1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Bezsensowny nawyk ciągłego zadowalania innych

Bezsensowny nawyk ciągłego zadowalania innych

Kobiety potrafią godzić role, które są nie do pogodzenia bez pomocy męża, aż poczują, że są w pułapce. Aby z niej wyjść, muszą zmierzyć się z niezadowoleniem męża, a to wymaga odwagi. (Fot. iStock)
Kobiety potrafią godzić role, które są nie do pogodzenia bez pomocy męża, aż poczują, że są w pułapce. Aby z niej wyjść, muszą zmierzyć się z niezadowoleniem męża, a to wymaga odwagi. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
"Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci". W przysiędze małżeńskiej nie ma słowa o zadowoleniu! A często żyjemy tak, jakby zadowolenie męża było najważniejsze. Skąd bierze się ten bezsensowny nawyk i jak z nim walczyć?

Na warsztat „O godzeniu ról życiowych i wyborze strategii działania” jak co roku przyszły same kobiety. A mężczyźni? Widać nie mają z tym problemu. To kobiety się nie wyrabiają. Nie mają czasu dla siebie, na realizowanie swoich pasji, ale to nie jest takie ważne, bo już dawno się z tym pogodziły. Gorzej, że nie starcza im czasu nawet na to, żeby rozwijać swoją karierę zawodową i czuć się dobrą matką, żoną, córką. Każda z tych ról jest dla nich źródłem stresu i poczucia winy, że nie robią wszystkiego tak jak trzeba. Już samo przyjście na warsztat okupione jest wyrzutami sumienia, bo powinny w tym czasie być z rodziną.

– Mój mąż był bardzo niezadowolony, że wychodzę i będzie musiał zająć się dziećmi – zaczyna Monika, a inne dołączają. Kilku mężów próbowało odwieść żony od pójścia na warsztat. Nie uległy. I co z tego, skoro czują się winne? – Moje dzieci są jeszcze małe, chyba nie powinnam ich zostawiać na tyle godzin, cały czas niepokoję się, jak sobie poradzą – ciągnie Monika. – A kto się nimi teraz zajmuje? – pytam. – Mąż. – A jak często to robi? – Bardzo rzadko, zawsze ja jestem z nimi, pracuję w domu, a jego nigdy nie ma – odpowiedź mnie nie zaskakuje. – No to stworzyłaś mu okazję, żeby w końcu mógł poczuć się ojcem i nawiązać bliższy kontakt z dziećmi. To sytuacja dobra dla was wszystkich – naprawdę tak uważam. – Gdyby on to tak widział… – wzdycha Monika. – Ale on jest niezadowolony, że wyszłam.

Co jego, to i moje

Nie wystarczy nam to, jak my widzimy sytuację. Najważniejsze jest, jak on ją widzi! A on widzi ją od swojej strony i nie zajmuje go zadowolenie lub niezadowolenie Moniki. Za to Monikę zajmuje jego niezadowolenie. Podczas każdej przerwy dzwoni do domu i zbiera nową dawkę niezadowolenia, bo mąż chciałby, żeby już wróciła. Monika siedzi jak na szpilkach, bo chce tu być, ale chce też być w domu, żeby mąż był zadowolony.

– A jak mąż wychodzi z domu, to ty jesteś zadowolona? – próbuje. – Nie, ale on ciągle wychodzi, więc się przyzwyczaiłam. Po pracy idzie do siłowni albo na siatkówkę, biega, spotyka się z kolegami, prowadzi normalne życie. A przez to ja nie mogę pracować, bo ciągle jestem z dziećmi. Założyłam firmę, wiem, co chcę robić, ale pracuje za mało, bo nie mam czasu. – On się tym przejmuje? – dopytuje. – Skądże! Wypomina mi, że mało zarabiam i robi swoje. – Dlaczego więc ty się przejmujesz, że on jest niezadowolony, gdy w końcu robisz coś dla siebie? – Bo chcę, żeby było dobrze miedzy nami – mówi bez chwili zastanowienia. – Dobrze, czyli na jego warunkach? – próbuję dociec.

Chciałybyśmy coś zrobić, ale miotamy się od ściany do ściany jak w pułapce, bo jego niezadowolenie związuje nam ręce. A może chodzi raczej o nasz brak odwagi?

Wpadła mi niedawno w ręce książka „Odwaga bycia nielubianym”, której autorami są Ichiro Kishimi i Fumitake Koga. Oparta jest na teorii Alfreda Adlera, początkowo współpracownika Zygmunta Freuda, który po odłączeniu się od ruchu psychoanalitycznego, stworzył własną teorie osobowości. Sam tytuł już wiele mówi. I oczywiście nie chodzi o to, żeby ludzie nas nie lubili, ale o to, by ich sympatia i zadowolenie nie były dla nas najważniejszym drogowskazem. Chciałybyśmy robić to, co jest dla nas ważne, ale on tego nie akceptuje? Czasem nie można mieć wszystkiego. Trzeba wybierać. Życie zgodne z cudzymi oczekiwaniami to niewola – twierdzą autorzy książki. Dlaczego same siebie na nią skazujemy? Czy naprawdę nie mamy wyjścia?

Nasza pokrętna logika

Ostatnio spotkałam znajomą, która po latach zmęczenia nagle rozkwitła. Zapytałam, co się stało. – Zrobiłam rewolucję w swoim życiu – odpowiedziała z dumą. – Dzieci wyprowadziły się z domu, a ja zagnałam męża do pomocy. Bo niby dlaczego to zawsze ja mam sprzątać? Nie rozumiem, czemu robiłam to przez tyle lat! Sprzątałam, gotowałam, podawałam, a przecież też pracuje zawodowo i też jestem zmęczona, i też chcę mieć czas dla siebie. – I mąż nie stawiał oporu? – zdziwiłam się, bo znam życie. – Jasne, że był niezadowolony, ale jak przestałam sprzątać, to on w końcu zaczął. Trochę narzeka, ale sprząta.

I tak sobie rozmawiałyśmy, aż zeszło na dzieci. Niby wszystko jest dobrze, ale Alicje złości sytuacja syna, który niedawno się ożenił. – Wyobraź sobie, że kiedy do nich wpadam, to on się krząta, podaje herbatę, a ona sobie siedzi jak księżniczka – mówi z dezaprobatą. – W dodatku wczoraj poprosił mnie o przepis na sernik. Pytam, czy żona chce upiec, a on na to, że to on upiecze, bo Ania jest zmęczona po pracy. To chyba nie jest powód, żeby on piekł ciasto? – No co ty, Alicja? Sama robisz rewolucję, a złości cię, że on zajmuje się domem? Gdzie tu logika?! – pytam. – Też coś! Ja najpierw odchowałam dzieci i dopiero potem pomyślałam o sobie! No i tak to z nami jest! Niby wiemy, że mamy jakieś prawa, ale nade wszystko cenimy obowiązki. Swoje i innych kobiet. I nie zwolnimy z nich własnych córek, a już tym bardziej synowych!

Słaba płeć i opiekun

Nic w tym dziwnego. Cała kultura mówi o naszych zadaniach. Jasne, że mamy pracować zawodowo, a nawet robić karierę, ale mamy też zajmować się domem, opiekować dziećmi, dbać o rodziców, relacje z przyjaciółmi i swój wygląd, nie zaniedbywać zainteresowań i tak dalej. A on? On za to ma wsparcie kultury, żeby zajmować się pracą zawodową i jeszcze tym, czym chce. Weźmy polskie seriale.

Badania Beaty Łaciak przedstawione w artykule „Medialny obraz mężczyzn w relacjach małżeńskich i rodzinnych” wykazują, że w serialach najczęściej występuje mąż tradycjonalista. Taki mąż uważa, że jego praca zawodowa jest najważniejsza i zwalnia go ze wszystkich obowiązków domowych i zaangażowania w życie rodzinne. Robi karierę, a żona ma go wspierać i tworzyć mu dom, niezależnie od tego, czy sama pracuje zawodowo, czy nie. Serialowe bohaterki przedstawiane są często podczas wykonywania czynności domowych, zaś serialowi mężczyźni są zwykle bezradni w kuchni i tylko nieliczni przygotowują od święta jakieś popisowe danie ku zachwytowi wszystkich. Kobiety przepraszają, jeśli nie zdążyły przygotować śniadania czy obiadu, co zdarza im się wyjątkowo. Mogłoby to być przygnębiające, ale artykuł ten, podający wiele barwnych przykładów, jest częścią książki „Nowi mężczyźni?”, która ukazała się w 2008 roku, wiec może od tego czasu coś się zmieniło?

