1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Samotne matki – jak samodzielnie wychować małego mężczyznę?

Samotne matki – jak samodzielnie wychować małego mężczyznę?

Zobacz galerię 6 Zdjęć
Małe dziecko często otaczają kobiety – babcie, ciocie, lekarki, panie w przedszkolu. Czy należy aranżować kontakty z innymi mężczyznami, by budować w świadomości dziecka wzorzec męski? A może wystarczy oglądać z synem mecze i bawić się samochodami?

Matki samodzielne wychowujące synów mają trudne zadanie. Gdy z ojcem dziecka brak jest kontaktu, to matka musi zastąpić oboje rodziców.

Strata ojca

Syn może stracić ojca na trzy sposoby: ojciec ginie przed jego urodzeniem – wtedy syn jest tzw "pogrobowcem", ojciec może umrzeć lub zginąć we wczesnym okresie życia syna – wtedy syn jest półsierotą, rodzice mogą także się rozstać i wtedy bywa najtrudniej (synowie "opuszczeni"). W pierwszych dwóch przypadkach syn nie może przeżywać braku ojca jako zdrady lub wyroku mówiącego o tym czy nadaje się do kochania przez ojca czy nie. Dlatego pogrobowcy i sieroty rodzą sobie z reguły lepiej w realizowaniu swojej męskości.

Synowie opuszczeni

Opuszczeni synowie mają najtrudniej, bo bardzo wiele zależy od zachowania i postawy życiowej ojca. Nieobecność ojca w domu i jako partnera matki niekoniecznie może być dla syna nieszczęściem, pod warunkiem, że ojciec daje synowi poznać, że jest on dla niego ważny (szuka z nim kontaktu, zabiera na wakacje, spędza z nim dużo czasu nie ograniczając się do bycia ojcem weekendowym, wspiera jego i matkę w trudnych sytuacjach, również finansowych). Wtedy matka samotnie wychowująca syna nie musi się martwić o jego męskie wzorce i edukację. Jej najważniejszym zadaniem staje się dbanie o własną satysfakcję z życia i osobiste szczęście, po to by syn nie czuł się zobowiązany do opiekowania się nią i uszczęśliwiania jej.

Szczęśliwa matka

W sytuacji gdy ojciec jest nieobecny w rodzinnym domu i jednocześnie nie interesuje się synem, szczególnie w okresie 4-16 lat, trzeba szukać zastępczych środków i strategii. Nadal podstawowym warunkiem wychowania syna na dzielnego mężczyznę jest to aby matka była samodzielna, w miarę szczęśliwa i nie obciążała syna odpowiedzialnością za jej powodzenie i spełnienie w życiu. A to znaczy, że powinna również zadbać w mądry sposób o swoje relacje z mężczyznami. Często samotne matki synów obawiają się nowych związków, bo wydaje się im że zranią w ten sposób i porzucą emocjonalnie i tak już opuszczonego przez ojca syna. W rzeczywistości synowie samotnych matek na ogół skrycie marzą o tym, aby w życiu matki pojawił się jakiś mężczyzna, który zdjąłby im "matkę-kłopot“ z głowy, sprawiłby że matka zacznie mniej pracować i zacznie się częściej uśmiechać.

Syn nie może stać się dla mamy zastępczym partnerem, mężczyzną, w którym pokłada wszystkie swoje nadzieje, ani pępkiem jej świata. Wtedy z pewnością znajdzie on sam drogę do zrealizowania swojego męskiego aspektu i mama nie będzie się o to musiała specjalnie troszczyć.

Wychować syna na mężczyznę

Jest jakaś trudna do zdefiniowania sprzeczność w sytuacji, w której mama chce wychować syna na mężczyznę. Najlepsze co może zrobić to jak najmniej się do tego wtrącać i pamiętać o tym, że całym swoim życiem i postępowaniem będzie konstruować w sercu syna wzorzec kobiety, której w przyszłości będzie szukał w swoim życiu lub próbował go za wszelką cenę uniknąć. Nie ma nic złego gdy mama ogląda lub gra z synem w piłkę nożną lub chodzi na strzelnicę, pod warunkiem wszakże, że jest to również jej naturalną potrzebą, a nie częścią żmudnie realizowanego projektu pod tytułem "uczynię z syna mężczyznę". Bycia mężczyzną syn musi uczyć się od mężczyzn. Wszystko co matka może zrobić to ułatwiać mu kontakty z mężczyznami, którzy cieszą się dobrą reputacją i nie zobowiązywać syna do opiekowania się nią. Nie może być nic gorszego od syna, który boi się wyjść w męski świat, żeby nie zranić niesamodzielnej i niedojrzałej emocjonalnie mamy.

Sport i literatura

Wydaje się że jedyną enklawą w której młodzi chłopcy i mężczyźni mogą jeszcze budować swoje męskie kompetencje (wytrwałość, odporność, determinację, rywalizację, umiejętność wygrywania i przegrywania, podnoszenia się po klęskach, lojalność, zdolność do współpracy) jest sport. Mówię tu o sporcie rekreacyjnym, a nie wyczynowym. Wyczyn jest już tak wyśrubowany, że może być groźny dla zdrowia. Więc wszelkie formy amatorskiego sportu trenowanego na dobrym poziomie, szczególnie sporty walki, gry zespołowe dają szansę na fantastyczne relacje z mężczyznami. Trzeba szukać wśród mądrych, dojrzałych, także wiekiem, mistrzów i trenerów lecz nie unikać wymagających. Ważne są także podkładane synowi lektury – Karol May, Szklarski, London.

Konstruktywna krytyka ojca

Samodzielna mama musi nade wszystko pamiętać o tym, by w rozmowach z synem lub przy synu w żaden sposób nie dewaluować, nie kastrować, nie szydzić z jego ojca. Matka musi pamiętać o tym, że wszystko co mówi i myśli o ojcu rani poczucie wartości jej syna. Jeśli ojciec zasługuje na krytykę, to ta krytyka powinna być konstruktywna, nie uogólniona i komunikowana z zachowaniem szacunku dla osoby, którą krytykujemy. Czyli można powiedzieć: "ojciec zachowuje się niemądrze", ale nie można powiedzieć: "ojciec jest głupi".

Warto sięgnąć po książkę "Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć".

Patchworkowe rodziny Alina Gutek, Wojciech Eichelberger Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy i kiedy dać dziecku smartfon?

- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
Myślę, że większość z nas piastuje w swojej pamięci podobne wspomnienie: wspomnienie ukochanej maskotki – najczęściej był to miś – która we wczesnym dziecięctwie towarzyszyła nam na co dzień i pomagała zasnąć wieczorem. Ja miałem swojego misia. Mogliśmy z tą zabawką porozmawiać, zwierzyć się jej z problemów, ale najważniejsze było to, że po prostu zawsze była przy nas. Jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi w pierwszej chwili, dziś rolę misia dla waszych dzieci może odgrywać – albo już odgrywa – smartfon.

Fragment pochodzi z książki „Jak nie zgubić dziecka w sieci” Zyty Czechowskiej i Mikołaja Marceli, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca.

By zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, powinniśmy przywołać teorię „obiektu przejściowego”, która w połowie XX wieku została przedstawiona przez pediatrę i psychoanalityka Donalda Woodsa Winnicotta. Obiekt przejściowy pełni funkcję pomostu pomiędzy dzieckiem a rodzicem, pomagając małemu człowiekowi postrzegać siebie samego jako odrębną jednostkę. Ponieważ, jak zauważa Winnicott, „żadna istota ludzka nie jest w stanie uwolnić się od trudów łączenia rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznej”, nasze mechanizmy radzenia sobie z tym rozdźwiękiem w dużej mierze zależą od naszych doświadczeń z dzieciństwa i relacji z obiektem przejściowym. Jednak o ile dziś całkiem normalne wydaje się, że takim przedmiotem jest pluszowy miś (głównie dlatego, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat oswajaliśmy się z tą ideą – pamiętajcie, że pluszaki to wynalazek XX wieku), rodzice są przerażeni, gdy ich dzieci przywiązują się do swoich urządzeń elektronicznych. Bo w tym, że sami nie mogą żyć bez swoich najnowszych modeli iPhone’a – już nie widzą niczego niepokojącego…

Tak, wiem, smartfon to coś więcej niż pluszowy miś – zapewnia łączność z całym światem, daje dostęp do internetu i gier. Ale tu właśnie do akcji wkraczacie wy! Większość specjalistów radzi, by jak najdłużej chronić dzieci przed smartfonami i tabletami. Pozostali słusznie zauważają, że i tak nie dacie rady strzec ich przed nimi zbyt długo, bo prędzej czy później – w szkole lub u znajomych – zostaną wystawione na ich działanie. Równie kłopotliwa jest kwestia, w jakim wieku dziecka wręczyć mu pierwszy smartfon. Wspomniana Shimi Kang radzi, by wprowadzać nowe technologie dopiero wtedy, gdy dziecko: a) jest w stanie regulować własne emocje; b) komunikuje się twarzą w twarz z innymi ludźmi z pewnością siebie i nastawieniem na współpracę; c) potrafi przerwać zabawę na rzecz zaspokojenia swoich potrzeb albo wypełnienia obowiązków (snu, ruchu, jedzenia, nauki).

Jeszcze więcej pytań przed sprezentowaniem dziecku smartfona radzi zadać Diana Graber w Raising Humans in a Digital World:

  • Czy dziecko rozwinęło społeczne i emocjonalne zdolności niezbędne do tego, by mądrze używać technologicznych gadżetów?
  • Czy dziecko wie, w jaki sposób zarządzać swoją reputacją online?
  • Czy dziecko wie, jak się „wyłączyć” z internetu?
  • Czy dziecko wie, jak zawierać i utrzymywać zdrowe relacje?
  • Czy dziecko wie, jak chronić swoją prywatność i osobiste dane?
  • Czy dziecko wie, jak w krytyczny sposób podchodzić do informacji w sieci?

Amerykańska autorka zauważa, że jeśli na któreś z powyższych pytań odpowiedzieliście przecząco, to wasza pociecha nie jest gotowa na posiadanie smartfona z dostępem do sieci. A ja, nieco złośliwie, powiedziałbym, że większość dorosłych osób, które znam i które mają smartfon, na wiele z tych pytań musiałaby odpowiedzieć „nie”. Wszystko to świetnie brzmi w teorii, jednak w praktyce wszyscy – zarówno dorośli, jak i młodzi ludzie – uczymy się tego przez całe życie. Jasne, nie sposób nie zgodzić się z Shimi Kang, że przekazanie dziecku smartfona jest jak wręczenie mu kluczyków do samochodu, i jest to oczywiście prawda.

Pamiętajcie jednak, że nie można wszystkiego sprowadzać do wieku: tak, najwięcej wypadków drogowych powodują najmłodsi kierowcy, ale to nie znaczy, że część młodych ludzi przed 18. rokiem życia nie jest bardziej gotowa na odpowiedzialną jazdę samochodem niż wielu dorosłych, którzy już od lat mają prawo jazdy, ale bynajmniej nie jeżdżą bezpiecznie. Oni przecież też powodują wypadki – najczęściej z własnej winy i przez swoją nieodpowiedzialność. Kilka lat temu rodzice wręczali smartfony swoim dzieciom, gdy te miały przeciętnie 12 lat, a 56% dzieci w wieku od 8 do 12 lat miało już takie urządzenie. Dziś coraz młodsze dzieci korzystają ze smartfonów i tego raczej nie zmienimy. Dlatego jeśli chodzi o to, kiedy dać dziecku telefon, zdajcie się na swoją intuicję – to wy znacie je najlepiej. Zasadnicze i tak będzie wasze podejście…

Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci (wy go kupujecie i płacicie rachunki, więc oczywiście możecie określić warunki jego użytkowania). A wam wszystkim polecam po prostu być z dziećmi i pomagać im korzystać ze smartfonów poprzez:

  • wspólną naukę obsługi smartfona;
  • zachęcanie dzieciaków do tego, by na początku telefon służył przede wszystkim do komunikacji;
  • rozmowy o grach, aplikacjach i treściach, z którymi obcują wasze dzieci;
  • pomaganie im rozpoznawania wszechobecnych w wirtualu stereotypów i treści reklamowych, pytanie dzieci o ich opinię na ten temat;
  • po pewnym czasie – zezwolenie im na uczenie innych, na przykład młodszego rodzeństwa, dzięki czemu ugruntują wiedzę i swoje zdolności;
  • akceptację ich potknięć i błędów – w końcu dopiero się uczą!

'Jak nie zgubić dziecka w sieci', Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)"Jak nie zgubić dziecka w sieci", Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)

  1. Psychologia

Jestem singielką i dobrze mi z tym

Życie bez partnera może być spełnione. Ważne jednak, żeby za tą decyzją nie kryły się nieuświadomione lęki i przekonania. (fot. iStock)
Życie bez partnera może być spełnione. Ważne jednak, żeby za tą decyzją nie kryły się nieuświadomione lęki i przekonania. (fot. iStock)
Młoda, atrakcyjna, sama. Nie poszukuje miłego partnera o ciemnych oczach. Oto trzy historie kobiet, które wybrały model życia w pojedynkę. Ich decyzję komentuje psycholożka.

Miłość nie istnieje

Beata, 27 lat: Gdy dorastałam, tęskniłam za bliskością, ale nie wierzyłam w miłość. To, czego doświadczałam w rodzinnym domu, nijak nie pasowało do tego, co czytałam w książkach. Awantury były na porządku dziennym. Awantury lub złowrogie milczenie. W sumie nie wiem, co gorsze. Starałam się rodziców rozśmieszyć, poprawić im nastrój, byłam wzorową uczennicą, byle tylko nie przysparzać im powodów do niezadowolenia. Stałam się mistrzynią w zadowalaniu innych – ojcu prasowałam koszule, bo uważał, że robię to lepiej niż matka. Mamie pomagałam w zakupach i gotowaniu, żeby odciążyć ją w codziennych czynnościach. Zastanawiałam się, po co oni ze sobą są, marzyłam, by się rozwiedli, by wreszcie był spokój, przysięgałam sobie co noc, że nigdy nie wyjdę za mąż. Miłości nie ma – myślałam. To tylko przyzwyczajenie każe ludziom tkwić w związkach. Na pierwszym roku studiów trafiła mnie jednak strzała Amora. Andrzej był ode mnie starszy o 20 lat, przyjechał na spotkanie autorskie do studenckiego klubu filmowego. Zostaliśmy parą, choć dojazdową. Zgrzyty zaczęły się pod koniec moich studiów, gdy nabyłam większej świadomości siebie – z czasem wchodziliśmy w ostre dyskusje, a nawet spory. Robiło się niemiło, Andrzejowi zdarzało się podnosić na mnie głos. Nie mogłam w to uwierzyć… Mój Andrzej? Trochę się przestraszyłam… Zaczęłam go unikać – wymawiałam się przygotowaniami do sesji, egzaminami, obroną pracy… Tęskniłam za nim, ale jednocześnie się bałam – jego cierpki ton przyprawiał mnie o skurcze żołądka, tak dobrze znane z dzieciństwa. W końcu przestał dzwonić… Od tamtego czasu jestem sama. Nie, żebym nie miała adoratorów – jestem młoda, atrakcyjna, mam dobrą pracę i świetnie sobie radzę. Ale żaden z nich nie dorównuje Andrzejowi intelektem, wiedzą… Niezobowiązujący seks? Owszem, czasem tak. Ale o stałym związku nie ma mowy. Na szczęście mam jeszcze czas, więc nie panikuję. Czasem tylko zastanawiam się, czy szczęśliwa rodzina i związek to nie jakaś gigantyczna ułuda.

