1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Samotne matki – jak samodzielnie wychować małego mężczyznę?

Samotne matki – jak samodzielnie wychować małego mężczyznę?

Zobacz galerię 6 Zdjęć
Małe dziecko często otaczają kobiety – babcie, ciocie, lekarki, panie w przedszkolu. Czy należy aranżować kontakty z innymi mężczyznami, by budować w świadomości dziecka wzorzec męski? A może wystarczy oglądać z synem mecze i bawić się samochodami?

Matki samodzielne wychowujące synów mają trudne zadanie. Gdy z ojcem dziecka brak jest kontaktu, to matka musi zastąpić oboje rodziców.

Strata ojca

Syn może stracić ojca na trzy sposoby: ojciec ginie przed jego urodzeniem – wtedy syn jest tzw "pogrobowcem", ojciec może umrzeć lub zginąć we wczesnym okresie życia syna – wtedy syn jest półsierotą, rodzice mogą także się rozstać i wtedy bywa najtrudniej (synowie "opuszczeni"). W pierwszych dwóch przypadkach syn nie może przeżywać braku ojca jako zdrady lub wyroku mówiącego o tym czy nadaje się do kochania przez ojca czy nie. Dlatego pogrobowcy i sieroty rodzą sobie z reguły lepiej w realizowaniu swojej męskości.

Synowie opuszczeni

Opuszczeni synowie mają najtrudniej, bo bardzo wiele zależy od zachowania i postawy życiowej ojca. Nieobecność ojca w domu i jako partnera matki niekoniecznie może być dla syna nieszczęściem, pod warunkiem, że ojciec daje synowi poznać, że jest on dla niego ważny (szuka z nim kontaktu, zabiera na wakacje, spędza z nim dużo czasu nie ograniczając się do bycia ojcem weekendowym, wspiera jego i matkę w trudnych sytuacjach, również finansowych). Wtedy matka samotnie wychowująca syna nie musi się martwić o jego męskie wzorce i edukację. Jej najważniejszym zadaniem staje się dbanie o własną satysfakcję z życia i osobiste szczęście, po to by syn nie czuł się zobowiązany do opiekowania się nią i uszczęśliwiania jej.

Szczęśliwa matka

W sytuacji gdy ojciec jest nieobecny w rodzinnym domu i jednocześnie nie interesuje się synem, szczególnie w okresie 4-16 lat, trzeba szukać zastępczych środków i strategii. Nadal podstawowym warunkiem wychowania syna na dzielnego mężczyznę jest to aby matka była samodzielna, w miarę szczęśliwa i nie obciążała syna odpowiedzialnością za jej powodzenie i spełnienie w życiu. A to znaczy, że powinna również zadbać w mądry sposób o swoje relacje z mężczyznami. Często samotne matki synów obawiają się nowych związków, bo wydaje się im że zranią w ten sposób i porzucą emocjonalnie i tak już opuszczonego przez ojca syna. W rzeczywistości synowie samotnych matek na ogół skrycie marzą o tym, aby w życiu matki pojawił się jakiś mężczyzna, który zdjąłby im "matkę-kłopot“ z głowy, sprawiłby że matka zacznie mniej pracować i zacznie się częściej uśmiechać.

Syn nie może stać się dla mamy zastępczym partnerem, mężczyzną, w którym pokłada wszystkie swoje nadzieje, ani pępkiem jej świata. Wtedy z pewnością znajdzie on sam drogę do zrealizowania swojego męskiego aspektu i mama nie będzie się o to musiała specjalnie troszczyć.

Wychować syna na mężczyznę

Jest jakaś trudna do zdefiniowania sprzeczność w sytuacji, w której mama chce wychować syna na mężczyznę. Najlepsze co może zrobić to jak najmniej się do tego wtrącać i pamiętać o tym, że całym swoim życiem i postępowaniem będzie konstruować w sercu syna wzorzec kobiety, której w przyszłości będzie szukał w swoim życiu lub próbował go za wszelką cenę uniknąć. Nie ma nic złego gdy mama ogląda lub gra z synem w piłkę nożną lub chodzi na strzelnicę, pod warunkiem wszakże, że jest to również jej naturalną potrzebą, a nie częścią żmudnie realizowanego projektu pod tytułem "uczynię z syna mężczyznę". Bycia mężczyzną syn musi uczyć się od mężczyzn. Wszystko co matka może zrobić to ułatwiać mu kontakty z mężczyznami, którzy cieszą się dobrą reputacją i nie zobowiązywać syna do opiekowania się nią. Nie może być nic gorszego od syna, który boi się wyjść w męski świat, żeby nie zranić niesamodzielnej i niedojrzałej emocjonalnie mamy.

Sport i literatura

Wydaje się że jedyną enklawą w której młodzi chłopcy i mężczyźni mogą jeszcze budować swoje męskie kompetencje (wytrwałość, odporność, determinację, rywalizację, umiejętność wygrywania i przegrywania, podnoszenia się po klęskach, lojalność, zdolność do współpracy) jest sport. Mówię tu o sporcie rekreacyjnym, a nie wyczynowym. Wyczyn jest już tak wyśrubowany, że może być groźny dla zdrowia. Więc wszelkie formy amatorskiego sportu trenowanego na dobrym poziomie, szczególnie sporty walki, gry zespołowe dają szansę na fantastyczne relacje z mężczyznami. Trzeba szukać wśród mądrych, dojrzałych, także wiekiem, mistrzów i trenerów lecz nie unikać wymagających. Ważne są także podkładane synowi lektury – Karol May, Szklarski, London.

Konstruktywna krytyka ojca

Samodzielna mama musi nade wszystko pamiętać o tym, by w rozmowach z synem lub przy synu w żaden sposób nie dewaluować, nie kastrować, nie szydzić z jego ojca. Matka musi pamiętać o tym, że wszystko co mówi i myśli o ojcu rani poczucie wartości jej syna. Jeśli ojciec zasługuje na krytykę, to ta krytyka powinna być konstruktywna, nie uogólniona i komunikowana z zachowaniem szacunku dla osoby, którą krytykujemy. Czyli można powiedzieć: "ojciec zachowuje się niemądrze", ale nie można powiedzieć: "ojciec jest głupi".

Warto sięgnąć po książkę "Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć".