Sięgam po trzytomowy raport „Gender w podręcznikach. Projekt badawczy”, żeby sprawdzić, jaki obraz kobiet i mężczyzn przedstawiany jest dziewczynkom i chłopcom w szkołach. Raport pochodzi z 2016 roku. To fascynująca lektura, ale, niestety, wynika z niej jasno, że nic się nie zmieniło. Weźmy na przykład wiedzę o kulturze. Czego tam uczą się uczniowie (pod słowem „uczniowie” kryją się oczywiście również uczennice) o roli kobiet i mężczyzn? „Wśród dominujących w grupie kobiet aktywności jest praca domowa. Mężczyźni najczęściej przedstawiani są podczas pracy zawodowej lub w miejscu pracy” – czytamy w podsumowaniu podręcznika. Mężczyźni oprawiają sporty, takie jak wspinaczka, boks, skoki narciarskie, kobiety nie podejmują aktywności sportowej. Mężczyźni znacznie częściej występują w roli współpracownika, szefa, dyrektora, a kobiety w roli matki, babki, córki. "Wśród postaci kobiecych pojawiają się emocje charakterystyczne dla >>słabej<< płci, takie jak: strach, smutek czy niepokój. Mężczyźni natomiast przejawiają znacznie bardziej intensywne emocje - wściekłość czy gniew". Jeśli chodzi o wychowanie do życia w rodzinie, to dowiadujemy się, że chłopcy są hałaśliwi i nonszalanccy, wiedzą, czego chcą, a dziewczynki zajmują się swoim wyglądem i są nieśmiałe. "Bycie żoną i matką definiowane jest jako potrzeba i jednocześnie cel oraz zadanie kobiety" i wymaga ono poświęcenia. "Warunkiem koniecznym i wystarczającym do bycia matką jest posiadanie męża-opiekuna". Również wiedza o społeczeństwie to teren, gdzie kobiety występują głównie w stereotypowych rolach żony, matki i opiekunki, mężczyźni są zaś "żywicielami rodziny" i zajmują wysokie stanowiska. Ale może w innych przedmiotach jest lepiej? Nie łudźmy się. Nawet w treści zadań z fizyki dziewczynki wymagają pomocy od chłopców, są bierne i od nich zależne. "Ela nie mogła sama przesunąć szafki. Poprosiła o pomoc Krzyśka. Ponieważ Krzysiek jest znacznie silniejszy, więc udało mu się przesunąć szafkę". Na ilustracji Ela stoi z założonymi rękami, a Krzysiek przesuwa.

Jeśli tym nasiąkają dziewczynki i chłopcy, to nic dziwnego, że kobietom, gdy zostają żonami, trudno jest czuć, że mają takie same prawa. Z determinacją próbują godzić role, które są nie do pogodzenia bez pomocy partnera, aż poczują, że są w pułapce. Żeby z niej wyjść, muszą wystąpić przeciw oczekiwaniom męża i całej kultury. Muszą zmierzyć się z jego niezadowoleniem, a to wymaga odwagi.

"Odwaga do bycia szczęśliwym obejmuje też odwagę do bycia nielubianym. Kiedy zdobędziesz się na taką śmiałość, wszystkie relacje międzyludzkie przestaną być dla ciebie ciężarem" - twierdzą autorzy książki "Odwaga bycia nielubianym". Warto to sprawdzić, zamiast cofać się ciągle przed niezadowoleniem męża, bo nasze niezadowolenie wcale nie jest mniej ważne.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak radzić sobie z uzależnieniem? Zamiast odcinać się od zmysłów, zmniejsz ilość bodźców

Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jako ludzie łakniemy i szukamy przyjemności. Zatraciliśmy jednak umiejętność zarządzania nimi – ten swoisty instynkt zachowawczy, chroniący nas przed autodestrukcją. I to właśnie popycha nas w ramiona nałogu – twierdzi psychoterapeuta Robert Rutkowski, kiedyś sam uzależniony. 

Czy dzisiejsze czasy sprzyjają uzależnieniom? Dowodem na to, jak bardzo, są niedawne amerykańskie badania, w których obliczono, że człowiek w czasach średniowiecza przyjmował w ciągu całego swojego życia tyle informacji, ile współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Na przestrzeni wieków nie zmieniliśmy się wcale, jeśli chodzi o rozmiar i pojemność urządzenia, jakim jest mózg, natomiast ilość bodźców, jaką nim odbieramy, przerażająco się zwiększyła. Mówiąc kolokwialnie, przegrzewają nam się styki. Nie wyrabiamy. Futurysta Alvin Toffler w latach 50. ubiegłego wieku napisał książkę „Szok przyszłości”, w której prorokował, że przyjdą takie czasy, kiedy człowiek przestanie ogarniać te wszystkie nowinki technologiczne, z którymi będzie się stykał. I miał rację.

Czasy są więc podłe i przerażające, a na dodatek ta niemożliwa do ogarnięcia ilość bodźców styka się z naszymi słabościami: lenistwem, niefrasobliwością, brakiem chęci chronienia siebie. Człowiekowi wysiada instynkt samozachowawczy, czyli swoiste zabezpieczenie przed szkodliwym wpływem świata, przejawiające się np. poprzez smak czy wstyd.

W jaki sposób działa to zabezpieczenie? W bardzo prosty. Człowiek, jeśli coś mu nie smakuje, czuje obrzydzenie. To ono pojawia się na twarzy, kiedy pierwszy raz w życiu pije się wódkę czy wypala papierosa. Mogę tu wymieniać jeszcze inne substancje, na przykład heroinę, którą znam, a z którą pierwszy kontakt kończy się zawsze torsjami, czyli szokową reakcją organizmu. To są sygnały wysyłane do nas, żeby zrobić STOP. A czym jest wstyd? Uczuciem, które chroni nas przed rozwiązłością, przed wchodzeniem w niejasne relacje seksualne. A obecnie wstyd jest się wstydzić. Przyszedł do mnie niedawno 20-letni mężczyzna, który wyznał, że ma problem z seksem. „Na czym on polega?” – spytałem. „Na tym, że mam 20 lat i jestem prawiczkiem”. „Chłopie, o czym ty mówisz? Dlaczego uważasz, że to jest problem?”. Ano dlatego, że on się porównuje z innymi. I czyta, że 13-, 14-latki rozpoczynają życie seksualne i że to jest norma, czyli on nie jest w normie. A przecież każdy ma swoją drogę, swoją ścieżkę i późniejsza inicjacja seksualna nie musi być od razu chorobą. Świat naprawdę zwariował! A ci, którzy nie mają barier ochronnych, czyli silnego poczucia własnej wartości, będą wchodzić w różnego rodzaju pęknięcia, jak na przykład uzależnienie.

W definicji uzależnienia często podaje się, że to ucieczka od samego siebie, ale czy w tych – jak pan mówi – „podłych i przerażających” czasach nie jest ono też próbą wypisania się z otaczającej nas rzeczywistości? Czy uzależnienie jest ucieczką od siebie, czy od świata? Moim zdaniem to są kolejne etapy. Cel jest ten sam – żeby było lżej, żeby mniej bolało. Uzależnienie jest zadaniem sobie bólu w innym miejscu, żeby w tamtym przestało boleć. To jak, kiedy boli ząb, wbić sobie igłę w piętę. Ból pięty na chwilę pozwoli zapomnieć o zębie. I podobnie człowiek, którego boli dusza, sięga po narkotyki – a mówiąc „narkotyki“, mam też na myśli alkohol. To jeden z najbardziej niebezpiecznych narkotyków, bardzo silnie uzależniający i bardzo silnie negatywnie działający na cały organizm człowieka. I podstępny, bo występujący w anturażu czegoś miłego.