Komentarz psycholożki i coach'a Ingrid Dahl-Głodowskiej: Beata jako dziecko pragnęła, żeby rodzice się rozwiedli, z drugiej strony robiła wszystko, aby w domu panowała równowaga. To naturalne zachowanie dla dziecka, które w głębi duszy chce, aby rodzice byli zawsze razem. Kobieta także w dorosłym życiu w pewnym sensie powtarza to rozdarcie. Wiążąc się z mężczyzną, który z racji wieku i miejsca zamieszkania nie był w pełni „dostępny”, otrzymała namiastkę bliskości, jednocześnie związek na odległość pozwolił zachować niezbędny dla niej dystans. Być może w relacji ze starszym partnerem szukała też czegoś, czego nie otrzymała w dzieciństwie – bezwarunkowej miłości, poczucia bezpieczeństwa. Na zakończenie relacji zdecydowała się po pierwszych nieporozumieniach. Wystraszyły ją, bo z jednej strony przypomniały scenariusz znany już z dzieciństwa, a z drugiej dały sygnał, że związek dojrzewa, staje się bardziej partnerski. Dodatkowo koniec studiów skłaniał do podjęcia poważniejszej decyzji, np. o wspólnym zamieszkaniu. Być może to tego kroku obawiała się Beata. Kobieta wyniosła z domu wzorzec, w którym różnica zdań oznacza chłód i obojętność. Warto jednak uświadomić sobie, że sytuacje konfliktowe nie zawsze są złe. Oznaczają tylko, że w pewnej kwestii mamy odmienne poglądy. Nic więcej.

Proponowałabym Beacie, aby spróbowała doświadczyć tego, że w bliskim związku można się różnić, a mimo to kochać. Związek nie musi być idealny jak w serialu, wystarczy, że będzie dobry. Beata musi też popracować nad samooceną. Żeby zadowolić rodziców, obrała strategię polegającą na perfekcjonizmie. Dobrym pomysłem byłby warsztat uczący asertywności. Zapobiegnie sytuacji, w której dla ratowania dobrego nastroju w kolejnym związku kobieta zdecyduje się na ustępstwa, na które tak naprawdę nie będzie miała ochoty. Musi nauczyć się, że ma prawo do swojego zdania, i takie samo prawo posiada jej partner.

Czułam, że się duszę

Wanda, 35 lat: Próbowałam być w związkach, ale za każdym razem, gdy mężczyzna chce spędzać ze mną coraz więcej czasu, albo, nie daj Boże, zamieszkać razem – czuję, że zaczynam się dusić. Duża część mojego życia zawodowego toczy się w domu – przygotowywanie się do zajęć, pisanie publikacji, raportów badawczych. Kiedy jestem pochłonięta jakimś projektem, szkoda mi każdej minuty. Nie mam wówczas czasu dla nikogo, jem, co akurat znajdę w lodówce, towarzystwo zapewniają mi książki. Z mężczyznami jest zawsze tak samo – na początku nie zniechęca ich mój tytuł doktorski, podziwiają mnie za pasję, dopingują w zdobywaniu kolejnych stypendiów naukowych, ale po kilku miesiącach każdy z nich woli, bym czekała z talerzem zupy w przedpokoju i prała jego bieliznę. Nawet jeśli sam też ma doktorat! I ja nawet próbuję to robić, by ocalić relację, ale później czuję, że ten związek zabiera mi przestrzeń i czas, że się zwyczajnie duszę. Scenariusz jest zawsze ten sam – nagle, nie wiem nawet, czy jest to związane z jakimś konkretnym zdarzeniem, zaczyna mnie irytować, że brakuje mi czasu na spokojne przeczytanie książki czy dokończenie pisania artykułu, bo do domu wraca Paweł, Maciej czy Cezary z oczekiwaniem, że się nim zajmę. Gdy proszę, by poczekał godzinę czy dwie, początkowo nie ma nic przeciwko temu, ale po kilku miesiącach okazuje się, że inna koleżanka jest bardziej dostępna czasowo… No i tak to się zazwyczaj kończy.

Jestem singielką nie dlatego, że zawsze o tym marzyłam, ale też nie chcę niczego na ołtarzu związku poświęcać. A doświadczenie nauczyło mnie, że w małżeństwie to kobieta rezygnuje z siebie dla dobra rodziny. Moja matka porzuciła swoje ambicje, by wychować mnie i brata – ale to były inne czasy, a ona, jak myślę, w końcu się z tym pogodziła. Może dlatego, że macierzyństwo dało jej dużo satysfakcji – poświęcała nam mnóstwo czasu, wspierała pasje, zapisywała na kursy. Nigdy nas nie zbywała. Może moim powołaniem nie jest posiadanie rodziny, a praca naukowa? Albo nie trafiłam jeszcze na odpowiedniego faceta.

Komentarz psycholożki: Wanda obawia się, że związek oznacza rezygnację z własnych planów i marzeń. Boi się, że partner zabierze jej przestrzeń niezbędną do twórczej pracy. Dla niej bycie razem jest jednoznaczne z poświęceniem się, zrezygnowaniem z siebie. Taki wzorzec wyniosła z domu, mama zajęła się rodziną i – jak opowiada Wanda – satysfakcję czerpała z opieki nad dziećmi. Być może sygnalizowała jednak dzieciom, że się poświęca, że robi to kosztem siebie. Taki przekaz mógł mieć wpływ na przekonania córki. Wanda ma prawdopodobnie silny, dominujący charakter, dlatego rola uległej żony nie wchodzi w jej wypadku w grę. Najwyraźniej interesują ją też dominujący mężczyźni. Stąd trudność z wejściem w dłuższy związek.

Radziłabym jej, aby przyjrzała się innym małżeństwom. Nie wszystkie opierają się na typowym, patriarchalnym wzorcu, gdzie to mężczyzna jest jedynym żywicielem rodziny. Coraz więcej jest takich, w których on odnajduje się świetnie w roli gospodarza domu. Może Wanda spotka mężczyznę, który będzie podzielał jej pasję i nie będzie dla nich problemem brak obiadu o 16.00. Poza tym posiadanie rodziny to nie jedyny sposób na życie. Nie każdy musi realizować się w roli matki i żony. Być może Wanda na liście priorytetów w pierwszej linii umieszcza rozwój zawodowy. Jeśli tak, to najważniejsze, aby pozostała wierna swoim odczuciom.