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Przestań gadać, chodź do łóżka

Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
W kobietach często pokutuje przekonanie, że grzeczne dziewczynki nie są nachalne, że to mężczyzna powinien inicjować znajomość czy zbliżenie. To stereotypy. Gdy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, będzie też umiała przejąć inicjatywę, jeśli tego zechce – mówi terapeutka Olga Haller.

Żyjemy w czasach, kiedy każdy wyciąga rękę po to, na co ma ochotę. Tak zawsze robiły dzieci. Teraz wszyscy trochę jakby zdziecinnieliśmy. Mężczyźni sięgali po kobiety, gdy one były skrępowane tradycją i więzami woli rodziny. Mogły tylko dawać znaki, upuszczać chusteczkę, błysnąć oczkiem, niewiele więcej. Więcej to jedynie kobiety upadłe... Dzisiaj rzeczywiście wielu z nas przypomina rozbrykane dzieci w sklepie z zabawkami. Może się zakręcić w głowie od możliwości konsumpcyjnych. A seks przez wielu jest do tej kategorii zaliczany. Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, przynajmniej nie otwarcie, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, nawet potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. A wolność to więcej możliwości, ale i nowe wyzwanie, jak z niej korzystać.

Nawet zmiany na lepsze trzeba okupić jakąś karą... Były przecież zalety tradycyjnej sytuacji. Tak, nie da się ukryć, że to było wygodne dla kobiet – nie przejmować inicjatywy, czekać i patrzeć, jak oni się krzątają, starają, dwoją i troją.

Czasami wam zazdrościłem, że możecie tak wyczekiwać i obserwować. Ale jak coś nie szło po waszej myśli, była katastrofa! Dramat! Obu stronom nie było więc wygodnie. Kobieca seksualność w niewoli stereotypów musiała być skrywana, ujarzmiona, skrępowana regułami obyczajów. Każda niewola pozbawia wpływu, tym samym odpowiedzialności, a poczucie wpływu jest człowiekowi niezbędne. Powstał więc cały system znaków, sygnałów, zachowań w kontaktach damsko-męskich. Dlatego kobiety w relacjach z mężczyznami opanowały sztukę uwodzenia, flirtu: ruch brwi, spojrzenie spod rzęs, półsłówka, półruchy, półmroki i nagłe zwroty akcji. Ile z tego jest prawdziwą zabawą dla obu stron, a ile pamiątką po czasach niewolnictwa – to właśnie powinny odkrywać współczesne kobiety. Gdy pragniemy kontaktu, np. w sytuacji zakochania czy pożądania, najważniejszy jest ten obszar „pomiędzy” – czyli to, co się dzieje  p o m i ę d z y  odczuwaniem potrzeby a jej zaspokojeniem. To nie jeden skok, ale cały proces. Warto uczyć się iść małymi krokami....

Kiedy odczucia związane z potrzebą kontaktu są silne, a nic nie można zrobić, pojawia się nieznośne cierpienie. Wszyscy próbujemy tego uniknąć różnymi sposobami. Jako niepewna siebie 18-latka próbowałam sobie poradzić, stawiając wszystko na jedną kartę. On miał 19 lat, poeta, taki cudny. Kochałam się w nim z daleka, on nie zwracał na mnie uwagi. Zadręczając się brakiem pewności, nie mogłam czekać. Pojechałam do jego miasta... A czy miałam nadzieję? Chyba nie. Nie miałam odwagi, by poflirtować, ale pojechać miałam. Zapukałam do drzwi. Otworzyła matka, a on w wyrku, oszołomiony, bo jeszcze spał. Powiedziałam... Nie miał pojęcia, że się w nim kocham, a ja: „dziękuję, cześć”. I wyszłam. A potem płakałam pół dnia.

Trudno to nazwać dialogiem i dobrym porozumiewaniem się, już raczej desperacją z braku umiejętności dogadania się. O tak. Brakowało mi tego wszystkiego, co potrzebne „pomiędzy”. Wielu dziewczynom brakuje treningu w komunikowaniu się z rówieśnikami. Nie mają wsparcia dorosłych, kiedy pojawiają się potrzeby kontaktów z chłopakami. A wcześniej brak tego, co uważam za bazę dojrzałej kobiecości – za mało pomocy matek oraz innych kobiet w zaakceptowaniu swojego ciała i seksualności. Dorastają w przekonaniu, że muszą się z tym ukrywać, że od inicjowania znajomości czy zbliżenia są mężczyźni, a one mogą tylko wymyślać sposoby, manipulacje, podchody. Kiedy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, to będzie umiała inicjować kontakty, kiedy tego zechce, ale i powiedzieć „nie”. Będzie miała więcej oparcia w sobie, pewności siebie, niezależności. A w patriarchacie nie o to chodziło, prawda?

To straszne odmawiać kobiecie, która wbrew obyczajom ośmiela się pierwsza wyciągnąć rękę. Kobiety miały trening w mówieniu „nie” w takiej sytuacji. My przeciwnie. Pamiętam nieszczęsną, która zapukała nagle do mego mieszkania bez zapowiedzi i stała bidula na progu. Nie wpuściłem jej. Czułem się potem jak bydlę. A przecież to było uczciwe. Zgadzam się, że uczciwe. Ale w tej sytuacji odbiła się cała nierówność między kobietami a mężczyznami. Ty nie dałeś sobie pozwolenia, żeby jej odmówić wprost, a ona nie miała szansy tego usłyszeć i przeżyć. W nowym porządku, którego wszyscy się uczymy – ani ty bydlę, ani ona bidula. Jako partnerzy równi sobie macie te same prawa: pytać, prosić, zgadzać się, odmawiać i przeżywać. W otwartej odmowie mógł ci przeszkodzić stereotyp mężczyzny, którego obowiązkiem jest nie przepuścić okazji, być zawsze gotowym do seksu i romansu. Lepiej było udać, że nikogo nie ma w domu.

Znajoma pisze: „Pokutuje w nas przekonanie, że to on powinien zapraszać i że grzeczne dziewczynki nie są nachalne... A co, jak wyśmieje, odrzuci!?”. Dziewczyny boją się drwin, obmowy, etykietki dziwki. Te nasze obawy sprawiają, że tak się „podchodzimy” od wieków, kobiety i mężczyźni, w poszukiwaniu miłości, spełnienia. I wszyscy staramy się, jak możemy, uniknąć cierpienia. Różnie nam to wychodzi.