W filmie „Najlepszy” matka mówi do syna, narkomana: „Jureczku, już lepiej, żebyś pił”. Ludzie mówią, że alkohol to dla nich reset. Tymczasem alhohol nie rozluźnia, on paraliżuje. Ludzie mówią, że alkohol poprawia nastrój. Nie, on go zmienia. Człowiek pod działaniem alkoholu jest zatruty, odurzony, odcina się od zmysłów. Dla mnie semantycznym dowodem na to, jak nie radzimy sobie z traktowaniem naszych zachowań, jest słowo „rausz“. Z czym się pani kojarzy „bycie na rauszu“?

Z czymś w rodzaju miłego pobudzenia, upojenia. A wie pani, co znaczy słowo „rausch“ po niemiecku? Upojenie, ale też otępienie. Albo „napić się dla kurażu“. „Courage” to po francusku odwaga, która też jest odcięciem się od zmysłów. Ale dobrze nam się kojarzy, prawda? W ten sposób oswajamy sobie truciznę. Podobnie jest dziś z paleniem marihuany, które zaczyna się wkradać na salony i być dobrze postrzegane. Ja się kiedyś wstydziłem, że palę marihuanę, teraz to jest trendy. Tak jak kokaina. Trzeźwość nie jest już dziś trzeźwością sensu stricto i można być pozornie trzeźwym człowiekiem, który sobie okazjonalnie wciąga kokainę, pali marihuanę... Ale to nie wszystko.

Miałem niedawno sesję z parą, do życia której wkradła się zdrada i która usłyszała od poprzedniego psychologa, a właściwie usłyszała to zdradzona kobieta: „Ale czym się pani przejmuje? Przecież to naturalne, mężczyzna musi sobie od czasu do czasu na boku coś bzyknąć“. Jak widać, niektórzy przedstawiciele mojego zawodu załapali się na wspomnianą dewaluację pewnych wartości.

Nie mówię, że wszyscy powinniśmy być mnichami zen, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli nauczyciel pali papierosy i mówi młodzieży o szkodliwości brania narkotyków, to kim on jest? Hipokrytą. Jest niewiarygodny, dzieciaki od razu to wyczują. Warto mówić prawdę. „Nie radzę sobie z moim nikotynizmem“, „To jest moja słabość“, „Nie jestem z tego dumny, nie popieram tego“, a nie przekonywać, że narkotyki są złe, ale palenie jest w porządku. Jeśli ktoś się decyduje być takim pomagaczem i radzić innym w ich problemach, to musi być spójny. Powinien zastanawiać się nad tym, co mówi, bo jego słowa mogą zdemolować komuś życie.

Są uzależnienia bezsprzecznie postrzegane jako szkodliwe: narkotyki, dopalacze. Alkohol i papierosy też – choć tu pewnie z dużym marginesem przyzwolenia. Ale są także uzależnienia, których nie traktuje się jako niebezpieczne. Na przykład poprawianie urody.

Ono się zawiera w takim ogólnym terminie o nazwie „uzależnienie od własnego wizerunku”. Ten nałóg szczególnie dotyka ludzi z piedestału, eksponowanych. Ludzie w ogóle bardzo szybko przyzwyczajają się do tzw. głasków, do miłych rzeczy. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie dzieje się tak, że kiedy tego zabraknie, to następuje utrata sensu życia. Tak jest z politykami, uzależnionymi od wydzielania się neurohormonów, które powoduje już samo bycie na piedestale. Oni celowo generują zamieszanie wokół siebie. I tak się tworzy tzw. szum medialny.

Już Stanisław Lem zauważył w „Bombie Megabitowej“, że znalezienie jakiegoś terminu w Internecie jest poprzedzone setkami tysięcy informacji kompletnie zbędnych. Lepiej iść do zwykłej biblioteki. Sam to robię i widzę, że w bibliotekach jest coraz więcej ludzi. Oni już zrozumieli, że obecnie najważniejsza jest umiejętność selekcji. Jako gatunek ludzki jesteśmy ogromnie podatni na bodźce zewnętrzne, dlatego musimy sami się od nich odgradzać.

Skoro nałogi odcinają nas od zmysłów, trzeba do tych zmysłów powrócić? W rzeczy samej. Istotą jest odcięcie bodźców, nie zmysłów. Uzależnienia odcinają właśnie zmysły, a im więcej bodźców do nas wtedy dociera, tym większy szum powoduje. Jeśli bodźców będzie mniej, to nasze zmysły będą bardziej nastawione na ich odbiór.

W książce „Pułapki przyjemności“ mówi pan: jeżeli jemy obiad, jednocześnie oglądając telewizję, to nie czujemy smaku tego, co mamy na talerzu. Zgadza się. Podsumowując ten kawałek naszej rozmowy, człowiek jest coraz bardziej słaby, pozbawiony wartości, fundamentów, a przez ciągłe porównywanie się – także pewnych barier wewnętrznych, które sam na własne życzenie i własną zgubę likwiduje, by się wpisać w kontekst. Dlatego niezmiernie ważne jest środowisko, w jakim funkcjonujemy. Nic dziwnego, że rodzice tak martwią się, gdy ich dziecko wpada w tzw. złe towarzystwo.

Na ile to, czy popadniemy w uzależnienie, zależy od środowiska, a na ile od naszej wrodzonej podatności? A może człowiek jako gatunek czuły na bodźce jest po prostu z natury podatny na uzależnienia? Jesteśmy urodzonymi poszukiwaczami przyjemności. To atawizm. Gdyby człowiek nie chciał, by było mu przyjemniej, toby nie odkrył ognia. Kiedy pierwszy raz ogrzał się przy ogniu i zjadł mięso z upolowanego zająca, opieczone na tymże ogniu, zrozumiał, że jest to o wiele przyjemniejsze niż siedzenie w ciemności, w zimnie i żucie surowego jedzenia. Cały rozwój naszej cywilizacji był możliwy dzięki wrodzonemu pędowi do szukania przyjemności.

I ułatwiania sobie życia. Kiedyś człowiek, żeby napić się wody, musiał pójść kilometr do wodopoju, zażył trochę ruchu, poobserwował okolicę. Dziś nie ma takiej potrzeby, wszystko jest dostępne na aplikacji. Człowiek się zredukował na własne życzenie. Śmiem twierdzić, podążając za Tofflerem, że osiągnęliśmy czasy zerowe. W tej chwili może nas uratować jedynie świadome odchodzenie od nadmiaru bodźców. Sztuką dobrego życia nie jest robienie trzeciego fakultetu czy szukanie nowych kanałów dostępu do informacji, tylko właśnie nierobienie tego. Nie dodawanie, tylko odejmowanie. Sztuka selekcji. Jako człowiekowi dojrzałemu oczywiście jest mi łatwiej się z tym uporać, bo też osiągnąłem jakieś punkty zerowe. Dlatego świadomie nie chcę być dobrze poinformowany, nie chcę mieć pozornie łatwiej i przyjemniej, nie szukam dwóch rzeczy w cenie jednej, kiedy potrzebuję tylko jednej.

Twierdzi pan, że powinniśmy się nauczyć zarządzać naszymi przyjemnościami? Tak naprawdę musimy się nauczyć zarządzać samym sobą. Wtedy będziemy gotowi na przyjemności. Łatwiej jest radzić sobie z jedzeniem człowiekowi niegłodnemu, który jadł trzy godziny temu posiłek, więc nie czuje histerycznego głodu. Niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto jada regularnie w ciągu dnia, i kogoś, kto przez cały dzień nic nie jadł, bo nakręcała go adrenalina, jaką daje praca, i nagle o 19.45 idą obaj do restauracji.

Pierwszy pewnie zamówi to, na co ma ochotę, drugi, cokolwiek, byle szybko i dużo. Albo zrobi tak jak grubas ze słynnej sceny z „Sensu życia według Monty Pythona“, który zamówił wszystko z karty. W czym? W wiadrze. Z kolei pierwszy z uśmiechem na ustach, spokojnie będzie wybierał, selekcjonował, zastanawiając się, na co tym razem ma smak. I tę metaforę można przełożyć na nasze wewnętrzne poukładanie. Jeżeli jesteśmy wewnętrznie wygłodniali, popękani, jeżeli nie mamy bazy w postaci poczucia własnej wartości, będziemy zachłystywać się nowymi bodźcami: co chwila nowa partnerka, nowy samochód, nowe buty. Można tak wymieniać bez końca rzeczy czy zachowania, które mają nas zaspokoić. Jaki jest tego efekt? Głód nie gaśnie. Jest coraz większy.