Samotność też jest dobra

Grażyna, 43 lata: Byliśmy z Piotrem typową licealną parą – pierwsza miłość, pierwszy seks. Tuż przed maturą zaszłam w ciążę – potrzebna była zgoda sądu, byśmy mogli się pobrać. Ale wariowaliśmy ze szczęścia, że zostaniemy rodzicami. Na początku mieszkaliśmy kątem u rodziców Piotra, ja zajęłam się dzieckiem, Piotr pomagał ojcu w warsztacie samochodowym i zaocznie studiował ekonomię. Później dostał pracę w banku, szybko awansował. Wzięliśmy kredyt na mieszkanie i w tej euforii, że tacy jesteśmy szczęśliwi, zapragnęliśmy powiększyć rodzinę. Siedem lat po urodzeniu pierwszej córki na świat przyszedł Bartek. Rok później, już nieoczekiwanie, urodziła się Basia. Nic nie mąciło rodzinnej sielanki – uważałam się za najszczęśliwszą kobietę na świecie. Wiadomość o tym, że Piotr ma romans, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Piotr? Mój ukochany Piotr? To niemożliwe, wszyscy, tylko nie on. Łączyła nas przecież szczególna więź, a zdrada jest czymś tak banalnym, że nas to w ogóle nie może dotyczyć. To było trzy lata temu… Po pierwszym szoku i próbach ratowania małżeństwa i rodziny dotarło do mnie, że racjonalne argumenty zupełnie do męża nie trafiają. Jest tak zakochany w koleżance z pracy, że dotychczasowe życie nie ma dla niego większego znaczenia, choć, oczywiście, martwi się o to, jak to przyjmą, duże już, dzieci. Powiedział tylko, że to nie moja wina, bo byłam dobrą żoną. Dobrą żoną!!! Więc z ukochanej stałam się żoną, instytucją, a dzięki tamtej miał motyle w brzuchu.

Samotność z początku była dla mnie koszmarem. Długimi dniami i nocami bez końca, przepłakanymi, rozpaczliwymi. Nie jadłam, nie spałam. Gdyby nie dzieci… Nie wiem, jak bym to przetrwała. Jednak stanęłam na nogi. Na razie nie chcę się z nikim wiązać, choć nienawiść do mężczyzn ustąpiła już miejsca ciekawości, jakie są motywy ich działań. Sporo czytam – także o tym, że samotność może być dobra, bo wtedy można poznać siebie i odpowiedzieć na pytanie: „kim jestem bez drugiej osoby?”. Już wiem, że muszę realizować swoje marzenia. Dlatego m.in. wróciłam do swojej dawnej pasji – zawsze miałam zacięcie plastyczne, w liceum marzyłam o Akademii Sztuk Pięknych. Wzięłam się za projektowanie i szycie filcowych toreb, robię też ręcznie biżuterię. Jest mi dobrze, tak jak jest. Myślę o założeniu własnej firmy dekoratorskiej. Na razie nie wyobrażam sobie kolejnego mężczyzny w moim życiu, zresztą na rynku matrymonialnym kobiety po czterdziestce nie mają dużych szans… Ja już nie chcę, by moim centrum świata znów był jakiś facet.

Komentarz psycholożki: Grażyna przeżyła stratę, a jest to doświadczenie, po którym warto pobyć przez pewien czas samemu ze sobą. Dobrze, że nie rzuciła się w kolejny związek czy romans i próbuje uporządkować swoje życie w pojedynkę. Rozczarowanie na pewno nie ułatwia wejścia w następną relację, ale jest to możliwe, gdy Grażyna nauczy się na nowo ufać. Rozstanie po wielu latach spędzonych razem jest na pewno trudne. Trzeba pozwolić sobie na przeżycie bólu i złości. Ważne jednak, aby na tych uczuciach się nie skupiać, pozwolić im przeminąć. Widać, ze Grażyna dobrze poradziła sobie ze zmianami w życiu. Teraz pora na otwarcie się na innych.

Radziłabym, aby poszukała w swojej okolicy np. warsztatów z rękodzieła, pozwoli to na poznanie osób, które mają – tak jak ona – artystyczne pasje. Dobrym wyjściem byłyby też warsztaty czy spotkania dla kobiet, które mają podobne doświadczenia: rozwiodły się lub w inny sposób utraciły partnera. Możliwość opowiedzenia komuś o swojej historii zwykle bardzo pomaga. Dobrze wiedzieć, że po przeżyciu straty i powrocie do siebie życie może przynieść jeszcze wiele dobrego. Niezależnie od tego, czy będziemy sami, czy znów z kimś.

  1. Psychologia

Matka-córka – relacja na całe życie. Nie wszystko od niej zależy 

Szczególnie matki lubimy obwiniać o to, że nam się nie układa w życiu. Tymczasem przerzucenie na innych odpowiedzialności za to, jakie jesteśmy, jak wygląda nasze życie, sprawia, że stoimy w miejscu i się nie rozwijamy. (Fot. iStock)
Szczególnie matki lubimy obwiniać o to, że nam się nie układa w życiu. Tymczasem przerzucenie na innych odpowiedzialności za to, jakie jesteśmy, jak wygląda nasze życie, sprawia, że stoimy w miejscu i się nie rozwijamy. (Fot. iStock)
Chodzi o moment, kiedy arcyważne, kluczowe przestaje być dla ciebie to, czego chce twoja matka. Rozmowa z psychoterapeutką Izą Falkowską-Tyliszczak.

Nie znam ani jednej kobiety, która określiłaby swoje relacje z matką jako bardzo dobre, zawsze są jakieś punkty zapalne. Czy to oznacza, że relacja między tymi dwiema konkretnymi dorosłymi kobietami jest tą najbardziej naminowaną spośród wszystkich relacji międzyludzkich?
Na wstępie musimy zdać sobie sprawę z tego, że wszystkie uczucia, które żywimy są mieszane. Więc być może cię zaskoczę, ale powiem, że nie ma nic dziwnego w tym, że nie znasz kobiety, która ma ze swoją matką jednoznacznie dobre relacje, bo one zawsze w każdej więzi są pomieszane. Oczywiście, rozumiem że może chodzić o to, że mało jest relacji matka – córka, w których to, co dobre byłoby w znaczącej przewadze. Rzeczywiście, między matką i córką bywa dość „gorąco” choćby dlatego że poza miłością i obustronną chęcią zbliżenia wpisana jest w tę relację rywalizacja. A kiedy między ludźmi jest rywalizacja może pojawić się nawet wręcz nienawiść. I ona, istotnie, wcale nierzadko pojawia się między kobietami, które darzą się jednocześnie także miłością. Poza tym relacja z matką jest naszą pierwszą i choćby przez to najważniejszą oraz najintensywniejszą relacją.

No tak, ale ta ważność i intensywność dotyczą także relacji matki z synem, a ta jest chyba jednak łatwiejsza, pomimo spełniania tych samych warunków.
Dlatego powiedziałam też o rywalizacji, w przypadku dwóch kobiet jest zdecydowanie bardziej „nabrzmiała”.

Pojawia się zawsze, nawet, kiedy wydaje nam się, że jej nie ma?
Jest zawsze, jest częścią układanki czy konstelacji matka – córka. Jest w nią wpisana.

Już Freud pisał o rywalizacji dotyczącej „walki” o względy ojca. A czy „walczymy” ze sobą o coś jeszcze?
O czas, o punkt, w którym znajdujemy się na linii życia. Jak pomyślisz o sytuacji, kiedy córka wchodzi w dorosłość, to zwykle moment, kiedy parabola życiowa matki jest już po osiągnięciu szczytu. Czyli córka wdrapuje się na szczyt życia, matka z niego schodzi. I teraz, w relacji, w której przeważa między kobietami to, co dobre, matka przede wszystkim cieszy się, że córka kwitnie, idzie w życie, a jakaś część matki idzie w świat dalej w jej córce, ale to nieuchronnie budzi w niej też ból, cierpienie i zazdrość. Zawsze. Pytanie tylko, co będzie przeważało? Radość czy zazdrość?