To, że czasami nie dajecie wyraźnego znaku przyzwolenia, marnuje tyle okazji! Kobiety nie wiedzą, jak często faceci nie startują, gdyż błędnie uważają, że nie mają szans... Ileż jest opowieści po latach: byłem taki zakochany w tobie. – Co, naprawdę?! A ja w tobie. Jaka szkoda, że nie wiedziałam. Czy to dobrze czy to źle? Ta niepewność jest nieodłączna i naturalna, o ile nie wynika z represyjnej obyczajowości! Przecież nie chodzi wcale o to, żeby każde młodzieńcze zauroczenie przeradzało się w związek! Coraz więcej kobiet uświadamia sobie nowe możliwości. Coraz częściej dzieje się to nie tylko w wyniku zmiany obyczajów, ale i głębszej przemiany, tej „wewnętrznej podróży”, by odnaleźć i poznać siebie wbrew stereotypom. Dziś wiele kobiet zachowuje się odważniej niż kiedykolwiek. Okazują mężczyznom zainteresowanie, inicjują znajomości, bo facet je interesuje, chcą go poznać bliżej, a także dlatego, że po prostu mają ochotę na seks.

Moja znajoma, pani profesor, która zwiedziła pół świata, pisze do mnie: „W dawnych czasach mojej młodości zapraszanie faceta do łóżka było czymś sporadycznym. Dobrze wychowana dziewczyna tego nie robiła. Teraz – w dobie Internetu, kolosalnych możliwości poznawania ludzi  – wszystko jest dozwolone. I myślę, że tak lepiej i prościej. A czy boimy się odrzucenia? Tak. Ale młodsze są odważniejsze, a starsze nie mają nic do stracenia”. Wiele z nas jest nadwrażliwych w tej kwestii. Uogólniając – męskie zainteresowanie ma dla kobiet nadmierne znaczenie, jest potwierdzeniem ich wartości, którego tak często im brakuje. Znowu, niestety, odzywa się patriarchalny spadek – musimy mieć mężczyznę, żeby utwierdzić się w prawie do istnienia. Kobiecość obolała, niepewna, samokrytyczna, nadwrażliwa zmaga się z tym, jak zasłużyć na uwagę, jak go zdobyć, podejść, jak się nie narazić? To często przynosi kolejne rozczarowania.

Dlatego w listach do nas czytam: „Zapraszając się do łóżka, warto zostawić jakąś furtkę, żeby się wycofać”. Tę wypowiedź rozumiem nie jako prostą asekurację na wypadek niepowodzenia, co kobiety rzeczywiście często robią. Warto zostawić furtkę, bo przecież inicjowanie seksu to jednak nie transakcja handlowa, umowa kredytowa czy biznes. To raczej sztuka kontaktu, kochania, uwodzenia. A jak sztuka, to proces twórczy, nieprzewidywalny. Pełen rozmaitych możliwości, które warto wspólnie odkrywać. Kiedy w tym procesie spotkają się dwie osoby równe sobie, każda z nich ma prawo zaangażować się, ale i wycofać. To jak gdyby pójść w odwiedziny, nie będąc do końca pewnym, czy gospodarz jest w domu, czy ma czas i chęć na wizytę. Możemy być odważni, ale i gotowi do odwrotu, jeśli rozpoznamy, że to nie ten czas. Dzięki temu będziemy mogli zaryzykować i wybrać się znowu. Czasem wyrażenie chęci wprost jest dobre, wyjaśniamy sytuację, oszczędzamy energię. Czasem zaś bywa przedwczesne – unikamy niepewności i ryzyka, ale zabieramy potrzebom, uczuciom możliwość dojrzewania. Dzisiaj w codziennym pośpiechu brakuje nam cierpliwości. W wielu sprawach, także w seksie, w relacjach.

Mówimy o świecie, który się zmienia. Internet – jakie to ułatwienie w podchodzeniu się nawzajem! W dodatku daje przewagę kobietom dialogu. Dla nieśmiałych jest osłoną i pomocą... Tam mamy te same prawa, a kobiecie łatwo przejąć inicjatywę, zwykle lepiej od nas piszecie i ubieracie ładniej uczucia w słowa. Ukazało się już kilka książek o internetowych kontaktach, także erotycznych. Wiele kobiet szuka partnerów przez Internet, na portalach towarzyskich, dla singli czy na czatach. Nie sądzisz chyba, że to same nimfomanki czy seksoholiczki. To często kobiety, które właśnie w Internecie znalazły okazję, żeby dać upust swojej seksualnej naturze. Odważają się na to, na co zapewne nie pozwalają sobie w realu – bezwstydnie wykazywać inicjatywę, zapraszać, stawiać warunki. Bywają wulgarne, ostre, wyuzdane. Szczegółowo potrafią mówić o tym, co chcą zrobić mężczyźnie albo czego oczekują od niego. Znam takie, którym to posłużyło. Kiedy już odkryły, jakie mają możliwości w sieci, gdy są anonimowe, i że mężczyźni z chęcią je przyjmują, potrafiły spożytkować to doświadczenie w życiu. Często jednak trudno im zintegrować te doświadczenia, nadal przeżywają siebie jako osobę podzieloną: na tę opętaną seksem, godną pożałowania, i tę porządną, która panuje nad sobą, nie odkrywa wszystkich kart.

Myśląc o sobie z dawnych czasów, jednak żałuję, że nie było Internetu. Nieśmiały, dręczyłem się z wyrokiem aktywności, też z lęku przed odtrąceniem... A to lęk głębinowy i powszechny. Wszyscy go doświadczamy. Biegłość w zapraszaniu do łóżka nie wyratuje nas od tego lęku. Musimy się z nim zmierzyć – dać mu się poprowadzić bez panicznej przed nim obrony. To paradoks, że kiedy odważamy się iść tropem niechcianych uczuć, niewygodnych konfliktów wewnętrznych, one poprowadzą nas w kierunku większego oparcia w sobie. To podstawa naszej wolności osobistej, także seksualnej. Dzięki temu kobiety wreszcie mogą decydować o sobie w seksie – sięgać, po co chcą, a nie godzić się na to, czego nie chcą. Bo do tej pory zbyt często decydowano za nas.