Człowiek woli albo w ogóle zrezygnować ze wszystkich pokus, czyli nie piję, nie palę, nie uprawiam seksu, nie biegam, nie jem i jestem całkowicie z boku – albo korzystać ze wszystkiego. Wolimy to, niż zadać sobie trud i popracować nad kontekstem, w którym funkcjonujemy. Nie trzeba być od razu abstynentem, można próbować alkoholu, ale być świadomym, co on mi daje, a co zabiera. Ja celowo rezygnuję z alkoholu, ponieważ on nie daje mi nic, a wielu rzeczy pozbawia. I wcale nie jestem wojującym ortodoksem neofitą, który kiedyś pił za dużo, a teraz nie pije wcale...

...tylko nie pije pan dlatego, że panu to już nie służy. Dokładnie tak. Alkohol przestał mi służyć i jest dla mnie stratą czasu. Pod wpływem alkoholu nie jestem sobą, a od kiedy się polubiłem, bycie sobą jest przyjemne. Kiedyś piłem dla swoistego kontekstu, czyli dla towarzystwa. Alkohol służył mi do pokrycia, zatuszowania moich kompleksów. A ponieważ wziąłem się za siebie, poszedłem na jedną terapię i drugą, to zniknęły kompleksy. I nagle alkohol też przestał działać, przestał być potrzebny. Przestałem chcieć kłamać, a alkohol to kwintesencja kłamstwa.

Zauważyłem, że wielu moich pacjentów, ludzi biznesu, pije nie dla samego smaku alkoholu czy jego działania, ale dlatego że piją ich kontrahenci. Czyli mamy coś, co się bardzo często pomija w analizach psychologicznych. Mamy uzależnienie fizyczne, psychiczne i to uzależnienie społeczne, środowiskowe.

Presja społeczna to silne narzędzie wpływu. Często najtrudniejsze do pokonania przez uzależnionych pacjentów.

Pana praca polega na pokazaniu im, jak mogą się uniezależnić od opinii innych zamiast od konkretnej substancji? Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. Czy zaprzestaniu jakiś zachowań, jeśli mówimy o uzależnieniu behawioralnym, jak np. seksoholizm. Nie, tu chodzi o całkowite przeprogramowanie człowieka.

Przychodzimy na ten świat głodni przyjemności. Jak się zachowuje małe dziecko? „Jakiż kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego“ – napisał gdzieś Zygmunt Freud. To jest kwintesencja naszej rozmowy – wracajmy do naszego wewnętrznego dziecka. Ono dużo lepiej wie, jak żyć. Kiedy jest głodne, to co robi? Płacze, bo chce zaspokoić głód. A co robi dorosły? Gasi go, eliminuje. Bo w tym momencie ma dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Przestaliśmy o siebie dbać. Nie jemy, nie śpimy, nie odpoczywamy, bo mamy projekt do wykonania. Pogubiliśmy się do tego stopnia, że prawdopodobnie dlatego ludzkość wymiera i tak mało się rodzi dzieci, bo one wzbudzają w nas poczucie winy.

No, takiej teorii jeszcze nie słyszałam... Oczywiście żartuję sobie trochę, ale coś w tym jest. Nie chcemy płodzić dzieci, bo jesteśmy uzależnieni od wygodnego życia. Ja mam teraz w domu 5-miesięcznego bobasa i rozkoszuję się tzw. dojrzałym ojcostwem. Syn jest moim trenerem uważności. Pierwszą rzecz, jaką pod jego wpływem zrobiłem, było skrócenie czasu pracy. Przyjmuję mniej pacjentów. Stwierdziłem, że nie chcę sobie odbierać przyjemności obcowania z nim. Jeśli miałbym zatem na koniec pokusić się o jakąś radę, to brzmiałaby ona tak: uczmy się od swoich dzieci odróżniania rzeczy ważnych od tych nieistotnych.

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi prywatny Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Warszawie, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji, nerwic oraz w zarządzaniu stresem. Współautor książek „Spowiedź narkomana” i „Pułapki przyjemności” (wyd. Muza)

Wywiad archiwalny. 

  1. Psychologia

Nie żałować ani chwili

Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Co powiemy dzieciom, gdy zapytają: „Po co i jak mamy żyć, skoro umrzemy?”. Jeśli zajrzymy w swoje serce, być może odpowiedź pojawi się natychmiast; być może powiemy o niezliczonych radościach życia, o pięknie przyrody, o szczęściu obdarzania innych przyjaźnią i miłością, o kochaniu czegoś najgłębiej i o pozostawieniu świata w lepszym stanie niż dotychczas.

„Kiedy poznałem, co to słabość, perspektywa śmierci, cierpienia, strachu, otworzyły mi się oczy na nieskończone bogactwo życia i miłości. Wszystkie moje poprzednie priorytety legły w gruzach. Co zaskakujące – poczułem się znacznie szczęśliwszy niż przedtem”.

To są słowa lekarza Davida Servana-Schreibera po tym, jak zdiagnozowano u niego raka mózgu (z książki „Można żegnać się wiele razy”). Stan, w którym się znalazł, nazywa wprost cudownym. Chciałby, aby każdy z nas mógł doświadczyć czegoś podobnego, oczywiście, bez konieczności operacji mózgu.

Jego życie zmieniło się nie do poznania. Przede wszystkim odkrył swoją misję: uczyć ludzi, jak żyć w zgodzie z naturą, czyli dobrze się odżywiać, dbać o ciało, aktywność fizyczną, wewnętrzną harmonię i spokój, kochać, być wdzięcznym. Napisał o tym książkę „Antyrak”, którą przeczytały miliony ludzi. Miał się czym dzielić: jego choroba cofnęła się. Przez kolejne lata jeździł po świecie z wykładami niosącymi nadzieję: możemy stymulować naturalne mechanizmy obronne organizmu, w każdym z nas istnieje źródło siły; możemy być zdrowi. Co stymuluje naturalne mechanizmy obronne? Więzi – rzecz najwyższej wagi – twierdzi David Servan-Schreiber. Chodzi o fundamentalną zasadę, że życie jest wyrazem relacji w ramach społeczeństwa, a nie zbiorem celów, do których dążą różni ludzie.

Tak naprawdę jest jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza.

W pewnym momencie poczuł ogromne zmęczenie. Przyjaciele mówili: „Uważaj na siebie…”. Stosował wszystko, co zalecał w książce „Antyrak”, z wyjątkiem jednego: pracował bez wytchnienia, bez odpoczynku. Ignorował podstawowe potrzeby, takie jak sen, regularny rytm dnia i regularnie jadane posiłki. Podróże, zmiany stref czasowych i klimatycznych, zbyt wiele stresu wyczerpało zasoby sił, guz odnowił się. „Jednym z najważniejszych sposobów ochrony przed chorobą jest zachowanie wewnętrznej równowagi, spokoju. Nie udało mi się to. Nie umiałem pozostać blisko natury i naturalnych rytmów” – napisał w książce „Można żegnać się wiele razy”.

David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons) David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons)

Zmarł, mając niewiele ponad 50 lat. Przed śmiercią bracia zadali mu pytanie: „Gdyby powiedziano ci, że kontynuując taki tryb życia, doprowadzisz do nawrotu choroby, czy żyłbyś inaczej?”. Odpowiedział z całą szczerością: „Nie. Wolę takie życie, które wiodłem, nawet jeśli doprowadziło mnie na skraj przepaści. Kiedy wracam do minionych lat, czy mogę zapomnieć, jak bardzo lubiłem swoją pracę, ile satysfakcji mi dostarczała?”. David robi bilans: poznał, co to miłość, ma żonę, dzieci i wyjątkowych przyjaciół, zostawił po sobie ślad. Pisze: „Gdybym żył do osiemdziesiątki, nie zrealizowawszy żadnego z moich marzeń ani aspiracji, to dopiero byłaby udręka”. Ten niezwykły lekarz mówi: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. W jego historii skupiają się wszystkie pozytywne przesłania i odkrycia na temat tego, co może chronić nas przed trwogą, rozpaczą czy lękiem wobec przemijania.

