spokoju i szczęścia? Co sprawia, że cierpię, że ranią mnie bliskie osoby? Czy znajdę miłość? Czy będę umiała o nią zadbać? Uważam, że każdy z nas potrzebuje czasem wsparcia i podpowiedzi, co robić, gdy zagubi się w meandrach miłości, zatraci w zakochaniu czy doświadczy bolesnej straty. Bo każdy czasem traci wiarę w miłość szczęśliwą.

Skąd te wątpliwości, rozterki, lęki i błędy, które popełniamy? Ano stąd, że nikt z nas nie miał idealnego dzieciństwa i każdy wchodzi w dorosłość z jakimś bagażem nieprzepracowanych, trudnych doświadczeń i emocji. Dlatego uważam, że każdy z nas czasem potrzebuję wsparcia, podpowiedzi, jak radzić sobie z uczuciowymi dylematami, a te odnajdzie w artykułach i poradnikach, w których o psychologi uczuć i mechanizmach budowania relacji piszą osoby, mogące swoją wiedzą i doświadczeniem służyć czytelnikom. I uważam, że każdy, kto po takie wsparcie sięgnie, odnajdzie coś dla siebie. Bo każdy z nas ma swój obszar do przepracowania, który sprawia, że trudno mu kochać szczęśliwe.

Część z nas to „niedokochane dzieci" spragnione akceptacji i bezwarunkowej miłości. Takie osoby są w stanie zgodzić się na wiele, zbyt wiele, aby ktoś, często ktokolwiek, je pokochał. Wikłają się w toksyczne, przemocowe relacje, wierząc, że krzywdy których doznają, to „ich wina". Dlatego ich lekcją jest uczenie się bycia asertywnymi i umiejącym szanować i kochać siebie. Cześć z nas to zranieni wrażliwcy, którzy zamykają się w bezpiecznej skorupce, nie ryzykując bycia porzuconymi. Boją się rozczarowania. Boją się miłości. Pytają: co zrobić, aby nigdy nie zostać zranionym? I znajdują odwiedź: można nigdy nie kochać. To prawda. Wtedy nikt nas nie zrani. Gdy się nie przywiążemy, gdy nie zaryzykujemy, nie zostaniemy zranieni. Ale czy warto zapłacić taką cenę? Czy warto zrezygnować z uczucia tylko dlatego, że się boimy? Dla takich osób wyzwaniem jest uczenie się odwagi pomimo lęku, który czują. Bo każdy się boi. Ci, którzy ranią, udają obojętność, gdy ktoś cierpi; ci, którzy uciekają przed odpowiedzialnością, i ci, którzy nie potrafią kochać dojrzale też się boją. Ich lękiem jest przywiązanie i zależności. Bo miłość to odpowiedzialność. A ona jest dla wielu osób trudna.

Miłość to również sztuka dbania o drugiego człowieka. Dlatego wymaga postawy empatycznej i uważnej na potrzeby innych. Miłość szczęśliwa to także szacunek do siebie samego i poczucia własnej wartości. To pogodzenie własnych potrzeb z dbaniem o szczęście tych, których kochamy. Nie każdy potrafi tę równowagę zachować. Dla wielu z nas bycie otwartym na drugiego człowieka w sposób, który pozwala chronić również własne granice i własną intymną przestrzeń, to nie lada wyzwanie. Uważam, że do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. Dlatego każdy kolejny artykuł, na temat tego jak przygotować się do zbudowania relacji, jak uczyć się kochać dojrzale i odpowiedzialnie, jak być w miłości szczęśliwym, jest tak cenny. I dlatego uważam, że warto o miłości rozmawiać, warto dzielić się swoimi doświadczeniami i szukać cały czas odpowiedzi na ważne i aktualne pytania. Bo warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej jest umiejętność dbania również o siebie.

Maria Rotkiel: psycholożka, terapeuta, autorka poradników psychologicznych.

  1. Psychologia

Relacje jako antidotum na samotność

Relacje to inwestycja i – tak jak każda inwestycja - wymagają podjęcia decyzji, zaakceptowania ryzyka i wysiłku. (Fot. iStock)
Relacje to inwestycja i – tak jak każda inwestycja - wymagają podjęcia decyzji, zaakceptowania ryzyka i wysiłku. (Fot. iStock)
Jak to się dzieje, że w świecie, który podsuwa tyle narzędzi służących komunikacji, daje tyle możliwości spotkania nowych osób coraz więcej ludzi czuje się samotnie? Co możemy zrobić, aby uchronić się przed pułapką długotrwałego osamotnienia? Co możemy zrobić, aby uchronić się przed pułapką długotrwałego osamotnienia?