  1. Psychologia

Ćwiczenia na szczęśliwy związek

Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czy udany związek to kwestia odpowiedniego treningu? Ciekawe ćwiczenia podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju.

Gdy mija pierwsza fascynacja i zauroczenie partnerem, prędzej czy później pojawia się konflikt. Jak zauważa Bob Mandel, nauczyciel duchowy i autor książek (m.in. „Terapia otwartego serca”), większość konfliktów rozgrywa się według starych schematów, złych nawyków, mających swe korzenie w dzieciństwie, zgodnie z nabytymi wówczas i wciąż aktualnymi przekonaniami. – W kwestiach uczuć nasi rodzice z pewnością są pierwszymi modelami ról – mówi Mandel. Jego zdaniem przejawiamy skłonność do naśladowania w dorosłym życiu sposobu, w jaki zwracali się do siebie i do nas. Lub też przeciwko tym sposobom się buntujemy, co wychodzi na jedno. To bowiem, czemu najdłużej stawiamy opór, najdłużej w nas tkwi. Nie stworzysz harmonijnego związku, póki nie uwolnisz własnej psychiki od rodziców.

Bob Mandel proponuje następujące ćwiczenie (wykonuj je w trakcie czytania instrukcji, nie czytaj całości przed zakończeniem):

Ćwiczenie na rozbrajanie starych schematów

Zrób cztery odrębne listy i wymień w nich:
  1. pięć problemów w związku twoich rodziców;
  2. pięć problemów w relacji twojej matki z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  3. pięć problemów w relacji twojego ojca z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  4. pięć problemów w twoim ostatnim związku.
A teraz zwróć uwagę na powtarzające się wzorce. To, czego nie lubisz w swoim partnerze, bywa często tym, czego nie wybaczyłaś swoim rodzicom. – Podjęcie decyzji o przebaczeniu i zaniechaniu odwetu stanowi kluczowy moment przemiany – mówi Bob Mandel. Według niego decyzja dzielenia się własnym bólem, a nie złością, jest decyzją o ponownym pokochaniu drugiej osoby. Gdy skupisz się na rzeczywistości, jaką jest twoja relacja z partnerem, przestaniesz myśleć o tym, co wam zagraża. A gdy wizja rozstania pryśnie, znikną także dawne wzorce.

Ćwiczenie na porozumienie

Przebaczanie i zaniechanie odwetu to droga, którą warto iść, ale zanim stare schematy ustąpią miejsca nowym nawykom, warto nauczyć się empatycznej komunikacji w związku. Silnych emocji i zranień nie da się uniknąć, ale można o nich rozmawiać w bezpieczny i nieraniący sposób. Harville Hendrix i Helen Hunt w książce „Miłosna odnowa. Program ćwiczeń dla par” proponują stosowanie się do kilku poniższych zasad:
  1. Każde wyrażenie negatywnych emocji następuje wyłącznie po umówieniu się na rozmowę, która zostaje przeprowadzona, gdy to tylko możliwe, najlepiej natychmiast.
  2. Obie strony pozostają w pełni obecne do zakończenia rozmowy.
  3. Osoba, która opisuje zachowania, które ją denerwują u partnera, nie posługuje się wyzwiskami, nie krytykuje cech charakteru partnera lub jego punktu widzenia, skupia się jedynie na zachowaniach. Używa jak najczęściej zaimka „ja” i opisuje własne uczucia i przeżycia.
  4. Partner, do którego skierowany jest komunikat, słucha z empatią, wyobraża sobie drugą stronę jako zranione dziecko, pamięta, że jej odczucia mają swoje korzenie w dzieciństwie.
  5. Osoba, która słucha, powinna przyjąć komunikat, ale to nie znaczy, że ma na niego zareagować. Zwłaszcza że prawdopodobnie nie jest jego adresatem ani pierwotnym powodem, ale zrobiła coś, co go uruchomiło i otworzyło wcześniejsze zranienia u partnera.
  6. Podczas całej rozmowy partnerzy powinni się otaczać gestami pełnymi troski.

Ćwiczenie na własną przestrzeń

W związkach z dłuższym stażem, w których czujemy się wystarczająco bezpieczni, początkowa chęć robienia wszystkiego razem ustępuje miejsca potrzebie zadbania o własną odrębność. Chcemy poświęcać czas swojemu hobby, mieć chwilę tylko dla siebie, ulubiony fotel czy ukochany kubek na poranną kawę. Najczęściej też lubimy mieć „swoją połowę” we wspólnym małżeńskim łóżku. Bob Mandel w książce „Co dwa serca, to nie jedno” proponuje, by zamieniać się jednak od czasu do czasu miejscami. – Pary często mają olbrzymie wspólne łoże, lecz każdy z partnerów śpi tylko na swojej połowie. Może to być symboliczny przejaw separacji, gdzie jedna ze stron ma tylko 50 proc. własności. Zamiana miejsc w łóżku prowadzi do pełnego udziału w związku, jak również do przeniesienia własności na całe łóżko. Co więcej – odkryjesz, że przenikasz do snów swojego partnera, doświadczasz jego aury i seksualności, a tym samym wzmacnia się psychiczna więź między wami. To prosta gra, ale może mieć potężny skutek. Spróbuj! – pisze Mandel.

Ćwiczenie na jedność w związku

Iwona Kozak, nauczycielka ajurwedy i jogi kundalini, podkreśla, że zgodnie z najstarszą medycyną ajurwedyjską miłość nie jest romantycznym uniesieniem, lecz głębokim uczuciem duchowym, które wymaga stałej pielęgnacji, cierpliwości i prawidłowego odżywiania się. To, co jemy, robimy, myślimy – wpływa na jakość i głębię doznawanej przez nas miłości – decyduje o tym, czy jest to jedynie chwilowe doznanie, czy stan naszego istnienia. Poniżej znajdziesz ćwiczenie, które pomoże pogłębić doznanie miłości zarówno zakochanym parom, jak i tym, które zapomniały, że miłość trzeba pielęgnować:

Część pierwsza: Usiądźcie na podłodze po turecku, wasze plecy niech się dotykają. Dłonie leżą na kolanach, wnętrza dłoni dotykają kolan. Macie wyprostowane kręgosłupy i zamknięte oczy. Oddychacie przez nos. Skupcie się na oddechu, zauważając każdy wdech i wydech.