W pełni

Te prawdy są w nas. Gdy zaglądamy w głąb siebie i słuchamy cichego, jednak pełnego żaru głosu serca, sens i znaczenie naszego życia wyłaniają się z całą jaskrawością. Amerykański psychoterapeuta Irvin D. Yalom napisał niezwykłą książkę na ten temat. Nazywa się „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci” i jest zapisem relacji z praktyki pomocy psychoterapeutycznej, której udziela ludziom mierzącym się z podstawowym pytaniem: Skoro muszę umrzeć, jaki sens ma moje życie? Odpowiedź na to pytanie wydaje się absolutnie kluczowa. Albert Einstein jest autorem wielu inspirujących myśli. Jedną z nich jest ta: „Człowiek, który uważa swe życie za pozbawione sensu, jest nie tylko zwyczajnie nieszczęśliwy, ale i niezdolny do życia”. Doktor David Servan-Schreiber pisze, że mamy w sobie podstawowy zestaw pytań: Co zrobiłam i robię dobrego, właściwego i pożytecznego? Czy ustaliłam właściwe priorytety? Czy życie, które tworzę, ma wartość? Czy warto je kontynuować w takiej formie jak dotychczas?

Podczas rozmów z doktorem Yalomem ludzie dokonują następujących odkryć: To, co ważne, co ma sens, jest tworzeniem życia pełnego zaangażowania, bliskich relacji, znaczenia i samorealizacji. Rezygnowaniem z robienia czegoś, czego tak naprawdę nie chcemy robić. Gotowością do podejmowania ryzyka, aby wybierać to, co czujemy, że jest naszym przeznaczeniem, powołaniem czy misją. Gotowością przekraczania siebie poprzez obejmowanie świadomością całego spektrum życia, którego jesteśmy częścią; widzenie i rozumienie połączeń, relacji, wpływów, przekształceń i transformacji. Budzenia się do wyższej świadomości, do spokoju i radości. Z tych rozmów wynika, jak pisze Yalom, że istnieje ścisły związek pomiędzy lękiem przed śmiercią a poczuciem nieprzeżytego życia. Żyj pełnią życia – to podstawowe wskazanie. Jak poznać, czy żyjemy pełnią? „Niczego nie żałuję” – napisał doktor David Servan-Schreiber. Czy możemy tak powiedzieć? Jeśli nie możemy, pójdźmy dalej: Z jakich powodów nie przeżywam swojego życia dobrze? Czego w nim żałuję? Czego w nim brakuje? Co mogę zrobić już dziś, aby za rok czy za pięć lat, patrząc wstecz, nie wpadać w podobną konsternację z powodu nowych żalów? Jest tu jednak ważna kwestia: nie zajdzie żadna pozytywna zmiana, dopóki przywiązujemy się do myśli, że mamy żyć dobrze z powodu, który jest poza nami. Dopóki przerzucamy odpowiedzialność na innych, nie wyjdziemy z impasu. Zmiana zaczyna się od myśli: „Ja i tylko ja odpowiadam za kluczowe aspekty mojej życiowej sytuacji i tylko ja dysponuję mocą, która może je zmienić”.

Jak kręgi po wodzie

Okazuje się, że głęboko w nas tkwi pragnienie, by pozostawić po sobie ślad. Każdy z nas tworzy, często bez świadomej intencji czy wiedzy, kręgi wpływu, które mogą oddziaływać na innych latami, a nawet przechodzić z pokolenia na pokolenie. Kojąco może działać świadomość, że będziemy istnieć poprzez nasze „dzieła”: dzieci, książki, które napisaliśmy, instytucje, działalność społeczną. Że pozostawimy po sobie część doświadczenia, cechy, które miały wpływ na innych; wpływ, który rozszedł się jak kręgi po wodzie. Pragnienie, by dać innym coś wartościowego, pozostawić po sobie coś, co przetrwa dłużej niż my sami, to potężna podbudowa dla sensu życia pomimo przemijania.

„Kiedy tracimy kogoś bliskiego, kochaną osobę, coś z tego, co nam przekazała, nadal żyje w nas i nas inspiruje, pisze David Servan-Schreiber. Nasi zmarli żyją w naszych sercach. Ta forma »nieśmiertelności« daje mi najwięcej pocieszenia”. Zwierza się, że lubi myśleć, iż za każdym razem, kiedy jego ukochani poczują pieszczotę wiatru na twarzy, wtedy pomyślą, że wraca, by ich ucałować.

  1. Psychologia

Męska depresja. Nieobecność ojca, ból zranionego wewnętrznego chłopca

Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Doświadczenie porzucenia przez ojca daje znać w dorosłym życiu. Męska depresja często wynika z tego dojmującego braku. Mężczyzna może odnosić sukcesy, jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Lothar Schon, autor książki „Synowie i ojcowie. Tęsknota za nieobecnym ojcem”, opisuje jednego ze swoich klientów w psychoterapii o imieniu Aleksander, aktora, który odnosi sukcesy. „W rozmowie telefonicznej kontakt z nim wydaje się swobodny  i nieskomplikowany, co potęguje wrażenie, że Aleksander musi być silną i ciekawą osobowością. Świadczy o tym przede wszystkim sposób mówienia; świadomy, wyćwiczony, pewny”. Wszystko zmienia się, gdy Schon poznaje Aleksandra: „Wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem, sprawia wrażenie zaniedbanego, jest dla mnie uosobieniem psychicznej nędzy i depresji”. Co dzieje się z mężczyznami porzuconymi przez ojców?
Na zewnątrz mogą odnosić sukcesy, świetnie wyglądać, chodzić na siłownię, sprawdzać się w wielu dziedzinach. Jednak doświadczenie porzucenia daje o sobie znać. Męska depresja często wynika właśnie z tego dojmującego braku, z nieobecności ojca. Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy tego braku. Zewnętrzna kompensacja, którą mężczyzna sobie funduje, pozwala mu przetrwać w życiu i całkiem nieźle funkcjonować. Jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca. Jeśli na przykład ojciec znika, gdy chłopiec ma trzy czy cztery lata, dziecko na nieświadomym poziomie obciąża winą siebie: „Widocznie nie byłem wystarczająco dobry; to przeze mnie ojciec odszedł; skoro mnie nie chciał, jest we mnie jakaś wada”. Podobne konsekwencje mogą być również wtedy, gdy ojciec jest obecny fizycznie, jednak nieobecny emocjonalnie.

Ci mężczyźni, którzy nie wiedzą, kim są ich ojcowie, mogą odczuwać podobnie: „Ojciec nie chciał mnie znać, to przeze mnie”.
Może być też tak, że chłopiec dowiaduje się, iż mama nie powiedziała ojcu o jego istnieniu, ponieważ nie chciała się z nikim wiązać; chciała mieć dziecko. Taka sytuacja może generować bardzo silny wewnętrzny konflikt, związany z miłością, rozczarowaniem i złością w stosunku do matki; dlaczego tak postąpiła, dlaczego odizolowała ojca.

Możemy tu uczyć się od pierwotnych kultur. Tam, nawet jeśli chłopiec wychowywał się bez ojca, i tak przechodził swoją inicjację w dorosłość.
Szedł na polowanie ze starszymi mężczyznami. Czuwali nad nim mężczyźni z całego plemienia. Wygląda na to, że najlepsze, co może zrobić kobieta samotnie wychowująca syna, to zadbać o kontakty chłopca z innymi mężczyznami. Czasami kobiety przesadnie starają się być dla syna najlepszą matką, a jednocześnie zastąpić mu ojca, nadrobić wszystkie braki. Chłopiec tym bardziej odczuwa, że jest z nim coś nie tak, skoro mama tak się stara. Przekaz, który płynie od matki, to: „Czegoś ci brakuje, ja muszę to wyrównać”. Tak wychowywani mężczyźni mogą mieć trudności w relacjach z mężczyznami, w budowaniu męskich przyjaźni. Widzimy, że wielu 30-, 40-latków ma dobry kontakt z kobietami, ale w środowisku mężczyzn czują się obco.