Czyli, córka jest zawsze, tylko w różnym stopniu toksyczności, dla matki ucieleśnieniem jej tęsknoty za kobiecością, za mijającym czasem?
Zdecydowanie tak. Pewnie wszyscy znamy kobiety, które nie są w stanie pogodzić się z tym stanem rzeczy. Na zewnątrz przejawia się to choćby strojem czy sposobem bycia. Patrzysz na dwie kobiety, matkę i córkę, i nie jesteś w stanie, po tym jak wyglądają, odróżnić, która w życie wchodzi, a która ze szczytu schodzi. Bo ta druga robi wszystko, by zatrzymać czas. Ubiera się, powiedzmy, „młodzieżowo”, a do córki zwraca się w taki sposób jak byłyby koleżankami. Chętnie pójdzie z nią i jej znajomymi do klubu, by poszaleć… Sprawdzić, która z nich wzbudzi w mężczyznach więcej uwagi i atencji, itd.

No i drugim bardzo ważnym obiektem rywalizacji, jak wspomniałaś, jest ojciec, czy partner matki. Tu „walka” rozpoczyna się o wiele wcześniej, bo już mniej więcej w momencie, gdy córka kończy trzy lata. I oczywiście, „zdrowym” scenariuszem, dobrym dla późniejszych relacji matki i córki jest sytuacja, w której akurat ten wyścig „wygrywa” matka. Jeśli stanie się inaczej, albo jeśli wynik nie będzie jednoznacznie czytelny, to nie wpłynie dobrze na dalsze kształtowanie się relacji między dwiema kobietami.

Co jeszcze, z psychologicznego punktu widzenia, może być puntem zapalnym między matką a córką?
Sądzę, że te dwie batalie są absolutnie kluczowe, i chyba wszystko, co poza nimi jest jedynie pochodną przejścia przez te dwa progi w nie do końca właściwy sposób. Choć może jeszcze wspomniałabym o władzy i kontroli. To znaczy, chodzi o to, by to matka pozostała w rodzinie tą kobietą, która do pewnego momentu dyktuje warunki, dominuje nad córką, oczywiście uwzględniając szacunek i miłość wobec dziecka, ale to jednak ona ma do pewnego czasu być tą, która sprawuje kontrolę, decyduje, jej a nie córki zdanie powinno być ostatnie.

A czy jakieś znaczenie ma także konstrukcja psychiczna kobiety? Czy fakt, że kobieca emocjonalność jest „bardziej złożona” ma jakiś znaczenie i wpływa na trudność porozumienia między matkami i córkami? Czy to może jedynie szkodliwy stereotyp?
Nie przesądzałabym, że specyfika konstrukcji kobiecej psychiki ma tu znaczenie. Powiem wręcz, że jeśli chodzi o rozmaite zakłócenia psychiczne są one potencjalnie częstsze u mężczyzn niż u kobiet. Dzieje się tak dlatego, że w procesie rozwojowym najpierw dochodzi zawsze do identyfikacji z pierwszym obiektem, a tym jest matka. Czyli, chłopiec pierwotnie identyfikuje się z obiektem płci przeciwnej, a dopiero później zmienia ją na identyfikację z ojcem, czyli tę już zgodną ze swoją płcią. Zatem, mówiąc obrazowo, jego droga jest podwójna, dziewczynka ma ją w sposób naturalny skróconą. Dlatego, nie zgodzę się, by powiedzieć, że my, kobiety jesteśmy bardziej „złożone psychicznie”. Z pewnością jest tak, czy to z biologicznych czy kulturowych przyczyn, że jesteśmy bardziej ekspresyjne, czyli bardziej „odsłonięte”. I to rzeczywiście może mieć jakieś znaczenie. Siłą rzeczy, kiedy mężczyzna, syn, jest mniej ekspresyjny, to temperatura relacji matka – syn jest z założenia niższa niż temperatura relacji między dwiema kobietami. Choć oczywiście nie wolno pomijać tu kwestii osobniczych, związanych z temperamentem. Zatem wiele, zależeć będzie od tego jakiej matce rodzi się jaka córka.

Wiemy już, co może być powodem trudnych relacji między matką i córką, że ich źródło najczęściej leży w niewłaściwym przejściu przez dwa ważne progi, momenty. Wiadomo – nikt nie jest doskonały i każdej matce może zabraknąć kompetencji. Jednak, choć wspólna przeszłość jest ważna, naznaczająca, nie musi przecież ostatecznie zdeterminować przyszłości. Mamy wybór, możemy iść przez życie z transparentem: „Matka mnie skrzywdziła” lub zrobić coś, by uwolnić się od nie najlepszego wczoraj… Być może takie uwolnienie byłoby oddechem dla obu stron, dla obu kobiet?
Bez wątpienia to, co dostajemy w domu, od matki, jest paczką na wynos, na całe życie. Ale to jeszcze nie oznacza, że z jej całą zawartością musimy przez dalsze życie maszerować, bo: „Dostałyśmy plecak z zawartością, więc z nim idziemy. Koniec, kropka”. Dojrzałość polega na tym, by kiedy czujemy, że coś mocno uwiera nas w plecy, zatrzymać się w pewnym momencie, zdjąć pakunek, otworzyć go, przejrzeć zawartość, ustalić, co uwiera i to wypakować!

Brzmi pięknie, jednak w praktyce zwykle jest potwornie trudne…
To, co zostaje? Kapitulacja? Bycie ofiarą, z wielu powodów, bywa atrakcyjną ofertą, zdejmujemy z siebie odpowiedzialność, nie musimy ryzykować, itd., ten „luksus” uzależnia. Ale na końcu zawsze jest cierpienie. Nasze własne, bo to my przegrywamy swoje życie. Czy naprawdę warto na złość matce odmrozić sobie uszy? Nie układa mi się z mężczyznami? To wina mojej matki! Jasne, tylko to mnie się nie układa… Poza uczuciami jesteśmy wyposażeni w jeszcze jeden genialny instrument – myślenie. Warto z niego skorzystać. Kiedy kierujemy się wyłącznie uczuciami, zwiększamy tylko naszą zależność od matki. I na co czekamy? Można czekać na słowo „przepraszam”, ale nie warto czekać biernie. Szkoda czasu, lepiej już teraz wziąć swoje życie we własne ręce.

Mam wrażenie, że często czujemy zgubny przymus, by to co było czy nadal jest jednoznacznie określić. Chcemy wiedzieć czy relacja z matką jest biała czy czarna. I koniecznie tę jedną barwę jej nadać. Córka, by pójść dalej chce poukładać swój świat – stwierdzić jednoznacznie czy jej matka jest/była dobra czy zła. Tymczasem uwolnienie przyjdzie z innego miejsca, ze spojrzenie z innej perspektywy.

Wydaje mi się, że przymus nadawania barw widoczny jest bardzo jaskrawo już w bajkach dla całkiem małych dziewczynek. Zauważ, że niemal w każdej z nich występują dwie postaci – poza dobrą wróżką jest też wiedźma. To obrazuje ambiwalencję, która jest obecna w psychice dziecka wobec ważnego obiektu, którym jest matka. I teraz to, co powinno stać się w procesie rozwojowym, to ustanowienie stałości obiektu.