Podczas wdechu otwieracie się na miłość. Podczas wydechu uwalniacie toksyczne emocje – wybaczacie. Róbcie to od 2 do 5 minut, po czym otwórzcie oczy.

Część druga: Odwróćcie się do siebie. Nadal siedzicie po turecku, ale teraz twarzą w twarz. Wasze dłonie są na kolanach, a wnętrza dłoni są skierowane do sufitu. Oczy zamknięte. Oddychajcie cicho i spokojnie. Wypowiadajcie (w myślach, nie na głos) to, co was boli, to, co chcecie zmienić, co chcecie wybaczyć. Przeznaczcie na to 2–3 minuty.

Część trzecia: Pozostając w tej samej pozycji, otwórzcie oczy i spójrzcie na siebie. Komunikujcie wasze uczucia do siebie (nie na głos, lecz nadal w ciszy).

Choć podczas tego ćwiczenia każda para dozna czegoś innego, to wspólnym przeżyciem będzie poczucie jedności i więzi, która was łączy, która jest wartością większą niż słowa czy doznania fizyczne.

  1. Psychologia

"Przyjdzie wilk i cię zje". Do czego może prowadzić wychowanie oparte na strachu?

Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. (Fot. iStock)
Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Rodzice straszą dzieci z wielu powodów: z braku czasu, lepszych pomysłów, dlatego, że ich też w dzieciństwie straszono… Wydaje się to niegroźne, a jest krzywdą i wychowawczą porażką. 

Wielu dorosłych uważa, że autorytet należy budować na strachu. W związku z tym wiele dzieci jest grzecznych tylko wtedy, gdy mama i tata patrzą… Używanie straszaków to bardzo skuteczna metoda wychowawcza – oczywiście jeśli chce się wychować człowieka posłusznego, i nic poza tym. Jeśli jednak nade wszystko pragniesz, by twoje dziecko było mądre, pewne siebie, spokojne i szczęśliwe, nie idź tą drogą. Prowadzi może i na skróty, ale donikąd.

Poczekaj, aż tata się dowie…

Cygan, dziad z worem, diabeł, Baba Jaga… Tradycja, w tym znakomita większość bajek, stworzyła wiele postaci służących do straszenia dzieci. Są wprawdzie nierealne, ale właśnie w tym tkwi ich wielka siła oddziaływania na wyobraźnię. Dlaczego straszenie abstrakcyjnymi postaciami jest tak skuteczne? Bo dziecko samo wymyśla swój strach. W zależności od wieku wybierze też, czego ma się bać – czy samego spotkania, czy porwania, a może zjedzenia…

Do straszenia idealnie „nadają się” też realne, konkretne osoby („poczekaj, pan sąsiad cię zabierze”), ale najskuteczniejsze i najbardziej obciążające psychikę dziecka jest straszenie członkami rodziny („jak tatuś wróci…”, „no, jak powiem babci…”). Zawieszasz głos i nie precyzujesz, co się wtedy właściwie stanie. A dziecko w swojej wyobraźni tworzy dalszy scenariusz. Tylko że podczas, gdy ty już dawno o tym zapomnisz, ono nadal będzie nosiło w sobie strach i podświadomie czekało na wymierzenie kary. Gdy tato wraca i nic się nie dzieje, maluch wcale nie odczuwa ulgi i nie dochodzi do wniosku, że mama użyła straszaka, bo była bezradna – ono cały czas się boi.

Dzieci nie rozumieją, że to było powiedziane tak sobie, na niby, dla żartu. Boją się naprawdę. A dorośli się potem dziwią, dlaczego maluch wpada nagle w histerię czy zaczyna się nieracjonalnie zachowywać. Nie kojarzą wybuchów paniki, nocnego moczenia, kłopotów ze zdrowiem czy problemów z nauką z tym, że kiedyś go nastraszyli.

Przestanę cię kochać

Elementarną potrzebą emocjonalną każdego dziecka jest poczucie bezpieczeństwa i bycie kochanym. Dlatego aby najskuteczniej nastraszyć dziecko, wystarczy zagrozić mu, że to utraci. Odbieranie miłości to niezwykle uniwersalny straszak, bo można go zastosować zarówno do bieżących zachowań („umyj zęby, bo będzie mi smutno”), jak i do tych bliżej niesprecyzowanych („nie po to tyle się staram, żebyś wyrósł na byle kogo”).

Warto wiedzieć, jakie skutki wywołuje mówienie do dziecka np.:

„To przez ciebie jestem smutna/y”. W konsekwencji za każdym razem, gdy rodzic ma gorszy nastrój, dziecko obarcza siebie za to winą. A ponieważ nie umie wymyślić, co takiego zrobiło, dręczą go nieuzasadnione wyrzuty sumienia. W skrajnym przypadku, gdy mama czy tata poważnie zachorują, dziecko może żyć w przekonaniu, że to przez nie, bo za mało się starało.

„Denerwujesz mnie”. W tym komunikacie brak jakichkolwiek konkretów i dlatego jest on tak skuteczny. Dziecko musi samo odgadnąć, co ma robić, żeby rodzic przestał się gniewać. Zamiast na nauce czy zabawie skupia się więc na zadowalaniu mamy czy taty. Jest rozdrażnione, płaczliwe, ma kłopoty z koncentracją i nie może pozwolić sobie na naturalne zachowanie, ponieważ wciąż się kontroluje, żeby rodzice byli z niego zadowoleni.

„Piotruś jest grzeczniejszy niż ty”. Każde dziecko, które to usłyszy, pomyśli, że mama albo tata już go nie chcą, nie kochają. Maluchy bardzo długo nie rozumieją, że między rodzicami a dzieckiem istnieje silna biologiczna więź, więc żarty w rodzaju „wymienię cię, nie chciałam takiego dziecka, wezmę sobie inne” – traktują z całkowitą powagą. Poza tym w wyniku takich komunikatów przestają lubić dzieci, które podejrzewają o to, że mogą być ich konkurentami o względy rodziców, bo są np. grzeczne, dobrze się uczą...