Jak to się dzieje, że w świecie, który podsuwa tyle narzędzi służących komunikacji, daje tyle możliwości spotkania nowych osób coraz więcej ludzi czuje się samotnie? Co możemy zrobić, aby uchronić się przed pułapką długotrwałego osamotnienia?

Artykuł archiwalny

Samotność zwykła kojarzyć się z wiekiem podeszłym, jednak w ostatnich latach sytuacja zmieniła się fundamentalnie - problem samotności dotyka coraz większej liczby osób. Według danych przytoczonych przez Susan Pinker w znakomitej i szeroko komentowanej książce „Efekt wioski” 12-23% współczesnych Amerykanów nie ma z kim porozmawiać. W krajach takich jak Polska, Węgry, Słowacja czy Rosja aż 34% społeczeństwa deklaruje, że boryka się z samotnością. Może ona oczywiście być następstwem rozwodu, wyprowadzki dzieci z domu, ale nie omija również osób żyjących w związkach czy w rodzinie.

Samotność zabija. I to dosłownie. U ludzi, którzy przez dłuższy czas odczuwają bolesną samotność, podnosi się poziom kortyzolu – hormonu stresu, którego długotrwałe działanie wyniszcza organizm. To między innymi dlatego ludzie ci są bardziej podatni na choroby, częściej zapadają na depresję oraz mają duże trudności z rozwiązywaniem problemów. W trakcie wieloletniej praktyki terapeutycznej zaobserwowałem, że samotność towarzyszy niemal wszystkim problemom, z jakimi zgłaszają się pacjenci. Co więcej: często jest ich pierwotnym źródłem. Dokładnie odwrotnie sprawy wyglądają u ludzi, którzy otoczeni są gronem oddanych przyjaciół: osoby te żyją dłużej, są bardziej optymistycznie nastawione do życia, szybciej dochodzą do siebie nawet po bardzo ciężkich chorobach oraz znacznie lepiej radzą sobie z rozwiązywaniem problemów.

Dlaczego samotność jest aż tak destruktywna? Wyjaśnienie znajdujemy w przytoczonych w „Efekcie wioski” naukowych dociekaniach profesora Johna Cacioppo z University of Chicago. Skoro ludzkie mózgi ewoluowały w czasach, gdy przetrwanie mogła zapewnić jedynie społeczność, a izolacja wcześniej czy później prowadziła do śmierci poprzez głód lub atak drapieżnika, nie powinno nas dziwić, że pojawił się pewien system ostrzegawczy. Systemem tym jest dotkliwe uczucie samotności, które w swej istocie podobne jest do głodu, pragnienia czy bólu fizycznego. Jeśli z jakiegoś powodu jednostka odłączyła się od grupy, uczucie to spełniało rolę alarmu, który mówił: jeśli szybko nie znajdziesz swoich, zginiesz.

Pułapki współczesnego świata

Po pierwsze: zwodnicza łatwość. Pozorny kontakt. To, że w każdej chwili możemy otworzyć Internet i wejść na portal randkowy, Facebook, Skypa czy grupę tematyczną i poznać nową osobę, wcale nie znaczy, że nawiążemy z nią bliższą relację.

Po drugie: brak czasu. Nie jest tajemnicą, że współczesny świat wymusza na nas coraz szybsze tempo życia: awanse w pracy, podążanie wybraną ścieżką kariery czy nacisk na samodoskonalenie. Jeśli dodamy do tego rodzinę i osobiste problemy, to okazuje się, że w takiej rzeczywistości wyjścia ze znajomymi czy rozmowy z przyjaciółką traktowane są najczęściej jako strata czasu.

Po trzecie: brak świadomości. Czy zdajemy sobie sprawę, jak ważne są dla nas autentyczne więzi z innymi? Czy świadomie uczymy się, w jaki sposób możemy je budować i utrzymywać? Prawda jest taka, że jeśli nie mamy odpowiednich wzorców wyniesionych z domu lub z natury nie jesteśmy osobami zbyt towarzyskimi, często zbyt późno orientujemy się, że wpadliśmy w samotność.