Tęsknią jednak za tym światem.
Usilnie, czasem wręcz desperacko poszukują kontaktu z mężczyznami. Niestety, często w niewłaściwych miejscach. Pragną, aby relacja z ojcem mogła się w ich życiu zrealizować, ponieważ jednak nie mają dobrego wzorca, wikłają się w zależności, dają się wykorzystywać. Wchodzą w ryzykowne przedsięwzięcia, w grupy przestępcze, bandy, sekty, kierowane przez psychopatycznych liderów, czyli wszędzie tam, gdzie są silni mężczyźni, którzy mogą być autorytetami. Byle być zauważonym, dostrzeżonym, zaakceptowanym. Wielu mężczyzn z tego względu wybiera także pracę w korporacji. W korporacji zawsze ma się nad sobą szefa. Łatwo wejść w „przeniesieniową” relację, widzieć w szefie zastępczego ojca, tworzyć zastępczą więź. Te więzi bywają trudne. Jeśli jednak szef jest opiekuńczy i wspierający, mężczyzna doświadcza uznania, co w pewnym stopniu wyrównuje brak z dzieciństwa. U wielu mężczyzn wewnętrzne zranienie odrzucenia jest bardzo silne. To ci, którzy permanentnie zmieniają pracę, nie mogą wytrzymać z żadnym szefem, niejako uciekają przed ojcem, paradoksalnie ciągle go znajdując. Samotność, zamknięcie, niezgoda, wewnętrzny konflikt mogą owocować uzależnieniem od alkoholu, pracy, władzy, pieniędzy, płytkich relacji seksualnych.

Kobiety mówią, że związek z takim mężczyzną nie rokuje, ponieważ on nie chce przyszłości, dzieci, „nie chce o tym mówić”.
Unika emocjonalnego zaangażowania. Ma opór przed założeniem rodziny i wejściem w rolę ojca. Musiałby dotknąć rany porzucenia, poczuć ból, a to spore wyzwanie. Dlatego swój sposób bycia racjonalizuje na wiele sposobów: po co zajmować się przyszłością, skoro w świecie dzieją się takie straszne rzeczy, nie damy rady; może kiedyś było inaczej, ale teraz nie ma szans; niech będzie tak, jak jest. Tłumaczy sobie: „Jeszcze za wcześnie, nie teraz, nie w tej fazie życia”. Ten brak na poziomie tożsamości sprawia, że mężczyzna nie identyfikuje się z rolą ojca i partnera kobiety. Smutek, poczucie opuszczenia, niemocy, poczucie niskiej wartości mogą się przejawiać w różnych nadmiarowych zachowaniach; na przykład w przesadnym podkreślaniu swojego zdania, wyborów, decyzji, własnych opinii. Wydaje się, że ten butny mężczyzna ma wysokie mniemanie o sobie, jednak to pozory.

Porzuceni synowie w dorosłym życiu porzucają swoich synów. To znana psychologiczna konsekwencja. Czy musi tak się stać?
Warto wiedzieć, że nie ma determinizmu, chociaż rzeczywiście jest spore prawdopodobieństwo powikłań i komplikacji. Spotykam wielu mężczyzn, którzy wychowywali się bez ojca, a byli i są dobrymi ojcami dla swoich synów. W dzieciństwie byli otoczeni mężczyznami w systemie rodzinnym, wujkami, stryjami, dziadkami, kuzynami, nauczycielami, sąsiadami, przyjaciółmi rodziny, od których dostali wiele miłości i wsparcia. Tacy mężczyźni kochają własne dzieci i troszczą się o nie. Nawet jeśli zakończyli związek z kobietą, są obecni w życiu dzieci, zabierają synów na męskie wędrówki po górach, na spływy kajakowe, chodzą na wywiadówki. Tym samym przerywają tę destrukcyjną, pokoleniową sztafetę porzucania dzieci. Bolesną przeszłość przekuwają na miłość i troskę.

Słyszałam opinię, że lepszy jakikolwiek ojciec niż ojciec nieznany, ponieważ syn ma się do czego odnieść. Chłopiec, który nie zna ojca, mierzy się z wewnętrzną pustką.
Trudno się z tym w pełni zgodzić; ojciec, który stwarza realne zagrożenie, którego działanie jest destrukcyjne, doprowadza rodzinę do katastrofy. Synowie, którzy mieli ojców psychopatycznych, uzależnionych od alkoholu, często idą w ich ślady. Chłopiec, który nie zna ojca, oczywiście doświadcza traumy, jednak jeśli w otoczeniu są inni mężczyźni, pustka się wypełnia. Może odczuwać smutek czy stany obniżonego nastroju, jednak nie będą one dominujące czy obezwładniające.

Jakie działania byłyby pomocne dla mężczyzny, który wie już, że ciężko mu się żyje z powodu porzucenia przez ojca?
Jeśli na przykład pojawia się lęk przed byciem ojcem, ogromną pomocą byłyby kontakty z ojcami, którzy czerpią radość z bycia tatą, także szkoły rodzenia. Dobrze jest szukać kontaktu z dojrzałymi mężczyznami, z mentorami, prosić ich o rozmowę, poradę, pomoc. Ważna jest literatura. Czytanie działa terapeutycznie. Miałem klienta, który opowiadał mi, że jako dorastający chłopiec, wychowywany bez ojca, przez mamę, babcię i ciocie, intuicyjnie sięgnął po mocne, męskie opowieści, książki Jacka Londona, Jamesa Coopera, Karola Maya o traperach, szlachetnych wojownikach. To jest literatura, która z jednej strony wzmacnia męskie cechy, a z drugiej – dużo w niej o relacjach między przyjaciółmi, kochankami, rodzicami i dziećmi, dzięki czemu ten chłopak, a teraz dorosły mężczyzna mógł budzić w sobie męski potencjał, integrować wzorce, poznał honor, opiekuńczość, szlachetność, waleczność, miłość do kobiety. Dobra literatura przemawia do emocji, więc nas kształtuje. Znajdujemy w niej wzorcowe postacie, które mają szanse budzić się w nas, rozwijać i spełniać. Oczywiście, książki nie zastąpią żywych relacji, jednak pokazują rzeczywistość, którą przeżywamy i którą możemy uwewnętrznić. Podobnie dzieje się, gdy oglądamy dobry film: widzimy, że istnieją inne światy, inne doświadczenia niż te, w których się wychowaliśmy. To może być dla nas wielki ratunek.

Dobrym, kojącym sposobem może być napisanie listu do nieobecnego ojca. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że napisał serię takich listów i to mu bardzo pomogło.
Albo „porozmawiać” z ojcem: wyobrazić sobie zarys jego sylwetki na krześle i wyrazić wszystko, co ważne, a co dotyczy jego osoby, jego nieobecności. Wszystko, czego nie byliśmy w stanie wypowiedzieć z tego powodu, że nie było z ojcem kontaktu. Ważne, aby nie cenzurować tego, co się pojawia, pozwolić płynąć wszystkiemu. Gdy to robimy, nasz system nerwowy reaguje w taki sposób, jakby to działo się naprawdę. Jest szansa na uwolnienie się od zalegających, niewypowiedzianych treści, od traumatycznej historii opuszczenia, porzucenia.

Kobiety, które samotnie wychowują syna, bo ojciec go nie chciał, często nie wiedzą, co powiedzieć dziecku, gdy pyta o tatę. W jaki sposób kobieta ma sobie radzić w takiej sytuacji?
Niepewność jest trudna i sieje spustoszenie; jest wtedy mnóstwo miejsca na różnego rodzaju domysły, fantazje. Gdy syn jest izolowany od wiedzy na ten temat, powstaje luka, wyrwa w osobistej historii i w systemie rodzinnym. Jest tajemnica. Dziecko nie może tego zrozumieć, pozostaje w niepewności: Kim jest ojciec? Co się stało? Dlatego, jeśli to tylko możliwe, trzeba z dzieckiem rozmawiać, nawet jeśli historia jest trudna i bolesna. Matka może powiedzieć: „Niestety, nie miałam możliwości zbudować trwałego związku, a zależało mi tak bardzo, żebyś przyszedł na świat, że podjęłam decyzję, żeby cię urodzić… I nie żałuję… Wręcz przeciwnie”. Jeśli dziecko jest małe, można powiedzieć: „Mama bardzo chciała mieć dzidziusia, ciebie, bardzo się starała, niestety, nie było w tym czasie nikogo, kto mógłby być tatą…”. Potem, w miarę jak dziecko rośnie i rozwija się, można wyjawić więcej.