„Mam już dość takiego zachowania”. Pierwsza myśl dziecka jest taka: „mama/tata chce mnie zostawić”. Gdy rodzic wychodzi i ma zostać samo, choćby na krótko – wpada w panikę. Boi się, bo nigdy nie wie, kiedy groźba zostanie zrealizowana. Nie może znieść chwili bez mamy czy taty. Groźba, że je zostawią, może przetrwać w dziecku nawet kilka lat i być przyczyną tego, że – już jako nastolatek – nie będzie chciało np. jechać na kolonie.

„Jeśli coś zrobisz/czegoś nie zrobisz, będę bardzo zła/y”. Dziecko, które ciągle słyszy taki komunikat, w przyszłości może podejmować życiowe wybory opierając się na strachu, stosując kryterium braku kary, a nie wewnętrznej satysfakcji.

Robi to, co mu każą

Czymkolwiek lub kimkolwiek dziecko jest straszone, wcześniej lub później zrozumie, że dorośli mówili mu bzdury. Baba Jaga nie istnieje, w piwnicy nie ma wilka, od brudnych zębów czy jedzenia cukierków przed obiadem się nie umiera, mama nigdy mnie nie zostawi, bo jestem sensem jej życia, a to, czy mam porządek na biurku, nie przełoży się na mój sukces zawodowy. Wkrótce i tak dziecko zweryfikuje słowa rodziców, a ci bezpowrotnie stracą swój autorytet.

Poza tym jeśli maluch słyszy jedynie groźby, zamiast  racjonalnych powodów, to nie wie, dlaczego właściwie powinien coś robić. Myć zęby, jeść marchewkę, mówić prawdę albo być uczciwym czy miłym wobec innych. Nie widzi i nie rozumie korzyści płynących z przestrzegania zasad współżycia społecznego. Dziecko straszone umie robić to, co mu w danej chwili każą. Tylko czy o to chodzi?

Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. Jest wyrazem braku cierpliwości dorosłych i ich bezradności. Nie straszmy zatem dzieci, bo to po prostu wychowawcza porażka.

Zamiast straszaka

  • Gdy czytasz dziecku bajkę, w której pewnych postaci maluch może się bać, daj mu jednoznaczną informację, że to tylko literacka fikcja. Powiedz np.: „Jak to dobrze, że Baba Jaga istnieje tylko w bajkach, a my nigdy jej nie spotkamy”.
  • Nigdy nie żartuj, że przynosi ci zawód, że je zostawisz. Raczej mów mu, jakie chcesz, żeby było – bez komentarza, co się stanie, gdy takie nie będzie.
  • Poświęcaj mu czas, wykaż się cierpliwością, tłumacz wszystko, co tylko się da. Dzieci słuchają osób, z którymi są głęboko związane.
  • Nie zmuszaj do robienia czegoś tylko dlatego, że ty tak chcesz. Nie myl sukcesu wychowawczego z posłuszeństwem.
  • Nie pozwalaj, by inni straszyli twoje dziecko – nawet gdy jest nieposłuszne, niegrzeczne. Jeśli o czymś takim usłyszysz, zawsze mów, że to tylko żart, nieprawda, że tak nie jest. Dziecko doceni twoją szczerość. Nawet za cenę konfliktu z dziadkami czy nauczycielką broń dziecko przed strachem.

  1. Psychologia

Nie bój się mówić mężczyźnie, czego od niego chcesz

Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili. (Fot. iStock)
Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Wiadomo o kobietach, że czekają, aby ich mężczyźni domyślili się, czego one chcą. Skazują się tym samym na dramatyczne rozczarowanie. Czekają, czekają, przeważnie się nie doczekują… i zaczyna się: żal i pretensja.

Ogłupiały chłop słyszy: „Ty mnie wcale nie rozumiesz! Nie spełniasz moich potrzeb!”. A skąd on ma znać jej potrzeby? Jeszcze pół biedy, kiedy ona sama zna je jako tako. „Ale o co ci chodzi? Co ty byś chciała, żebym ja robił? Wytłumacz mi” – dopytuje, jeszcze otwarty na spełnianie życzeń ukochanej mężczyzna. „Ach tak, ty, oczywiście, nie wiesz!” – stwierdza z gryzącą ironią ona. „A skąd mam wiedzieć, jeśli ty mi nie mówisz!” – On jest coraz bardziej zły. „Wszystko mam ci mówić jak dziecku, tak? To taka sztuka pomyśleć, czego potrzebuje twoja kobieta?!” – Rozżalona partnerka czuje się coraz bardziej niekochana. Jemu opadają ręce, a ponieważ nienawidzi czuć się bezradny, dobija ją: „No nie, wy jesteście nie do wytrzymania. W ogóle nie można się z babami dogadać!”.

Uwaga na boku – zdarzają się męskie wyjątki, które same z siebie odczytują kobiece pragnienia, bo je znają: są to bracia licznych sióstr (ale ilu takich można spotkać w przyrodzie?) lub wychowani w symbiozie z matką (ale ile z nas chciałoby mieć takiego partnera?). No i jeszcze oszuści matrymonialni, którzy żyją z tej wiedzy.

No więc nadchodzą ciche dni, potem zgoda. Później on znów się czegoś nie domyśla. Nawet próbuje i się stara, ale nie trafia i po jakimś czasie (różne osobniki męskie poddają się w różnym tempie) przestaje nawet próbować. Wtedy ona, obolała od tego oczekiwania, donosi mu: „Ja już cię wcale nie obchodzę!”. A on zaczyna się zastanawiać, czy tak jest naprawdę…

Tak, tak, jest to obraz jednostronny. Świadomie dotykam tu tylko jednego kawałeczka tkającego się nieustannie gobelinu pt. „Trudne życie we dwójkę”. A propozycję rozwiązania przedstawię też tylko na przykładzie jednej, ale, sądzę, dość symptomatycznej sytuacji. Nazwijmy je „Instrukcją obsługi płaczącej kobiety”.

Nadchodzi taki dzień, że kobieta zamyka się w pokoju i znienacka zaczyna: płakać, siąpać nosem, nie słyszeć, co się do niej mówi, patrzeć nieprzytomnie (niepotrzebne skreślić). On, zaniepokojony, pyta: „Czy to przeze mnie?”. Ona fuka: „Mam swoje sprawy”. On, z ulgą, że to nie o niego chodzi, wkracza w rolę doradcy: dopytuje, zbiera dane, wyciąga wnioski, co ona ma z tym zrobić, i na koniec zadowolony, że rozwiązał jej problem, oświadcza: „No już, już się nie przejmuj. Nie ma powodu”. Czeka na pochwałę, a tu baba w bek. „No nie, znowu?! Ja już nic nie rozumiem”. I to jest właśnie prawda.

Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili, mniej więcej tak:

Mój kochany, chcę cię poprosić o coś, co będzie dla ciebie łatwe, a dla mnie ważne i miłe. Powiem ci, jak potrzebuję być przez ciebie traktowana, kiedy płaczę. Otóż chcę móc wtedy złożyć główkę na twoim męskim ramieniu i chlipać bez żadnych rad ani pytań z twojej strony. „Jak to bez rad i pytań?!” – zapyta on wtedy. (Mój spytał). – „Przecież chcę wiedzieć, co się dzieje!” To ja ci potem opowiem, jak mi już przejdzie albo jak załatwię sprawę. Ja chcę się przy tobie móc tylko wypłakać. Czuć się wtedy zaopiekowana, a nie wypytywana. Nie musisz się wcale skupiać na powodach mojego stanu. Możesz myśleć, o czym chcesz, nawet o meczu, byłeś mnie mocno objął i może trochę pogłaskał. „Naprawdę?!” – zdumiał się mój mężczyzna. – „Ja ci się zawsze staram pomóc!” Ale ja jestem duża dziewczynka, jeśli chodzi o radzenie sobie, ja tylko chcę się poczuć małą dziewczynką, która ma się komu wypłakać.

A jak już ucichnę, to jeszcze mógłbyś zapytać czule: „Może jeszcze trochę zostało?”, i poczekać, aż powiem: „Już”.

„I to wszystko?!” – on ma okrągłe oczy ze zdziwienia. Tak, kochanie, to wszystko, a ja będę ci bardzo wdzięczna i zachwycona, że mam takiego kochanego mężczyznę, opokę. „Ja będę mógł myśleć o meczu, a ty mną będziesz zachwycona?!” Dokładnie tak, tylko mnie słodko obejmuj. „Kochanie, masz to u mnie od dziś”. A po chwili: „A gdy będziesz płakała przeze mnie?” – zapyta przytomnie. A to już będzie całkiem inna historia.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Psychologia

Trójkąt dramatyczny - jak nawyki wyniesione z rodzinnego domu wpływają na nasze życie?

Trudno jest zmienić nawyki wykształcone w dzieciństwie i wyniesione z rodzinnego domu. Jedynym lekarstwem jest wyrwanie się z trójkąta poprzez wzięcie odpowiedzialności za siebie i niebranie jej za inne dorosłe osoby. (Fot. iStock)
Trudno jest zmienić nawyki wykształcone w dzieciństwie i wyniesione z rodzinnego domu. Jedynym lekarstwem jest wyrwanie się z trójkąta poprzez wzięcie odpowiedzialności za siebie i niebranie jej za inne dorosłe osoby. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Chociaż z pozoru może się wydawać, że ludzie bardzo różnią się od siebie, to w rzeczywistości odgrywają na zmianę tylko trzy role. Jak działa trójkąt dramatyczny?

Katarzyna odłożyła słuchawkę, wznosząc oczy do nieba. – Tyle razy ci mówiłem, żebyś darowała sobie te codzienne konferencje, bo się wykończysz, a i tak nic z tego nie wyniknie – powiedział Piotr, próbując zachować spokojny ton głosu. – Przecież to moja matka, nie mogę się nią nie interesować. Oprócz mnie nie ma nikogo – Kasia starała się wytłumaczyć samej sobie, że jej postępowanie ma sens.

Jej mama mieszkała w pobliskim mieście, sama w dużej willi. Do ich domu, położonego na wsi, z dala od zgiełku miasta, zaglądała bardzo niechętnie (przeważnie w święta) i nigdy nie zgadzała się przenocować. To powodowało, że albo Kasia, albo Piotr musieli przyjąć rolę kierowcy, czekającego na hasło do jazdy i niemogącego sobie pozwolić na wypicie kieliszka wina, bo nie było jasności, kiedy hasło zostanie rzucone. Kasia jako jedynaczka czuła się w obowiązku opiekować się matką, co dla patrzących z boku wyglądało raczej na wykonywanie jej rozkazów i robienie dobrej miny do złej gry. Piotr próbował wytłumaczyć żonie, że taka uległość nie ma sensu, ale jedynym skutkiem jego zabiegów było to, że teściowa traktowała go jak powietrze.

Coś z tobą jest nie tak

Matka była mistrzynią we wpędzaniu Kasi w poczucie winy. Od zawsze krytykowała jej sposób ubierania się („przy twojej figurze nie powinnaś chyba chodzić w spodniach”), znajomych („zadając się z tymi ludźmi, pomału zbliżasz się do ich poziomu”), pomysły na życie („mieszkanie na wsi jest może dobre dla rolników”) oraz kwalifikacje zawodowe („z takim wykształceniem to powinnaś chyba zajmować wyższe stanowisko, gdybyś naprawdę była dobra w swoim zawodzie”). Kasia od dziecka czuła się przy niej jak ofiara losu, dorastała z poczuciem winy, że jest powodem wstydu dla swojej rodzicielki. Kiedy matka się zagalopowywała, po stronie Kasi stawał zazwyczaj tata, mówiąc: „daj jej spokój, ona doskonale sobie radzi (pięknie wygląda, napisała lepiej niż połowa klasy, ma przyjaciół, na których może liczyć, zdobyła stanowisko, na które aplikowało kilkanaście osób)”. Potem rodzice zaczynali kłócić się ze sobą i ona czuła się jeszcze bardziej winna. Odkąd tata wyjechał na stałe za granicę, a Kasia wyszła za mąż i wyprowadziła się z domu, kontakt z matką przybrał charakter cowieczornych konferencji, które dość skutecznie psuły jej nastrój na resztę wieczoru. Nie była w stanie jednak ograniczyć częstotliwości tych rozmów, bo kiedy próbowała to zrobić, wtedy dowiadywała się, że nie stać jej nawet na tak drobny gest, jak telefon z pytaniem, czy wszystko w porządku, i że jest jej jedyną córką, więc na kogo innego matka może liczyć.