To znaczy?
Chodzi o to, by uznać, że moja matka czasem jest dobrą wróżką a czasem wiedźmą. I że to jest ta sama osoba o różnych cechach. W bajce i w psychice dziecka bardzo długo to są dwie odrębne kobiety. Dojrzałość polegałaby na tym, by uznać, że to jedna i ta sama postać. Jeśli to nam się uda, idąc dalej, najbardziej konstruktywne, dobre rozwiązanie jest takie, by przestać obwiniać matkę i nie układać sobie w związku z tym życia, tylko w ramach odwetu na tej części naszej matki, która jest wiedźmą, podnieść się i pokazać jej: „Zobacz, radzę sobie!”, „Zobacz, i tak jestem szczęśliwa!”.

A co wtedy zrobi ta dobra wróżka w naszej matce?
Ucieszy się, ona się bardzo ucieszy!

Istnieje jeszcze legendarne przebaczenie…
Dobre i także uwalniające rozwiązanie, tylko do tego procesu konieczna jest gotowość, ruch wykonany po obu stronach. Bo bardzo ciężko jest wybaczyć komuś, kto o wybaczenie nie prosi…
Prawdziwa niezależność, uwolnienie, to moment, kiedy możesz ze spokojem ducha, z „wolnej stopy” zrobić coś nawet wtedy, kiedy twoja matka tego chce… Kiedy możesz na przykład spokojnie założyć na siebie marynarkę nawet jeśli ona podoba się twojej matce. Bo zarówno podporządkowanie się jej i noszenie tego, czego nosić nie chcesz, czy bunt, kontestacja marynarki, ta dwa różne warianty tego samego – zależności. Chodzi o moment, kiedy arcyważne, kluczowe przestaje być dla ciebie to, czego chce twoja matka. To jest prawdziwie uwolnienie.

  1. Seks

Problemy seksualne kobiet – skąd się biorą?

Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Do niedawna seksualność kobieca w społeczeństwie była tematem tabu. Kobietom nie przysługiwało prawo do czerpania radości i satysfakcji z seksu, do osiągania orgazmów czy zmiany partnerów seksualnych. Seks był tematem, o którym porządna, szanująca się kobieta nie powinna mówić. Dziś słowo seks pojawia się na większości okładek prasy dla kobiet. Wraz z wyzwoleniem kobiecej seksualności, zaczęto mówić o trudnościach, jakie w tej sferze się pojawiają. Trudnościach po części wynikających z wpływu przeszłości negatywnie traktującej seksualność kobiety, po części związanych z innymi czynnikami.

Wyzwolone kobiety pragną czerpać radość z seksu, okazuje się jednak, że przyzwolenie na przyjemność nie zawsze wystarcza do tego, by prowadzić satysfakcjonujące życie seksualne. Z tego powodu do gabinetu seksuologa zgłasza się wiele kobiet, cierpiących z powodu różnych dysfunkcji seksualnych, pragnących zmienić swoją sytuację.

Najczęstsza dysfunkcja seksualna, którą zgłaszają kobiety to brak lub utrata potrzeb seksualnych. Kobieta cierpiąca na to zaburzenie nie odczuwa chęci odbywania stosunków seksualnych, często pomimo tego, iż ma partnera, którego kocha i z którym chciałaby współżyć. Niektóre kobiety twierdzą, iż nigdy nie czuły potrzeb seksualnych. Są też takie, u których utrata libido pojawiła się nagle na pewnym etapie życia. Ta sytuacja często powoduje u nich cierpienie i obawy o to, że niezaspokojony seksualnie partner opuści je i znajdzie kobietę, która spełni jego oczekiwania.

Bolesność narządów płciowych podczas współżycia, zwana dyspareunią, to kolejna trudność, z którą borykają się kobiety. Ból bywa tak silny, że uniemożliwia odbycie stosunku, pomimo ochoty na seks i pojawiającego się podniecenia. Dyspareunii często towarzyszy pochwica, polegająca na silnym zaciśnięciu mięśni okołopochwowych, uniemożliwiającym wprowadzenie penisa, a czasem nawet palca do pochwy.

Problemy seksualne zgłaszają również kobiety, które mają ochotę na seks, czują podniecenie i nie odczuwają bólu podczas współżycia. Pomimo tego z jakichś przyczyn nie potrafią czerpać przyjemności z seksu oraz nie są wstanie osiągnąć orgazmu.

Skomplikowana i zawiła seksualność kobieca powoduje, iż odkrycie przyczyny ich trudności bywa bardzo trudne. Z tego też powodu seksuolog nierzadko musi przeprowadzić bardzo dogłębną analizę problemu. Wiele pacjentek, udających się do gabinetu seksuologa idzie tam z nadzieją, że dostanie cudowną pigułkę, która je wyleczy. Niestety nie jest to takie proste. Zaburzenia seksualne u kobiet zdecydowanie częściej pojawiają się na tle psychologicznym niż biologicznym. Te drugie mogą wiązać się z niektórymi chorobami, takimi, jak cukrzyca, nadciśnienie, zaburzenia hormonalne czy choroby neurologiczne oraz przyjmowaniem niektórych leków. Czynniki psychologiczne natomiast mogą dotyczyć bardzo wielu obszarów. Brak ochoty na seks często spowodowany jest problemami w relacji z partnerem. Na kłótnie i nieporozumienia z mężczyzną kobieta bardzo często reaguje utratą zainteresowań seksualnych. Jeżeli nieporozumienia są przejściowe, zostają w odpowiedni sposób rozwiązane i nie pozostawiają urazy, ochota na seks z partnerem powraca. Jeśli jednak partnerzy nie mogą się porozumieć i nie potrafią ze sobą rozmawiać, żal i pretensje do partnera mogą stale obniżać zainteresowanie seksem. Jeśli dodatkowo kobieta w takiej sytuacji będzie kochać się z mężczyzną „na siłę”, co nie przyniesie jej przyjemności, niechęć może się utrwalić.

Szalenie istotne jest również postrzeganie swojego ciała przez kobietę. Jeżeli ma niską samoocenę, nie akceptuje swojego wyglądu i nie lubi siebie, prawdopodobnie trudno będzie jej czerpać przyjemność z życia seksualnego. Seksualność jest natomiast na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. Dlatego nie bójmy się mówić otwarcie o tak ważnym elemencie życia i w razie potrzeby prośmy o pomoc.

  1. Psychologia

Etapy życia kobiety – na którym z nich się teraz znajdujesz?

Na przestrzeni lat, bez względu na metrykę, wielokrotnie przerabiasz te same „apetyty”: pragniesz być beztroską dziewczynką, idealną matką, kobietą sukcesu czy outsiderką. I jest to naturalny proces. (Fot. iStock)
Na przestrzeni lat, bez względu na metrykę, wielokrotnie przerabiasz te same „apetyty”: pragniesz być beztroską dziewczynką, idealną matką, kobietą sukcesu czy outsiderką. I jest to naturalny proces. (Fot. iStock)
Kobieta w życiu przechodzi różne fazy – przed każdym nowym etapem rozwoju pojawia się kryzys i lekcja do przerobienia. Ale po burzy zawsze zaświeci słońce.