Tylko głębokie i trwałe więzi mogą nas uzdrowić. Jednak ich nawiązanie i podtrzymanie kosztuje: wymaga czasu, energii, oddania, dzielenia wspólnych doświadczeń. Czy potrafimy inwestować w relacje? Przyjrzyjmy się pod tym kątem własnemu życiu.

Nauka nawiązywania relacji w pigułce

Czy nawiązywania szczerych i głębokich relacji można się nauczyć? Tak, podobnie jak każdej innej umiejętności. Relacje to inwestycja i – tak jak każda inwestycja - wymagają podjęcia decyzji, zaakceptowania ryzyka i wysiłku.
  • Zaryzykuj kontakt twarzą w twarz, zastąp nim kontakty wirtualne.
  • Wyjdź do świata, poznaj swoje najbliższe otoczenie, zaciekaw się nim. Choćby miały to być 5–minutowe pogawędki przy okazji wyjścia do sklepu czy koszenia trawy.
  • Zauważ, że wokół Ciebie mieszkają inni ludzie. Sprawdź, czy odwzajemnią Twoje spojrzenie, uśmiech. Poczuj, jak przyjemnie jest być zauważonym.
  • Inwestycja wymaga wysiłku – pamiętaj o urodzinach i ważnych dla bliskich Ci osób wydarzeniach. Świętuj z nimi, ciesz się ich radościami, płacz z nimi w smutku, złość się, kiedy jest to potrzebne.
  • Zaangażuj się we "wspólne chwile". Zaproś znajomych do siebie na mecz, na wspólne zabawy waszych dzieci, na twoje urodziny albo bez okazji.
  • Daj sobie szansę, żeby poczuć się dla innych kimś ważnym. Oczywiście jesteś ważny pomimo wszystkiego, stwórz jednak okazję, aby osoby z Twojego otoczenia mogły to wyrazić. To bardzo przyjemne i budujące.
  • Myśl o relacjach tak, jak myślisz o ćwiczeniach, rozwijaniu różnych umiejętności.
  • Zarezerwuj sobie miejsce w kalendarzu na spotkania z przyjaciółmi.
  • Dziel pasje z innymi.
  • Naucz się budować relacje, być blisko, ale po swojemu. Pamiętaj, nie ma żadnego wzorca bycia w bliskich związkach, nie ma na świecie drugiej takiej osoby jak Ty.
  • Bierz i dawaj tyle, ile potrzebujesz i tylko tyle. Bliskość i relacje to najlepsza i najpewniejsza inwestycja, na jaką możesz się w życiu zdecydować. Zwrot gwarantowany.
Przy pracy nad artykułem opierałem się na książce Susan Pinker „Efekt Wioski”, której przeczytanie w całości gorąco polecam osobom zainteresowanym budowaniem głębokich, uzdrawiających więzi.

  1. Seks

Związek w wibracji 7 - para dusz

Związek w wibracji 7 - przeznaczenie, za którym kryje się trudna lekcja. (fot. iStock)
Związek w wibracji 7 - przeznaczenie, za którym kryje się trudna lekcja. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Gdy się spotkają, on i ona, a liczba ich związku wynosi 7, może im się wydawać, że są bratnimi duszami. Relacja ta bowiem nacechowana jest atmosferą niezwykłości, ale często niesie ze sobą poważną życiową lekcję do przeżycia.

Z siódemką kojarzony jest Neptun, najbardziej tajemnicza i mistyczna z planet. Jej przekaz jest romantyczny, osnuty mgłą, duchowy. Ale może także być oszukańczy, zwodniczy, oparty na iluzjach. Para, której związkiem rządzi wibracja numer 7, ma przed sobą wyzwanie.

Ta liczba nie sprzyja związkom, bo jest raczej samotnicza i izolująca się. Siódemki są wrażliwe, ale skryte i nieśmiałe, lękają się wyrażania uczuć. Dlatego siódemkowa relacja niesie ze sobą doświadczenie pewnego oddalenia. Czy to dosłownego, fizycznego, kiedy ludzie mieszkają osobno, czy też braku bliskości emocjonalnej. Partnerzy mogą mieć przed sobą tajemnice lub być na siebie zamknięci w sferze uczuć. Jednak ze sobą są. Przyciągają ich do siebie siły nieświadomości po to, by głębokie rany zostały uzdrowione.