Komunikacja z poziomu winy

Schemat komunikacji „wypracowany” w dzieciństwie nadal działa, pomimo że Kasia jest już dorosła, niezależna finansowo, ma własną rodzinę i teoretycznie jest w stanie decydować o swoim życiu. Jednak ciągle odgrywa rolę dziewczynki usiłującej zaskarbić sobie uznanie matki, stara się ją zadowolić, tak jakby nie była w stanie wyruszyć w dorosłe życie bez matczynej pieczątki, że jest OK. Komunikacja w rodzinie Kasi przebiegała według typowych zasad trójkąta dramatycznego, opisanego przez Stephena Karpmana: Kasia – ofiara, matka – oskarżyciel, ojciec – wybawca. Dlaczego tak trudno wyrwać się z zaklętego kręgu niemożności nawiązania normalnych, partnerskich stosunków? Dlaczego tańczymy ten chocholi taniec? Ano dlatego, że gwarantuje on każdej ze stron sporo emocji o wysokim natężeniu oraz tak atrakcyjny dramatyzm akcji, która wciąga i oszałamia. Do tego dochodzi poczucie rozładowania napięcia, które co prawda nie ma raczej jakości katharsis, ale w końcu – każdy ma takie dramaty, w jakich zagra.

Dramatycznie i nieskutecznie

Trójkąt dramatyczny pojawia się w polu działania osób, którym nie do końca udaje się wziąć odpowiedzialność za siebie w dorosły sposób. Tacy ludzie mają skłonność do tego, by działać z jednej z trzech pozycji: biednej, zależnej od innych ofiary; wybawcy, który pomoże biednej ofierze wyjść z impasu; oraz prześladowcy, który zmusza ofiarę do wyjścia z impasu, motywując strachem, poczuciem winy lub wstydu. Tak naprawdę to każda z postaci dramatu stosuje sobie właściwe sposoby radzenia z frustracją: ofiara stara się przypodobać, rozchmurzyć prześladowcę, zadowolić go, bo nie może znieść napiętej sytuacji; wybawca stara się wziąć na swoje barki problemy ofiary i pomóc, bo nie może patrzeć na jej nieszczęście; wreszcie prześladowca, który zrzędzi, atakuje, „potrząsa” ofiarą, by ją zmienić lub skłonić do działania według swoich pomysłów.

Spodziewana zamiana ról

W trakcie odgrywania dramatu uczestnicy często zamieniają się rolami, bo proces takich „trójkątnych relacji” jest dynamiczny, a odgrywanie każdej z ról zaspokaja (w niezdrowy sposób) jakieś ważne potrzeby. U ofiary – potrzebę samodzielności (zamiast być samodzielną, szuka wybawcy, który zrobi coś za nią, lub prześladowcy, który ją zmusi do działania zrzędzeniem, straszeniem). U prześladowcy – potrzebę szacunku (zamiast traktować innych z szacunkiem i postępować w sposób, który pozwala go szanować, zmusza innych siłą lub manipulacją do liczenia się z nim). Wybawca, którego zewnętrzny wizerunek wydaje się szlachetny i pożądany, w rzeczywistości zamiast pomagać innym, przejmuje na siebie część ich odpowiedzialności, „wybawia” ich z życia i w ten sposób od siebie uzależnia, realizując z niezbyt dobrym skutkiem swoją potrzebę miłości.

Z tobą to się nie da dogadać

Kasia z matką zaczynają zwykle od rozdania: Kasia ofiara – matka prześladowca. Kasia opowiada, jak w pracy zarzucono ją nawałem obowiązków (liczy na współczucie). „Gdybyś mnie posłuchała, twoje życie inaczej by wyglądało. Mówiłam ci, że ta twoja kierowniczka to sprytna lisica i żeby na nią uważać, odwalasz za nią robotę, a ona dostanie premię i pewnie niedługo awans” – mówi matka, licząc, że pod wpływem krytyki córka zmieni się wreszcie w taką, jaką chciałaby mieć – zaradną i asertywną (sic!). Kasia powstrzymuje się od powiedzenia, co o tym sądzi, bo wie, że z matką nie wygra. Mąż próbuje się wtrącić, chcąc „wybawić” Kasię z roli ofiary („przestań rozmawiać z matką, to się nie będziesz wykańczać”), co powoduje, że Kasia czuje się jeszcze bardziej nierozumiana, napięcie wywołuje w niej złość, więc postanawia nie dzwonić więcej do matki („jak ją zaboli, to może wreszcie zrozumie”) i przesuwa się na pozycję prześladowcy.

Takie posunięcie matka odbiera jako porzucenie, pozbawienie miłości i zaczyna zachowywać się jak ofiara: użala się nad sobą, że jest taka biedna i nikt się z nią nie liczy. Zaczyna się coraz gorzej czuć, więc dzwoni do córki i służbowym tonem oznajmia, że prosi ją tylko o zawiezienie do przychodni. Kasia czuje się winna – zaniedbała matkę, rzeczywiście jest nieudacznicą, gdyby była z nią w kontakcie, zareagowałaby na czas. Kto ją pogłaszcze po głowie? Przeważnie do tej roli zgłasza się Piotr, udzielając żonie dobrych rad. Kiedy jednak jego rady rozsierdzą Kasię, wtedy Piotr z roli wybawcy („chciałem dobrze”) przechodzi na pozycję ofiary („tak się staram”) i udaje się do swojej jaskini cierpieć przed telewizorem albo w poszukiwaniu wybawcy dla siebie – do pubu. Wtedy teściowa chwilowo może stać się wybawcą swojej córki („jaka ty jesteś biedna, w ogóle nie masz w nim wsparcia”), a Piotr może dać upust swojej frustracji, przyjmując rolę prześladowcy: („ta kobieta potrzebuje psychiatry, nie reumatologa”).

Chocholi taniec

Ta zabawa nie ma końca. I chociaż z pozoru może się wydawać, że ludzie bardzo różnią się od siebie, to tkwiąc w okowach trójkąta dramatycznego, odgrywają tylko trzy role na zmianę. Trudno jest zmienić nawyki wykształcone w dzieciństwie i wyniesione z rodzinnego domu. Jedynym lekarstwem jest wyrwanie się z trójkąta poprzez wzięcie odpowiedzialności za siebie i niebranie jej za inne dorosłe osoby. Uświadomienie sobie, że za własne postępowanie odpowiadam ja, inni odpowiadają za swoje – także w rodzinie.