Rozwój kobiety nie jest procesem liniowym: „od–do”, lecz przebiega spiralnie. Na przestrzeni lat, bez względu na metrykę, wielokrotnie przerabiasz te same „apetyty”: pragniesz być beztroską dziewczynką, idealną matką, kobietą sukcesu czy outsiderką. I jest to naturalny proces, pod warunkiem że pozwolisz mu zaistnieć; zatrzymasz się w biegu, dasz sobie chwilę do zastanowienia się, co domaga się w tobie uwagi, dopełnienia, a co odrzucenia i uwolnienia.

Jeśli czujesz, że właśnie znalazłaś się na rozstajach dróg, nie wiesz, kim jesteś i co dalej, sprawdź, którą fazę rozwoju przechodzisz.

1. Faza pełnienia ról

Pewnego dnia nagle odkrywasz, że największą radość daje ci bycie: matką, żoną, babcią albo bizneswoman. Masz apetyt na tę rolę, a wszystkie inne sprawy chcesz odłożyć na bok. Do tej pory zaangażowana w pracę, przechodzisz na pół etatu, by więcej czasu spędzać z dzieckiem. Albo czujesz, że towarzyski styl życia przestaje cię cieszyć, za to twój partner staje ci się bliski jak nigdy dotąd i pragniesz spędzać z nim wszystkie wieczory. A może jesteś młodą mamą i choć do tej pory ta rola bardziej cię przerażała niż cieszyła, teraz czujesz, że macierzyństwo karmi twoją duszę? Albo z innej bajki. Nagle, bez względu na wiek, czujesz wewnętrzną potrzebę uruchomienia własnego biznesu. Wszystkie niezrealizowane dotąd marzenia o pracy, którą kochasz, budzą się w tobie z siłą wodospadu i wiesz, że nie da się tego procesu zatrzymać.

Rady:

  • Zauważaj znaki. Pragnienie zaistnienia w konkretnej roli może pojawiać się w twoich snach, na przykład około czterdziestki zaczną nawiedzać cię sny o ciąży czy bezludnej wyspie, na której jesteście tylko we dwoje – ty i twój partner. Albo na wieść, że w twojej firmie szykuje się redukcja, poczujesz nagłą ulgę: „Teraz już nie muszę zastanawiać się, jak zrezygnować z pracy, bo oto nadarza się cudowna okazja”.
  • Zaufaj intuicji. Jeśli każdego dnia, ilekroć zadajesz sobie pytanie: „Kim jestem?”, wewnętrzny głos mówi ci: „matką”, „nauczycielką”, „lekarzem” itp., to oznacza, że w twoim życiu powrócił etap pełnienia ról. Pójdź za nim, ustąp, pozwól, by ta konkretna, potrzebna rola się w tobie „wysyciła”.
  • Nie usprawiedliwiaj swoich wyborów. Być może świat zewnętrzny będzie próbował cię kusić, straszyć albo zniechęcać. Usłyszysz: „Chcesz rzucić taką dobrą pracę i zająć się ojcem?!” albo: „Własny biznes, w tym wieku?!”, nie walcz z tymi opiniami, nie tłumacz się. Zamiast tego wzmacniaj swoje wewnętrzne przekonanie, że to jest na ten moment twoja droga.
  • Nie analizuj przeszłości. Nie zastanawiaj się nad tym, jaką do tej pory byłaś matką, żoną, pracownikiem. Teraz masz niepowtarzalną szansę przeżycia tej roli po raz kolejny, po swojemu, na zupełnie nowych zasadach.
  • Wsłuchuj się bardziej w duszę i serce niż w rozum. Odgrywaj swoją rolę tak, jak czujesz, a nie tak, jak myślisz. Nie pytaj się: „Jaką jestem: żoną, przyjaciółką, matką…?”, tylko: „Jak czuję swoją rolę?”.

Ćwiczenie

Nagraj swój głos na dyktafon, a potem uważnie przesłuchaj nagranie. Jak go odczytujesz? Czyj to głos? Troskliwej matki, beztroskiej nastolatki, a może pewnej siebie kobiety sukcesu?

2. Faza odkrywania własnej tożsamości

Ni stąd, ni zowąd budzi się w tobie wewnętrzny bunt przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Masz ochotę zmienić swoje życie. Pojawiają się pragnienia, by grubą kreską przekreślić wszystko, co do tej pory ci się przydarzyło; zerwać kontakty z przyjaciółmi, odejść od partnera, rzucić pracę, zmienić styl ubierania i zacząć wszystko od początku. By usprawiedliwić swoje pragnienia, dewaluujesz: dzieciństwo, rodziców, miłość, swoje wybory. Masz wrażenie, że przez te lata byłaś zupełnie kimś innym, że twoje dotychczasowe życie to jakaś jedna wielka pomyłka.

Pragnienie zmiany wszystkiego jest tak silne, że nie jesteś w stanie go powstrzymać. Rzucasz się w „nowe”: pracę, miłość, przyjaźnie. Czasem przytrafia ci się jakiś romans, okazja zmiany mieszkania czy podróż życia. Czujesz, że choć może to niezbyt racjonalne, tego właśnie chcesz najbardziej na świecie. Zachłanność na „nowe” często przypłacasz „niestrawnością”; pojawiają się wyrzuty sumienia, poczucie winy czy obawy, że sobie nie poradzisz. Ale i tak nie potrafisz się zatrzymać. Jesteś jak zdesperowana nastolatka, która sprawdza swoje możliwości, nie zważając na guzy, które sobie po drodze nabija.

Rady:

  • Pytaj siebie. Droga do odkrywania całej prawdy o sobie bywa kręta i pełna wybojów. Czasami można się na niej nieźle poturbować. Przypomnij sobie siebie z czasów nastoletnich, ale nie odrzucaj bagażu doświadczeń, które udało ci się zgromadzić. Czujesz, że nie jesteś w stanie oprzeć się pragnieniu romansu? W porządku, ale najpierw zapytaj siebie, czy jesteś gotowa ponieść konsekwencje, na przykład w postaci zburzenia dotychczasowego związku?
  • Odkryj, ile z twojego obecnego buntu ma źródło w okresie dorastania. Jako dziecko nie potrafiłaś wyzwolić się od despotycznej matki, a dziś u swojej szefowej dostrzegasz jej zachowania? Nie musisz od razu rzucać pracy. Opanuj emocje i oddziel projekcje („widzę w niej matkę”) od rzeczywistości. Odchodząc z pracy, nie porzucisz matki, tylko zrezygnujesz z, być może, dobrej sytuacji zawodowej. Może jest jakieś inne wyjście?
  • Nie pielęgnuj w sobie urazy. Wszystkie wydarzenia, które ci się przytrafiły w życiu, były po coś. Zamiast dewaluować przeszłość, puść ją wolno i rozstań się z nią w przyjaźni. Poczuj wdzięczność za całe to dobro, jakie cię spotkało, a złego nie rozpamiętuj, bo to już było.
  • Daj sobie czas na testowanie. Zwłaszcza jeśli twój apetyt na „nowe” jest zbyt kompulsywny: chwytasz się pierwszej lepszej okazji, by zmienić swoje życie, a potem tego żałujesz i ze wstydu nie potrafisz zrezygnować. Powiedz: „OK, spróbuję nowej pracy”, „zrobię kolejny mały krok w nowej relacji”, a potem sprawdź, jak się z tym czujesz, czy to na pewno jest propozycja dla ciebie.
  • Bądź realistką. Nie jesteś w stanie urodzić się na nowo. Sprawdź, co z twojej poprzedniej wersji uda się zaadaptować do ciebie w nowym wydaniu. Praca na etat to nie twoja bajka? Pomyśl, może uda ci się z tą firmą współpracować na zasadach kontraktu? Zachwyca cię inny mężczyzna niż twój partner? Co konkretnie? I jak musiałby zmienić się twój obecny związek, byś czuła się podobnie?