Na początku znajomości ludziom wydaje się, że są sobie przeznaczeni, że są bratnimi duszami, które wreszcie się odnalazły. Mają ze sobą duchowe porozumienie, łączy ich jakby niewidzialna nić. Sprawy ducha prawie zawsze objawią się między ludźmi, których połączyła ta mistyczna wibracja. Mogą ich łączyć takie właśnie zainteresowania, wspólna pasja, praca dla ważnej idei. Znaczących korzyści materialnych nie można się jednak po tym spodziewać, bo siódemka niewiele z materią ma wspólnego. Problemy finansowe są często źródłem ich nieporozumień.

To, co ludzie mogą wynieść z lekcji związku 7, to głęboki wgląd w psychikę, do którego uzyskują dostęp w relacji z drugą osobą. Jeśli potraktują ją jak lustro, ich świadomość się poszerzy. Wibracja 7 obdarza również nauką niezależności podczas życia razem, nauką tego, że każdy potrzebuje własnej przestrzeni. Niebezpieczeństwem jest emocjonalne uzależnienie bez autentycznej bliskości, kiedy najważniejsze są uczucia, które odważnie wyrażamy.

  1. Seks

Związek w wibracji 9 – samotność we dwoje

Dziewiątka zmusza partnerów do wyjścia ze strefy komfortu. Związek jest nie tylko dla nich. Ma służyć światu i wyższym celom (fot. iStock)
Dziewiątka zmusza partnerów do wyjścia ze strefy komfortu. Związek jest nie tylko dla nich. Ma służyć światu i wyższym celom (fot. iStock)
Para, której przyszło żyć w numerologicznej wibracji 9, zmierzy się z poważnymi wyzwaniami. Pojawić się może silna tendencja do odgradzania się od siebie murem milczenia i obojętności. Rozwiązaniem jest połączenie swoich sił dla pracy dla świata.

Dziewiątka zobowiązuje. Kończy cykl numerologiczny i jej zadaniem jest przejawianie pełni. Tu już nie ma miejsca na sprawy indywidualne tylko ogólnoludzkie. Jeśli dobro, to wspólne. Jeśli praca, to dla wyższych ideałów. Jeśli miłość, to bezwarunkowa. Jak to wszystko zrealizować w warunkach, gdy spotyka się dwoje ludzi nie tylko z uczuciami wobec siebie, ale również ze swoimi słabościami, lękami, oczekiwaniami? Trudne.

Początek tego związku może jednak przebiegać cudownie. Zakochani mogą mieć silne poczucie, że są dwiema połówkami jabłka, które wreszcie się odnalazły i mogą wieść sielskie życie. Szybko jednak okazuje się, że nie jest wcale tak różowo. Tak, razem tworzą całość, ale zeszli się również po to, żeby służyć światu.

Wibracja dziewiątki niesie ze sobą przesłanie służby, poświęcenia się sprawom wyższym. Jeśli taka para wspólnie zaangażuje się w działalność dla dobra ogólnego czy po prostu dla drugiego człowieka, ma szansę odnieść sukces i cieszyć się satysfakcją. Zwykle jednak wymogi przyziemnego życia przeszkadzają w realizacji tego typu celów. Pojawia się problem, jak pogodzić wzniosłe marzenia z codziennością. Dobrze, jeśli kobieta i mężczyzna, którzy tworzą związek 9, często ze sobą rozmawiają o tym, jak się zrealizować na wyższym poziomie. Dzięki temu mogą lepiej zrozumieć siebie i swoje miejsce w świecie. Odkryć swoje wspólne powołanie i wspierać w jego realizacji.

Życie uczuciowe, które toczy się pod znakiem 9, pełne jest zakrętów. Potrzebna jest duża pewność co do swoich uczuć. A także umiejętność pełnej akceptacji partnera bez prób zmieniania go na swoją modłę. Poprzeczka ustawiona została wysoko – chodzi o miłość bezwarunkową. Bez duchowego podejścia do miłości w relacji robi się nerwowo i labilnie. Górę biorą chaotyczne emocje. Lawiny wyznań przeplatają się z nerwowym wylewaniem żali, co tworzy nieprzyjemne konflikty.