A gdyby syn dopytywał: „Ale dlaczego tata mnie nie znalazł, nigdy nie odwiedził?”.
Zawsze mówimy prawdę, czyli na przykład: „Bo nigdy się nie dowiedział, gdzie mieszkasz. Bo ma inną rodzinę. Bo tak się umówiliśmy, nie chciałam mu komplikować życia, zniknął, straciliśmy kontakt, nie wiem, co się z nim stało”. Prawda jest ważna. Silne emocjonalne przeżycia, które towarzyszą takim rozmowom, działają oczyszczająco i wyzwalająco.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Psychologia

Zadbaj o swoje życie wewnętrzne - inspiracje na listopad

Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Listopadowe dni spędzamy raczej stacjonarnie (i w pobliżu źródła ciepła). Warto wykorzystać ten czas na zrobienie porządków oraz gruntownych remontów we wnętrzu dosłownym i metaforycznym.

Ćwiczenie 1. Rozmyślania w fotelu

Jesienna aura może wprawiać nas czasami w melancholijny, a nawet depresyjny nastrój. Szarość na zewnątrz konfrontuje z niewyrażonymi emocjami i „uwierającymi” stanami: smutkiem, żalem, rozczarowaniem i poczuciem, że utraciliśmy coś bezpowrotnie. Może również aktywować w nas lęk przez zmianami i starzeniem się. To, co możesz zrobić, kiedy dopadnie cię jesienna melancholia, to uświadomić sobie i nazwać to, co dokładnie teraz czujesz. Następnie zadaj sobie kolejno pytania: Co jest prawdziwą przyczyną mojego smutku (żalu, rozczarowania, lęku etc.)? Czego obecnie potrzebuję? Jak mogę o siebie teraz zadbać? Jeśli w tej chwili w życiu doświadczasz niespodziewanej zmiany, spróbuj spojrzeć na tę sytuację z szerszej perspektywy. Jak powiedział Dalajlama: „Kiedy coś tracisz, pamiętaj, aby nie stracić tej lekcji”. Zadaj sobie pytanie: Jaka ważna lekcja pojawiła się dzięki tej zmianie? Jak mogę to wykorzystać pozytywnie? A teraz pomyśl o tym, że kiedy tracisz jedno, robi się przestrzeń na coś nowego. Weź kilka głębokich oddechów i spróbuj poczuć ciekawość związaną z tym, co nowego może się teraz wydarzyć w twoim życiu.

Ćwiczenie 2. Uwolnij się od nadmiaru

Rozejrzyj się dookoła. Czy naprawdę potrzebujesz wszystkiego, co cię otacza? Takie pytanie proponuje zadać sobie propagatorka minimalizmu, japońska pisarka Hideko Yamashita. Jej autorska metoda Dan-Sha-Ri (opisana w ksiażce pod takim tytułem) to sztuka ustanawiania porządku w otoczeniu poprzez eliminację wszystkiego, co nie jest niezbędne. Może być szczególnie inspirująca, jeśli należysz do plemienia zbieraczy, którzy latami chomikują przedmioty i mają problem z rozstaniem się z nimi. Trzy filary Dan-Sha-Ri oznaczają kolejno: odmowę (mówienie „nie” kolejnym nowym, a bezużytecznym rzeczom, które chcą stać się częścią naszego życia); wyrzucanie (pozbywanie się przedmiotów, które przepełniają naszą przestrzeń) i odcięcie się (rezygnację z przywiązania do rzeczy).

Aby zrobić przestrzeń na coś nowego w życiu, niezbędna jest umiejętność pożegnania się z tym, co nie jest użyteczne. Robiąc gruntowne porządki w domu, wykreujesz stan wewnętrznej równowagi w sercu i umyśle. Warto spróbować i podelektować się stanem określanym jako Ri – uczuciem wolności i lekkości, poczuciem wewnętrznej harmonii. Uzyskasz go tylko dzięki regularnemu powtarzaniu Dan i Sha.

Ćwiczenie 3. Sięgnij po marzenia!

Mary Reynolds, projektantka ogrodów, bohaterka filmu „Dzika jak natura”, marzy o udziale w prestiżowym konkursie. Zapisuje na kartce: „Dziękuję za przyznanie mi głównej nagrody w konkursie”, a potem wykonuje pierwsze kroki na drodze do realizacji tego marzenia. Nie załamuje się, kiedy pojawiają się niespodziewane komplikacje. Jest zmotywowana, ponieważ realizuje swoje pragnienie z dzieciństwa. Zainspiruj się jej historią. Pomyśl, o czym marzyłeś w dzieciństwie? Jakie pomysły odłożyłeś „na później”? Wybierz jedno marzenie i zastosuj metodę małych kroków. Codziennie pielęgnuj w sobie to marzenie, myśl o nim pozytywnie rano i tuż przed zaśnięciem. Wejdź w uczucia i emocje, jakie się wtedy w tobie budzą. Trwaj w tym procesie „karmienia” marzenia, aż poczujesz gotowość do kolejnego kroku – działania. Jesień i zima to znakomity czas na sadzenie ziarenek marzeń, pielęgnowanie ich i troszczenie się o nie.

Ćwiczenie 4. Zadbaj o swój hygge time

Listopadowe wieczory są też idealne na praktykowanie bardzo modnej duńskiej filozofii hygge. Hygge oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także bezpieczeństwa i cieszenia się drobnymi przyjemnościami. To wszystko, co wprawia nas w dobry nastrój i stan relaksu. Istotą hygge jest uczucie więzi, jaką odczuwasz, przebywając z bliskimi, z naturą, ale również sam ze sobą. Oto przykłady sytuacji, które pomogą ci wejść w stan wewnętrznego ukojenia: Owinięty kocem siedzisz na fotelu z pyszną herbatą w ulubionym kubku lub filiżance. Słuchasz muzyki, czytasz ciekawą książkę, kontemplujesz chwilę obecną, jest ci ciepło, błogo, po prostu dobrze.
  • Spotykasz się w przytulnym miejscu z grupą przyjaciół. Panuje atmosfera luzu, radości, wzajemnego szacunku i troski.
  • Jesz kolację z ukochaną osobą. Za oknem szaro, a ty delektujesz się uczuciem więzi z kimś bliskim oraz pysznym jedzeniem.
  • Spacerujesz po lesie, jesteś w kontakcie z przyrodą, cieszysz się ciszą i tym, że możesz oddychać świeżym powietrzem i naładować wewnętrzne baterie.

Ćwiczenie 5. Moc muzyki

Jesienią zwykle mamy obniżony nastrój związany z niedoborem słońca. Jednym ze sposobów na poprawę samopoczucia jest terapeutyczna moc muzyki. Ścieżka dźwiękowa powinna być radosna i słoneczna. Zaprzyjaźnij się z flamenco, brazylijską sambą, muzyką z Afryki czy Karaibów. Jeśli rano brakuje ci energii, nagraj kilka ulubionych utworów na telefon i słuchaj ich po przebudzeniu oraz w trakcie drogi do pracy. A wieczorem, aby nastroić się do snu, nastaw spokojną bossa novę, muzykę instrumentalną albo relaksacyjną, która wywołuje w mózgu fale alfa, związane z odprężeniem i kreatywnością.