Ćwiczenie

Na kartce papieru wypisz kilka sytuacji, w których musisz wybierać: być wierną sobie czy światu? Zastanów się, czy możliwy jest kompromis. Jeśli na przykład potrzebujesz dodatkowych pieniędzy, ale nie chcesz już pracować tak dużo jak do tej pory, pomyśl, jakie zajęcie wykonywałabyś z przyjemnością i bez zmęczenia, czerpiąc jednocześnie z niego źródło dochodu?

3. Faza kryzysu

To trudny etap, który wielokrotnie pojawia się na drodze rozwoju, gdy stare metody przestają działać, a nowe jeszcze się nie przyjęły. Pewnego dnia dochodzisz do wniosku, że tak dalej być nie może, ale kompletnie nie masz pojęcia, jak ma być. Niby nadal wypełniasz swoje obowiązki, ale coraz bardziej brak ci energii. Na początku próbujesz się ratować: zmianą diety, kolejną kawą, może nawet pozwalasz sobie na jakąś drobną przyjemność, która do tej pory zawsze pomagała, ale czujesz się coraz gorzej. Nawet twoje ciało jest przeciwko tobie; częściej się przeziębiasz, miewasz migreny, dokucza ci kręgosłup. Przez jakiś czas udaje ci się ukryć przed światem swoje niemoce, ale dobrze wiesz, że potrzebujesz na to coraz więcej energii. Praca, którą do tej pory wykonywałaś z łatwością, teraz wymaga wysiłku. Kiedy pewnego dnia na pytanie: „Co się ze mną dzieje?”, dasz odpowiedź: „Nie wiem”, to znak, że jesteś na dobrej drodze – pogodziłaś się z fazą kryzysu.

Rady:

  • Pozwól sobie na dystans i izolację. Tylko wtedy możesz w pełni doświadczyć kryzysu. Ogranicz swoje bycie w świecie do minimum; nie wstawaj z łóżka, jeśli nie masz na to siły, jedz tyle, ile potrzebujesz, nie angażuj się w żadne nowe aktywności, bądź w stanie „niebycia”.
  • Nie racjonalizuj na siłę, by wytłumaczyć ten stan. Jeśli odczuwasz silny niepokój, że dzieje się z tobą coś złego, odwiedź lekarza, wykonaj badania, ale nie szukaj recepty cud. Twoje ciało ma czerwoną lampkę, która zapala się, kiedy nie słyszysz wewnętrznego głosu.
  • Ogranicz do minimum wszystkie swoje powinności. Masz prawo okresowo: mniej intensywnie pracować, zaniedbać dom, dzieci czy przyjaciół. Nie odrzucaj troski bliskich, ale jeśli jej nie potrzebujesz, możesz podziękować i nie skorzystać.
  • Nie naśladuj innych. Nie wierz, że pomoże ci to samo, co pomogło twojej przyjaciółce. Możesz oczywiście spróbować na przykład lekcji jogi, ziółek, masaży, ale jeśli nie poczujesz w sobie, czego konkretnie ci potrzeba, metody te zadziałają jedynie na chwilę.
  • Wychodź z kryzysu powoli. Kiedy faza kryzysu będzie już dobiegać końca, świat zacznie ci podsuwać różne propozycje; nowa praca, nowe znajomości itp. To znak, że powoli stajesz się gotowa na „wyjście z mroku” – ale bądź ostrożna, nie rzucaj się na pierwszą lepszą ofertę, z lęku „jak długo można być taką bierną?!”.

Ćwiczenie

Zrób porządek w swoim zewnętrznym świecie. Wyrzuć albo schowaj do piwnicy wszystko, co nie jest już twoje. Ogranicz rzeczy do niezbędnego minimum. Schowaj ubrania, których od dawna nie nosisz, bibeloty, które cię nie cieszą, książki, do których od dawna nie zaglądałaś. Prostota dookoła ciebie umożliwi lepsze zagłębienie się w wewnętrzne przeżycia.

4. Faza autentyczności

Masz poczucie adekwatności. Wszystko, co się dzieje wokół ciebie, jest zgodne z tym, co w tobie. Czujesz, że twoje uczucia, myśli i zachowania są spójne. Czerpiesz satysfakcję z pracy, pojawiają się wokół ciebie ludzie, którym podobnie w duszy gra. Jesteś wreszcie na swoim miejscu, we właściwym czasie. Robisz wszystko, co masz do zrobienia. Twoje emocje są stonowane; nie ma lęku, ale też zbędnych ekscytacji. Odczuwasz wewnętrzny spokój. Może jesteś bardziej niż zwykle milcząca, bo czujesz, że etap, na którym się znajdujesz, nie wymaga zbyt wielu słów. Za to więcej masz w sobie mądrości do dzielenia się nią ze światem. Przyjaciele chętnie zwierzają ci się ze swoich problemów, cierpliwie ich wysłuchujesz, ale nie dajesz zbędnych rad, bardziej służysz swoją obecnością. Świadomie wybierasz to, co dla ciebie najlepsze, ale umiesz też spokojnie z różnych rzeczy, relacji rezygnować; bez żalu, urazy czy potrzeby usprawiedliwienia się. Czujesz, że jest dobrze.

Rady:

  • Smakuj swój stan. Zapamiętuj sytuacje, doświadczenia, które nasycają cię błogością. Będziesz miała do czego wrócić, kiedy w twoim życiu pojawi się mniej spokojna faza rozwoju.
  • Nie uciekaj przed światem. Choć czujesz, że jesteś teraz największym autorytetem dla siebie, nie unikaj poznawania nowych ludzi, bo być może na twojej drodze pojawi się „nauczyciel”, „mistrz”, który poprowadzi cię na jeszcze wyższy etap rozwoju.
  • Nie staraj się „nauczać” innych. Każdy ma własne lekcje do przepracowania. Możesz się dzielić doświadczeniem, ale pamiętaj, że drugi człowiek weźmie z tego tylko tyle, na ile jest gotowy.
  • Bądź wdzięczna tym, którzy towarzyszą ci na drodze rozwoju. Czasami wystarczy zwykłe: „dziękuję, że jesteś”. Doceń, ile darów dostajesz, często od mało znanych ci osób, choćby od pani w sklepie, która schowała pod ladą ostatnią bułkę – twoją ulubioną.
  • Bądź zakorzeniona w „tu i teraz”. Nie przywiązuj się do myśli, że odkryłaś całą prawdę na swój temat i teraz znasz dokładny scenariusz własnego życia. Przez cały czas się zmieniasz. Po etapie spokoju i równowagi pewnie jeszcze nie raz pojawią się zawirowania i zwątpienia. Przed każdym kolejnym, wyższym etapem rozwoju czeka cię chwilowy kryzys i powrót doświadczeń z przeszłości (lekcje do przerobienia), ale ty już wiesz, że po burzy zawsze pojawia się słońce.

Ćwiczenie

Odkryj swój osobisty rytuał mocy. Co zapewnia ci błogość i spokój? Kiedy, w jakich sytuacjach, czujesz się pełna i autentyczna? Jeśli nie masz pomysłu, co to miałoby być, skorzystaj z rytuałów opisanych w książkach czy poznanych na warsztatach. Sprawdzaj, które z nich są naprawdę twoje.