Trudności tej numerologicznej wibracji mogą doprowadzić do „życia razem, ale osobno”, kiedy każda ze stron zajęta jest swoimi sprawami, przede wszystkim pracą. Brak wówczas sfery „my”, bliskości i ciepła. Takie pary mogą formalnie tworzyć związek czy rodzinę, jednak tak naprawdę nie są ze sobą. Brakuje wówczas porozumienia, wspólnych pasji a nawet zwykłego zainteresowania sobą nawzajem. We wspólne życie wkrada się samotność. Jednocześnie bardzo trudno im się rozstać, bo gdzieś wewnątrz czują, że są dla siebie stworzeni. I są razem dla ważnego celu.

  1. Psychologia

Czy istnieje przepis na małżeństwo doskonałe?

Idealne małżeństwo to takie, w którym ludzie nie uzależniają swojego życiowego spełnienia od tego, czy są szczęśliwi w związku. (Fot. iStock)
Idealne małżeństwo to takie, w którym ludzie nie uzależniają swojego życiowego spełnienia od tego, czy są szczęśliwi w związku. (Fot. iStock)
Dwa roboty pod jednym dachem. Albo romantycznie oddani sobie kochankowie. Czy to pary idealne? Nie. Ale psychoterapeuta Tomasz Srebnicki zapewnia, że szczęśliwy związek małżeński jest możliwy.

Każde z nich robi karierę, świetnie się razem bawią, dużo podróżują. Pragną siebie zawsze tak samo gorąco. On pamięta o jej urodzinach, ona gotuje jego ulubione potrawy. Nigdy się nie kłócą... Czy tak właśnie wygląda idealny związek?
To raczej związek dwóch robotów, które nie wchodzą ze sobą w żadne interakcje, po to, by temu modelowi sprostać. Małżeństwo doskonałe to takie, którego – wychowani w kulcie romantyzmu – nie uznalibyśmy wcale za małżeństwo, a raczej za partnerską umowę. Jest wspólnotą założoną na podstawie świadomej decyzji – bycia razem. Ale bez oczekiwań typu: „on nam na pewno zbuduje duży dom, bo mężczyzna powinien...” albo: „ona będzie gotować mi zupę i nosić erotyczną bieliznę na co dzień, bo kobieta powinna…”. To właśnie oczekiwania doprowadzają do frustracji i rozwodu.

No ale każdy ma jakieś oczekiwania, na przykład chce być kochany.
Posiadanie oczekiwań wobec partnera tak naprawdę jest próbą sprawowania nad nim kontroli, przejawem egoizmu. Mąż myśli: „jeśli mnie kocha, będzie mi robiła kolacje, kiedy zmęczony będę wracał z pracy”, żona myśli: „jeśli mnie kocha, będzie co sobota sprzątał ze mną dom”. Tymczasem ona wieczorem woli poczytać niż gotować, a on w sobotę chce poleżeć przed telewizorem. I oboje uważają, że mają do tego prawo. I kto w takiej sytuacji zrobi kolację i posprząta? Nikt, bo tych dwoje egoistów naskoczy na siebie i będzie się licytować: „ale ja tyle pracowałem”, „a ja tyle się namęczyłam!”. I do niczego nie dojdą.

Czy w związku idealnym nie ma konfliktów?
Konflikty, niezależnie od tego, czy przebiegają dynamicznie (kłótnie i trzaskanie drzwiami), czy biernie (ciche dni), powinny doprowadzić do rozwiązania problemu. Ale nie tak, że jedno mówi: „powinniśmy się pogodzić”. Po prostu nadchodzi taki moment, że oboje zaczynają do tego dążyć, np. mówiąc: „chcę o tym porozmawiać”, „chciałem cię przeprosić” albo po prostu przytulają się, o ile sytuacja nie wymaga działań. A jeśli wymaga, to oboje (dobrowolnie i świadomie) się na te działania zgadzają. Ona może chcieć mu przygotować kolację, a on może chcieć sprzątać z nią dom. A jeśli nie, decydują, co z tym zrobić.

A może sposobem jest wymiana: ona zrobi kolację, a w zamian za to on posprząta?
W małżeństwie doskonałym nie powinno być handlu wymiennego emocjami (np. „Skoro ty się spóźniłeś, to teraz ja wrócę w nocy! Martw się!”) czy potrzebami (np. „Jak ty mi kupisz samochód, to ja ci urodzę dziecko”). Bo tylko wtedy, kiedy nie ma „ekonomii”, pozwalamy sobie i partnerowi, by wszelkie relacje między nami były skutkiem wolnych wyborów. A to podstawa szczęścia we dwoje.