Ćwiczenie 6. Kreatywny zeszyt

Jak jeszcze bardziej uruchomić kreatywność? Na przykład prowadząc twórcze notatki. Wybierz zeszyt z okładką, która najbardziej ci się spodoba. Umów się ze sobą, że codziennie napiszesz cokolwiek, choćby jedno zdanie, które odzwierciedla to, jak się czujesz, czego potrzebujesz, co masz w planach czy co właśnie przyszło ci do głowy. Możesz również malować lub rysować, a nawet wklejać obrazki wycięte z pism. Zapisuj wszystkie, nawet z pozoru bezsensowne myśli i pomysły. Kreatywny zeszyt zachęca do ekspresji, wyrażania tego, co w danej chwili krąży w twoim umyśle i sercu. Już samo przeglądanie takich zapisków bywa inspirujące.

Ćwieczenie 7. Rozgrzewający napój

Deszcz i zimno to nie najlepsza aura dla układu immunologicznego. Aby wzmocnić odporność, polecam oczyszczający i rozgrzewający napój na bazie naturalnych składników. Weź 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki imbiru, szczyptę czarnego pieprzu lub pieprzu cayenne oraz 1/2 łyżeczki cynamonu. Wsyp wszystkie składniki do kubka i zalej je wrzątkiem. Po minucie dodaj sok z 1/2 cytryny. Wymieszaj wszystko. Możesz dodać odrobinę ksylitolu, syropu z agawy lub miodu. Pij taki napój co rano na czczo oraz między posiłkami. Dobry humor i zdrowie gwarantowane!

  1. Psychologia

Dlaczego przeklinamy? A raczej – dlaczego czasem nie da się inaczej?

Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Dlaczego przeklinamy? Nie umiemy inaczej? Emma Byrne, autorka książki „Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania”, szuka odpowiedzi w nauce i sięga po argumenty zarówno medyczne, jak i psychologiczne czy lingwistyczne.  

Uwielbiam przeklinać. Zwykle zdarza mi się rzucić jakimś mocnym słowem, kiedy jestem podekscytowana lub czymś zaskoczona. No i oczywiście, kiedy prowadzę, co jest chyba cechą wspólną dla większości kierowców – mówi Emma Byrne i przyznaje, że na przekleństwach zbudowała swoją karierę naukową. W książce stawia tezę – popartą przykładami z wielu dziedzin naukowych – że nie stalibyśmy się najliczniejszym gatunkiem naczelnych, gdybyśmy wcześniej nie wynaleźli przekleństw. Używanie „słów uznanych za wulgarne z dziedzin uznanych za tabu” osłabia bowiem ból, wzmacnia więzy, rozwija kreatywność i efektywność, ale także pomaga znaleźć ujście dla naszego napięcia.

Po pierwsze, emocje

Neurobiologia oraz badania nad uszkodzonymi półkulami mózgu udowadniają, że przeklinanie jest nierozerwalnie związane z emocjami – naszymi i osoby, z którą rozmawiamy. Przekleństwa są zakorzenione w obu półkulach mózgu, a także w ciele migdałowatym – najbardziej pierwotnej części mózgu, która odpowiada za silne emocje. Wraz z rozwojem ewolucji stały się potężnym skrótem, który pozwala na błyskawiczne ich przekazywanie.

Byrne przypomina znany w jej środowisku Projekt Washoe. Małżeństwo naukowców z Uniwersytetu Nevada zaadoptowało w latach 70. kilkoro małych szympansów, które wychowywali jak dzieci. Nauczyli je jeść, pić z kubka, korzystać z toalety, a także posługiwać się językiem migowym. Bardzo szybko – w chwilach wzburzenia oraz złości – zwierzęta zaczęły używać znaków związanych np. z toaletą, wydalaniem i brudem, jako obraźliwych w stosunku do siebie lub naukowców. To pokazuje, jak ważne w komunikacji i wyrażaniu emocji jest przeklinanie, niezależnie od gatunku biologicznego. – Oczywiście trzeba pamiętać, że to nie jest język jak każdy inny, wywołuje raczej silne reakcje – zwykłe słowa rzadko mają taką siłę. Jeśli więc zależy nam na wyciszeniu sytuacji, napięcia, zwłaszcza podczas kłótni, sprzeczki czy nieporozumienia, to przekleństwa nie są najlepszym wyborem – ostrzega Byrne. Jeśli jednak chcemy poinformować innych o swoim wzburzeniu i ostrzec, że zaraz wybuchniemy – mogą nawet zapobiegać przemocy. – Bez nich bylibyśmy ograniczeni do gryzienia, skakania sobie do oczu i obrzucania się gównem, jak to robią nasi naczelni krewniacy – pisze.

Budowanie więzi

Przeklinanie bardzo pomaga, jeśli chcemy się z kimś podzielić emocjami, jakie w nas narastają. I to nie tylko tymi tzw. negatywnymi. – W społeczeństwach, gdzie zniechęca się mężczyzn do okazywania smutku czy współczucia, przeklinanie może stać się wartościowym zamiennikiem – zauważa Byrne.

Nic dziwnego też, też w zmaskulinizowanym środowisku pracy, gdzie aprobatę raczej wyraża się słowami „O, k...” lub „ja, p...”, niż „ale fajnie”, przeklinająca kobieta, która potrafi niewybrednie żartować, szybciej zyska sobie szacunek i pozycję niż gdy będzie zwracać uwagę, że nieelegancko jest przeklinać. Sama Byrne pracuje w męskim zespole naukowym, zajmującym się sztuczną inteligencją. – Gdy próbowałam zgrać się z zespołem, okazało się, że mój bogaty słownik przekleństw oraz znajomość futbolu są wystarczające, by przyjąć mnie do grupy – opowiada.

Niwelowanie bólu

Skoro bluzgi dają ujście wewnętrznemu napięciu, może mogą też przynosić ulgę w bólu fizycznym? Próbował to sprawdzić doktor Richard Stephens, autor książki „Czarna owca. Ukryte zalety okropnego zachowania”. W ramach eksperymentu skłonił 67 studentów, by zanurzyli rękę w lodowatej wodzie i wytrzymali tak długo, jak mogą. W trakcie katuszy mogli używać jednego wybranego przez siebie przekleństwa oraz jednego słowa neutralnego. Okazało się, że ci, którzy tylko przeklinali, wytrzymywali o połowę dłużej niż studenci, którzy używali słów neutralnych. Przekleństwa podnosiły ich tętno i obniżały poziom odczuwalnego bólu. Dokładniejsze badania wykazały, że kolejność jest następująca: przekleństwa wywołują silne emocje, to one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu.

Obniżenie frustracji

Jeśli przeklinanie pomaga podczas krótkotrwałego bólu, to jaki jest jego wpływ, gdy ktoś cierpi na przewlekłą chorobę albo długo dochodzi do siebie po bolesnej operacji? Byrne sprawdziła, że przeklinanie pomaga chorym mierzyć się z cierpieniem i związanymi z nim trudnymi emocjami, jak gniew, zniechęcenie oraz przygnębienie. Pisząca te słowa, która spędziła sześć tygodni z unieruchomioną w ortezie nogą, jest żywym na to przykładem. Niestety, Byrne zauważyła przy okazji smutną zależność. Przeklinanie przez cierpiących mężczyzn spotyka się ze społecznym przyzwoleniem, ale już bluzgające kobiety nie są równie mile słuchane. Gorzej, „rzucające mięsem” w chorobie kobiety częściej traciły przyjaciół i wsparcie znajomych z powodu używania wulgaryzmów. – To jest niepokojący przykład podwójnego standardu – ostrzega Byrne. I dodaje: – Jeśli obie płcie mają rozmawiać jak równy z równym, musimy dysponować takimi samymi narzędziami ekspresji. Pozwólmy facetom płakać, dajmy kobietom bluzgać: wszyscy potrzebujemy tych środków wyrazu.

Nauka języka

Wulgaryzmy trudno nam znieść także w ustach nastolatków i dzieci. – Przekleństwa są częścią naszego języka, nie możemy udawać, że jest inaczej. Naszym zadaniem jako rodziców nie jest zakazywać przeklinania, tylko pomóc w radzeniu sobie z emocjami, jakie temu towarzyszą – tłumaczy autorka. Dlatego nie należy karać za wulgarne słowa, tylko uczyć wyrażania emocji w sposób nieraniący innych. Jak przekonuje Byrne, zamiast wstydzić się, że przeklinamy, zacznijmy to robić swobodniej i adekwatnie do sytuacji.