Błędem jest też mierzenie drugiej osoby własną miarką („tylko lenie leżą w sobotę przed telewizorem”). Bo to pociąga za sobą sugestię, że powinna dostosować się do naszych wyobrażeń (nie leżeć przed telewizorem, tylko sprzątać). I sprawia, że pojawia się napięcie (żona myśli: „czy mimo to on się jednak położy przed telewizorem?”, a mąż: „nie mogę spokojnie poleżeć, bo ona się wścieknie”).

Rozumiem, że zamiast na wyobrażenia czy oceny lepiej postawić na porozumienie i wyrozumiałość?
Najlepiej zacząć od tego, żeby decyzja o wejściu w związek była naprawdę świadoma. Dlatego taka mądra jest przysięga składana podczas ślubu kościelnego. Mówi właśnie o braku założeń, a podkreśla to, co jest naprawdę istotne: „i że cię nie opuszczę aż do śmierci”, „będę z tobą w zdrowiu i chorobie…. Za to formuła wypowiadana w urzędzie stanu cywilnego zaczyna się od tego, co właśnie prowadzi do nieszczęścia: „świadomy praw i obowiązków…”. Innymi słowy: mogę żądać i oczekiwać! Tymczasem małżeństwo idealne trzeba chcieć budować, a nie musieć budować czy żądać budowania go od drugiej strony. Tylko jeśli nie będzie oczekiwań i żądań, nie pojawi się poczucie winy, złości, lęku…

A to wystarczy, żeby ludzie byli szczęśliwi?
Nie wystarczy, ale jest niezbędne. Idealne małżeństwo to takie, w którym ludzie nie uzależniają swojego życiowego spełnienia od tego, czy są szczęśliwi w związku. To nie tak, że tu wszystko mają dostać i wszystko dać. Bo jeśli żona uzależnia swój nastrój od tego, czy mężowi smakuje obiad – przeżywa masę napięć.

Ale czy to możliwe? Być szczęśliwą – niezależnie od tego, co się dzieje z mężem? To nieludzkie…
Współmałżonek ma oczywiście wpływ na to, jak się czujesz. Ale determinowanie swojej samorealizacji i szczęścia wyłącznie udanym małżeństwem pozbawia cię szansy na czerpanie radości z innych obszarów: pracy, pasji, życia wewnętrznego.

Hmm, a więc każdy sobie?
Nie, nie każdy sobie, ale większość problemów w parze wynika z tego, że małżonkom brakuje życia poza małżeństwem, brakuje innych kontekstów.

Jeśli małżeństwo jest całym moim życiem i widzę, że nagle moja żona jest smutna, to skąd mam czerpać energię, żeby ją pocieszyć? Przecież nie z niej. A jeśli twój mąż przychodzi z pracy wściekły? To skąd masz brać siły, by wytrzymać jego atak wściekłości? Jeśli kobieta przypisuje nadmierną wagę sobie jako żonie, a mniejszą sobie jako prawniczce, lekarce, przyjaciółce, hobbistce malowania na szkle… – to mniej czerpie satysfakcji ze swojej pracy, przyjaźni czy hobby. Nie można całej energii brać jedynie z partnera. Czyniąc tak, będziesz przejmować nie tylko jego pozytywne nastroje, ale też te złe: smutek, wściekłość… I będziecie czuć się razem nieszczęśliwi.

To wszystko, co robimy poza związkiem, służy związkowi?
Tak, bo jedynym celem małżeństwa jest rozwój dwóch indywidualności, tyle że w parze. Dlatego mówię, że małżeństwo idealne nie jest małżeństwem w romantycznym rozumieniu. Każde z małżonków rozwija się bez ograniczeń ze strony partnera. Nie ma tak, że partner pozwala ci jechać na wycieczkę do Paryża czy na szkolenie do Konstancina. Po prostu jedziesz tam, bo chcesz, albo nie jedziesz, bo wolisz zostać z nim. Decydujecie się być razem, ale rozwijacie się indywidualnie.

Czy to nie przypomina związku dwóch singli?
Nie, bo jeśli każde z małżonków ma dużo swoich kontekstów, może z któregoś z nich zrezygnować, by być razem. Ona nie ma już czasu na fitness, chór i na wizyty w klubie. Zależy jej najbardziej na chórze, więc resztę sobie odpuszcza, bo w wolnym czasie woli z mężem meblować dom i dbać o ogród. On za to przestaje grać w tenisa, bo też woli z nią zajmować się domem. Poza tym w małżeństwie doskonałym wiele kontekstów okazuje się wspólnych – i one zacieśniają więź. Ona na przykład lubi piec ciasta. On kocha podróże. Jak to pogodzić? Na przykład niech wędrują po świecie w poszukiwaniu miejsc sławnych z wyjątkowych wypieków.

Ale dziś wspólna część to zazwyczaj tylko kredyt!
Nie chodzi o to, że każde z nich ma żyć własnym życiem i ma ich łączyć tylko jakaś jedna wspólna rzecz, lecz o to, żeby każde dobrowolnie podejmowało codziennie decyzję o wspólnym życiu i z tego czerpało satysfakcję. Nic na siłę.

Mam takich pacjentów: jak on się uprze „jedziemy na łódki”, to cała rodzina jedzie. Czy chcą, czy nie. No i spędzają razem czas, ale napięcie, jakie temu towarzyszy, jest porażające. Dlatego oboje małżonkowie muszą znaleźć własne konteksty, dać sobie przyzwolenie na rozwój w obszarach, które nie są wspólne. Jeśli on chce jeździć na łódki, niech jedzie, ale ona wtedy może iść do muzeum. Jeśli sobie na to pozwolą – z czasem będą się czuli na tyle autonomiczni, żeby z tej autonomii móc świadomie i z radością zrezygnować. Na tym polega bycie w związku. Małżeństwo jest rezygnacją z niezależności, nie drogą do niej. A tak myśli wiele młodych osób, stających przed ołtarzem czy urzędnikiem stanu cywilnego: „Wyrwę się spod kurateli rodziców, wreszcie będę mogła robić to, co lubię: fotografować, nurkować. Przecież on mi tego nie zabroni!”. To przekonanie prowadzi do 60-procentowego wskaźnika rozwodów, bo jest oparte na chęci realizacji tylko własnych celów.

Co jeszcze charakteryzuje związek idealny?
Uważność, a nie służalczość. Jeżeli w sklepie stoję przed półką z ciastkami i hołduję modelowi służalczości, to kupię te ciastka, które lubi żona, by spełnić jej oczekiwania, bo: „będzie zła, jak jej ich nie kupię” albo: „czuję, że powinienem”. Towarzyszy mi napięcie. Jeśli hołduję modelowi uważności – kupię ciastka, które lubi żona, bo: „ona je lubi, a ja chcę jej sprawić przyjemność”. I nie muszę odczuwać wówczas wzruszenia, niebywałej radości, ale na pewno nie odczuwam napięcia. Co więcej, przychodząc do domu, nie oczekuję wdzięczności za to, że jej te ciastka kupiłem. Tymczasem w modelu służalczości tej wdzięczności chcę.

A to źle – oczekiwać wdzięczności?
Weźmy taki przykład, kobieta przez 15 lat pierze, gotuje sprząta i nagle, po tych 15 latach, mówi: „to ja piorę, prasuję, gotuję i nic z tego nie mam…?”. A przecież to był jej wybór. Dlaczego więc uważa, że ma prawo w zamian czegoś żądać?

To jak pokazać, że się czegoś potrzebuje?
Jeśli kobieta chce coś dostać, to o tym mówi, np.: „lubię dostawać kwiaty” i jeśli mężczyzna jest uważny na jej potrzeby, będzie jej te kwiaty kupował. Ale jeśli ona o kwiatach nie mówi, tylko jeszcze więcej sprząta, to partner jej tych kwiatów nigdy nie kupi, no bo jak ma się domyślić! A ona będzie na niego coraz bardziej zła... Okaże mu to, a że on nie wie, o co chodzi, szansa, że kupi jej cokolwiek z własnej woli, jest coraz mniejsza, bo też zaczyna być na nią zły. W końcu ona na nim te kwiaty wymusi, ale on będzie odczuwał napięcie, zarówno podczas ich kupowania, jak i w momencie wręczania. I tak żadnemu z nich nie dadzą one szczęścia. Odwrotnie. Ten bukiet ich od siebie oddali, bo jego podłożem emocjonalnym będzie napięcie: lęk, złość, a nie świadomy wybór. „Dzięki temu, co robię, nam obojgu ma być lepiej” – to motywacja małżonka idealnego.